Głodny… tytułu. Kownacki dołączy do gry o tron?
Inne sporty

Głodny… tytułu. Kownacki dołączy do gry o tron?

W karierze Adama Kownackiego (18-0, 14 KO) nie ma nic typowego. Na pierwszy rzut oka może nie wygląda jak poważny pięściarz, ale wystarczy obejrzeć go w akcji przez kilka minut, by nabrać szacunku do jego umiejętności. W sobotę 26 stycznia na drodze marzącego o mistrzowskim pasie Polaka stanie Gerald Washington (19-2-1, 12 KO), były pretendent do królewskiego tronu.

Ostatni rok dość brutalnie zweryfikował krajową scenę wagi ciężkiej. Marzenia Tomasza Adamka (53-6, 31 KO) o jeszcze jednej walce o tytuł zakończył w ekspresowym tempie wysoko notowany Jarrell Miller (23-0-1, 20 KO). Izu Ugonoh (18-1, 15 KO) po długiej przerwie wrócił kuriozalną wygraną z Fredem Kassim (18-8-1, 10 KO), ale niedługo potem znów wypadł z obiegu. Artur Szpilka (22-3, 15 KO) najpierw stoczył zadaniowy sparing na Stadionie Narodowym, by zakończyć rok niejednogłośnym zwycięstwem nad Mariuszem Wachem (33-4, 17 KO), które dostarczyło więcej pytań niż odpowiedzi.

Na tym tle dorobek Kownackiego z tego okresu błyszczy wręcz wyjątkowo. W 2018 roku najpierw po trudnym początku przełamał w piątej rundzie Iago Kiladze (26-1), a potem dał porywającą ringową wojnę z Charlesem Martinem (25-1-1). Drugie z tych wyzwań było szczególne, bo na drodze Polaka po raz pierwszy w jego karierze stanął były mistrz świata. Amerykanin pas dzierżył jednak tylko przez chwilę – stracił go już w pierwszej obronie tytułu z Anthonym Joshuą (22-0, 21 KO), który dziś rozdaje karty w królewskiej kategorii.

Martin został przez Brytyjczyka znokautowany już w drugiej rundzie, ale Kownackiemu postawił się dużo bardziej. Pojedynek był pełen zwrotów akcji i mocnych uderzeń. Ostatecznie więcej ciosów do celu doprowadził Polak (242 na 729 prób przy 203 na 621 rywala) i po dziesięciu rundach wygrał nieznacznie, ale jednogłośnie na punkty. Dzięki tej wygranej Kownacki zdecydowanie wzmocnił swoją pozycję w bokserskim świecie. Federacja IBF klasyfikuje go na piątym miejscu, z kolei w rankingu organizacji WBC jest ósmy, będą na początku 2019 roku najwyżej notowanym Polakiem w wadze ciężkiej.

Sytuacja na szczycie jest jednak skomplikowana, a sam zainteresowany zdaje sobie sprawę, że kolejne walki są mu bardzo potrzebne. Mimo solidnych podstaw amatorskich – na które złożył się między innymi triumf w turnieju Golden Gloves – Kownacki wciąż nie pokonał jeszcze kilku szczebli dzielących go od mistrzowskiej walki. Na rozkładzie ma już między innymi dwóch niewygodnych mańkutów (Martin, Szpilka), solidnie wyszkolonego uczestnika igrzysk olimpijskich (Perea) oraz mocno bijącego pięściarza wywodzącego się z niższej kategorii (Kiladze). Teraz przyszedł czas na prawdziwego amerykańskiego atletę.

Do boksu przez… futbol

Washington do boksu trafił po długiej przygodzie z futbolem amerykańskim. Grał na poziomie uczelnianym i przez moment trenował nawet z klubami NFL. Debiut na zawodowym ringu zanotował… mając 30 lat. Brak doświadczenia amatorskiego widać u niego na pierwszy rzut oka. Między linami bywa sztywny i nie imponuje przesadną finezją, ale warunki fizyczne i ringowa inteligencja pozwoliły mu dotrzeć na zaplecze elity i dostać kilka dużych walk.

W bokserskim CV Amerykanina widnieją wygrane nad Eddiem Chambersem (42-4) i Rayem Austinem (29-7-4) – weteranami, których pamiętamy jeszcze z walk z Adamkiem i Gołotą. W lutym 2017 roku Washington dostał od losu niespodziewany prezent, na którym również widniały polskie odciski palców. Rywalem wracającego po kontuzji Deontaya Wildera miał zostać wtedy Andrzej Wawrzyk (33-1), ale po dopingowej wpadce trzeba było szukać nowego przeciwnika.

Washington wziął walkę z mistrzem z niewielkim wyprzedzeniem i pokazał się z nadspodziewanie dobrej strony. W pierwszych czterech rundach Wilder nie potrafił wiele zrobić. W piątej odpalił swoje firmowe wiatraki i wygrał przed czasem, jednak było to dość kuriozalne rozstrzygnięcie. Pretendent padł na deski, ale wstał i przetrwał nawałnicę mistrza, który nie trafił żadnym mocnym ciosem ostatniej serii. Zrobił jednak taki huk i hałas, że sędzia ringowy zdecydował się na interwencję. Nawet dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że zrobił to trochę zbyt pochopnie.

Pokonany dokonał potem czegoś, co rzadko widuje się w dzisiejszym boksie. Nie było u niego mozolnego odbudowywania pozycji i kilku „walk na przetarcie”. Washington od razu rzucił się na głośno deklarującego mistrzowskie aspiracje Jarrella Millera, który był zawodnikiem unikanym przez czołówkę. Po jednostronnej walce został poddany przez narożnik po ośmiu rundach.

Mogło się wydawać, że Washington został zweryfikowany na najwyższym poziomie i w poważnym boksie nie ma już czego szukać. Były futbolista jednak kolejny raz zaryzykował i znów wyszedł do walki o wszystko. Jego rywalem był John Wesley Nofire (20-1, 16 KO), któremu nieoczekiwania porażka złamała wcześniej karierę, choć na dużo niższym poziomie. W czerwcu 2018 roku po dziesięciu rundach Washington wygrał wyraźnie na punkty i było pewne, że dostanie kolejną dużą szansę.

Kownacki jak mało kto powinien rozumieć dotychczasową drogę sobotniego rywala. Obaj nie mogli liczyć na wsparcie bogatych sponsorów i musieli pokonać wyboistą drogę na szczyt w starym stylu. „Nie było tak, że pojawił się dobry pan promotor, który uchylił mi nieba. Sam musiałem sobie wszystko wychodzić i wypracować. (…) Ta droga była trudna, ale dziś widzę, że miała dużo plusów. Teraz nikt niczego ode mnie nie oczekuje, a ja mam świadomość, że sam sobie to wyszarpałem i to naprawdę coś budującego” – powiedział mi Adam w październiku.

Brooklyn znów będzie szczęśliwy?

Patrząc na obu bohaterów sobotniej potyczki nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nie mogliby się od siebie bardziej różnić. Kownacki zapowiada nieco mniejszą wagę niż ostatnio, kiedy wniósł do ringu ponad 119 kilogramów. Washington to urodzony atleta, który mierzy prawie dwa metry i regularnie waży w okolicach 110 kilogramów. Pod względem samej muskulatury z pewnością gra w tej samej lidze co Joshua i Wilder.

Sylwetka w boksie nie ma jednak większego znaczenia – liczą się umiejętności. Boleśnie przekonał się o tym między innymi Szpilka, który spodziewał się z Kownackim spacerku, a przegrał przed czasem jeszcze szybciej niż z Wilderem. Washington tego błędu raczej nie popełni. Przed walką przyznał, że wychodzi do jednego z dziesięciu najlepszych „ciężkich” na świecie i ma do przeciwnika dużo szacunku.

„Kownacki jest bardzo twardym, ciężko pracującym pięściarzem. Gdy wychodzi na ring, zawsze chce się bić. Dlatego wiem, że czeka mnie twardy test” – przyznał. „Ten facet może wyprowadzić nawet sto ciosów na rundę! Tempo pojedynku powinno być bardzo wysokie, więc pracowałem tak, aby być gotowym na sto procent. (…) Mam swoje atuty, ale trzeba umieć je zastosować w walce. Kownacki lubi się bić, ja wolę boksować” – dodał Amerykanin w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Rzeczywiście – oparty na nieustannej presji styl Polaka potrafi porywać kibiców i przy całej surowości bywa przyjemny dla oka. „Lubię wyprowadzać dużo ciosów i nigdy nie chcę dużo przyjmować, ale jeśli już dostaję, to nie robi to na mnie większego wrażenia. Na razie nie odczuwam skutków takiego boksowania i mam nadzieję, że tak samo będzie za 5-10 lat” – mówił nam Adam.

Pod względem stylowym, Washington powinien Polakowi pasować dużo bardziej niż Martin. Poprzedni rywal potrafi świetnie skontrować i dużo lepiej porusza się w ringu od rodaka. Dysponuje też mocniejszym pojedynczym uderzeniem, którym mógł stopować Kownackiego. Tym razem najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym „Babyface” będzie stopniowo przełamywał swojego rywala, by w końcu go złamać.

„Muszę przyznać, że w ostatnim czasie coraz bardziej przekonuję się do stylu Adama. Ma luz, swobodę… Ostatnie wygrane wykatapultowały go do elity. Wie, że będzie faworytem i jest teraz o krok od mistrzowskiej walki. Adam ma szybkie ręce. Do tego dochodzi wola walki i chęć zwycięstwa. Ktoś taki jest niewygodny dla każdego w wadze ciężkiej” – ocenił niedawno na antenie Weszło.fm Albert Sosnowski.

Sam zainteresowany do starcia z Washingtonem wyjdzie z wyjątkową motywacją. Walkę pokaże szeroko dostępna w USA stacja Fox (w Polsce Canal+ Sport 2 – początek transmisji o 2:00). Polak nie kryje, że zamierza znokautować rywala szybciej niż jego dobry kumpel Jarrell Miller, który kolejny raz pomagał mu zresztą w przygotowaniach.

„Obaj zaczynaliśmy w podobnym czasie i mieliśmy ten sam problem – mało kto chciał z nami sparować. Dlatego skończyło się tak, że sparowaliśmy ze sobą. To były naprawdę tysiące rund, które obu nas zahartowały. Gdy z kimś tak mocno sparujesz i widzisz go na co dzień, to te relacje same się pojawiają. Minęło tyle lat, a my dalej sobie pomagamy i jesteśmy blisko. To naprawdę fajna sprawa” – tak Kownacki mówił o relacji z pięściarzem, którego nazywa „bratem z innej matki”.

Dla Polaka będzie to ósma zawodowa walka w Barclays Center na Brooklynie, gdzie czuje się jak w domu. „To jest moje miasto!” – mówił zapowiadając nokaut na Szpilce. Znów będzie mógł liczyć na doping rodaków, którzy od lat tłumnie przychodzą na jego walki. Według nieoficjalnych informacji, Kownacki tym razem „sprzedał” ponad 1500 biletów, co jak na amerykańskie realia jest wynikiem bardzo dobrym.

Co czeka „Babyface’a” w przypadku zwycięstwa? Prawdopodobnie… dalsze czekanie. Sytuacja na szczycie wagi ciężkiej jest napięta, a kolejka do Wildera i Joshuy coraz dłuższa. Być może minie rok, zanim któryś z mistrzów będzie mógł w ogóle zacząć rozważać walkę z Kownackim. Na dziś najłatwiejsze do zrobienia wydaje się starcie z Deontayem Wilderem, który również jest związany z projektem Premier Boxing Champions.

Adam Kownacki nie może i nie zamierza jednak tyle czekać. Możemy się więc spodziewać, że w USA mogą na niego czekać pojedynki z rywalami z czołówki, którzy znajdują się w podobnej sytuacji co on. Luis Ortiz (30-1, 26 KO), Dominic Breazeale (20-1, 18 KO) i Andy Ruiz (31-1, 20 KO) to pięściarze, którzy z pewnością mogliby pomóc Adamowi Kownackiemu we wzniesieniu się na jeszcze wyższy poziom. Najpierw trzeba jednak efektownie pokonać Washingtona i kolejny raz pokazać, że niepozorny grubasek spod Łomży to siła, przed którą powinni drżeć najwięksi nawet atleci.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)