Sevilla wykonała część planu. Na Camp Nou pojedzie z solidną zaliczką
Hiszpania

Sevilla wykonała część planu. Na Camp Nou pojedzie z solidną zaliczką

Miał być hit, a wyszedł trochę kit. Fakty są takie, że Barcelona niespecjalnie poważnie traktuje Puchar Króla w tym sezonie. Jeszcze w 1/8 finału wystawienie rezerwowego składu w pierwszym meczu przeciwko Levante, byliśmy w stanie zrozumieć. No ale wyjście na Sevillę bez Luisa Suareza, Leo Messiego, Sergio Busquetsa, Jordiego Alby, czy Ousmane’a Dembele, już nie bardzo. Brak tak dużych nazwisk był jednoznaczny z tym, że Sevilla była faworytem dzisiejszego starcia, co zresztą potwierdziła na murawie. 

Gdyby Barcelona odpadła, w klubie nikt by się tym raczej nie przejął. Wydaje się, że jakiś czas temu sprawę postawiono jasno: pogramy, zawalczymy, ale bez angażowania sił najlepszych graczy. Skupmy się przede wszystkim na lidze i Lidze Mistrzów. Taka polityka jest zresztą całkiem racjonalna, ale dla kibiców Blaugrany może być szokiem. Od dekady, gdy na Camp Nou ponownie zawitał Pep Guardiola, kataloński klub zawsze grał o potrójną koronę.

Podopieczni Machina mieli świadomość, że grają przeciwko mocno rezerwowej Barcelonie. Powinni więc od początku napierać, ale paradoks jest taki, że wyszli z szatni dość sparaliżowani. Gospodarze miele przede wszystkim problem z rozegraniem, co kończyło się graniem długiej piłki do napastników. Dopiero po kwadransie Sevilla ogarnęła się na tyle, że zaczęła przedostawać się pod pole karne „Dumy Katalonii”. Wielkiego zagrożenia z tych akcji jednak nie było, bo trudno takim nazwać parę dośrodkowań, czy rzutów rożnych.

Jeszcze mniej w ofensywie robiła Barcelona. Z ofensywnego trio Boateng, Alena, Malcom jedynie ten ostatni stanął przed znakomitą okazją na zdobycie bramki. Brazylijczyk został precyzyjnie obsłużony przez Arthura, minął nawet bramkarza, ale drugą fazę akcji już spartolił. Zamiast wpakować piłkę do bramki, dość mocno przestrzelił. Co akurat nie zmienia faktu, że na tle nowego nabytku mistrza Hiszpanii, Malcom wyglądał świetnie. Trzeba jednak podkreślić, że poprzeczka wysoko zawieszona nie była. Co tutaj dużo mówić… Kevin-Prince Boateng na debiut narzucił pelerynę niewidkę.

Prędzej czy później Sevilla musiała zacząć przeważać. Do ataku drużynę Machina poprowadził Wissam Ben Yedder. Francuz najpierw zatańczył w polu karnym z Pique i Sergim Roberto, ale ostatecznie oddał niecelny strzał. Innym razem, gdy stanął oko w oko z Cillessenem, lepszy okazał się holenderski golkiper. Jak otrzymał dokładne podanie od Evera Banegi, pomylić się nie miał prawa.

Bardzo dobre zawody rozgrywał dziś również Promes, który szalał na lewej stronie. Holender z łatwością mijał zawodników mistrza Hiszpanii, a później próbował obsłużyć kolegów. Gdy dograł do Ben Yeddera nic z tego nie wyszło, bo Francuz próbował jeszcze odegrać do kolegi, ale zrobił to niedokładnie. Gdy dograł do Amadou ten co prawda w piłkę nie trafił, ale akcję strzałem z woleja wykończył Pablo Sarabia.

Valverde próbował ratować sytuację i pół godziny przed ostatnim gwizdkiem sędziego na plac gry wprowadził Luisa Suareza i Coutinho. Ten pierwszy oddał jeden strzał, który po rykoszecie minął bramkę. Brazylijczyk natomiast zamiast pomóc – po raz kolejny już w tym sezonie – zaszkodził. Wdał się w niepotrzebny drybling, który zakończył się stratą piłki, a to przyniosło Sevilli kontrę. I to nie byle jaką kontrę, bo właśnie po niej padł drugi gol.

Cóż, jeśli Barcelona marzy o awansie, na Camp Nou musi zagrać o niebo lepiej, a to będzie możliwe tylko wtedy, gdy Valverde wystawi najmocniejszy skład. Półśrodki nie wystarczyły na Levante, częściowo na Leganes, to dlaczego miałyby przynieść efekt w starciu z Sevillą?

Sevilla – Barcelona 2:0 (0:0)

1:0 Sarabia 58′

2:0 Ben Yedder  76′

Fot. NewsPix