Oficjalnie: Katar zmiażdżył w Pucharze Azji
Weszło

Oficjalnie: Katar zmiażdżył w Pucharze Azji

608 minut. Bite 10 godzin z haczykiem. Przez tyle czasu defensywa Kataru wychodziła zwycięsko ze starć z najlepszymi ekipami Azji. Jasne, na bramkę Saada Al-Sheeba nie walili Messi i Ronaldo obsługiwani przez Modricia i de Bruyne, ale przejście prawie całego turnieju bez straty choćby gola to statystyka cholernie wymowna. A gdy jeszcze dodamy do tego fakt, że Katarczycy w tym samym czasie potrafili wbić przeciwnikom goli kilkanaście, otrzymujemy obraz ekipy, która zmiażdżyła konkurencję. Rumakowanie miało skończyć się wraz z meczem finałowym z Japonią, najbardziej utytułowaną ekipą kontynentu? Stracili gola, ale nic z tego. Azja ma nowych króli. 

Japończycy, którzy byli faworytami bukmacherów w starciu o swój piąty Puchar Azji, katarski mur przełamali w 68. minucie meczu. Takumi Minamino zrobił wtedy to, co nie udało się wcześniej kolejno piłkarzom z Libanu, Korei Północnej, Arabii Saudyjskiej, Iraku, Korei Południowej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przedstawiany to jak wyczyn, ale prawda jest taka, że finał był już wtedy prawie rozstrzygnięty. Katarczycy prowadzili dość pewnie, 2-0, po golach wbitych w pierwszej połowie.

Wróć! Katarczycy prowadzili dość pewnie, 2-0, po golach wbitych w pierwszej połowie, które były takie, że głowa mała. Jak z gry komputerowej. Jak z mokrego snu kajtka, który z piłką pod pachą marzy o rozstrzyganiu decydujących spotkań w wielkim stylu.

Zresztą, zobaczcie sami. Najpierw Almoez Ali w 12. minucie, otoczony graczami z całkiem poważnych europejskich klubów, zachował się w polu karnym tak jak na plaży, kopiąc piłkę z młodszym rodzeństwem. Przyjęcie, podbicie, przewrotka. Facet raczej miał piątkę z gimnastyki.

Był to jego dziewiąty gol w turnieju, kończy go z koroną króla strzelców na głowie. Ale z naszej perspektywy ciekawszy był fakt, że jeszcze w trakcie pierwszej połowy Abdulaziz Hatem rzucił mu wyzwanie. Na podstawie samych bramek z finału można by bowiem zorganizować plebiscyt na bramkę turnieju, wielka sprawa. I trudno nam orzec, kto powinien go wygrać.

Jest jeden problem – nie znaleźliśmy w internecie całej akcji, więc poniżej zobaczycie tylko sam moment uderzenia. Dość istotne jest jednak – musicie uwierzyć nam na słowo – to, że przed nim Katarczycy wymienili ponad 20 podań i zaimponowali cierpliwością w konstruowaniu ataku.

I choćby Hatem miał później świetną okazję, by zabić to spotkanie, ale koncertowo ją spartolił. W drugiej połowie do głosu dochodzili Japończycy, czego wyrazem był wspomniany gol, ale też kilka innych okazji. Bramka wyrównująca wisiała w powietrzu, tak samo jak wysyp wpisów na Twitterze przypominających słowa Czesława Michniewicza o niebezpiecznym prowadzeniu 2-0. I wtedy, 10 minut przed końcem, nadzieje Japończykom na końcowy triumf zabrał doświadczony Yoshida do spółki z VAR-em. Pierwszy ręką zablokował strzał Katarczyka, a drugi pomógł to wyłapać sędziemu, który początkowo puścił grę. Wynik ustalił z jedenastu metrów Akram Afif.

Jak bonie dydy – bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wspaniały był to finał, nie zapominamy go nigdy co najmniej przez tydzień. A już tak na serio, wydaje nam się, że możemy wracać myślami do tego spotkania nawet w 2022 roku. Gdy na organizowanym u siebie mundialu, Katarczycy znowu odpalą jakąś rakietę, przypomnimy sobie, kiedy po raz pierwszy poznaliśmy ich możliwości.

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (9)