Dylematy Adama Kownackiego. Jeśli nie Wilder, to kto?
Inne sporty

Dylematy Adama Kownackiego. Jeśli nie Wilder, to kto?

Adam Kownacki (19-0, 15 KO) wszedł do czołówki wagi ciężkiej razem z drzwiami. Jeszcze przed sobotnią walką wielu ekspertów widziało go w co najwyżej w „dziesiątce” najlepszych, ale zdemolowanie solidnego Geralda Washingtona (19-3-1, 12 KO) odbiło się szerokim echem. Do tego stopnia, że po wszystkim komplementował go nawet oglądający wszystko z trybun mistrz świata federacji WBC – Deontay Wilder (40-0-1, 39 KO). To właśnie walki z nim najbardziej chciałby teraz Polak, ale wszystko wskazuje na to, że będzie musiał uzbroić się w cierpliwość.

Grono sceptyków talentu polskiego pięściarza kurczy się z walki na walkę, jednak sam zainteresowany uczciwie zapracował na taki stan rzeczy. Ostatnie cztery pojedynki w wykonaniu „Babyface’a” wystawiają mu świetne świadectwo – naprawdę mało który pięściarz marzący o tytule może się pochwalić takim rozkładem. Artur Szpilka (20-2), Iago Kiladze (26-1), Charles Martin (25-1-1) i teraz Washington – w tym gronie jest były mistrz świata i dwóch pretendentów. Pretendentów, których Kownacki nokautował zresztą dużo szybciej niż sam Wilder.

„Wspaniała robota! Podobała mi się polska publiczność – aż przypomniała mi się moja walka ze Szpilką… Gdybyśmy mieli się spotkać, to znowu byłoby dużo śpiewów. Podoba mi się styl Kownackiego. Walczy o coś, wychodzi w konkretnym celu – szuka, znajduje i niszczy. To byłaby piękna walka, ale zobaczymy, co się wydarzy” – komentował na gorąco sam mistrz.

Kurtuazja? Chyba nie do końca, bo reakcja Wildera na nokaut Polaka była wymowna. W tej samej rozmowie Amerykanin przyznał jednak, że jest na ostatniej prostej w negocjacjach rewanżowego spotkania z Tysonem Furym (27-0-1, 19 KO). Tymczasem w mediach zaczęły pojawiać się informacje mówiące o możliwe walce Wilder – Kownacki, ale jesienią tego roku. O ile oczywiście ten pierwszy nie straci wcześniej pasa.

„Im dłużej obserwuję Adama, tym bardziej jestem przekonany, że może wygrać z Wilderem. Deontay potrzebuje dużo miejsca, by zadać cios prawą ręką, ale Adam przez całą noc będzie mu siedział na klatce piersiowej! Nie sądzę, że Wilder da radę to przetrwać. Miał spore problemy z Ortizem, a on nie zadawał tylu ciosów co Kownacki” – analizował Keith Connolly, menedżer Polaka.

W kontekście wielkiego rewanżu na szczycie wagi ciężkiej pojawiają się już nawet daty. Druga walka Fury’ego z Wilderem miałaby się odbyć 28 kwietnia lub 13 maja w Nowym Jorku lub Las Vegas. Obozy muszą najpierw osiągnąć porozumienie w kwestiach finansowych, co wbrew pozorom wcale nie będzie takie łatwe. Fury ma pełne podstawy do tego, by chcieć więcej niż za pierwszym razem, a Wilder niekoniecznie musi się zgodzić na ustępstwa, bo na papierze to on jest wciąż mistrzem.

Jeśli porozumienia nie uda się uzyskać do 5 lutego, to zrobi się naprawdę ciekawie. Federacja WBC zarządziła, że w takim przypadku odbędzie się otwarty przetarg, który z pewnością przyciągnie wielu chętnych z całego świata. Jest tylko jeden problem – do przetargu dojdzie przy podziale puli 60/40 na korzyść Amerykanina. Ben Davison – trener Fury’ego – już zdążył zapowiedzieć, że w takim scenariuszu jego podopieczny po prostu wycofa się z walki.

Takiej opcji nie sposób wykluczyć. Granie „na czas” mogłoby w końcu opłacić się tak naprawdę wszystkim stronom. Akcje Fury’ego i tak zdążyły wystrzelić, a na statusie „mistrza ludzkich serc” z pewnością mógłby wyprzedać niejedną dużą galę w ojczyźnie. Wilder mógłby tylko odetchnąć z ulgą, bo po pierwszym starciu pewne jest jedno – styl Brytyjczyka to dla niego koszmar.

Czekać czy nie?

Gdzie w tej całej układance znajduje się Adam Kownacki? Nie da się ukryć, że Polak po ostatniej wygranej stał się naturalnym kandydatem do walki o pas. Droga do Anthony’ego Joshuy (22-0, 21 KO) jest jednak kręta i skomplikowana. Posiadacz mistrzowskich pasów organizacji WBA, IBF i WBO ma już pewnych rywali na kilka walk do przodu i reprezentuje zupełnie inny sportowy projekt. Na ten moment wygląda na to, że drogi Brytyjczyka i Kownackiego zejdą się tylko jeśli nasz rodak uzyska status obowiązkowego pretendenta którejś z federacji, na co się chyba nie zanosi.

Z Wilderem sprawa wygląda dużo prościej. Obaj są związani z projektem Premier Boxing Champions, którym z tylnego siedzenia kieruje wpływowy Al Haymon. Był on zresztą jedną z kilku osób, którym Polak dziękował bezpośrednio po walce z Washingtonem. Środowisko PBC pod wieloma względami żyje własnym życiem i ma ochotę robić z pasów „swoją” własność. 

Tak jest między innymi w wadze ciężkiej. Wilder wywalczył mistrzowski tytuł w styczniu 2015 roku i od tamtej pory pokonał tylko jednego (!) obowiązkowego pretendenta. W „normalnych” okolicznościach powinien pokonywać jednego na rok. Dominic Breazeale (20-1, 18 KO) wywalczył taką pozycję 14 miesięcy temu, ale wciąż czeka, aż federacja „wywoła” go do walki z mistrzem.

Sytuacja tego pięściarza najlepiej pokazuje, że w dzisiejszym boksie nawet pozycja obowiązkowego pretendenta nie daje zbyt wiele. Dillian Whyte (25-1, 18 KO) to inna ofiara tej sytuacji. Numerem jeden rankingu federacji jest już od ponad roku. Zdobył mniej ważny pas tej organizacji i bronił go ze świetnymi pięściarzami. Czy to przybliżyło go do walki z Wilderem? W żadnym wypadku! Być może jest drugi w kolejce do Amerykanina, ale na pewno nie zamierza czekać na coś, co może nigdy nie nadejść.

Jeśli dojdzie do rewanżu Wildera z Furym, to Adam Kownacki będzie miał dwie opcje. Może zawalczyć na „przeczekanie” z rywalem podobnego kalibru co Washington. W takim pojedynku byłby zdecydowanym faworytem i mógłby się pokazać na przykład w pojedynku otwierającym przekaz telewizyjny jakiejś dużej gali. W Premier Boxing Champions nie brakuje drugoligowych pięściarzy, którzy chętnie podjęliby się takiego wyzwania.

W tym wariancie ciekawym rywalem dla Polaka wydaje się Chris Arreola (37-5-1, 32 KO). Wielu ekspertów nazywa zresztą Kownackiego „polskim Arreolą”. Amerykanin meksykańskiego pochodzenia uwielbiał opowiadać o swoim obżarstwie, ale w swoich najlepszych latach był całkiem groźnym zawodnikiem. Miał kilka cennych skalpów i nieskazitelny bilans (27-0), gdy w 2009 roku dostał upragniony pojedynek z Witalijem Kliczką (37-2). Przegrał w nim do wiwatu, a kilka miesięcy później stoczył porywającą wojnę z Tomaszem Adamkiem (40-1), który również okazał się od niego lepszy.

Kolejne lata były pełne wzlotów i upadków, ale Arreola dwukrotnie rywalizował jeszcze o mistrzowski tytuł. Starcie „dwóch grubasków” byłoby ciekawym pomysłem na walkę, w którym Kownacki nie ryzykowałby zbyt wiele. Amerykanin to już zawodnik wyboksowany, który zdaje się polować na ostatnią dużą wypłatę. Kandydatami z podobnej półki wydają się Travis Kauffman (32-3, 23 KO) lub doskonale znany polskim kibicom Joey Abell (34-10, 32 KO).

A może zaryzykować?

Powyższe opcje z całą pewnością można ocenić jako dość bezpieczne dla Polaka. Pojedynek takiej rangi pozwoliłby mu solidnie zarobić, a ewentualne efektowne zwycięstwo jeszcze mocniej podbiłoby jego akcje. W naturze Kownackiego jest jednak pewna skłonność do ryzyka. Walkę ze Szpilką wymyślił sobie sam i kompletnie nie interesowały go opinie ekspertów i bukmacherów, którzy zupełnie nie wierzyli w jego zwycięstwo.

Ryzykiem był również pojedynek z Martinem. Brzmi to nieco absurdalnie, ale były mistrz świata był pięściarzem tak naprawdę niezweryfikowanym przez czołówkę. Nie pokonał nikogo znaczącego, a po mistrzowski pas sięgnął przez absurdalną kontuzję Wiaczesława Głazkowa. W pierwszej obronie w kuriozalnych okolicznościach dał się wyliczyć w drugiej rundzie walki z Joshuą w Londynie i… zniknął. Wrócił po długiej przerwie i był wielką niewiadomą. Gdy wychodzili do ringu, to wyprzedzał nawet Polaka w rankingu federacji WBC.

Jeśli Kownacki będzie chciał poszukać sportowych wyzwań, to z pewnością w ramach projektu Premier Boxing Champions znajdzie ich kilka. Idealnym kandydatem wydaje się właśnie Breazeale. Twardy Amerykanin zaimponował charakterem w pamiętnej wojence z niepokonanym wówczas (17-0) Izu Ugonohem. Tytuł obowiązkowego pretendenta zdobył po zwycięstwie na Erikiem Moliną (26-4). Mimo wszystko trochę trudno uwierzyć, że po tylu miesiącach czekania na Wildera zaryzykuje wychodząc do walki z Kownackim, w której nie ma praktycznie nic do zyskania.

„Kownacki to cholerne zwierzę! Chciałbym teraz zobaczyć jego walkę z Breazealem. To prawdziwy „death match” i praktycznie gwarancja walki roku” – napisał na Twitterze Julian Williams, wysoko notowany pięściarz kategorii junior średniej. Amerykanin to wymarzony przeciwnik wśród zawodników z czołówki. Jest wolny i łatwy do trafienia, ale przy tym potrafi mocno uderzyć i jest odporny na ciosy. Mimo wszystko intensywności Kownackiego mógłby nie wytrzymać. Już z Izu oddychał rękawami, a jedno jest pewne – „Babyface” ma dużo lepszą kondycję od rodaka.

Inny poważny kandydat do walki z Polakiem to w teorii dużo gorsza dla niego opcja. Luis Ortiz (30-1, 26 KO) dostał już swoją mistrzowską szansę, ale chociaż zranił Wildera, to nie potrafił skończyć roboty i sam przegrał potem przed czasem. Mimo zbliżającej się czterdziestki Kubańczyk to naprawdę mistrz swojego rzemiosła i pięściarz o unikalnej charakterystyce oraz olbrzymim doświadczeniu.

Sprawnie poruszający się na nogach mańkut znakomicie bije w drugie tempo i potrafi rzucać na deski ciosami z obu rąk. Ma bardzo wysokie ringowe IQ i w boksie widział już chyba wszystko. Wildera ogrywał w większości rund, ale sędziowie z sobie tylko znanych względów punktowali pod mistrza. Bryanta Jenningsa (19-1) Ortiz rozbił z bliska i pokazał, że umie skrócić dystans. Wady? Przede wszystkim wiek i szczęka, którą można skruszyć. Walka Ortiz kontra Kownacki wydaje się łatwa do zrobienia i całkiem realna, bo obaj pięściarze nie mają w tej chwili na horyzoncie lepszych możliwości.

W ostatnich tygodniach w potencjalnych planach pojawiło się jeszcze jedno wartościowe nazwisko. Andy Ruiz jr (31-1, 20 KO) to rówieśnik Kownackiego, który również słynie z tego, że do ringu wnosi o kilka kilogramów za dużo. Atuty ma jednak właściwie te same co Polak. Należą do nich umiejętność boksowania w szybkim tempie, zdumiewająca łatwość składania kombinacji i twarda szczęka.

Amerykanin jedyną porażkę poniósł w grudniu 2016 roku z Josephem Parkerem (21-0) Stawką tamtego pojedynku był pas mistrza świata federacji WBO. Obrońca tytułu wygrał niejednogłośnie na punkty, a werdykt był długo komentowany. Po tej porażce Ruiz zniknął na ponad dwanaście miesięcy. W 2018 roku wrócił dwoma zwycięstwami z mało znaczącymi rywalami i… podpisał kontrakt z projektem Premier Boxing Champions.

Wciąż nie wiadomo, kiedy w ramach nowej umowy po raz pierwszy wyjdzie do ringu. Można jednak przypuszczać, że jesienią powinien być gotowy na większe wyzwanie, a pojedynek z Kownackim byłby fascynującym starciem, w którym rekord w liczbie zadanych ciosów w wadze ciężkiej (1730 – Ibeabuchi vs Tua) mógłby być naprawdę realnie zagrożony.

Skąd ten optymizm? Wystarczy rzut oka na statystyki. Demolka na Washingtonie trwała cztery minuty, a Polak w tym czasie wyprowadził 141 ciosów, z których aż 58 doszło do celu. Tydzień wcześniej w hitowej walce Adriena Bronera (33-4, 24 KO) z Mannym Pacquiao (61-7-2, 39 KO) ten pierwszy w trakcie dwunastu rund zadał 50 celnych uderzeń na 295 prób. Liczba pięściarzy, których mogłyby zawstydzić liczby „Babyface’a” jest naprawdę długa. I co dla nas chyba najważniejsze: stale się powiększa.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)