Było przyzwolenie, by krytykować Wawrzyniaka, bo to tylko Wawrzyniak
Weszło Extra

Było przyzwolenie, by krytykować Wawrzyniaka, bo to tylko Wawrzyniak

– Selekcjoner nigdy nie będzie miał do wyboru 25 czy 30 piłkarzy na równym poziomie. Zawsze tak było. A że na lewej obronie grał Jakub Wawrzyniak, którego możemy spokojnie skrytykować, bo przecież to tylko Jakub Wawrzyniak, a jego nazwisko daje nam przyzwolenie, żeby pisać cokolwiek chcemy, to dziennikarze to robili, a ludzie przyjmowali. I przypięto mi łatkę.

Czy kojarzenie Jakuba Wawrzyniaka z zarzutami o doping w Grecji i poślizgnięciem się z Niemcami to stereotypy, a łatka pechowca to zakłamanie? Dlaczego Grecy do jego sprawy dopingowej podchodzili nieprofesjonalnie? Dlaczego na Euro 2012 – gdy Smuda postawił na Boenischa – nie było żadnej rywalizacji? O presji, o której powinno się przestać mówić, bo w zawodzie piłkarza jest przede wszystkim łatwą wymówką. O rozklejeniu się, gdy przyszło oglądać reprezentację w telewizji. Zapraszamy!

*

Czuje się pan piłkarzem niedocenionym?

Nie zastanawiałem się, naprawdę. Ludzie oglądają, oceniają, nierzadko krytykują, ale takie mają prawo. Gdybym miał przejmować się wszystkim co ktoś zrobi, co ktoś napisze, to nie mógłbym skupić się na tym, co najważniejsze – na piłce. A ja skupiałem się na piłce, omijając wszystko, co działo się wokół mnie.

Jednak nie wierzę, że krytyka do pana nie docierała. Nie bez powodu przyznał pan, że kibice się nie znają.

Zdania nie zmieniam, choć nie generalizuję. Mówię o pojedynczych przypadkach, w końcu kibice są w piłce najważniejsi, to dla nich gramy. A że ktoś reaguje bardziej emocjonalnie? Wydaje mi się, że powody są proste – w świecie futbolu grają emocje i chęć robienia za eksperta od wszystkiego. A po pierwsze – kiedy patrzysz na mecz emocjonalnie, nie jesteś w stanie wyrobić sobie szczegółowej, analitycznej opinii o każdym zawodniku. I pojawia się krytyka. A że często niesłuszna? Tutaj dochodzimy do drugiej sprawy. Kiedy ludzie wyrobią sobie zdanie – nieważne czy słuszne, czy niesłuszne – będą tego zdania bronić. „My się nie znamy? Tym bardziej na piłce się nie znamy?” – z takiego założenia wychodzą. I tacy ludzie będą krytykować, uważając się za ekspertów. Ale niech krytykują, mnie nie przeszkadzają, nikomu krzywdy nie robią. Po prostu piłka to sport, który przyciąga wielu ludzi, wszyscy ją kochają, więc – co oczywiste – trudno, żeby każdy był obiektywny. To gra emocji, każdy ma prawo do swojego zdania.

A nie uważa pan, że krytyka często była słuszna?

Interesowała mnie przede wszystkim krytyka ludzi, z którym pracowałem. Głównie trenerów, ale też kolegów i obserwatorów, których zdanie szanowałem. Wielu selekcjonerów powoływało mnie regularnie, uważając, że będę potrzebny. To oni – tak samo jak trenerzy klubowi – oceniali moją przydatność do drużyny, więc brałem pod uwagę przede wszystkim to, co mówił sztab trenerski, a nie kibice.

Przydatność na boisku przydatnością na boisku, ale nie ma co ukrywać, że w świadomość kibiców wbił się pan rzeczami negatywnymi, albo inaczej – pechowymi.

Ale jakimi negatywnymi i pechowymi?

No chociażby doping w Grecji, poślizgnięcie się z Niemcami.

Nie ma co przesadzać. Uważam, że to stereotyp, zakłamanie. Są ludzie, wielu ludzi, którzy patrzą na moją karierę inaczej niż przez pryzmat kilku pechowych sytuacji.

One jednak w świadomości kibiców zostają, rzutują na późniejsze opinie.

No dobra, nie ucieknę od tego, że część kibiców postrzega mnie jako pechowca, ale mam prawo się z tym nie zgadzać, prawda?

No jasne.

Więc uważam, że nie ma co przesadzać.

Obie sytuacje, o których wspomnieliśmy – przede wszystkim zarzuty o stosowanie dopingu – wiele mi dały. Stałem się gruboskórny, zacząłem patrzeć na opinie ludzi z dystansem. Zrozumiałem, że przejmowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu jest pozbawione sensu.

Sytuacja, którą przeżyłem w Grecji, była bardzo trudna. Może nie dramatyczna, to chyba za duże słowo, ale kosztowała mnie wiele. Pojawiła się krytyka, ludzie nie wiedzieli, a oceniali. A ja byłem sam, w pojedynkę musiałem przyjmować krytykę, w pojedynkę musiałem zmienić tryb funkcjonowania, przestawić się. Bo przez dłuższy czas nie mogłem grać w piłkę, co bolało bardzo mocno. A przecież nie przegrywałem rywalizacji na treningach, nie grałem słabo. Po prostu zostałem zawieszony, zresztą do dziś uważam – a nawet więcej: jestem pewny – że niesłusznie.

W jakim sensie był pan sam?

Zrozumiałem, że w życiu trzeba liczyć głównie na siebie, trzeba być silnym. Nie chcę zabrzmieć, że wszyscy się ode mnie od razu odwrócili, bo nie do tego zmierzam, to nieprawda. Czułem wsparcie, ale w takich sytuacjach mało kto może ci pomóc, bo sprawa dotyczy głównie ciebie. Byłem tylko ja i Paweł Granecki, który mnie bronił w Sądzie Arbitrażowym.

Najtrudniejsza była niepewność?

Wszyscy dookoła podchodzili do sprawy spokojnie, gdyż zdawali sobie sprawę, że argumenty są po mojej stronie. Ale w takich sytuacjach z tyłu głowy krążą różne myśli. Wiadomo, to w końcu pół roku czekania na wyrok. Niby wiedziałem, że nie zrobiłem nic złego, ale w takich sytuacjach i tak się zastanawiasz, i tak rozważasz wszystkie warianty. Leciałem do Szwajcarii na sprawę, która mogła mi zakończyć karierę lub pozwolić grać dalej. Każdy by się denerwował.

Na szczęście wszystko ułożyło się dobrze, wyszło, że to Grecy przesadzili.

Tym bardziej musiało boleć, że ktoś – było czy nie było – znacznie pana karierę wyhamował.

Bolało, bo czułem się niewinny, a i mówiąc szczerze nie przykładałem do odżywek – które według Greków były powodem mojej dyskwalifikacji – wielkiej wagi. Nie planowałem, kiedy co biorę. Jak mi się przypomniało, to sięgałem po nie i tyle, a co za tym idzie – odżywki nie dawały żadnego efektu, bo one mają sens, gdy bierze się je regularnie. Zresztą, skład odżywki, do której się przyczepiono, nie znajdował się na liście środków zakazanych, gdy ją brałem. Został umieszczony później. Stąd miałem pięć kontroli, podczas których wyszło, że w moim organizmie nie było substancji zabronionych, dopiero 30 marca, gdy odżywkę umieszczono na liście zakazanych, wyszedł wynik pozytywny. Trochę błąd lekarzy odpowiedzialnych za odżywki, ale trochę też brak zrozumienia mojej sytuacji.

Miał pan do Greków pretensje?

Myślę, że nie podchodzili profesjonalnie do tego, jak takie przypadki należy traktować. Mówię to na podstawie słów ludzi, który w Polsce się tym zajmują. Polska Komisja Antydopingowa uważała, że jestem niewinny, co mówi wiele. To dowód na to, że nie zostałem potraktowany uczciwie.

Generalnie trudne czasy, aż mi włosy posiwiały. Ale najważniejsze, że wyciągnąłem dla siebie cenną lekcję. Jak mówiłem – nabrałem grubej skóry.

Dzięki trudniejszym doświadczeniom, przede wszystkim z Grecji, dziś nie kupuje pan słów piłkarzy, którzy mówią o presji na boisku.

Bo to nie jest zawód, w którym trzeba się stresować i odczuwać presję dzień w dzień. Spójrzmy na zagraniczne ligi. Nierzadko widzimy, że piłkarze przed meczami wydają się wyluzowani, roześmiani i uśmiechnięci. I to im przeszkadza? No jasne, że nie, to po prostu ich sposób koncentracji. Mam wrażenie, że gdyby w Polsce wszyscy wyglądali tak jak oni, to po porażkach pojawiałyby się głosy, że przegrali, bo się śmiali.

Najlepiej, gdyby o boiskowej presji przestano rozmawiać. Gdy trenujesz w tygodniu, po prostu wychodzisz i starasz się pokazać, co potrafisz. Tak samo podczas meczu. Koncentracja jest ważna, jasne, ale nie porównujmy i nie zrównujmy jej z presją. No bo gdzie tu presja? Jeżeli ma stanowić wymówkę, to nie kupuję tego.

Mateusz Borek powiedział kiedyś, że presję mają ludzie z chorymi dziećmi, pielęgniarka na onkologii czy bezrobotni.

I ja się pod tymi słowami podpisuję.

Kilka dni temu przeglądałem stare zdjęcia, kronikę z podstawówki. Okazało się, że już w czwartej klasie napisałem, że chciałbym zostać piłkarzem. I ja mam mówić o presji, skoro robię w dorosłym życiu to, o czym marzyłem za dzieciaka? Mało ludzi spełnia marzenia z dzieciństwa, piłkarze mają taką możliwość. Robią to, do czego dążyli, robią to, co kochają. Jasne, potrzeba wielu wyrzeczeń, w pewnym momencie może pojawić się stres, bo chcąc wejść na wysoki poziom, trzeba pokonać wielu kolegów. Ale stres z każdym kolejnym dniem, z każdym kolejnym treningiem powinien ustępować. I przede wszystkim – nie może stanowić wymówki, do której łatwo wszystko sprowadzić.

48

Poślizgnięcie z Niemcami nie wywołało u pana wielkich emocji?

Właśnie nie, dzięki doświadczeniom z Grecji do tego błędu podszedłem inaczej. Nie powiem, że po mnie spłynął, bo to byłoby aroganckie, ale szybko sobie z nim poradziłem i wróciłem do normalności.

Nie odczuwał pan jednak, że wiele osób się z pana poślizgnięcia po prostu śmiało?

Dziennikarze próbują wmówić ludziom, że piłkarze czytają o tym, co się dzieje w mediach i biorą wszystko do siebie…

Bo często tak jest.

Często, ale nie zawsze. Wiem, że tacy są, jasna, ale kolejnym stereotypem jest, że stanowią większość. Spójrz – twoim zadaniem jest opisać to, co działo się na boisku. Żeby być najlepszym dziennikarzem, musisz robić to dobrze. To twoja praca. A moją pracą jest jak najlepsza gra na boisku. Gdybym miał czytać o sobie, zadręczać się, że popełniłem błąd, to siłą rzeczy grałbym słabiej, bo bym się dobijał. Dlatego nie czytam o sobie, nie słucham tego, co się o mnie mówi.

Każdy ma prawo napisać to, co uważa, a my – jako piłkarze – mamy prawo, by wszystko, co zostało napisane, do nas nie docierało. I często do nas nie dociera. Tyle.

Ważne, żeby każdy miał wysoką samoocenę, ale i był samokrytyczny.

Pytałem o emocje, o reakcje kibiców, gdyż wydaje mi się, że wśród nich – przede wszystkim tych, którzy śledzą piłkę z mniejszą intensywnością – mało kto kojarzy pana z 2:0 z Niemcami, tylko właśnie z poślizgnięciem.

Nie zgadzam się. Jestem kojarzony zarówno z jednym, jak i z drugim wydarzeniem. Nikt nie zapomina, że grałem na Narodowym w zwycięskim meczu. Ale fakt – na początku porusza się temat Gdańska.

Czyli jednak!

Taka jest nasza natura. Jak podczas rozmów:

– Co u ciebie?

– Wszystko po staremu, wiesz, najważniejsze, żeby było zdrowie, a poza tym wszystko w porządku.

Czyli zaczynamy mówić o rzeczach, na które nie mamy wpływu, dopiero później przechodzimy do spraw pozytywnych.

– Pamiętasz, zagrałeś w Gdańsku, poślizgnąłeś się, ale fakt – zagrałeś również w meczu zwycięskim.

Tacy jesteśmy. Najpierw rzeczy negatywne lub te, na które nie mamy wpływu, dopiero później pozytywy. Stąd nie uważam, że jestem kojarzony tylko i wyłącznie z pechowym poślizgnięciem się, że to rzutuje na moją ocenę. W jakimś sensie tak, ale nikt nie umniejsza mi późniejszych zasług. Mógłbym się martwić, gdyby było inaczej.

A w karierze miał pan więcej szczęścia czy pecha?

Przede wszystkim starałem się minimalizować wpływ szczęścia na to, jakim byłem piłkarzem. Im więcej trenujesz, tym masz więcej szczęścia. Ważne, żeby dobrze trenować. Niekoniecznie ciężko, przede wszystkim dobrze. Gdy grałem w czwartej lidze, robiłem wszystko, by wskoczyć do trzeciej. I tak krok po kroku, szczebel po szczebelku. Samoświadomość.

Ale mówiło się, że ma pan masę szczęścia. Bo został pan lewym obrońcą, zajmując pozycję, na której w Polsce mamy deficyt.

Znowu będę musiał się nie zgodzić. (śmiech)

Domyślam się, dlatego pytam.

W reprezentacji na prawej obronie mieliśmy Łukasza Piszczka. Teraz pojawili się wartościowi zastępcy – Bartek Bereszyński, Tomek Kędziora. Jest z kogo wybierać, a wyciągnijmy z pierwszego składu Kamila Glika i pojawi się problem. To pokazuje, że selekcjoner nigdy nie będzie miał do wyboru 25 czy 30 piłkarzy na równym poziomie. Zawsze tak było. A że na lewej obronie grał Jakub Wawrzyniak, którego możemy spokojnie skrytykować, bo przecież to tylko Jakub Wawrzyniak, a jego nazwisko daje nam przyzwolenie, żeby pisać cokolwiek chcemy, to dziennikarze to robili, a ludzie przyjmowali. I przypięto mi łatkę.

Krytyka często była na siłę?

Myślę, że w pewnym sensie niepisane przyzwolenie istniało. Ale co zrobić, tak było i tyle.

Śmiał się pan, że jest zastępcą gościa, który nie istnieje.

To była dobra decyzja, żeby tak powiedzieć. Wyszło fajnie. Częściej mówiło się o tym, że zastępuje gościa, który nie istnieje, ucichły głosy, że się na swoją pozycję nie nadaję. Jednym zdaniem można było zaspokoić potrzebę całego tekstu i oczekiwań kibiców.

Zresztą, czułem się na swojej pozycji potrzebny nie dlatego, że mam o sobie nie wiadomo jak wielkie mniemanie. Wręcz przeciwnie – patrzę na fakty, liczby. Skoro w piłce funkcjonuje taki zawód jak lewy obrońca, a ja prawie pięćdziesiąt razy w meczach reprezentacji lewą obronę zajmowałem, to znaczy, że w wielu przypadkach byłem bardzo potrzebny. Nie zawsze, ale w wielu przypadkach.

Pytanie, czego oczekiwali kibice.

Mam wrażenie, że wszystko rozbijało się właśnie o oczekiwania. Utarło się, że z lewą obroną mamy problem i faktem jest, że problem mamy do dziś.

Ale proszę wymienić mi mecz reprezentacji, w którym lewy obrońca zawalił. Tak totalnie, że porażka okazała się jego winą.

Nie wiem, czy na szybko wskażę bezpośrednią winę, mogło takiej nie być. Ale słabsze mecze lewych obrońców zdarzają się dość często.

Pojedyncze słabsze mecze zawsze można znaleźć. Pod każdego, bez względu na pozycję. Znajdziemy jakieś spotkania, w których słabiej grał Robert Lewandowski, a przecież to o niczym nie świadczy. Gdy lewy obrońca grał słabiej, to słabiej grała cała drużyna. Nie przypominam sobie meczu w ostatnich trzech-czterech latach, żeby zawalił bezpośrednio.

I właśnie takie spojrzenie, zwracanie uwagę przede wszystkim na lewych obrońców w kontekście braków, pokazuje, że coś w mojej teorii jest. Że wcześniej istniało przyzwolenie, by krytykować Wawrzyniaka, bo to tylko Wawrzyniak, a teraz krytykujemy pozostałych lewych obrońców. I zaznaczę, żeby nie zostać zrozumianym źle – nie chodzi mi o to, że lewa obrona jest naszą najsilniejszą pozycją. Absolutnie nie. Zmierzam do tego, że nie tylko tam mamy braki, a właśnie na lewą obronę patrzy się najbardziej uważnie.

5

Pan jest ze swojej kariery reprezentacyjnej zadowolony?

Nie. Mówiłem, że zagrałem prawie pięćdziesiąt meczów, ale biorąc pod uwagę częstotliwość powołań, które otrzymywałem, mogłem wykręcić lepszy wynik. Grałem dużo, ale brakowało stabilizacji. Zdarzało się – zresztą, dość często – że na mojej pozycji grali piłkarze, którzy lewymi obrońcami nie byli. To było trudne, bo jeżeli przegrywasz rywalizację z zawodnikiem ze swojej pozycji, to jest ci łatwiej tę sytuację zaakceptować, zrozumieć. Ale jeżeli trener musi zmieniać, kombinować i uważa, że taka decyzja będzie lepsza, to znak, że moja postawa nie była przekonująca.

Pan czuł, że zasłużył na więcej szans?

Były momenty, że brakowało mi formy, że powielały się błędy w defensywie, ale czasami wydawało mi się, że jestem gotowy, jednak szansy brakowało.

Najbardziej bolesny moment?

Euro 2012.

Być w drużynie, a grać to dwie różne rzeczy. Byłem na trzech wielkich turniejach, zagrałem na jednym. W Austrii i Szwajcarii grał Paweł Golański, ja wystąpiłem w meczu pocieszenia, praktycznie o nic z Chorwacją. We Francji w świetnej formie był Artur Jędrzejczyk. A 2012 rok? Do turnieju grałem wszystko, regularnie, a później trener wymyślił inaczej. I właśnie z tego względu uważam, że tych spotkań powinienem rozegrać więcej. Akurat wtedy czułem się gotowy, byłem w formie.

Rozumiał pan decyzję Smudy?

Pamiętam, jak wróciłem po turnieju do klubu. Jan Urban podszedł i powiedział:

– Wiesz, my trenerzy mamy w sobie coś tak specyficznego, że czasami podejmujemy decyzje, których nikt nie rozumie. Choć wszystkie znaki dookoła wskazują na to, że powinien grać zawodnik X, to my stawiamy na gracza Y.

Dlatego z jednej strony nigdy nie zrozumiem, dlaczego Smuda na mnie nie postawił, ale z drugiej – może taka specyfika trenerów, jak mówił Jan Urban.

Choć bolało. Turniej w Polsce, lata przygotowań, dobra forma, regularna gra aż do czerwca… I ławka. Cóż, szkoda.

Była rywalizacja, czy Boenisch od początku był faworytem Smudy?

Nie było rywalizacji, bo jaka miała być, skoro Sebastian długo nie trenował? Przed turniejem zagrał z trzy mecze i tyle…

Uważa pan, że Smuda nie miał na Euro większej koncepcji, a w porównaniu do Nawałki z 2016 roku dzieliły go lata świetlne?

Tyle czasu minęło… Nie chciałbym do tego wracać. Dużo zostało powiedziane, każdy może wyrobić sobie własną opinię.

Wcześniej dużo wspominałem o pechu, bo jednak uważam, że trochę tego pecha pan miał. Najlepszy przykład – Euro 2016, mecz z Portugalią, żółta kartka Jędrzejczyka, zawieszenie. Gdybyśmy awansowali, pewnie zagrałby pan w półfinale.

Pamiętam tę sytuację. Jędza dostał żółtą kartkę, na tablicy pojawiła się informacja o zawieszeniu. I wszyscy na ławce spojrzeli na mnie. Myślałem o tym, mógłbym zagrać z Walią, świetna sprawa, ale czy jednocześnie pechowa? Sytuacja niezależna ode mnie.

Choć wiadomo, byłoby to fajne zwieńczenie kariery reprezentacyjnej. Jej nigdy oficjalnie nie skończyłem, ale zdawałem sobie sprawę, że Euro będzie moją ostatnią przygodą z reprezentacją. Naturalna sprawa, dwutorowa. Sam wiedziałem, że mój czas dobiega końca, do tego przegrywałem rywalizację.

Naturalna sprawa, ale na pewno nie łatwa, gdy przyszło oglądać kolegów w telewizji.

Wiadomo. Rozkleiłem się z Kazachstanem. Nie spodziewałem się takiej reakcji, a przeżycie było mocne, bardzo emocjonalne. Hymn, zbliżenie na kolegów, no i poleciały łzy. Musiałem wyjść do łazienki, nie chciałem, żeby rodzina widziała, jak płaczę.

Generalnie mówi się o panu, że ukrywa pan emocje.

Oprócz tej sytuacji. Jedynej. Ale wokół byli bliscy, może dlatego.

Nawiązuje do tego, bo w wywiadzie z Izą Koprowiak przyznał pan, że piłkarze często ukrywają emocje.

Nie chodziło do końca o emocje. Bardziej o to, jacy są ludzie, na kogo się kreują. Nie tylko piłkarze, mówię ogólnie. Często przedstawiamy siebie nie takimi jakimi jesteśmy, a takimi jakimi chcielibyśmy być. Taka ludzka natura, jednak nie chciałbym się w nią zagłębiać. Może ktoś uważa inaczej, może kogoś urażę, może co do kogoś się pomylę. To niepotrzebne.

Najważniejsze, żeby być profesjonalistą. W ogóle, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co to jest profesjonalizm. Tak jak z ciążą – albo jesteś w ciąży, albo nie jesteś w ciąży. Albo jesteś profesjonalistą w stu procentach, albo nie jesteś w ogóle, tylko czasami zachowujesz się profesjonalnie. Zauważam, że świadomość piłkarzy jest coraz większa. Zawodnicy dbają o dietę, regenerację, przygotowanie do meczu. I to jest dobre, pozytywne. Do tego profesjonalizm to umiejętność radzenia sobie z popełnionymi błędami. Popełniłeś błąd? W porządku, ale szybko się resetujesz i wracasz do gry.

Pan zawsze podchodził do piłki profesjonalnie?

Nie, ale wraz z biegiem kariery zdawałem sobie sprawę, że profesjonalizm – rozumiany przez odpowiednie odżywianie czy radzenie sobie z popełnianymi błędami – jest ważny.

Choć nie zapominajmy, że najważniejsze jest to, co na boisku. A dochodzą do nas różne głosy, widzimy, że w najlepszych ligach na świecie piłkarze wychodzą dwa dni przed meczem na kolację, żeby przy okazji napić się piwa. I nic się nie dzieje. A jakie głosy byłyby u nas? „Jak to jest możliwe? Przecież tyle zarabia i nie podchodzi profesjonalnie do zawodu”.

Mamy obsesję profesjonalizmu, myślę, że z powodu tego, że polska piłka klubowa nie odnosi sukcesów. I wydaje nam się, że jak piłkarz dwa dni przed meczem zostanie w domu zamiast wyjść do restauracji, to będzie w lepszej formie.

Czy na pewno?

Mariusz Stępiński zauważył, że w Polsce skupiamy się na wszystkim – na psychologach, odżywkach, dietach – ale zapominamy o najważniejszym. O treningu.

A dobry trening jest najważniejszy. Błędem jest postrzeganie profesjonalizmu przez to, czy piłkarz dwa dni przed meczem wypije piwo. Jeżeli ma się odpowiednią świadomość, to takie rzeczy na karierę nie wpłyną.

Pan jest ze swojej kariery – całościowo – zadowolony?

W Grecji naprawdę było ciekawe, tylko szkoda, że moja kariera – z wiadomych względów – wyhamowała. A pobyt w Legii? Patrząc na to, jak warszawianie wyglądają teraz, to zaledwie dwa mistrzostwa, które zdobyłem, nie mogą mnie satysfakcjonować. Powinno być lepiej, tak samo z pobytu w Lechii można było wyciągnąć więcej. Tam wiadomo, były różne sytuacje, między innymi zsyłka do rezerw, ale już ją tłumaczyłem, nic nowego nie dodam.

Rosja nie była rozczarowaniem?

Nie, nie. Mocniejsza liga, przyzwoity klub. Generalnie przemyślany ruch, trochę pograłem. Jedyny minus, że byłem sam, bez rodziny. Ale nie chciałbym mówić w tym przypadku o poświęceniu, w ogóle o poświęceniu w piłce. Jeżeli coś lubisz, to to robisz. Angażujesz się. Gdybym miał codziennie myśleć, że poświęciłem się zostając przez jakiś czas bez rodziny, to nie byłbym w stanie odpowiednio funkcjonować.

6

Skoro umowne zakończenie reprezentacyjnej kariery było dla pana trudne, zastanawia się pan co będzie, gdy trzeba będzie skończyć z piłką całkowicie?

Zastanawiam się i wiem, że nie będzie łatwo. Z prostego względu – do zakończenia kariery trudno się przygotować. To chyba naturalne. Skoro całe życie wstajesz rano i masz zaplanowany rytm dnia, podporządkowany piłce, to zmiana musi być drastyczna. W piłce masz sztab osób, które dbają o to, żeby było ci jak najlepiej. Po karierze zostajesz sam.

Zdaję sobie sprawę, że to, o czym mówię, dla wielu ludzi może nie być zrozumiałe, wręcz absurdalne. „Jak to jest możliwe, że nie jesteś przygotowany, by poradzić sobie w życiu po piłce?” Po pierwsze nie mówię, że nie jestem przygotowany, niczego się nie obawiam. Po prostu nigdy takiej sytuacji nie doświadczyłem i będę musiał się z nią zmierzyć. Dalej – nikt nie powie, że strata pracy jest normalna, nikt nie powie, że w takiej sytuacji łatwo wrócić do normalnego funkcjonowania. A zakończenie kariery to w jakimś sensie strata pracy.

Da się do tego przygotować? Sporo piłkarzy powtarza, że się przygotowuje.

Słyszałem takie głowy, ale za każdym razem, gdy rozmawiam z piłkarzami, którzy skończyli kariery, słyszę, że przygotowanie się nie jest łatwe, a wręcz niemożliwe. Z nową sytuacją trzeba się zmierzyć, gdy przyjdzie odpowiedni czas. Ogarnąć się i szybko znaleźć nowe zajęcie.

Pan ma konkretny plan?

Mam swoją koncepcję, wizję, ale nie chcę o niej mówić. Zawsze podobała mi się postawa, którą wyznają między innymi Jacek Krzynówek czy Tomasz Wałdoch, którzy przesadnie się w mediach nie udzielają. No bo po co? Udzielanie wywiadów, przypominanie o sobie co chwilę to nie jest coś, co kupuję. Po zakończeniu kariery tym bardziej.

Będzie o panu cicho?

O mnie, z wyjątkiem kilku sytuacji, zawsze było cicho. Gdyby nie zarzuty o doping i poślizgnięcie się z Niemcami, to cały czas stałbym z boku, bo nigdy nie chciałem być na świeczniku. Po karierze nie będzie o czym gadać, a i ja nie będę miał potrzeby przypominania o sobie.

Grałem – i nadal gram – w piłkę i z tego chcę być kojarzony i zapamiętany.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. FotoPyk