Starzy mistrzowie wciąż na szczycie. Djoković zagra z Nadalem w finale AO
Inne sporty

Starzy mistrzowie wciąż na szczycie. Djoković zagra z Nadalem w finale AO

Sześć gemów. Tyle Rafael Nadal oddał we wczorajszym półfinale Stefanosowi Tsitsipasowi. Mecz nie trwał nawet dwóch godzin. Dziś odpowiedział Novak Djoković – w starciu z Lucasem Pouille’em stracił cztery gemy, a na korcie spędził ponad dwadzieścia minut mniej od Hiszpana. Jeśli ktokolwiek wierzył, że nastał czas nowej generacji, to stara gwardia szybko nauczyła go pokory. 

I to już moment, w którym moglibyśmy urwać wątek półfinałów. Bo tu po prostu nie ma czego pisać. Jasne, trzeba oddać Tsitsipasowi, że wcześniej wyeliminował Federera (po fantastycznym meczu), ale w starciu z Nadalem był bezradny. Oczywiście, Pouille zaskoczył wszystkich, dochodząc do tej fazy turnieju, jednak jego mecz półfinałowy był pokazem gry z jednej strony siatki i prób przetrwania z drugiej. Które zresztą zupełnie się nie powiodły.

Oglądając oba półfinały, zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy nie lepiej byłoby następnym razem wstawić Djokovicia i Nadala do gry dopiero w tej fazie turnieju, a reszcie kazać przechodzić przez eliminacje, żeby wyłonić tenisistów, którzy zostaną im rzuceni na pożarcie. Gdzieś w IV rundzie czy ćwierćfinale turnieju doszedłby do tego Federer, który – z uwagi na swój wiek – raczej będzie coraz bardziej odstawać od poziomu Serba i Hiszpana. Po prostu nie widzimy sensownego uzasadnienia tego, by Rafa i Nole zaczynali wcześniej, rozbijając kolejnych rywali. Zamiast tego niech pozwiedzają miasto czy obejrzą dobry film.

No dobra, ale co właściwie sprawia, że młodzież wciąż nie potrafi dorównać na korcie starej gwardii, która jeszcze jakiś czas temu raczej bliżej była emerytury i pobierania renty, niż finałów turniejów wielkoszlemowych? Albo inaczej: jakim cudem na szczycie wciąż są te same nazwiska? Odpowiada Adam Romer, redaktor naczelny magazynu Tenisklub:

– Są różne teorie. Niektórzy mówią nawet, że to apteka, ale oczywiście nigdy nikogo nie złapano, więc to niesprawiedliwe postawienie sprawy. Mnie się wydaje, że to po prostu kwestia motywacji, oni są gotowi naprawdę wszystko podporządkować sukcesom tenisowym, tylko na tym się koncentrując. Nadal, Djoković i Federer to absolutni perfekcjoniści, niczego nie zostawiają przypadkowi. Wielu było tenisistów, którzy mieli jakiś dar od Boga i dobrych trenerów, ale zabłysnęli, po czym się pogubili. A ci goście? Oni cały czas doskonalą się w tym, co już robią w sposób niesamowity. Chcieliby robić to jeszcze lepiej. Stąd takie powroty, jak ten Djokovicia, o którym rok temu w Australii wszyscy mówili, że to już nie ten sam zawodnik. A on spokojnie się przygotowywał – zmienił serwis, doskonalił grę. Potrzebował kilku miesięcy, a gdy wygrał Wimbledon, to w drugiej połowie sezonu był już niemal nie do ogrania. Dziś przyjechał do Australii i demoluje wszystkich. Rywale to widzą i to im siedzi w głowie. Boją się z nim grać, bo jest tak znakomity. Dziś już od pierwszej piłki wszyscy na korcie wiedzieli, jak się skończy ten mecz. To ma kolosalne znaczenie.

O ile Lucas Pouille czy Stefanos Tsitsipas swoje jeszcze mogą wygrać, o tyle tacy goście Grigor Dimitrow czy Milos Raonić – którzy swego czasu mieli zostać nowymi mistrzami – mają po prostu cholernego pecha. Trafili na najlepsze pokolenie w historii, trzech ludzi, którzy zmienili oblicze tej gry. Do tego doszedł jeszcze Andy Murray, kilka razy wplątał się Stan Wawrinka. I co najgorsze: Djoković, Nadal czy Federer wciąż nie chcą odejść na emeryturę. Ba, nie mają powodu, skoro – przynajmniej dwaj pierwsi – potrafią dojść do wielkoszlemowego finału, spędzając wcześniej na korcie ok. 12 godzin. Średnia na mecz to w takim przypadku jakieś dwie, wynik kosmiczny, niewyobrażalny. Dla porównania: Stefanos Tsitsipas miał na koncie więcej już po ćwierćfinale!

Problem w tym, że gdy starzy mistrzowie dominują aż tak, to turniej staje się… po prostu nudny. Tym bardziej, że niewiele ciekawego działo się w innych spotkaniach. Jasne, wiele z tych meczów stało na naprawdę dobrym poziomie i przyjemnie się je oglądało, ale w gruncie rzeczy nie był to w żadnym sensie turniej historyczny, wart zapamiętania. Brakowało tu wspaniałych historii, rzeczy, które będziemy wspominać.

Adam Romer:

– Czy turniej rozczarował? Chyba tak. To jest taka odpowiedź na to, co wszyscy mówili w ostatnich 2-3 latach: że kobiecy tenis jest już wręcz do wyrzygania, a jeżeli są jakieś emocje, to tylko u mężczyzn. A tu nagle masz turniej, gdzie na palcach jednej ręki możesz policzyć emocjonujące mecze u panów. Bo co będziemy pamiętali za pół roku? Tsitsipasa ogrywającego Federera i zapewne finał. Może też Murraya, który się żegnał. Niewiele nam w głowie zostanie. U kobiet natomiast na pewno będzie tego więcej. Choćby Danielle Collins i jej pierwszy półfinał; na pewno Petrę Kvitovą i jej powrót na najwyższy poziom czy Naomi Osakę, która wyrasta na zawodniczkę zdolną wejść w buty Sereny Williams i zdominować kobiecy tenis. Turniej pań dał nam więcej.

Nadal i Djoković mają więc wyzwanie. Muszą sprawić, byśmy wybaczyli im to, że absolutnie odarli z emocji wcześniejsze rundy. Życzylibyśmy sobie, by to był finał dorównujący temu sprzed siedmiu lat, gdy na korcie spędzili niespełna sześć godzin (i to bez gry na przewagi w decydującym secie). Wtedy wygrał Serb. Zresztą Australian Open to jego turniej. Od swojego pierwszego triumfu, w 2008 roku, dołożył jeszcze pięć kolejnych. Jeśli dochodził do finału, nigdy nie przegrywał. Z drugiej strony, jeśli akurat nie grał na swoich ukochany kortach ziemnych w Paryżu, Rafa Nadal dawno nie był tak doskonały. To mecz, który poziomem dramaturgii, może przebić nawet starcie sprzed dwóch lat, gdy na kort też wyszedł Hiszpan, ale w towarzystwie Rogera Federera, dając fanom niesamowity, pięciosetowy spektakl.

Czy można wskazać faworyta? Zapytaliśmy o to Adama Romera, który odpowiedział nam tak: „Raczej takiego nie ma. Jeżeli miałbym się kierować tym, co było przed turniejem, to stawiałbym na Djokovicia. Ale już w Australii Nadal pokazał rzeczy równie niesamowite, co Novak. Dałbym Serbowi 52% szans, a Hiszpanowi 48%”.

Sami widzicie – różnica jest minimalna. Zresztą dokładnie taka sama, jak… procenty zwycięstw w ich bezpośrednich spotkaniach. Niedzielny finał będzie ich 53. starciem, z dotychczasowych Djoković wygrał 27, Nadal 25. Jeśli szukacie tenisowego pojedynku tytanów, powinniście zobaczyć go w niedzielę. Na wszelki wypadek przygotujcie zapasy prowiantu. Może się okazać, że przez kilka godzin nie oderwiecie się od ekranu telewizora.

Fot. Newspix 

KOMENTARZE (0)