Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Jakiś czas temu przeczytałem analizę dotyczącą odstrzału dzików – trochę liczb, wypowiedź jakiegoś profesora, myśliwego. Wszystko wyglądało jak opracowanie, z którym trudno dyskutować z pozycji laika, bo przecież nie będę się kłócił z liczbami i ekspertami. Sęk w tym, że chwilę później przeczytałem równie interesującą analizę, zawierającą inne liczby, inne diagramy oraz wypowiedzi innych naukowców. Naturalnie obie publikacje wzajemnie się wykluczały, pierwsza z nich przekonywała, że tylko strzelając do dzików będziemy w stanie uratować planetę od zagłady, druga – że dziś zabijemy niewinną lochę, a jutro obudzimy się na pustyni nuklearnej.

Przykład dzików jest o tyle interesujący, że bardzo niewiele osób miało jakiekolwiek pojęcie o regułach działania myśliwych i problemach z tym gatunkiem zwierząt. Dopiero gdy temat stał się „polityczny”, sieć zaroiła się od mniej lub bardziej fachowych tekstów oraz mniej lub bardziej poważnych komentarzy.

Przed całym zamieszaniem byłem kompletnym laikiem, aktualnie jest tak samo, chociaż w międzyczasie udało mi się poznać racje, przekonania i argumenty obu stron. Nie wiedziałem, co o tym sądzić na początku i to się nie zmieniło. Wiele wskazuje na to, że jesteśmy w środku antycznego dramatu i niezależnie od naszej decyzji, środowisko bardzo mocno ucierpi. Wiem natomiast, że w tej sprawie jak w soczewce mogliśmy obejrzeć wiele spośród zagrożeń współczesnego świata.

Skoro istnieją spory jak ten, gdzie jedno złe rozwiązanie konkuruje z drugim złym rozwiązaniem, jak powinniśmy do tego typu problemów podchodzić? Czy na pewno właściwą ścieżką jest okopywanie się na radykalnych pozycjach?

To było dostrzegalne podczas sprawy dzików, ale przecież trwa od lat. Z racji, że w sprawę bardzo osobiście zaangażował się mój kolega, czytałem sporo o zwierzętach hodowlanych, które w fatalnych warunkach dorastają do momentu, w którym ktoś przerabia je na futra. Było tak samo jak przy dzikach – kilkanaście opracowań, wszystkie fachowe, podające źródła, trzeźwe i uczciwe argumenty, ale jednak – po ich przeczytaniu najbardziej logiczne byłoby przyznanie racji obu stronom a następnie rzut monetą, by wybrać, które rozwiązanie lepsze (gorsze?).

Zwłaszcza, gdy stykają się wartości. Moralne obowiązki wobec braci mniejszych kontra twarda ekonomia, która bezlitośnie zdradza: jeśli my nie będziemy zamęczać futrzaków, będą to robić Niemcy czy Ukraińcy, albo nawet i ci sami Polacy, ale już w zakładach założonych poza Polską. Z dzikami jest jeszcze trudniej, szczególnie po zajęciu stanowiska przez Komisję Europejską, bo okazało się, że samo traktowanie odstrzału jako receptę na walkę z chorobami to rzecz, nad którą dyskutują ludzie poświęcający tej tematyce całą swoją karierę naukową.

I oni po 12 latach studiowania, badań, porównywania wartości i trendów, nadal się ze sobą kłócą, bo tak interpretuję odrębne zdania Komisji Europejskiej (opierającej się na analizach naukowych) oraz naukowców, którzy wysłali swój list otwarty do premiera.

Co ciekawe – nam, internautom, wystarczy 12 minut i 12 kliknięć w Google, by stać się pełnoprawnymi uczestnikami tej dyskusji. Dużej części dziennikarzy ze świata polityki wystarczy nawet mniej: sprawdzają, jaki pogląd w tej sprawie ma partia, z którą sympatyzują i po krzyku. Efekt jest taki, że gdy rano pojawia się ZAGADNIENIE już koło południa linia podziału Internetu i mediów jest jasno wykreślona przez tych, którzy niedawno myśleli że ASF to jakaś broń w Counter-Strike’u (ja tak myślałem).

Niestety, refleksja typu: „a może jednak nie jestem ekspertem w sprawach weterynarii, ekonomii i unijnych funduszy jednocześnie, mimo że przeczytałem przed momentem bardzo ciekawy post na fejsie” prawie nie występuje. Jest gorzej – nie tylko stajemy się ekspertami gotowymi do internetowej debaty z każdym specjalistą, ale jeszcze chętnie przypisujemy całość do głównego politycznego sporu. To jakaś prawdziwa plaga, kompletnie nie mam pojęcia z czego to wynika. Dziś stając w obronie dzika, stajesz w obronie konstytucji, a celując w niego sztucerem idziesz ramię w ramię z pełzającym reżimem. Jeśli jesteś przeciwny cenzurowaniu chamskich wpisów w Internecie, masz na sumieniu zamordowanego prezydenta. Jeśli nie do końca zgadzasz się z zaproponowaną ograniczoną transparentnością wydatków na pensje w Narodowym Banku Polskim, stajesz się poplecznikiem Grzegorza Schetyny w najlepszym, a Ryszarda Petru w najgorszym układzie.

Może żyję w jakiejś bańce informacyjnej, może źle dobieram źródła, ale mam wrażenie, że z Polski, a może i ze świata, zniknęły „lajtowe” spory. Teraz odstrzał dzików rośnie do rozmiarów referendum unijnego, stosunek do zakazu handlu w niedzielę to jak wybór ścieżki życiowej, której będziesz musiał być wierny aż po grób.

Widzę nawet u znajomych tę podejrzliwość – podoba ci się 500+, a nie podoba zakaz handlu w niedzielę? Chciałbyś wyższy wiek emerytalny, ale nie oburzasz się na działalność IPN-u? Co z tobą?!

Ale to już pal licho, przynajmniej mam jakieś poglądy, można podyskutować, posprzeczać się. Gorzej jest w sytuacji, gdy nie wiem co zrobić z dzikami. Nie wiem, czy zakaz handlu w niedzielę faktycznie jest taki fatalny. Nie wiem, czy słusznie wycinamy Puszczę Białowieską, czy ma to uzasadnienie jedynie ekonomiczne, czy jednak to misja ratunkowa przed złowrogim kornikiem, kimkolwiek jest. Nie wiem nawet nie dlatego, że nie chciało mi się poczytać o tych sprawach (choć to też!). Nie wiem, bo argumenty obu stron są na tyle przekonujące, że nie czuję się na siłach decydować, kto ma rację.

Brak posiadania kategorycznego osądu na dowolny temat to jakiś rodzaj współczesnej ułomności. Nie powinno się nie mieć zdania, bo tu przecież Polska płonie, Europa płonie, świat zresztą też. Jak to nie wiesz jak ocenić rządy Trumpa, jak to masz za mało danych? Przecież widać od razu, uczynił Amerykę wielką / jest najgorszym prezydentem w historii.

Trabantaszwili z Gruzji? Daj mi dwie minuty w Google i powiem ci wszystko o jego rządach, zestawiając je oczywiście z polskimi.

I tak strzelamy do siebie z całej pety w najdrobniejszych sprawach, dysponując najdrobniejszą cząstką wiedzy.

***

Co gorsza, te histeryczne reakcje zdają się przekładać na polityków, co zmienia całą ich debatę w zbiór propozycji doraźnych rozwiązań. Tragedia w escape roomie? Fala kontroli w escape roomach w całej Polsce i zapowiedź bezlitosnych zmian w przepisach. Tragedia podczas koncertu? Zmiany w prawie, zmiany, zmiany, kontrole, wyjaśnianie, natychmiast.

Escape roomy są właśnie dokładnie trzepane, podczas gdy pod tagiem #ewakuacjaboners na Wykopie aż pęcznieje od przykładów zastawionych wyjść ewakuacyjnych w marketach. Piotrek Koszecki na portalu 2×45 dokładnie i sugestywnie opisał, jak doskonale przygotowane na podobne sytuacje są sektory gości w Polsce, zamykane na łańcuch i kłódkę, do której jedyny kluczyk ma ochroniarz (o tym ile zarabia i kim jest ochroniarz pisał choćby Stan we wczorajszym tekście). Czas otwierania furty przy wypuszczaniu kibiców z sektora po meczu? Ponad dwie minuty. Ile osób zdążyłoby spłonąć i wzajemnie się stratować, gdyby na sektorze doszło do pożaru? Nie wiemy, bo jeszcze tego nie sprawdzono.

Przepisy oczywiście istnieją, tam uregulowana jest nawet dopuszczalna szerokość zlewu w pomieszczeniu socjalnym dla pracowników, ale generalnie większość ma je gdzieś, oczywiście do pierwszej tragedii. Potem standardowym ruchem nie jest zastosowanie się do istniejących przepisów, ale jakaś rozpaczliwa próba ich zaostrzenia, byle sprawiać wrażenie nieugiętych szeryfów.

Teraz na ruszcie smaży się mowa nienawiści oraz wypuszczanie przestępców z więzień, sieć jest pełna apeli o penalizację nienawistnych wypowiedzi oraz opracowanie reguł, które pozwolą zatrzymać podejrzanych więźniów za kratami jeszcze po zakończeniu ich kary. Dwa lata za nienawistny post na fejsie i jeszcze rok w zakładzie zamkniętym „na obserwacji”, czy więzień na pewno jest gotowy do wyjścia na wolność. Wypowiedź, którą miesiąc temu każdy uznałby za totalne wariactwo, teraz mogłaby paść z ust dowolnego polityka i chyba nikt nawet by się nie zdziwił. Liczy się kto mocniej przyciśnie, kto wyjdzie na bardziej bezkompromisową wersję Eliota Nessa.

I tak sobie dryfujemy, od tragedii do tragedii. Tu załatamy rzekome luki w przepisach o escape roomach, tam przyciśniemy jakiegoś nadpobudliwego użytkownika Facebooka. W międzyczasie każdego dnia będzie nas zabijał smog, chyba że jak tysiące innych ludzi rocznie zginiemy wcześniej w wypadku drogowym. Ale do tych rzeczy już się przyzwyczailiśmy, więc tu pospolitego ruszenia chyba nie będzie.

Poza tym jeszcze nie ustaliliśmy czy strzelać do dzików. Jak ustalimy, z pewnością zajmiemy się tym, co zabija nas.

KOMENTARZE (26)