Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Zwyczajny student, od rana pogina na zajęcia, potem pewnie rzuci okiem na ulubione streamy, wieczorem zrobi jakieś piwo ze znajomymi. Everyday regular normal guy, jak w kultowej w pewnych kręgach piosence Jona Lajoie. A jednak, potem odpala Internet i nawija o zabijaniu, gwałceniu, „sraniu do ryja” i „posuwaniu ich starych” do przypadkowych sieciowych rozmówców.

Sytuacja z tym chłopakiem od Krzyśka Stanowskiego kompletnie mnie nie zdziwiła. Niektórzy sądzili, że jeśli gość grozi przez kabel zabiciem komuś dziecka, musi być jakimś potężnym zwyrodnialcem, który ma problem z właściwym odbiorem otaczającej go rzeczywistości. Tymczasem okazuje się, że to zwykły student, student, jakich setki na każdej polskiej uczelni.

Demaskowanie podobnych przypadków wygląda zawsze tak samo – po drugiej stronie kabla nie siedzi żaden wytatuowany recydywista, ale całkiem zwyczajny gość, może co najwyżej ze specyficznymi wrzutkami na swój timeline na Facebooku. Nie chcę tu prawić żadnych morałów o mowie nienawiści, o hejterach, wyżywaniu się przez Internet i tych wszystkich przedyskutowanych milion razy tematach, przy których i tak nic nie da się zmienić. Chciałem raczej zwrócić uwagę na jeden z argumentów, który w dyskusjach ostatnich dni przewijał się najczęściej.

„Tak się teraz pisze”.

Niestety, częściowo muszę przyznać rację tym, którzy od poniedziałku przekonują, że to po prostu internetowy slang, kompletnie świeży dialekt, „czanmowa” czy jakkolwiek inaczej się to wszystko nazwie. Nasz bohater – i wielu innych internetowych bohaterów – pisze o zabiciu komuś dziecka, wyruchaniu starej i nasraniu do ryja (wybaczcie, mnie to ledwo przechodzi przez klawiaturę) nie dlatego, że chce te wszystkie czynności wykonać, tylko dlatego, że ma inny pogląd na daną sprawę. Rety, ile się naczytałem tego na Twitterze. Ten piłkarz defekuje krytykom do ryja (kurwa, wcale nie brzmi delikatniej), tamten użytkownik celną ripostą przeprowadza ten proces wobec swoich dyskutantów.

Te obrzydliwe sformułowania „triggerują normików”. Jest nawet specjalne pojęcie edgelorda, czyli gościa, który do mistrzostwa opanował pieprzenie daleko poza granicami dobrego smaku. Sporo mówi już definicja.

Specjalny styl pisania, w taki sposób, by zniesmaczyć, poruszyć i sprowokować jak najwięcej osób. Czasem to przybiera znośną postać czarnego humoru, czasem wyrasta do tak obrzydliwych wpisów, jak choćby te z głośnej afery z udziałem Filipa Chajzera.

To się stało, po prostu. Nie wiem, czy to jakiś bardziej złożony proces, nie wiem, czy jakoś szczególnie rozłożony w czasie. W pewnym momencie jednak akceptowalne w coraz szerszych kręgach stały się wpisy, które normalny człowiek krępuje się czytać na głos. Najpierw nie wyjeżdżało to poza mocno podziemne fora i słynne komentarze na Onecie, jednak z czasem zaczęło gościć nawet wśród całkiem zwykłych komentatorów na Twitterze. W ostatnich tygodniach rzuciło mi się np. jak jeden z naprawdę wartościowych użytkowników zamieszczających piłkarskie analizy statystyczne rzucił do znajomego „przeruchane jak twoja stara”.

Jasne, wiem, znajomi, luźna atmosfera, ale tak sobie ten ściek płynie coraz szerzej i szerzej, aż w końcu przestaje kogokolwiek dziwić. Szczytem wszystkiego było, jak jeden z kibiców (!) wrzucił screen z grupowego seksu homoseksualistów, by dogryźć nielubianej redakcji. Nie pamiętam, ile nastukał retweetów, ale chyba sporo, bo potem obrazek pojawiał się z oznaczeniem konta Weszło jeszcze kilka razy.

Ja pierdolę, opisując Internet na początku 2019, przywołując konkretne sytuacje z wydawałoby się całkiem cywilizowanych miejsc (za takie mimo wszystko mam Twittera), czuję się jak jakiś rozbitek w dżungli. Co gorsza, skalę patologii tego wszystkiego uświadamia fakt, że na co dzień już prawie jej nie zauważam. Znowu wyskakuje mi jak użytkownik wykłada drugiemu szczegóły seksu z jego matką i przewijam dalej, choć przecież to patologia porównywalna z pamiętną wiązanką właściciela Warty Poznań.

Nic dziwnego, że student, który chłonie to wszystko co dnia, sam używa takiego języka w konwersacjach z sobie podobnymi studentami, w końcu przekracza granicę w wiadomości kierowanej do kogoś obcego. Pamiętam swoje własne doświadczenie, gdy po dwóch tygodniach na obozie sportowym, pierwszego dnia po powrocie, podczas opowiadania rodzicom swoich przeżyć, mimowolnie dołożyłem do wypowiedzi jeden ze zwyczajnych obozowych przerywników. Nigdy wcześniej nie zabluzgałem w obecności rodziców, wtedy, po dwóch tygodniach ciągłego kurwowania, wymsknęło mi się kompletnie mimowolnie.

To jest cholernie groźne zjawisko, bo zupełnie odczłowiecza przeciwników. Na Wykopie przeczytałem wyjątkowo celny komentarz. Piepsze napisał:

Chyba zapominasz, że to internet. Nikt o zdrowych zmysłach, niebędący pod wpływem środków odurzających czy marksizmu, nie powie wprost, twarzą w twarz, że zabije komuś dziecko ale to jest internet. W normalnym świecie między mózgiem a ustami masz filtr norm społecznych, moralnych, sumienia etc. W internecie często między mózgiem a palcami jest chlew i poczucie bezkarności, nic więcej.

To odczłowieczanie czasem jest naprawdę błyskawiczne i ma bardzo konkretne konsekwencje. Biorę pierwszy lepszy tekst o kibicach. „Strzelać do tych podludzi”. Jeśli ktoś zostanie zakwalifikowany jako Sebiks, nie ma już żadnych praw. Obowiązkowo pod tekstem pojawia się mem z uśmiechniętym policjantem i podpisem „wszystkich kibiców nie zabijemy, ale próbować warto”.  Czytałem bardzo wnikliwie komentarze po śmierci Igora Stachowiaka, po śmierci tego chuligana z Knurowa. Ludzie, którzy na pewno nie trafili od razu między Świętego Tomasza i Świętego Augustyna, ale… No właśnie. Ludzie.

Dehumanizacja postępuje tak prędko, że sam już nie nadążam za kolejnymi grupami. Więźniowie? Strzelać, albo zamykać na wieki. A jak pokończą wyroki – to do zakładu psychiatrycznego. Dzieciaki z poprawczaków? No Sebiksy, ustalone, „do utylizacji”. Ale to już zgrane karty, ostatnio widziałem nowość – na cel zostali wzięci „białorycerze” i „betabankomaty”. Poczytajcie sobie w Google, przy pierwszym podejściu rozbolała mnie głowa.

Ludzie stają się memami, pozbawieni ludzkich cech, bezimienne przedmioty w danej szufladce. A przecież nie da się obrazić mema. Przecież nie masz wcale na myśli tego, co piszesz o jego mamie, o jego dziecku. Piszesz, bo tak się pisze. A piszesz do niego, bo jest z tej szufladki, której akurat nie lubisz. Albo po prostu ma inne zdanie.

Pozwalamy na coraz więcej, trywializujemy poważne pojęcia. Sam nie jestem bez winy, nie protestowałem na przykład, gdy w piłkarskich tekstach pojawiało się „gwałcenie” którejś z drużyn. Raczej nie da się zawrócić z tej ścieżki, skoro teraz słaby mem „wywołuje raka”, a ktoś, kto prezentuje przeciwny pogląd „choruje na bezmózgowie” (do tego ostatnio pojawiły się memy, tzw. brainlety, kolejne zjawisko, którego nie rozumiem). Jesteśmy po prostu w punkcie, w którym w internecie czasami będzie dochodzić do spotkań starego pokolenia, które za obrażanie matek proponowało solo za garażami i nowego, które obraża je swobodnie, pomiędzy wymianami tweetów o którymś z piłkarzy.

Scenariusz, którego nie chcę brać pod uwagę, to wystąpienie pomiędzy tymi nowoczesnymi śmieszkami prawdziwego zabójcy. Mordercy, który kiedyś zrealizuje swoje groźby wobec jednego z tych, których określa „podludźmi”. A my go przeoczymy w zalewie gównianych postów o sraniu.

KOMENTARZE (37)