Tsitsipas wspina się na tenisowy Olimp. Jest już w półfinale Australian Open
Inne sporty

Tsitsipas wspina się na tenisowy Olimp. Jest już w półfinale Australian Open

W zeszłym sezonie pokonał Novaka Djokovicia na kanadyjskiej ziemi. W tym, na dłuższym dystansie i po drugiej stronie świata, wygrał z Rogererem Federerem. Dwóch z trzech tenisowych bogów ma już na rozkładzie. Trzeci czeka na niego w półfinale. W poprzednim roku Rafa Nadal dwukrotnie okazał się lepszy od Greka. W tym może być już jednak zupełnie inaczej, bo Stefanos Tsitsipas gra olśniewający tenis.

Do niedawna za pewnik przyjmowano, że spośród wszystkich gwiazd młodej generacji jako pierwszy turniej wielkoszlemowy wygra Alexander Zverev. Sęk w tym, że Niemiec z największymi turniejami się nie lubi – do tej pory tylko raz był w ćwierćfinale. Tymczasem Stefanos Tsitsipas, młodszy od niego o ponad rok, postanowił nie czekać i już przebił osiągnięcie kolegi po fachu. Zresztą w fenomenalnym stylu, zachwycając świat zwycięstwem nad Rogerem Federerem.

To osiągnięcie tym większe, że w dwóch ostatnich latach to właśnie Szwajcar okazywał się w Australii najlepszy. Tymczasem w czwartej rundzie tegorocznego turnieju zastopował go Grek. Nawet jeśli Roger swoje lata już ma, to jednak wciąż było to dla Tsitsipasa zwycięstwo wielkie. Starzejący się tenisowy bóg, bogiem pozostaje. O tym, jakie to osiągnięcie, niech świadczy fakt, że Stefanos jest pierwszym od 2009 roku zawodnikiem, który wygrał ze Szwajcarem w Wielkim Szlemie przed swoimi 21. urodzinami. Najlepsze w tym jest jednak to, że zrobił to gość, dla którego Federer jest idolem i który… niesamowicie Rogera przypomina.

Najwięcej szumu wokół Greka narobiło jednak nie samo zwycięstwo, a styl, w jakim je odniósł. Grał fenomenalnie – to w skrócie. Dłuższa wersja brzmi tak: jego forehand był niszczycielski, serwis nie zawodził ani przez chwilę (Federer miał 12 break pointów, nie wykorzystał ani jednego, to najgorszy wynik w jego karierze), backhandem – jednoręcznym, co warto podkreślić – grał pewnie, świetnie odnajdywał się przy siatce i, co najważniejsze, wyglądał jak gość, który ma na koncie już z dziesięć tytułów wielkoszlemowych. Ani na moment się nie zawahał. Szedł jak po swoje. Zresztą po meczu powiedział wprost: „Jestem tu, bo chcę wygrać tytuł”.

Czuję się dobrze. Bardzo chcę dostać się jak najdalej w turnieju, uszczęśliwić siebie i ludzi, którzy mnie dopingują. Uwielbiam atmosferę na korcie, jego dynamikę. Co się zmieniło w mojej grze? Przestałem się tyle zastanawiać. Podejmuję decyzję i się jej trzymam. Nie rozważam tego, co robić, gdy piłka jest przede mną. Od początku wiem, co chcę z nią zrobić. Grając z takimi tenisistami, zawsze musisz mieć plan, od samego początku. Do tego poprawiłem grę z głębi kortu, trenowałem nad fizycznością. Mogę grać dłużej, być bardziej agresywny. Mam więcej pewności siebie.

To wszystko doskonale było widać w starciu ze Szwajcarem. To po tym meczu Mats Wilander, były wielkoszlemowy mistrz, dziś ekspert Eurosportu, mówił portalowi Tennis365, że:

Tsitsipas ma naprawdę wszystko, rozwija się wspaniale. Myślę, że ze względu na jego podejście nie ma góry, na którą nie byłby w stanie się wspiąć. Nie widzę nic, co mogłoby go powstrzymać. Teraz czeka go mecz z Roberto Bautistą-Agutem. To powinno być dla niego oczywiste zwycięstwo. Po tak wielkim meczu przeciwko Federerowi, musi wygrać z Hiszpanem.

Wilander wiedział, co mówi. Bardzo często zdarzało się w przeszłości, że zawodnicy po tak wielkich meczach, nagle grali dużo słabiej i odpadali z łatwiejszymi rywalami. Tsitsipas jest jednak ulepiony z innej gliny, choć Bautista-Agut nie postawił mu łatwych warunków. Grek stracił swój serwis już przy pierwszej takiej okazji, ale zdołał odwrócić losy seta. Potem podobnie zrobił w trzeciej partii, a czwartą wygrał bez podobnych przygód. Po dobrym meczu, choć nie tak wielkim, jak w poprzedniej rundzie (znów wygrał w czterech setach, do tej pory każde jego spotkanie w tym turnieju trwało tak długo, ale popełniał więcej błędów), znalazł się w półfinale Wielkiego Szlema. Pierwszy raz w karierze.

To wszystko wydaje mi się jakąś bajką. Żyję jak we śnie, ale za sprawą tego, na co sobie zapracowałem. Czułem się też trochę emocjonalny, ale nie za bardzo, bo wiem, że to skutek mojej ciężkiej pracy. Kiedy przed sezonem mówiłem, że chcę dojść do półfinału takiego turnieju, czułem się szalony, ale to właśnie się stało. Nie było łatwo, po wygranej z Rogerem nie mogłem zasnąć. Bolał mnie palec, uniemożliwiał mi to. Spałem mniej niż sześć godzin, martwiłem się o kolejne spotkanie.

Jak się okazało: niepotrzebnie. Bo Stefanos w wieku niespełna 21 lat pokazuje, że już należy do ścisłej światowej czołówki. Słabe strony? Trudno wskazać, nie potrafiło tego zrobić wielu uznanych tenisistów, których o to zapytano. Awans do półfinału sprawił, że Grek stał się najmłodszym gościem z takim osiągnięciem na koncie od występu Djokovicia na US Open 2007. W Australii trzeba by się cofnąć aż o szesnaście lat, do występu Andy’ego Roddicka. Obaj wspomniani kilka miesięcy później byli już wielkoszlemowymi mistrzami. Później ich kariery potoczyły się jednak zupełnie inaczej: Serb stał się pełnoprawnym członkiem największej trójki w historii tego sportu, po karierze Amerykanina pozostał niedosyt.

Którą drogą pójdzie Stefanos Tsitsipas? Przekonamy się w najbliższych latach. Jedno jest pewne – gdy pojutrze wyjdzie na kort z Rafaelem Nadalem, zdarzyć się może absolutnie wszystko. Obaj grają w Melbourne wspaniale. Jeśli Grek wygra, znajdzie się o krok od szczytu, o którym jeszcze rok temu mówił, że „widzi go w oddali”. Teraz okazuje się, że Australian Open już w najbliższych dniach może stać się świadkiem narodzin nowego tenisowego boga.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (3)