Śliwka: fajnie jest być odmieńcem
Inne sporty

Śliwka: fajnie jest być odmieńcem

– Kiedy miałem wejść na boisko w meczu z Brazylią, długo nie chciała mi się rozpiąć bluza. Miałem debiutować w reprezentacji, a nie mogłem zdjąć bluzy! Na szczęście w ostatniej chwili się udało. Od tamtej pory jednak nigdy jej nie zapinam do końca, bo boję się, że jak będę musiał wyjść, to znowu się zatnie – opowiada Aleksander Śliwka.

Z mistrzem świata i przyjmującym ZAKSY Kędzierzyn-Koźle pogadaliśmy jednak nie tylko o siatkówce. Dlaczego jednym z jego ulubionych piłkarzy był Luca Toni? Jak to było ze słynnym zdemolowaniem ławki trenerskiej po przegranym meczu? Dlaczego podczas obrony pracy licencjackiej komisja nie mogła go z niczego zagiąć? Co chce robić po zakończeniu kariery?

No to ruszamy.

***    

Telefon od Mariana z Wrocławia, który podczas audycji w Weszło FM zapytał Bartosza Kurka o „opływową fryzurę”, dzięki której doszedł do życiowej formy, to był spontan, czy dokładnie zaplanowana operacja?

Zacznijmy od tego, że raczej nie uchodzę za zgrywusa. Było tak, że zadzwonił do mnie Samuel (Szczygielski, prowadzący audycję – red.) z prośbą, żeby wykręcić Bartkowi jakiś śmieszny numer. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak to rozegram, nie zastanawiałem się nad tym za bardzo, ale w końcu postawiłem na włosy. To było najłatwiejsze, bo jego fryzura… rzuca się w oczy. Byłem jednak zaskoczony, że Bartek w ogóle to łyknął.

Po audycji był telefon od ofiary?

Widzieliśmy się na Pucharze Polski we Wrocławiu. Bartek podszedł do mnie i powiedział, że chyba nigdy sobie nie wybaczy, że mnie wtedy nie rozpoznał i żebym szykował się na zemstę. Tak więc już szykuję się na odwet.

Szatnia siatkarska jest tak bezwzględna, jak piłkarska i nie przepuści żadnej okazji do szyderki?

Atmosfera w naszej reprezentacji jest dobra, zawsze można potargać małego łaszka i nikt absolutnie się nie obrazi. Każdy z chłopaków ma jakiś słaby punkt o który można zahaczyć. Mamy kilka osób, które w tym przodują, ale największym zgrywusem jest chyba Damian Wojtaszek. Nigdy nie wiesz, czy masz wierzyć temu gościowi, czy może stałeś się kolejną ofiarą jego wkrętki. Nie ukrywam, sam też niejeden raz spaliłem się ze wstydu.

Pewnego razu w Rzeszowie przyszedłem na trening. W szatni siedział Damian ubrany w kurtkę i powiedział, że dzisiaj trenujemy na innej hali, bo przecieka dach, dlatego trzeba zapakować i przewieźć sprzęt. Wszedłem na górę na halę żeby zobaczyć i zapytać trenera co zabrać. Oczywiście hala była gotowa: światła zapalone, niektórzy już przygotowują się do treningu. Wróciłem do szatni z podkulonym ogonem, a „Mały” aż popłakał się ze śmiechu.

To, jaka atmosfera panuje w waszej kadrze, dobrze pokazała historia z Grzegorzem Łomaczem, który po powrocie z mistrzostw zaprezentował na lotnisku fryzurę, jakby szedł na casting do „Ogniem i Mieczem”. Impreza po finale lekko wymknęła się spod kontroli?

Cóż, to chyba pozostanie tajemnicą szatni. Nie wiem, kto dokładnie odpowiadał za stylizację, ale myślę, że Grzesiek drugi raz nie zgłosi się już do tego samego fryzjera.

Kiedyś w ogóle wspominałeś, że po zakończeniu grania mógłbyś zostać dziennikarzem. Może więc radio?

Jest to dla mnie jakiś pomysł na przyszłość, bo mamy wielu siatkarzy czy piłkarzy, którzy dobrze odnajdują się w roli ekspertów telewizyjnych. Z profesjonalnych dziennikarzy zawsze szczególnie podziwiałem pana Dariusza Szpakowskiego. Moje piłkarskie wspomnienia z dzieciństwa były najczęściej związane z jego komentarzem, dlatego byłem zaszczycony, że w tym roku podczas Balu Mistrzów Sportu udało mi się zrobić z nim zdjęcie.

Dziennikarstwo jest w sferze planów, chociaż mam nadzieję, że przede mną jeszcze ponad dziesięć lat grania. Myślę o tym, rozważałem nawet rozpoczęcie studiów dziennikarskich, ale ostatecznie to się nie powiodło i obroniłem licencjat na innym kierunku.

Wyczytałem, że temat twojej pracy był dość nietypowy.

Studiowałem turystykę i rekreację. Specjalizacja – hotelarstwo i gastronomia. Moja praca dotyczyła natomiast siatkówki, pisałem o zasadach żywienia i przygotowania hoteli dla drużyn PlusLigi. Razem z promotorem tak ułożyliśmy temat pracy, żeby nikt mnie nie zagiął.

Temat wziął się stąd, że podczas wyjazdów miałeś już dość kiepskich hoteli?

W roku mamy ponad dziesięć wyjazdów ligowych, do tego dochodzą jeszcze Puchar Polski i Liga Mistrzów, dlatego widziałem już sporo. Sporządziłem nawet ankietę, w której pytałem chłopaków z drużyny o opinie na temat hoteli. Następnie zebrałem to wszystko do kupy i wyszły bardzo ciekawe wnioski, bo tych niedociągnięć było naprawdę sporo. Dlatego kiedy potem na egzaminie dostałem pytania o te niedociągnięcia, to leciałem już totalnie z głowy, bez specjalnego przygotowania.

Trzeba jednak przyznać, że warunki w hotelach są coraz lepsze. Jeśli chodzi o dorosłe granie w lidze czy reprezentacji, raczej rzadko zdarzają się przypadki hoteli bardzo mocno odbiegających od pewnego standardu. Poza tym kluby wybierają zwykle sprawdzone miejsca, gdzie przyjeżdżały już we wcześniejszych sezonach. Znacznie gorzej wspominam „hotele” z czasów juniorskich. Jeżdżąc na turnieje spało się w klasach, a za łóżko robił materac leżący na podłodze.

Mówisz, że jest lepiej, ale niektórzy twoi koledzy z kadry mocno przejechali się po hotelu w Bułgarii, który zajmowaliście podczas mistrzostw świata.  

Rzeczywiście, gdybyśmy mieli porównywać hotele we Włoszech i w Bułgarii, to te drugie są znacznie gorsze. Największa różnica była zauważalna w jedzeniu. W Bułgarii mieszkaliśmy w obiekcie, który normalnie przyjmował gości na wakacje na zasadzie all inclusive. Jedzenia było więc pod dostatek, ale niekoniecznie było ono dobre jakościowe. Często było bardzo tłuste. Przez pierwsze parę dni to było jeszcze ciekawe, ale byliśmy tam długo, bo graliśmy w Warnie też drugą fazę i w końcu bułgarska kuchnia przejadła się.

Doszło nawet do tego, że niektórzy z nas pochorowali się, mieli zatrucia pokarmowe. Czuję, że te przygody żołądkowe były mocno związane z tym, co wtedy jedliśmy. Dlatego ucieszyliśmy się, kiedy przyjechaliśmy do Turynu. Może jedzenie nie było tam jakieś wybitne, ale było porządne. Jak dopadliśmy do stołów, to wyjedliśmy wszystko, byliśmy zachwyceni.

Zostawmy hotele, wróćmy do sportu. Bartek Kurek przyznał, że jest też piłkarskim freakiem. A dlaczego ty nie zostałeś Messim z Jawora? Bo wiem, że też kopałeś.

Grałem w podstawówce, na siatkówkę przerzuciłem się chyba w szóstej klasie. A Messim nie zostałem dlatego, że cała moja rodzina była związana z siatką. Grali moi rodzice, grało lub gra również moje rodzeństwo.

To, że zaczynałem od kopania piki, bardziej było spowodowane tym, że w moim rodzinnym mieście nie było po prostu możliwości trenowania siatkówki. Najbliższy ośrodek był oddalonym o kilkanaście kilometrów. Kiedy więc w Jaworze został założony młodzieżowy klub siatkarski – nota bene także przez moich rodziców – to od razu zacząłem chodzić na treningi. Chociaż nie zostawiłem piłki, cały czas się nią interesowałem. Ale wątpię, żebym miał odpowiednie predyspozycje do futbolu. Sito jest tam jednak dość duże, ciężko byłoby się przebić.

Twoimi idolami byli Ronaldinho i Luca Toni.

Nie wiem skąd to wiesz, ale to prawda. Największy bum na piłkę zrodził się w mojej głowie właśnie od oglądania Ronaldinho w barwach Barcelony. Może jego dominacja nie trwała tak długo, jak teraz Ronaldo czy Messiego, ale przez kilka lat naprawdę czarował.

Później, po mistrzostwach świata w 2006 r., które wygrali Włosi, moim drugim idolem został właśnie Toni. Chociaż tak naprawdę nie wiem, co mnie do niego przekonało, bo nie był to ani zawodnik najszybszy, ani najlepiej dryblujący, ani widowiskowy, był po prostu rosłym napastnikiem, który dobrze grał głową i będąc ustawionym tyłem do bramki. Nie wiem, może zapamiętałem go przez tę jego słynną cieszynkę, „żaróweczkę”? To były czasy szkolne, dlatego naśladowało się takie zachowania. Każdy miał swoich idoli, a dla mnie najważniejsza była ta dwójka.

Jako siatkarz jesteś mańkutem, ale piłkę kopałeś prawą nogą. To chyba nie takie częste?  

Co ciekawe, mój brat, który też gra w siatkówkę, jest praworęczny i… lewonożny. Też po skosie, tylko w drugą stronę. Ciężko powiedzieć, czy jest to kwestia genetyczna. Różnie bywa, zdarzają się oburęczni, którzy po prostu wybierają rękę, którą wykonują później określone czynności.

U mnie oficjalna wersja była taka: radziłem sobie dobrze obiema rękami, ale w przedszkolu złamałem prawy obojczyk. Ręka przez kilka tygodni była oczywiście w gipsie, dlatego przez ten czas wszystko robiłem lewą rękę. I tak już zostało. Nie wiem, czy tamto złamanie było głównym powodem tego, że jestem mańkutem, ale na pewno miało na to jakiś wpływ. W moim przypadku nie pewno nie było więc tak, jak w dawnych czasach, kiedy to na siłę oduczano leworęcznych pewnych nawyków. Kiedyś bycie leworęczny potrafiło być przekleństwem, dziś tak nie jest. Rodzice mnie nie ograniczali, wręcz wspierali mnie, upatrywali w tym jakiegoś atutu.

Na ile bycie leworęcznym przyjmującym to atut w siatkówce? Niby z jednej strony blokujący muszą kombinować jak do ciebie skoczyć, ale z drugiej twój rozgrywający też musi inaczej rozrzucać piłki.

W siatkówce bardzo rzadko spotyka się szczególnie leworęcznych środkowych, to w zasadzie wyjątki, które na tym najwyższym poziomie można policzyć na palcach jednej ręki. Na pozostałych pozycjach, w tym na mojej, tacy zawodnicy już się zdarzają, chociaż trudno powiedzieć, czy lewa ręka pomaga lub przeszkadza na boisku. Na pewno jest to inne granie. Ale ja cieszę się, że jestem leworęczny, fajnie jest być trochę odmieńcem i korzystam z tego.

Chociaż w normalnym życiu bywały różne sytuacje. Spójrz chociażby na nożyczki, które są produkowane głównie dla praworęcznych. Chodząc do szkoły musiałem nauczyć się wycinać prawą, więc dziś nie muszę już się męczyć. Nożyczki to jedna z niewielu codziennych rzeczy, które musiałem opanować drugą ręką. Jest też coś takiego, że jak piszesz lewą ręką, to jednocześnie wycierasz literki z kartki. Na początku musiałem się przyzwyczaić, że atrament zostawał na dłoni.

2019.01.26 Wroclaw Siatkowka Mezczyzn Puchar Polski 2019 Polfinal ZAKSA Kedzierzyn-Kozle - Aluron Virtu Warta Zawiercie N/z Aleksander Sliwka Foto Lukasz Sobala / Press Focus 2019.01.26 Wroclaw Volleyball Mens Polish Cup 2019 Semifinal ZAKSA Kedzierzyn-Kozle - Aluron Virtu Warta Zawiercie Aleksander Sliwka Credit: Lukasz Sobala / Press Focus / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Kiedy czyta się teksty o tobie, twoi trenerzy z przeszłości mówią zgodnie: bardzo ambitny, mega uparty, jako dzieciak nie umiał przegrywać. Wszystko się zgadza?

Tak było, zarówno w piłce, jak i w siatce. Kiedy byłem młodszy, zdarzał się różne rzeczy: od kopania piłek, przez krzyki, po wyzwiska. Moi pierwsi trenerzy mieli ze mną dużo problemów, bo rzeczywiście byłem ambitnym dzieciakiem, nie potrafiłem w żaden sposób przyjąć do siebie porażki, reagowałem bardzo impulsywnie. Dużo pracy już za mną, chociaż wiem, że jeszcze muszę wiele poprawić, żeby lepiej przetrawiać emocje.

Trudno nie zahaczyć o pamiętny mecz z AZS-em Olsztyn z poprzedniego sezonu. Przegraliście z nimi w play-offach i ze złości przewróciłeś ławkę trenerską. Zrobiła się z tego afera, chociaż ja tak na to nie patrzyłem. Owszem, wpadłeś z furię, ale sport to też emocje, poza tym nie pobiłeś nikogo, tylko przewróciłeś pustą ławkę. Gdyby Polsat nie zrobił z tego newsa, przeszłoby bokiem.

Wiem, że od strony dziennikarskiej takie informacje dobrze się klikają. Najpierw podziękowaliśmy przeciwnikom za grę, wszystko odbyło się w normalnej atmosferze, ale później puściły mi nerwy, wróciły pewne zwyczaje z przeszłości. Wiem, że było to zachowanie nieprzystające sportowcowi nawet po porażce, ale czasami naprawdę ciężko jest zapanować nad emocjami, które wychodzą z ciebie po meczu.

Potem wydałeś nawet oświadczenie. Powiem ci szczerze, jedno z najbardziej kuriozalnych jakie widziałem.

Chciałem tym oświadczeniem uciąć wszelkie spekulacje oraz przeprosić kibiców, bo niektórzy mogli poczuć się urażeni. Chociaż muszę przyznać, że potem byłem zaskoczony ilością pozytywnych komentarzy. Praktycznie nie było osób – albo było ich bardzo mało – które mnie za to krytykowały. Większość ludzi rozumiało mnie, być może odebrali to właśnie jako przejaw ambicji, że tak bardzo mi zależało. Generalnie nie lubię wracać do tej sytuacji, ale gdybym miał ją teraz podsumować, to mimo wszystko nie było to zachowanie, które można pokazywać początkującym sportowcom.

Emocje w siatkówce i tak są bardzo mocno okrojone przez regulamin. Po zdobytym punkcie nie możecie cieszyć się w kierunku rywali, tylko odwróceni do swojej części boiska. Uważasz, że tak powinno być?

Ogranicza nas przede wszystkim to, że siatkówka nie jest sportem kontaktowym. To nie jest piłka ręczna, nożna czy koszykówka, gdzie cały czas jesteś w interakcji z przeciwnikiem, przez co możesz mu powiedzieć i pokazać wszystko. U nas wszelkie próby okazywania emocji, cieszenia się w kierunku przeciwnika, są momentalnie ucinane przez sędziów. Dlatego też zawodnicy radzą sobie jak mogą. Często mówi się, że kapitan naszej reprezentacji Michał Kubiak jest mistrzem wojny psychologicznej pod siatką. On potrafi zrobić to tak, żeby sędziowie nic nie widzieli, a rywalom jak najbardziej puściły nerwy.

A wracając do pytania: oczywiście, siatkówka jest sportem, który kojarzy się z dobrą zabawą na trybunach i brakiem incydentów, ale wydaje mi się, że nie powinno się tak absolutnie wycinać z niej emocji. W jakichś dopuszczalnych ramach, bez przesady, powinno to być dozwolone.

Daniel Pliński, z którym grałeś w Olsztynie, porównał cię kiedyś w „Przeglądzie Sportowym” do Ole Gunnara Solskjaera. Chodziło oczywiście o to, że masz twarz dziecka, ale podczas meczu zamieniasz się w kilera, włącza ci się agresor. Dobre porównanie?

(śmiech) Poza boiskiem rzeczywiście uchodzę za spokojną osobę, nie okazuję wielkich emocji, bardziej wyzwala je we mnie właśnie obecność na parkiecie. Obojętnie czy są to emocje pozytywne czy negatywne, zawsze są duże. Boisko to po prostu moje środowisko naturalne, a emocje nakręcają mnie do lepszej gry, mogą prowadzić do rzeczy, które na spokojnie są trudniejsze do zrobienia. A jeśli chodzi o samego Solskjaera, to bardzo kibicuję jego Manchesterowi United. Idzie im bardzo dobrze, zobaczymy jak będzie dalej.

Skoro już jesteśmy przy emocjach, to pamiętasz jeszcze te związane z debiutem w reprezentacji podczas Ligi Światowej w 2017 r.? Na start trafiła ci się Brazylia z Lucasem, Lucarellim i całą resztą gwiazd Canarinhos.

Dobrze to pamiętam. Wiedziałem, że zacznę ten mecz na ławce i być może dlatego początkowo nie było we mnie jakichś tak wielkich nerwów. Ale kiedy już miałem wejść na boisko, długo nie chciała mi się rozpiąć bluza. Miałem debiutować w reprezentacji, a nie mogłem zdjąć bluzy! Na szczęście w ostatniej chwili się udało. Od tamtej pory jednak nigdy jej nie zapinam do końca, bo boję się, że jak będę musiał wyjść, to znowu się zatnie. Potem, kiedy byłem już na boisku, wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się zestresować. Starałem się robić swoje i pomóc drużynie wygrać mecz. Wyszło świetnie, bo było to przecież zwycięstwo nad aktualnymi mistrzami olimpijskimi.

Kto by się spodziewał, że po takim starcie kadra Ferdinando De Giorgiego tak marnie skończy. Jak zapamiętałeś włoskiego trenera? Naprawdę aż tak zajeżdżał was podczas treningów w Spale?

Każdy trener ma swoją filozofię, swój własny pomysł na funkcjonowanie drużyny. Gdybyśmy mieli porównać „Fefe” i Vitala Heynena, były to dwie szkoły na kompletnie różnych biegunach.

U De Giorgiego trening był bardzo długi, bardzo ciężki, a wszystkie zasady twardo postawione. Niektóre zajęcia w Spale przekraczały nawet cztery godziny i na pewno było to najmocniejsze trenowanie w moim graniu. Jasne, jestem jeszcze młodym zawodnikiem i może niewiele widziałem, ale tamte treningi dawały bardzo mocno w kość. Było ciężko to wytrzymać, ale miało to pewnie przełożyć się później na lepszą grę w długich, pięciosetowych meczach. Trener ilością dotknięć piłki i powtórzeń chciał doprowadzić nas do jak najlepszej dyspozycji na mistrzostwach Europy. Drużynie nie udało się osiągnąć sukcesu, ale nie chciałbym oceniać jego warsztatu, bo kto wie, być może w innej drużynie mogłoby to zadziałać. Tym bardziej, że czasami potrafią zaważyć detale: wypadnie jeden zawodnik, niekiedy o całym sezonie decyduje ćwierćfinał przegrany jedną piłką.

Podejście Vitala od początku było zupełnie inne, to było bardziej wyzwolenie głodu siatkówki poprzez krótsze trenowanie i luźniejsze zasady. Ale takie podejście równie dobrze mogłoby nie zadziałać w innej drużynie. My na szczęście osiągnęliśmy sukces drogą Vitala Heynena i będziemy się jej trzymać, bo ona naszej reprezentacji służy.

Włoch ostatecznie nie zabrał cię na Euro. Mogłeś czuć się zawiedziony, bo miałeś za sobą udane mecze, chociażby ze wspomnianą Brazylią czy Rosją, dziennikarze też się o ciebie upominali. Niektórzy wręcz uważali, że padłeś ofiarą przywiązania De Giorgiego do zawodników, z którymi wcześniej pracował w ZAKSIE.

Cóż, taki był pomysł trenera. „Fefe” zadzwonił do mnie, powiedział o swojej decyzji. Oczywiście było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo pracowaliśmy bardzo ciężko przez cały ten okres, ale musiałem się z tym pogodzić. I robić wszystko, żeby za rok znaleźć się w drużynie na mistrzostwa świata.

29.09.2018 TURYN PALA ALPITOUR ( TORINO ITALY ) SIATKOWKA MEZCZYZN ( MEN'S VOLLEYBALL ) FIVB MISTRZOSTWA SWIATA W PILCE SIATKOWEJ MEZCZYZN WLOCHY - BULGARIA 2018 ( FIVB MEN'S WORLD CHAMPIONSHIP ITALY - BULGARIA 2018 ) POLFINAL 1/2 FINALU ( SEMIFINAL ) MECZ POLSKA - USA ( GAME POLAND - USA ) NZ ALEKSANDER SLIWKA JAKUB KOCHANOWSKI RADOSC ZE ZWYCIESTWA , ZWYCIESTWO WYGRANA EMOCJE AWANS DO FINALU POLSKA AWANSUJE DO FINALU I ZAGRA Z BRAZYLIA PLACZ FOTO MICHAL STANCZYK / CYFRASPORT / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Najnowsza historia naszej reprezentacji pokazuje, że drużyna odpala, kiedy trener nie jest dyktatorem, ale do pewnego stopnia kolegą dla zawodników. Tak było ze Stephanem Antigą, a teraz z Heynenem. Siatkarze wolą takich trenerów?

Jak widać po wynikach, w naszej obecnej reprezentacji sprawdza się ta filozofia. Tak jak już mówiłem, mocno interesuję się futbolem, czytam dużo o piłce i ostatnio spotkałem się z ciekawą tezą dotyczącą właśnie szkoleniowców. Chodziło o to, że trenerzy z twardymi zasadami, zamordyści, coraz gorzej odnajdują się w dzisiejszej piłce. Mówił o tym m.in. Arsene Wenger. Jego zdaniem dziś nie możesz zawodnikowi cały czas rozkazywać, tylko musisz go przekonywać, tłumaczyć, trochę skrócić kontakt zawodnik-trener. Dobrze pasuje tutaj przykład Manchesteru United. Mourinho był bardzo wymagający względem zawodników nie tylko w kwestii taktyki i drużynie się nie układało. Teraz przyszedł Solskjaer, dał zawodnikom więcej luzu i wszystko poukładał. Nagle ta sama drużyna wygrywa kilka meczów z rzędu pokazując przy okazji widowiskową grę.

Wizerunek Heynena w mediach to luzak, dowcipniś, człowiek, który nie boi się niebanalnych rozwiązań. Ale podejrzewam, że kiedy drzwi szatni się zamykają, nie zawsze jest taki cool.

Oczywiście, nie jest tak, że zawsze jest naszym kolegą. To dobry psycholog, więc wie też, w którym momencie jak rozmawiać z zawodnikiem. Zdarzało się, że po meczach lub podczas treningów robił nam przysłowiową „suszarkę”. Ale w tym wszystkim cały czas był cel – zwyciężać. I to się udało, bo podczas mistrzostw świata drużyna rosła, nakręcała się i pod koniec turnieju grała już swoją najlepszą siatkówkę.

Te mistrzostwa były dla ciebie pełne wzlotów i upadków, kibice też trochę się ciebie uczepili. Na ile docierały do ciebie te głosy?

Starałem się raczej nie czytać internetu, bo to zajmuje głowę, ale wiem, że moja najbliższa rodzina mocno się tym przejmowała. Bolało ją to i chociażby tą drogą dowiedziałem się, jaka krytyka na mnie spadła. Najważniejsze jednak, że drużyna potrafiła wygrywać kluczowe mecze.

Półfinałowy mecz ze Stanami Zjednoczonymi był dla ciebie odkupieniem. Piłka niebywale kleiła się do ciebie w przyjęciu.

Przyjęcie to jeden z najtrudniejszych elementów siatkarskiego rzemiosła, a Vital jest wariatem jeśli chodzi o technikę zawodników. Szczególnie dążył do poprawy przyjęcia u mnie i u Artura (Szalpuka – red.). Przez całe wakacje byliśmy przekonywani do jego filozofii, bo wiadomo, że jeśli zmieniasz radykalnie technikę danego elementu, to na początku nigdy nie wychodzi on najlepiej. Pewne automatyzmy można zauważyć po tysiącach powtórzeń. Trudno było na początku się do tego przekonać, ale zaufaliśmy mu. Artur zagrał świetny turniej w przyjęciu, nie popełniał dużo błędów, mi też udało się utrzymywać przyjęcie choćby we wspomnianym meczu.

Wcześniej wychodziłem na mecze fazy grupowej, ale to były mniej ważne spotkania. Później w kolejnej rundzie przyszły dwie porażki z Argentyną i Francją, w których też brałem udział. Po tych słabszych meczach moim cichym marzeniem było, żeby mieć jeszcze szansę pomóc ekipie i na szczęście takie spotkanie się zdarzyło. Cieszę się, bo mogę powiedzieć, że miałem jakiś swój wkład do tego mistrzostwa.

Asystent Heynena Michał Mieszko Gogol mówił mi, że przez pierwszy tydzień nie rozstawałem się z medalem, bo do końca nie wierzył, że to prawda. A ty?

Swój medal też oglądałem wielokrotnie i sprawdzałem, czy faktycznie jest prawdziwy. Teraz ma już swoje specjalne miejsce. Ten sukces zaczął do nas docierać po powrocie do Polski, kiedy kibice przyjęli nas na Okęciu, a potem kiedy każdy z nas przyjeżdżał do swojego rodzinnego miasta. Byłem zszokowany, kiedy powitano mnie w Jaworze. W sali mojej szkoły podstawowej zebrało się mnóstwo ludzi. Niezwykle miłe wydarzenie, bardzo im wszystkim dziękuję.

Teraz liga. Wylądowałeś w ZAKSIE, a więc już czwarty raz w ostatnich czterech sezonach zmieniłeś klub. Ścigasz znanego obieżyświata Zbigniewa Bartmana?

Faktycznie, po każdym roku zmieniałem klub, ale formalnie długo byłem zawodnikiem Resovii. W Rzeszowie spędziłem dwa lata, resztę na wypożyczeniach. Teraz jestem w Kędzierzynie, gdzie mam dwuletni kontrakt, dlatego mam nadzieję, że jakieś zalążki stabilizacji w końcu się pojawią.

Gdyby nie trener Andrea Gardini, przeszedłbyś do ZAKSY? Pracowaliście razem w Olsztynie i to on wyciągnął cię trochę z czarnej dziury, w jaką wpadłeś w Resovii.

Dokładnie, sezon w Rzeszowie był dla mnie ciężki, bo większość meczów spędziłem na ławce, a czasami lądowałem nawet na trybunach. Byłem sfrustrowany, bo chciałem grać. Chociaż tamta drużyna była naprawdę bardzo mocna i zdawałem sobie sprawę, że na mojej pozycji byli reprezentacji krajów. Oni przychodzili tam po granie, ja bardziej po zebranie doświadczenia.

Byłem zły na swoją sytuację, dlatego zawsze będę wdzięczny trenerowi Gardiniemu, że wtedy wyciągnął do mnie rękę i ściągnął do Olsztyna. Stawiał na mnie nawet kiedy szło mi słabo. Ściągał mnie z boiska, ale w następnym meczu wychodziłem na parkiet od początku, czym odbudował moją pewność siebie. Jego obecność z ZAKSIE miała więc duże znaczenie. Chociaż nie ukrywam, że już sama oferta sportowa z Kędzierzyna była dla mnie wystarczającym czynnikiem, żeby tam pojechać.

W ten sezon weszliście z impetem, w lidze wygraliście wszystkie czternaście meczów, a w niedzielę pewnie zdobyliście też Puchar Polski. W szatni ktoś już się rozmarzył, jakby to było przejść przez cały sezon bez żadnej porażki?

Nikt z nas nie zajmuje się liczeniem tej serii, nie ma ciśnienia na brak porażki. W tamtym roku ZAKSA też miała bardzo długą passę zwycięstw, ale nie zawsze jest tak, że świetne serie z sezonu zasadniczego przekładają się na play-offy i kolor krążka, który zdobędziesz na koniec sezonu. Koncentrujemy się przede wszystkim na tym, żeby być na pierwszym miejscu na koniec ligi.

Trochę dziwnie wyglądałoby twoje CV, gdyby było na nim mistrzostwo świata, a nie było mistrzostwa Polski.

W takim razie mam nadzieję, że niedługo będę mógł wpisać do niego również złoty medal zdobyty na krajowym podwórku.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (1)