Długodystansowcy, czyli prawdziwego sportowca poznaje się po tym, jak kończy
Inne sporty

Długodystansowcy, czyli prawdziwego sportowca poznaje się po tym, jak kończy

W świecie sportu nie brakuje cudownych dzieci, sportowców, którzy w bardzo młodym wieku osiągają gigantyczne sukcesy. Weźmy na przykład taką Marię Szarapową, która w wieku 17 lat wygrała Wimbledon, a niedługo po osiemnastce była już liderką światowego rankingu. Albo Lewisa Hamiltona, który w pierwszym sezonie w Formule 1 był o punkcik od mistrzostwa świata. Znacznie więcej sympatii i szacunku można jednak mieć do długodystansowców – sportowców, którzy wbrew wszelkim przeciwnościom losu nigdy nie zrezygnowali z marzeń o zwycięstwie. I po wielu latach dopięli swego. Jak ostatnio choćby Dawid Kubacki.

W hollywoodzkich filmach o sporcie to jest stały schemat: bohater ma pod górkę, upada, podnosi się, upada ponownie, aż znajdzie się na krawędzi przepaści. I wreszcie, kiedy już praktycznie nikt na niego nie stawia, zaczyna iść po swoje. W filmie udaje się prawie zawsze i na końcu Rocky, czy inny bohater, sięga po wielkie zwycięstwo. W życiu wszystko jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowane, ale… filmowe historie także się zdarzają. Bohaterem najnowszej właśnie został Dawid Kubacki, który 10 długich lat czekał na zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich.

169 konkursów

Dawid Kubacki powoli dobiega do trzydziestki. W Pucharze Świata po raz pierwszy wystąpił 11 lat temu, w sezonie 2007/08. Wtedy, jako niespełna 18-letni zawodnik dostał szansę startu w Zakopanem. Dokładniej mówiąc: w kwalifikacjach. Szansy nie wykorzystał i do zawodów się nie zakwalifikował. Rok później było nieznacznie lepiej i Kubacki zdołał awansować, choć na Wielkiej Krokwi zajął zaledwie 49. miejsce.

Dalej? Szału nie było i kariera wcale nie nabrała wielkiego tempa. Sezon 2009/10 to cztery występy w Pucharze Świata (dwa w Sapporo, dwa w Zakopanem), wszystkie bez awansu do drugiej serii. 2010/11 to 14 występów, siedem zakończonych w kwalifikacjach, siedem po pierwszej serii. Rok później – osiem startów i znów – połowa to pierwsze serie, połowa – kwalifikacje. Dopiero następny sezon przyniósł mu regularne występy i pierwsze punkty, a w Engelbergu nawet miejsce w pierwszej dziesiątce. Żeby jednak wszystko nabrało właściwego rozpędu, trzeba było kolejnych kilku lat. W ubiegłym sezonie Dawid doczekał się pierwszego podium (trzecie miejsce w Oberstdorfie), potem kolejnego (trzeci w Willingen). Pod koniec sezonu był drugi (za Stochem) w Lillehammer. Najwyraźniej mu się spodobało stawanie na podium, bo w nowym sezonie jest na nim stałym gościem.

A już początek 2019 roku to już prawdziwa petarda w wykonaniu Kubackiego. 1 stycznia był trzeci w Ga-Pa, kilka dni później – drugi w Bischofshofen. Na drugim miejscu zakończył także zawody w Predazzo. To był jego 168. występ w konkursie Pucharu Świata. Jakie są szanse na to, że po 168 występach bez wygranej zdoła wygrać, w dodatku w sytuacji, w której musi rywalizować o zwycięstwo z gościem, który ma formę życia? Przecież Kobayashi w sobotę wyprzedził Kubackiego aż o 26,5 punktu. A jednak – w niedzielę to Polak był najlepszy. Po 11 latach startów, w 169. występie w końcu stanął na najwyższym stopniu podium.

Wreszcie! Bardzo długo czekałem na to pierwsze miejsce. Kosztowało mnie to dużo pracy, ale się opłaciło. Wciąż jeszcze mam rezerwy, wiem, nad czym muszę pracować. Głowa ma bardzo duże znaczenie w skokach narciarskich, od lat pracuję z psychologiem, dziś mi się to bardzo przydało – mówił na gorąco po zwycięstwie w Predazzo. – Presja? Nie, nie czuję dodatkowej presji, ja po prostu robię swoje, jak zawsze.

130 wyścigów

Robert Kubica, który właśnie wraca do Formuły 1, bardzo szybko zaczął odnosić sukcesy. W trzecim wyścigu po raz pierwszy zameldował się na podium (trzecie miejsce w Grand Prix Włoch na Monzy). W 25. występie w F1 wywalczył jedyne pole position (Grand Prix Bahrajnu), a cztery wyścigi później sięgnął po jedyną wygraną (Grand Prix Kanady). Po słabym dla BMW Sauber sezonie 2009 (1 podium w Brazylii), rok później zaliczył trzy pudła w barwach Renault. Czyli: cztery i 1/3 sezonu w F1, 1 zwycięstwo, 12 miejsc na podium. Nieźle? Zdecydowanie.

No bo weźmy takiego Nico Rosberga. W pierwszych sześciu sezonach w Formule 1 wywalczył tylko pięć podiów. Pierwsze pole position i pierwsze zwycięstwo zgarnął w 111. starcie. Potem już tak się rozkręcił i dostał tak dobry samochód, że dołożył kolejne 22 wygrane plus mistrzostwo świata w 2016 roku. A jego dobry znajomy Jenson Button? On także po pierwszą wygraną sięgnął w siódmym sezonie startów (113. wyścig). W dziesiątym sezonie dołożył sześć kolejnych zwycięstw w barwach Brawn GP i sięgnął po mistrzostwo świata.

Jednak Rosberg i Button wcale nie są rekordzistami. Nie jest nim także Rubens Barrichello. Brazylijczyk zwyciężył po raz pierwszy w ósmym sezonie startów, w dodatku w niesamowitych okolicznościach, po starcie z 18. pola. Wygrana w 123. występie w Formule 1 była wówczas (2000) rekordem pod względem długości czekania na triumf. Osiągnięcie Barrichello przetrwało 9 lat. Pobił go Mark Webber, który na wygrane Grand Prix czekał aż do 130. wyścigu. Dokonał tego dopiero w wieku 33 lat.

To niesamowity dzień. Tak bardzo chciałem w końcu wygrać. Miałem wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy bardzo mnie wspierali i wykazali się ogromną cierpliwością – mówił uradowany Webber, który w sumie w barwach Red Bulla wygrał 9 wyścigów, trzy razy kończył sezon na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej.

43 Wielkie Szlemy

Agnieszce Radwańskiej przez całą karierę towarzyszyło kluczowe pytanie: czy zdoła sięgnąć po wielkoszlemowy triumf? Dwa razy było blisko. W 2012 osiągnęła finał Wimbledonu, gdzie po zaciętej walce uległa w trzech setach Serenie Williams. Rok później było niby dalej, ale tak naprawdę bliżej. W półfinale po ekstremalnie zaciętym spotkaniu Polka przegrała jednak z Sabine Lisicki. Niemka z kolei w finale okazała się gorsza od Marion Bartoli. Nikt nie miał wątpliwości, że te kilka piłek z półfinału zdecydowało o tym, że Radwańska nie wygrała Wimbledonu. Z Francuzką wygrywała w zasadzie za każdym razem, w finale prawdopodobnie nie byłoby inaczej. Tak czy inaczej, Radwańska już zawiesiła rakietę na kołku. W sumie zagrała w 46 turniejach wielkoszlemowych, osiągnęła finał, cztery półfinały, siedem ćwierćfinałów.

Niewiele brakowało, a podobne liczby na koniec kariery towarzyszyłyby jej przyjaciółce, Karolinie Woźniackiej. Reprezentantka Danii przez lata goniła wielkoszlemowego króliczka, ale wiąż, tak jak Radwańska, nie mogła go złapać. Od debiutu w Roland Garros 2007 przez 10 lat nie opuściła żadnego wielkoszlemowego występu. Bywało, że była bliska triumfu. W US Open 2009 i 2014 osiągała finał, cztery razy grała w półfinałach. Ale zawsze brakowało kropki nad i. Aż do stycznia ubiegłego roku, kiedy zdołała zwyciężyć w Australian Open. Co ciekawe, bardzo niewiele brakowało, a z turniejem, który zmienił jej życie, pożegnałaby się już w drugiej rundzie. Wówczas, w trzecim secie meczu z Chorwatką Janą Fett obroniła dwie piłki meczowe. To był jej 43. wielkoszlemowy występ. Statystycy wyliczyli, że tylko trzy zawodniczki w historii zdołały wygrać Szlema po dłuższym oczekiwaniu. – Szczerze, uważam, że jedną z najbardziej pozytywnych rzeczy związanych z tym zwycięstwem jest to, że już nigdy nie usłyszę tego pytania. Teraz już mogę czekać na pytanie: kiedy wygrasz kolejny turniej wielkoszlemowy – mówiła wzruszona Karolina. – Spełniło się moje marzenie, to dla mnie bardzo emocjonalna chwila. Długo na to czekałam.

A propos czekania – jeszcze dłużej czekali Brytyjczycy. Marzenie o zwycięstwie ich reprezentanta na Wimbledonie przerodziło się w pasję, która kolejnym kandydatom plątała nogi. Mijały lata, a kibice na kortach przy Church Road wciąż musieli patrzeć, jak najbardziej prestiżowy puchar w świecie tenisa odbierają goście – z USA, Australii, Szwajcarii, Szwecji, Serbii, Hiszpanii, nawet Czechosłowacji, Peru i Holandii. Słowem: z całego świata, tylko nie z Wielkiej Brytanii. Wreszcie, po 77 latach i 71 edycjach w 2013 roku na kortach All England Lawn Tennis & Croquet Clubu triumfował Andy Murray. – Presja była ogromna. Od czterech, pięciu lat to było bardzo trudne, ogromnie stresujące. Kilka dni przed turniejem było naprawdę ciężkie, na każdym kroku odczuwałem gigantyczną presję. Gdziekolwiek poszedłem, widziałem, jak duże są oczekiwania, nie tylko dlatego, że to taki wielki turniej, ale też z powodu historii i czekania na brytyjskie zwycięstwo. Teraz to oczekiwanie się skończyło i myślę, że teraz będzie łatwiej. Mam nadzieję, że będzie, mam nadzieję – mówił po historycznym zwycięstwie. Było – Murray zdołał powtórzyć sukces na londyńskiej trawie w 2016 roku.

49 walk

Jeśli chodzi o polskich bokserów, którzy długo i bezskutecznie próbowali zdobyć tytuł zawodowego mistrza świata, nikt nie może się równać z Andrzejem Gołotą. Nasz ciężki, nazywany w USA „Ostatnią nadzieją białych”, do walk o tytuł stawał czterokrotnie, w tym aż trzy razy z rzędu. To sytuacja absolutnie bezprecedensowa w historii boksu, żeby ktoś dostał ich tyle. Gołota najpierw w 1997 roku walczył o pas WBC z Lennoksem Lewisem (skończyło się błyskawicznym nokautem). Minęło nieco ponad 6 lat, Polak związał się kontraktem promotorskim z potężnym Donem Kingiem. Ten doprowadził do jego walki z Chrisem Byrdem o pas IBF. Gołota był świetny, zrobił wszystko, jak należy, ale sędziowie wypunktowali remis. Minęło pół roku, Polak stanął naprzeciwko czempiona WBA Johna Ruiza. Powalił Amerykanina dwa razy na deski, Ruiz stracił punkt za cios po komendzie „stop”, Endrju miał przewagę trafionych uderzeń (141 do 103). A jednak – sędziowie wypunktowali… jednogłośną wygraną obrońcy tytułu! W ostatniej szansie kontrowersji już nie było – Brewster znokautował Polaka już w pierwszej rundzie i marzenie nie doczekało się spełnienia.

Inaczej było w historii wojownika z Republiki Południowej Afryki o przydomku „Sugar Boy”. Thulani Malinga zadebiutował na zawodowym ringu w wieku 26 lat. Szybko zdobył tytuł mistrza RPA w wadze średniej, jednak na poważne walki musiał poczekać jeszcze kilka lat. W wieku 34 lat doczekał się walki o pas mistrza świata wagi średniej federacji IBF. Na ringu w Charlottenburgu przegrał wysoko na punkty z Graciano Rocchigianim. Dwa lata później dostał drugą szansę – tym razem w wadze super średniej. Z Lindellem Holmesem boksował znakomicie, ale na kartach sędziowskich znów był słabszy. Podobnie jak po kolejnych dwóch latach, gdy w Birmingham próbował odebrać pas czempiona WBO w super średniej Chrisowi Eubankowi (przegrał niejednogłośnie na punkty).

Potem przegrał na punkty z Nigelem Bennem, przez nokaut z Royem Jonesem, wygrał kilka pojedynków w RPA. I nagle, niespodziewanie dla wszystkich, w wieku 41 lat, z bilansem 40 zwycięstw i 9 porażek, dostał szansę walki o pas z Nigelem Bennem, który w międzyczasie zdobył pas WBC w wadze super średniej. Dla Benna miała to być formalność, łatwa robota i 10. obrona tytułu. Zapowiadało się łatwo, w piątej rundzie Malinga był na deskach. Ale jakoś się pozbierał i zaczął tłuc Anglika. Choć wiemy, co potrafią sędziowie w zawodowym boksie, jakie wałki potrafią robić i jakie werdykty wydają bez mrugnięcia okiem, tym razem postanowili, że będą uczciwi. „Sugar Boy” był lepszy i wygrał jednogłośnie na punkty.

Cztery miesiące później, także w Anglii, Malinga stracił pas, przegrywając niejednogłośnie na punkty z Vincenzo Nardiello. Koniec bajki? Nic z tych rzeczy! Bokser z RPA odpoczywał przez półtora roku, „jego” pas przejął Robin Reid. „Sugar Boy” poleciał do niego do Londynu i… wypunktował nowego czempiona, tylko po to, by trzy miesiące później stracić tytuł.

Inny przykład „długodystansowca” to Robin Deakin. „Rockin” wygrał walkę w zawodowym debiucie, w 2006 roku. W kolejnych 50 walkach zawsze opuszczał ring jako pokonany. 8 lat, 50 walk. Same porażki, w tym na przykład z Polakiem Damianem Ławniczakiem (bilans 0-11). Można się załamać? Dać sobie spokój? Kto by tak nie zrobił? Na pewno nie „Rockin”. Choć brytyjskie media z pewną dozą sympatii pisały o nim, jako o „najgorszym bokserze świata”, on nie zrezygnował. Zrobił sobie półtora roku przerwy, po czym w legendarnej York Hall w Londynie wypunktował Denissa Kornilovsa w czterorundowej walce. Trudno nam sobie wyobrazić, jakie uczucia musiały mu towarzyszyć, kiedy sędzia Lee Murtagh unosił w górę jego ramię, ale zakładamy, że czuł się co najmniej mistrzem świata. Bo jak wiadomo – prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. I nawet, jeśli brzmi to nieco banalnie – naprawdę nigdy nie jest za późno na to, żeby zacząć wygrywać.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (3)