Od futbolu do „Akademii Policyjnej”. Co zabiło sierżanta Hightowera?
Inne sporty

Od futbolu do „Akademii Policyjnej”. Co zabiło sierżanta Hightowera?

Kojarzy go prawie każdy, kto wychowywał się w latach dziewięćdziesiątych w Polsce, ale nie wszyscy znają jego tragiczną historię. Bubba Smith jako Moses Hightower zaistniał w masowej świadomości jako bohater „Akademii Policyjnej” – jednej z najbardziej kultowych i kasowych serii rozrywkowego kina XX wieku. Aktor dużo wcześniej zdążył zapisać piękną kartę w amerykańskiej lidze NFL. I to właśnie futbolowa przeszłość przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci…

Karierę aktorską rozpoczął pod koniec lat siedemdziesiątych. Po serii małych ról przełom przyniosła właśnie „Akademia”, choć trudno powiedzieć, by cokolwiek mogło zapowiadać ten sukces. W obsadzie filmu zdecydowanie brakowało wielkich nazwisk i funduszy. Sam scenariusz też nie należał do skomplikowanych, a bohaterowie bywali chwilami przerysowani do granic absurdu.

Krytycy nie zostawili na pierwszej części suchej nitki. Roger Ebert w skali od 1 do 4 gwiazdek wystawił notę… zero. „To naprawdę coś. Brak słów, by wyrazić, jak zły to film. Każda większa grupa znajomych powinna się zebrać i ciągnąć zapałki, by jeden z członków grupy musiał kupić ten film. Niech zrobi to tylko po to, by przypominać całej reszcie, że za każdym razem gdy wydaje wam się, że oglądacie słabą komedię, to istnieje jeszcze coś gorszego” – napisał.

Trudno w to uwierzyć, ale pomysł na film zrodził się w głowie Paula Maslansky’ego na podstawie… prawdziwych wydarzeń. Któregoś dnia obserwował w akcji prawdziwych policyjnych kadetów, którzy wyjątkowo nie radzili sobie z robotą. „Co by się stało, gdyby jednak udało im się przejść dalej?” – pomyślał i postanowił pociągnąć wątek dalej. W pierwotnym zamyśle film miał być dużo bardziej wulgarny, jednak Hugh Wilson – któremu powierzono ostatecznie scenariusz i reżyserię – miał nieco inny pomysł.

„Nie chciałem iść na łatwiznę i uderzać w oczywiste cele. Potrzebowałem dowcipów i żartów, które byłyby zakorzenione w codzienności” – przyznał po latach. Budżet ledwo przekroczył 4 miliony dolarów. W głównej roli obsadzony został Steve Guttenberg, który z całą pewnością nie należał do największych hollywoodzkich gwiazd. Innymi charakterystycznymi, ale mało znanymi w tamtym momencie postaciami byli między innymi Michael Winslow i właśnie Charles „Bubba” Smith.

Ten drugi wyróżniał się już na pierwszy rzut oka. Ze swoimi ówczesnymi warunkami fizycznymi spokojnie mógłby być dzisiaj gwiazdą bokserskiej wagi ciężkiej. Mierzył blisko dwa metry, a w swoich najlepszych latach ważył około 120 kilogramów. Dosłownie wypełniał każdy kadr, w którym się pojawiał. I to nie tylko wtedy, gdy akurat uczył się jeździć małym samochodem.

Patent na sukces

Mimo miażdżących recenzji krytyków, widzowie pokochali przygody nieporadnych bohaterów. Pierwsza „Akademia Policyjna” przyniosła ponad 155 milionów dolarów zysku. To mogło oznaczać tylko jedno – kolejne części. Druga pojawiła się niespełna rok później, ale to był dopiero początek. Pojawił się pewien wzór: w latach 1984-89 w okolicach marca i kwietnia w kinach można było liczyć na kolejną część cyklu, który oczywiście po drodze zdążył wiele razy zjeść własny ogon.

„Akademia Policyjna” do dziś bywa jednak postrzegana jako pozycja z gatunku „wstydliwych przyjemności” (guilty pleasure). Ten termin w odniesieniu do kultury popularnej najczęściej jest rozumiany mocno intuicyjnie. Odnosi się do tworów kultury – głównie piosenek, ale też filmów i seriali. W dużym skrócie chodzi o takie produkcje, które podobają się odbiorcy, choć… teoretycznie nie powinny. Wielkim fanem „Akademii” jest między innymi… Bill Clinton, czego do dziś nie potrafią zrozumieć pozostali członkowie jego rodziny. Seria kultowym statusem cieszy się także w Polsce.

„Film o przygodach bandy dobrodusznych idiotów w mundurach był tak wszechobecny, że nie sposób stwierdzić, kiedy zetknąłem się z nim po raz pierwszy. Być może piracką kasetę dołączano do każdego magnetowidu. Leciało to w szkolnej świetlicy, na pokazach w domu kultury, u wujka, u taty, u kumpla. Do tego film doczekał się sześciu  kontynuacji (z których wówczas były dostępne ze trzy), więc kolejne części zlewały się ze sobą w jedną, tandetną beczkę śmiechu. Dopuszczam możliwość, że nigdy nie widziałem oryginału od początku do końca, ale trochę z jedynki, kawałek trójki i tak to się pokleiło” – pisał o fenomenie tych filmów Łukasz Orbitowski.

„W tamtych czasach amerykańskość uchodziła za wartość samą w sobie. To, co z Zachodu budziło niekłamany zachwyt, zwłaszcza u nas, młodszych nastolatków, a „Akademia policyjna”, choć tania i przaśna, nadawała się do kochania jak mało co. Wydawała się nawet najśmieszniejszym filmem świata, takim, który miał wszystko co trzeba” – dodawał pisarz w felietonie na portalu Dzika Banda.

Ten fenomen nie mógłby się zapewne powtórzyć w żadnych innych realiach. Bubba Smith miał w tym wszystkim sporo szczęścia – znalazł się po prostu we właściwym miejscu we właściwym czasie. Na fali popularności całej serii zyskał w pewnym sensie „drugie życie”. W sumie wystąpił w sześciu częściach. Zabrakło go tylko w ostatniej, która powstała już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Filmowy Hightower potrafił z łatwością podnieść samochód i przywracał do życia pamiętnym zaklęciem „yama, yama, yama”. W jakimś sensie „Akademia Policyjna” była jednak jego przekleństwem. W kolejnych latach znani reżyserzy nie mieli go w planach, a popyt na tego typu dzieła skończył się dość szybko.

Bubba chce schudnąć

W XXI wiek Smith wchodził jako postać nieco zapomniana. Życie zmusiło go do przyjmowania ról w filmach, które były o wiele gorsze od najsłabszych części „Akademii Policyjnej”. W sierpniu 2011 roku przyszedł wstrząs: aktor został znaleziony martwy w swoim domu. Nie stwierdzono udziału osób trzecich, jednak sprawę tajemniczego zgonu 66-latka gruntownie wyjaśniono. Badanie toksykologiczne potwierdziło, że do jego śmierci przyczyniło się… przedawkowanie leków na odchudzanie.

Pięć lat później świat sportu przeżył niemały szok. Wyniki długoletnich analiz potwierdziły, że śmierć Bubby Smitha była nierozerwalnie związana z futbolem amerykańskim – jego pierwszą wielką miłością. Jego kariera w NFL potrwała niespełna 10 lat, ale obfitowała w sukcesy. W 1971 roku wraz z Baltimore Colts triumfował w Super Bowl, jednak nigdy nie potrafił do końca docenić tego sukcesu. Cały czas siedziała w nim finałowa porażka odniesiona dwa lata wcześniej. Porażka, z którą nigdy się nie pogodził – uważał, że mecz został ustawiony.

„Colts byli wówczas uważani za “drużynę wszech czasów”, a Vegas widziało w nich 18-punktowych faworytów. To handicap rzadko spotykany nawet dziś, gdy w sezonie zasadniczym stają naprzeciwko siebie najlepsza i najgorsza drużyna ligi. A mówimy przecież o Super Bowl! Na boisku rzeczywiście działy się wtedy cuda. Earl Morrall, rozgrywający Colts, wybrany MVP tamtego sezonu, popełniał dziecinne błędy, nie dostrzegał niekrytych partnerów i nieustannie pakował drużynę w tarapaty. Zwolennicy teorii spiskowych, ze Smithem na czele, twierdzą, że został przekupiony, ale zwyczajnie trudno w to uwierzyć” – tłumaczy Adrian Pudło, sportowy dziennikarz TVP Info, wielki entuzjasta NFL.

„Super Bowl – już wtedy – było w Stanach Zjednoczonych wielkim wydarzeniem. Morrall nigdy wcześniej nie grał o taką stawkę. Może po prostu nie wytrzymał psychicznie? Odpowiedzialność, jaką ponosi na boisku rozgrywający w futbolu amerykańskim, można porównać do wykonywania rzutów karnych w finałach piłkarskich mistrzostw świata. Różnica jest taka, że u piłkarzy moment napięcia trwa kilkadziesiąt sekund. Morrall żył pod taką presją przez dwie-trzy godziny meczu. 40 milionów ludzi przed telewizorami, pełne trybuny… Nie wydaje mi się, żeby istniały takie pieniądze, za które mógłby chcieć odwrócić się od drużyny, rodziny, kariery, ambicji sportowych… Moim zdaniem po prostu przegrał to w głowie” – dodaje dziennikarz.

Smith grał jako „defensive end”. Jego zadaniem było powstrzymywanie rozpędzonych rywali, z czym zresztą nigdy nie miał większego problemu. Zderzenie z takim bykiem nie należało do przyjemnych, ale odbiło się negatywnie również na mózgu samego Smitha. W najlepszych latach kariery fani motywowali go do walki okrzykiem: „kill, Bubba, kill!”.

„Był potężny. Większy i silniejszy od rywali. Dziś właściwie nie ma fizycznych dysproporcji między zawodnikami na tej pozycji: wykształcił się pewien model, wzór, są podobnie zbudowani i mają podobne atuty. Trudno, by jeden na drugim robił wrażenie samą aparycją. Wtedy – na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – Bubba robił. Nie musiał mieć wielkiej techniki, nie musiał mieć wielkich umiejętności. Miał po prostu znacznie więcej mocy. Gdy z impetem atakował dwa razy mniejszego przeciwnika, rzeczywiście czasem można było odnieść wrażenie, że zrobi mu krzywdę” – ocenia Adrian Pudło.

Syndromów chronicznej encefalopatii pourazowej (CTE) w przypadku Smitha nie było widać na pierwszy rzut. Mówił mimo wszystko normalnie i nie przyznawał się do problemów z koncentracją, jednak pośmiertne badania mózgu potwierdziły, że coś było zdecydowanie nie tak. W czterostopniowej skali uszkodzeń opracowanej przez lekarzy, mózg zdobywcy Super Bowl został umieszczony na trzecim poziomie. Charakterystyczne cechy pojawiające się na tym etapie to depresja, wahania nastroju, bóle głowy oraz problemy z właściwą oceną sytuacji i planowaniem.

Zjawisko w ostatnich latach zostało przebadane wyjątkowo wnikliwie. Smith był 90. zawodnikiem, u którego zdiagnozowano symptom CTE. Warto dodać, że w tamtym momencie przebadanych było w sumie 94 futbolistów, co daje pewne pojęcie o skali problemu. W listopadzie 2015 roku historię odkrycia zjawiska wśród zawodników ligi NFL przybliżył film „Wstrząs” z Willem Smithem w roli głównej.

Bubba w ostatnich miesiącach życia zdecydowanie nie radził sobie z oceną sytuacji i własnymi problemami. Nie jest tajemnicą, że miał problemy z wagą i przekroczył granicę 130 kilogramów. Stopniowo zwiększał dawki leków odchudzających, ignorując po drodze wszystkie niepokojące sygnały. Działał sam, bez konsultacji z lekarzem. Pośmiertne badanie wykazało, że serce Smitha było przerośnięte, a aż 75 procent naczyń krwionośnych było niedrożnych. Był tykającą bombą zegarową, jednak zapalnik uruchomił sam – najprawdopodobniej do końca nie zdając sobie z tego sprawy.

KACPER BARTOSIAK

KOMENTARZE (3)