Jagiellonia wreszcie z otwartą przyłbicą. Czy to da efekt?
Weszło

Jagiellonia wreszcie z otwartą przyłbicą. Czy to da efekt?

Od paru ładnych lat Jagiellonia uchodziła za „tego trzeciego”. Do walki o tytuł typowano dwóch etatowych faworytów, którzy i na papierze, i pod względami finansowymi zdawali się odjeżdżać reszcie stawki. Później jednak okazywało się, że to właśnie Jaga, startująca gdzieś z drugiego szeregu, jest najbliżej zdetronizowania warszawskiej Legii. Po dzisiejszych ruchach na rynku transferowym widać, że białostoczanom przestaje to wystarczać. 

W tym sezonie wprawdzie dużą przewagę nad peletonem ma Lechia, piłkarze z Białegostoku bliżej niż do lidera mają do dolnej połowy tabeli. Jaga dopina jednak transfery numer cztery i pięć, czyli podwójne posiłki z Krakowa, skąd trafią na Podlasie Martin Kostal i Jesus Imaz. Wcześniej Jaga zgarnęła Zorana Arsenicia, z Węgier i Słowacji przyjechali Scepović i Kadlec.

Oczywiście, mamy dopiero połowę stycznia, niektórzy dyrektorzy sportowi pewnie dopiero wracają z wyjazdów na narty, z pewnością kolejnych ruchów można się spodziewać i w Poznaniu, i w Warszawie, a może także i u liderów z Gdańska. Na ten moment jednak skupmy się nie na tym, jak Jaga wygląda na tle rywali, ale na tym, jak wygląda na tle własnej polityki z ostatnich sezonów.

Jeden element pozostaje niezmienny właściwie od czasów Kamila Grosickiego. Jaga uwielbia ściągać czy wychowywać nieoczywistych piłkarzy, którzy najpierw są istotnym wzmocnieniem na murawie, później zaś pozwalają na spokój finansowy. Wielokrotnie wyliczaliśmy, ile białostoccy działacze zarobili dla klubu swoim zmysłem do wyszukiwania piłkarzy z potencjałem. Przy ostatniej aktualizacji, w lipcu 2018 roku, licznik stał bodaj na 13 milionach euro, uwzględnialiśmy okres od Grosika przez Makuszewskiego, Kupisza, Quintanę, Gajosa, Pazdana, aż do Drągowskiego i Góralskiego. Dziś już wiadomo, że niezależnie od transferów do klubu, Jaga również w tym okienku wyjdzie na plus – bardzo godnie zarobi bowiem na Przemysławie Frankowskim oraz Karolu Świderskim.

Ale zamiast tradycyjnego uzupełniania składu nazwiskami spoza ligowego topu, tym razem mamy walkę z ligowymi gigantami.

Już Arsenić wydawał się pewnym pokazem siły – bo w mediach łączono byłego stopera Wisły Kraków z Legią Warszawa. Do tej pory wydawało się, że jeśli kogoś na krajowym podwórku wiąże się z Legią Warszawa, to jedyną inną opcją jest wyjazd do mocniejszej ligi. Czyli jakiejkolwiek innej ligi. Z Arseniciem było inaczej – mimo że decydował wyłącznie piłkarz, a nie jego poprzedni klub, mimo że menedżerowie mogli przebierać w ofertach, Zoran wybrał właśnie Jagiellonię. Nie ma co przywiązywać większej wagi do kurtuazyjnego stwierdzenia, że jeszcze nie wszystko w Polsce osiągnąłem, ale to znamienne, że ceniony zawodnik drużyny z górnej połowy tabeli wybiera właśnie Jagę. Jasne, nie mamy wątpliwości, że gdyby Legii naprawdę zależało na Arseniciu, to ten właśnie zapoznawałby się z twardymi zasadami wprowadzonymi przez Ricardo Sa Pinto. Ale przecież jeden z lepszych stoperów w polskiej lidze mógł już myśleć o jakiejś bogatszej lidze – choćby miała to być podróż śladami Rzeźniczaka.

Scepovicia i Kadleca na razie nie chcemy pompować – choć i Spartak Trnawa, i Videoton to nie są leszcze, to jednak transfery z ligi słowackiej czy węgierskiej zawsze traktujemy z dystansem. Kolejne dwa wzmocnienia to już jednak zupełnie inna półka. Nie jest żadną tajemnicą, że Jesusa Imaza mieli na oku przede wszystkim lechici, informował o tym m.in. Piotr Koźmiński. To chyba dość podobna sytuacja jak przy Arseniciu – gdyby Kolejorz mocniej powalczył, pewnie byłby w stanie ściągnąć skrzydłowego Wisły. Sęk w tym, że mocniej powalczyła Jaga.

Nawet jeśli nikt w Warszawie i Poznaniu nie wpisywał piłkarzy Wisły na samym szczycie listy życzeń, nawet jeśli rodzimi bogacze nie planowali rozdzierać szat w licytacji o tych piłkarzy – to nie umniejsza rozmachu Jagi.

Pamiętajmy – to klub, który dotąd starał się stanowić pomost między ligowym dżemikiem a naprawdę bogatymi klubami. Góralski przyszedł z I ligi, Tuszyńskiego nie chciano w Lechii, Makuszewski zaliczył awans o dwa szczeble, Cernycha wyciągnięto z Górnika Łęczna. Jeśli Jaga robiła ruchy na krajowym rynku, to w stylu Guilherme – wyciągając wyróżniającego się zawodnika z drużyny zdecydowanie słabszej od Jagi. Drugi aspekt to ta rywalizacja z Lechem i Legią – Jaga jako pomost posłużyła w przypadkach Pazdana czy Gajosa, którzy przez Białystok trafili do dwóch polskich gigantów.

Dziś – co udowadniają Imaz i Arsenić – Jaga występuje już z pozycji niemal równorzędnego rywala Lecha czy Legii, nie tylko na boisku, ale i na rynku transferowym.

Zresztą, tak naprawdę dało się to zauważyć już podczas czyszczenia składu. Warto zadać pytanie: które kluby Ekstraklasy mogłyby sobie pozwolić na rozstania z Łukaszem Burligą i Cillianem Sheridanem? Nie, nie upadliśmy na głowę, nie będziemy tutaj udowadniać, że Burliga i sympatyczny samuraj zaprowadziliby Jagę do mistrzostwa, a następnie fazy grupowej Ligi Mistrzów. Zwracamy bardziej uwagę na to, co do tej pory dotyczyło co najwyżej Legii i Lecha. Skład zrobił się na tyle szeroki, że można było spokojnie pozbyć się dwóch przyzwoitych zawodników. I tyle, bez filozofowania, bez półrocznego tyrania ich w klubie kokosa, bez wykłócania się o każdą złotówkę, gdyby po Burligę zgłosił się jakiś Bruk-Bet. Ot, jesteście całkiem spoko (Burliga ubiegły sezon skończył ze średnią not na Weszło 5,10!), ale celujemy już zdecydowanie wyżej.

Sportowo Jagiellonia traci do lidera więcej, niż w poprzednich latach. Rok temu były to dwa punkty, dwa lata temu Jaga miała taki sam dorobek jak lider z Gdańska. Teraz białostoccy piłkarze mają aż dziewięć oczek straty do Lechii, ale za to pozbyli się pozorów. Po aktywności Jagi w styczniu widać dokładnie, co jest ich celem. Wiadomo – mogą stracić Frankowskiego, Świderskiego, Runje. Ale kto w Polsce nie traci kluczowych ogniw. Ważne, jak się je zastępuje. A w Białymstoku nie włączyli planu minimum.

KOMENTARZE (18)