Często życzymy sobie zdrowia, a nic nie robimy, by być zdrowszymi
Weszło Extra

Często życzymy sobie zdrowia, a nic nie robimy, by być zdrowszymi

– Spotkamy dzisiaj na ulicy sto osób. Każda z nich wie, że w pewnym wieku należy się badać, ale nikt się zbadać nie pójdzie. W tym jest problem. Dopóki nie zachorowałem, nie wiedziałem, że tak dużo osób ma nowotwór.

– Dzięki mojej chorobie wielu kolegów przebadało się, bo tak to wygląda – jeżeli osoba z twojego otoczenia zachoruje, każdy pójdzie się zbadać z myślą, że w razie czego choroby można uniknąć. Późno, ale takie jest podejście. A przecież składając życzenia drugiej osobie, obojętnie z jakiej okazji, przede wszystkim życzymy zdrowia. A co robimy, by być zdrowszymi? Nic. Życzenia to często puste słowa, sztuczne odbębnienie obowiązku – przyznaje Paweł Kryszałowicz, który jedenaście miesięcy temu usłyszał, że przyjdzie mu grać najważniejszy mecz życia. Przeciwko nowotworowi złośliwemu.

Mecz, który zbliża się do końca i mecz, który były reprezentant Polski zdecydowanie wygrywa. Zapraszamy.

*

Jest coraz lepiej, końcówka leczenia.

Od diagnozy minął prawie rok.

Czekam na wyniki, jeszcze jedno badanie, jeszcze jedna operacja i wstępne leczenie zostanie zakończone. Później już tylko profilaktyka.

Pozytywnie.

Dzięki Bogu.

Wyniki, które dostałem, są uspokajające. Wróciła stabilizacja. Mogę planować przyszłość bez większej niepewności. Staram się wrócić do normalnego życia, jednak leczenie jeszcze trwa.

Jakiś czas temu mówił pan, że nie wie, na czym stoi. Czy leczenie potrwa pięć miesięcy, czy sześć lat.

To była niewiadoma, trudny okres. Wyniszczający mentalnie. Silna psychika jest podstawą, bez niej mogłoby być różnie. Weźmy wyjazdy do szpitali, gdzie spędzałem bardzo dużo czasu. Widziałem ludzkie dramaty.

Leżałem w szpitalu, obok mnie jakiś pan. Rozmawialiśmy, mieliśmy normalny kontakt. Przychodziła żona, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Po dwóch-trzech tygodniach wróciłem, a jego łóżko było puste. Umarł.

Widziałem 25-letniego chłopaka, przez którym powinno być całe życie, a który od trzech lat walczy z nowotworem. Widziałem osoby bez nadziei. Osoby, które wiedziały, że zbliża się koniec leczenia i kolejnym krokiem jest śmierć.

Jeżeli ktoś ma słabą psychikę, może się załamać.

Pan mógł się załamać?

W takich sytuacjach wsparcie bliskich jest ważne, o ile nie najważniejsze. Gdybym nie miał rodziny i przyjaciół – motywowali mnie, odwiedzali, czas mijał szybciej – mogłoby być różnie.

Generalnie, takie sytuacje dobijają ludzi, którzy nie mają nadziei, którzy nie mają wsparcia. Dlatego starałem się wprowadzać pozytywną atmosferę w szpitalu, mimo wszystko. Ludzie mówią, że pozytywne myślenie i motywowanie to 50 procent sukcesu. Dlatego gdy słyszę, że ktoś zachorował, że ktoś ma nowotwór, to zaczynam działać. Podaję numer telefonu, rozmawiam. Opowiadam, czym się leczyłem, jak się leczyłem. Pomagam.

Bo ludzie zastanawiają się, co będzie, a nie ma się co zastanawiać, tylko po prostu trzeba się leczyć. Kiedy leżałem w szpitalu biorąc chemię – zawsze trzy dni, a że miałem dziesięć chemii, to wychodzi miesiąc – to u mnie na sali nie mówiło się negatywnie. Starałem się, by ludzie patrzeli w przyszłość. Żeby nie rozpaczali, a szli do przodu. Choć było trudno.

Dla pana najtrudniej było, gdy usłyszał pan diagnozę?

Zdecydowanie. Pierwsze trzy dni? Nie chciało mi się wychodzić z domu, nie chciało mi się oddychać. Nie chciało mi się nic. Zastanawiałem się, co będzie dalej.

To zawsze będzie szok, nieważne jak jesteś mocny psychicznie. Zachorowałem na nowotwór, do tego złośliwy. W głowie czarne myśli – czy jutro się obudzę, czy za tydzień się obudzę. Na szczęście nie jest tak, że człowiek szybko umiera, choć na początku nie wiesz, zastanawiasz się.

Działało na wyobraźnie, że pana ojciec również miał nowotwór?

Nowotwór u mojego taty wziął się z czegoś innego, więc nie do końca. Pamiętajmy, że to było 27-28 lat temu. Inny świat, inne metody leczenia. Mój tata nie jeździł na chemię, nikt go nie ratował, nikt mu nie pomagał. Był w domu, a ja w ciągu trzech tygodni spędzałem półtora tygodnia w szpitalu. Kiedyś było trudniej, czekało się na rozwój sytuacji – niestety u mojego taty negatywny, gdyż pojawiły się przerzuty. A u mnie? Szybka reakcja, szybkie leczenie.

Ale najpierw musiałem wyjść z amoku, pozbyć się szoku z pierwszych dni. Było trudno, ale udało się dzięki rodzinie i przyjaciołom. Pozbierałem się i zacząłem walczyć.

Przekazanie informacji rodzinie było najtrudniejsze?

Najtrudniejsze. Słyszysz o nowotworze, do tego złośliwym? Masz różne myśli. Większość ludzi nie wie, na czym taka choroba dokładnie polega, bo mało kto się z takimi sytuacjami na co dzień spotyka. Myślą, że to wyrok, stan agonalny. Dlatego przekazywanie wiadomości było bardzo trudne.

Mówił pan, że uległ emocjom.

Emocje są zawsze, w takiej sytuacji tym bardziej. Każda rozmowa zostawiała piętno. Przekazujesz, że zachorowałeś na nowotwór złośliwy. Mówisz, że nie wiesz, co będzie dalej. To trudne, bo nowe. A my się wszystkiego nowego boimy.

Ludzie reagowali różnie?

Na szczęście gdy ktoś zachoruje, potrafimy się zjednoczyć. Pomagamy. I tak było w moim przypadku. Nawet ja, mimo że się leczę, robię wszystko, by pomagać innym. Rozmawiam z chorymi, bo pomoc drugiej osoby jest najważniejsza. Nawet więcej – to jednak z najważniejszych rzeczy w leczeniu.

Staram się być optymistą, innej drogi nie ma. Taki byłem zawsze.

Dusza sportowca. Słowa wsparcia to jedno, ale z drugiej strony – jeżeli chcesz grać na wysokim poziomie, musisz być ustabilizowany psychicznie. Taki byłem. Wszystkie emocji nie da się opanować, ale myślę, że było mi trochę łatwiej niż zwykłym ludziom. Dzięki piłce, dzięki sportowi.

Zadaniowe podejście.

Owszem. Jest przeszkoda, to walczymy, by ją pokonać. Podszedłem do nowotworu jak do grypy. No dobra, trochę dłuższej grypy, którą leczy się nie dwa tygodnie a rok czy dwa.

Zdarzały się panu momenty zwątpienia, płacz?

Właśnie nie, ani razu! Jak już wyszedłem z pierwszego szoku i zdecydowałem się na dwutorową metodę leczenia – zarówno w Niemczech w Hanowerze, jak i w Polsce w Bydgoszczy – to nawet nie miałem czasu myśleć. Jeździłem tam i z powrotem. A jak już wracałem, to nie wychodziłem z domu, bo – nie oszukujmy się – chemia pozostawia uszczerbek na zdrowiu. Wycieńcza. Do tego podróże do Niemiec – 700 kilometrów w jedną stronę, na szczęście z przyjaciółmi, więc komfortowe warunki jazdy.

Później wiedziałem, że nowotwór został wycięty, więc zdawałem sobie sprawę, że będzie dobrze. Że wystarczy leczenie. A w szpitalu w Bydgoszczy spotykałem się z ludźmi, którzy pobierali chemię, by nowotwór dopiero zmniejszyć. Inna sytuacja, zupełnie.

Mogło być gorzej, a najważniejszą rzeczą – którą usłyszałem od razu, w diagnozie – było to, że nowotworu nie ma we krwi. Tyle dobrego. Gdyby był, mógłby się rozprzestrzeniać. Został fragment, który trzeba było zaleczyć, więc szczęście w nieszczęściu.

Inna sprawa, że gdyby coś szło nie tak, nikt z bliskich by mi nie powiedział. Tak samo lekarze. Na początku nie wiedziałem, żyłem w amoku. Szybkie badania, szybka operacja, nikt nie przekazywał, co mi było. Dwa-trzy tygodnie czekałem na diagnozę, lekarz, który mnie operował, nie myślał, że to będzie nowotwór złośliwy. Guz tak, guzy się w organizmie robię, ale niestety – wiadomość była gorsza. Na szczęście byłem pod dobrą opieką medyczną w Bydgoszczy, miałem dobry kontakt z doktorem, który mnie operował.

Pana leczenie było intensywne, ciągłe wyjazdy.

Nierzadko czułem zmęczenie fizyczne i chciałem odpocząć. Po kilku wyjazdach do Bydgoszczy, po kilku wyjazdach do Hanoweru.

W Niemczech leczy się pan metodą, która w Polsce jest pomijana.

Zgadza się. Niemcy odbudowują układ ochronny, żeby walczył z nowotworem. Dostawałem rzeczy, o którym w Polsce mówi się, że nie pomagają. U nas podają chemię, która niszczy wszystko co jest dobre i wszystko co jest złe, a w Niemczech dostaje się witaminy odbudowujące organizm. Wlewy witaminy C, generalnie same naturalne rzeczy. Podgrzewali mi ciało do 42 stopni, żeby układ ochronny zaczął działać, co w zwykłej temperaturze nie było możliwe. Wiadomo, że witamina C nowotworu nie wyleczy, ale wspomoże leczenie, odbuduje organizm, dzięki czemu będzie on bronił się sam, nie tylko za pomocą chemii, której zresztą się bałem. Bałem się, że zniszczy mój zdrowy organizm, nerki i tak dalej, gdzie przecież moje ciało jest zakażone tylko w jednym miejscu. Na szczęście wszystko skończyło się pozytywnie, włosy mi nie wypadły, wyglądam dobrze. Witaminy i suplementy spowodowały, że organizm się wzmocnił i walczył efektywniej. Jedyna negatywna rzecz po chemii u mnie to neuropatia. Popalone końcówki nerwów w palcach, choć ostatnią chemię brałem w październiku. Cały czas trzyma, ale mogło być gorzej.

W Polsce nie było problemów, gdy informował pan o leczeniu w Niemczech?

Rozmawiałem z wieloma lekarzami, reakcje były różne. Niektórzy byli otwarci, pozostali uważali, że niemiecki sposób nie działa, że nie jest potrzebny. Ale zawziąłem się, bo to moje życie i ja decyduję, jak się leczę.

Połączyłem to. Zaufałem lekarzom w Bydgoszczy, którzy leczą chemią i lekarzom w Niemczech, którzy leczą innymi sposobami. Z perspektywy czasu – pomogło mi, zobaczymy, co będzie dalej. Na dziś wyniki są dobre.

4

Kiedy zdał pan sobie sprawę, że coś jest nie tak?

Nie było takiego momentu. Nowotwór to cichy zabójca – nie boli. Gdyby bolało, pewnie poszedłbym do lekarza, ale nie widziałem takiej potrzeby. A jak już poszedłem do urologa – wcześniej widziałem trochę krwi na papierze toaletowym, później kał w moczu, więc zdecydowałem, że w razie czego pójdę, by zobaczyć co i jak – to po dwóch dniach trafiłem na stół operacyjny. Wiadomo, że taka choroba to długotrwały proces, trudny do przewidzenia, tym bardziej że po karierze prowadziłem aktywny tryb życia. Może nie jadłem nie wiadomo jak zdrowo – może gdybym jadł zdrowiej, nie byłbym chory? – ale pracowałem od 8 do 20 w Gryfie Słupsk. Niby czwarta liga, a roboty dużo. Na początku było nas dwóch-trzech, teraz nieco większe grono, w związku z moją chorobą musieliśmy podzielić się obowiązkami. A wcześniej? Latałem jak głupi – tu spotkanie, tam załatwianie sponsora, później trening. Śmiałem się, że dużo więcej pracowałem niż podczas kariery piłkarskiej.

Ale przyszła choroba, trzeba było zwolnić. Wyluzować.

Żałuje pan, że wcześniej się regularnie nie badał?

Żałuję. Do momentu zakończenia kariery prowadziłem sportowy tryb życia, wiadomo. Badania, leki, witaminy. Potem skończyła się kariera, to skończył się regularne badania.

Ale zna pan ludzi, którzy chodzą na kolonoskopię?

Raczej nie.

No właśnie. A warto, choć wcześniej też o tym nie wiedziałem.

W Polsce o profilaktyce mówi się za mało?

Spotkamy dzisiaj na ulicy sto osób. Każda z nich wie, że w pewnym wieku należy się badać, ale nikt się zbadać nie pójdzie. W tym jest problem. Dzięki mojej chorobie wielu moich kolegów przebadało się, bo tak to wygląda – jeżeli osoba z twojego otoczenia zachoruje, każdy pójdzie się zbadać z myślą, że w razie czego choroby można uniknąć. Późno, ale takie jest podejście.

To nieprzyjemne badania, ale raz-dwa razy w roku trzeba się przebadać i tyle.

Takie podejście to chyba ludzka natura. Jak umiera bliska osoba, myślimy o całym życiu, jak bliska osoba poważnie choruje – idziemy się badać.

Składając życzenia drugiej osobie, obojętnie z jakiej okazji, przede wszystkim życzymy zdrowia. A co robimy, żeby być zdrowszymi? Nic.

W większości przypadków nic, bo zdarzają się ludzie, którzy jedzą zdrowo czy uprawiają sport. Ale w większości przypadków nie robimy nic, albo nie robimy wystarczająco wiele. Życzenia to często puste słowa, sztuczne odbębnienie obowiązku. Zdałem sobie z tego sprawę, rozmawiając z wieloma ludźmi.

Choć mimo wszystko, o profilaktyce nie mówi się mało, ale chodzi o samych ludzi. O ich podejście. Jak nikt z naszego otoczenia nie choruje, to jest według nas w porządku. Dopóki nie zachorowałem, dopóki nie pojeździłem po szpitalach, to nie wiedziałem, że tak dużo osób ma nowotwór.

A choruje wiele, wiele osób. Przejrzałem na oczy, gdy trafiłem do szpitala. Tym bardziej na oddziale onkologicznym. Kiedyś, jako zawodnik Wisły, byłem w takim szpitalu w Prokocimiu. Widziałem małe dzieci – z trzy dni nie mogłem dojść do siebie – a jako dorosły człowiek sam na takim oddziale leżałem.

W codziennym życiu, na ulicy, w internecie, nie widzimy tego. Szpital to zamknięta przestrzeń. Jak ktoś widzi mnie na ulicy, to myśli, że jestem zdrowy. Bo wyglądam zdrowo, choć w pełni zdrowy nie jestem.

Powiedział pan, że ludzie źle żyją. Ale źle żyją przez dietę czy tryb życia?

Chyba przez szybkość życia. Gonimy za pieniędzmi, wielu ludzi pracuje w dwóch pracach, na przykład lekarze. Nowotwór jest chorobą cywilizacyjną, która z czegoś wynika, nie ma przypadku. Do tego jedzenie, mnóstwo chemikaliów.

Da się to zmienić?

Trudna sprawa, bardzo trudna. Jesteśmy przyzwyczajeni do pędu. Człowiek zmienia się, gdy poważniej choruje. Widzi, że jak zwalnia, to świat się nie kończy.

Czego nauczyło pana życie z nowotworem?

Że mogło być gorzej, znacznie gorzej.

Miałem szczęście – zarówno w przypadku leczenia choroby, jak i w ogóle, w życiu. I tak dostałem od życia więcej, niż oczekiwałem. Pochodzę z normalnej rodziny, nie miałem bogatych rodziców. A jednak wybiłem się, mimo że zaczynałem w Gryfie Słupsk. Czyli w małym klubie, w mało sportowym regionie.

Na początku nawet nie marzyłem o większej karierze. Pan też jest z okolicy, z małego miasta. Czy koledzy, którzy grają w Gryfie Polanów marzą o występach w reprezentacji?

No jasne, że nie.

Trzeba patrzeć realnie. Jako młody chłopak masz nadzieje, że się uda, ale szanse są małe.

A ja byłem na mistrzostwach świata, grałem w kilku klubach. Wydaje mi się, że zapracowałem sobie na to, ale również miałem sporo szczęścia, więc nie mogę narzekać na swój los. Przecież nie było tak, że trenerzy i skauci obserwowali mnie tydzień w tydzień. To tak nie wygląda. Gdy miałem 18 lat, grałem w juniorach Gryfa Słupsk. Wydawało się, że zrobienie kariery jest odległą perspektywą, samo przebicie się do pierwszego zespołu było trudne. A jednak udało się.

Kwestia charakteru?

Nastawiłem się na sport, czułem chęć rozwoju i rywalizacji. To były czasy, w których jeszcze szło się do wojska. Kiedy miałem cztery miesiące wolnego – po szkole a przed wojskiem – to trenowałem dwa razy dziennie. Sam dla siebie.

Później, wiadomo, trochę szczęścia. Ktoś zadzwonił, ktoś umożliwił rozwój. Trenowałem z lepszymi, stawałem się lepszym zawodnikiem. I tak krok po kroku.

Ciężka praca to podstawa. Prowadząc klub – Gryf Słupsk, już kilka lat – widzę, że zawodnicy nie dają od siebie za wiele. Mówię ogólnie, zdarzają się takie przypadki bardzo często. A to przecież niższe ligi, gdzie warto pracować, żeby się wybić. Tymczasem – moim zdaniem – zawodnicy tego nie robią. Jak ich zapytasz to powiedzą, że dają od siebie dużo. Ja uważam, że to tylko minimalny procent życia, który poświęcają. Niby mówią o spełnianiu marzeń, ale nie zawsze jest tak kolorowo.

Mówił pan, że większość pana kolegów z dzieciństwa przepadła.

Ojeju… Mogę zadzwonić do kilku, którzy mieli większy talent, ale brakowało im podejścia. Nie chcieli się w pełni w piłkę zaangażować. Ale trzeba zrozumieć – 17-18 lat, specyficzny wiek, a w piłce bardzo ważny.

Tak ważny, że wielu zawodników przepada. Powody są różne.

Roszczeniowe podejście – o nim również pan wspominał.

Zdecydowanie, tym bardziej teraz. Roszczeniowe pokolenie. Ostatnio rozmawiałem z kierownikiem mojego klubu i tak opowiada:

– Ten ma talent, tamten ma talent, tylko podejście… Z drugiej strony, też chcą żyć.

Chcą żyć, jasne, ale jeżeli 18-latek idzie do pracy, by zarobić, bo chce żyć, to nie będzie zawodowym piłkarzem. W takim wieku żyje z rodzicami, oni mogą go utrzymywać. Jeżeli chce iść do pracy, to niech idzie na pół etatu, na cztery godzinki. Jak jesteś w takim wieku, warto skupić się na rozwoju. Nie wyjdzie w piłce, to nic straconego. Pracy jest dużo, zawsze się znajdzie.

A dziś młodzi chcieliby zarabiać po trzy tysiące w klubie na piątym poziomie rozgrywkowym. To droga donikąd. Tak czy siak pieniądze w niższych ligach są dość duże, może zdarzyć się tak, że młody dostanie kilka wypłat i straci motywację. Bo przyjdzie trzy-cztery razy na trening, dostanie kilka tysięcy, a ludzie pracują o wiele dłużej i mają mniej. Dajemy za dużo, mimo że umiejętności nie są najwyższe. Rozumiem w pierwszej lidze, w drugiej, ale w trzeciej czy czwartej są kluby, które płacą po pięć tysięcy albo więcej. Absurd.

Co za tym wszystkim idzie, piłkarze są wyłączeni z normalnego życia, znajdują się w bańce. Mają wszystko podane na tacy. Po zakończeniu kariery zaczynają żyć normalnie i często pojawia się problem.

U pana ten problem był?

Ja zawsze twardo stąpałem po ziemi. Nie powiem, że nie miałem problemów, by przestawić się po karierze na normalne życie, ale mówimy o drobnostkach. Małych problemach, gdzie trzeba było zmienić sposób myślenia. Nic wielkiego, przestawiłem się szybko.

Wracają do choroby – czego jeszcze pana nauczyła?

Zmieniłem nawyki żywieniowe, patrzę na życie zupełnie inaczej. Nie ma co gonić, nie ma co wariować. Każdy dzień jest niewiadomą, ale możemy sprawić, by był fajny. Po prostu. Dziś żaden dzień nie jest mi obojętny, staram się wyciskać maksa, bo gdy poznałem diagnozę, nie wiedziałem, ile jeszcze takich dni mi zostało. Na szczęście ułożyło się dobrze, na dziś wygrywam z chorobą, mogę powoli wracać do normalnego życia, ale z zapaloną lampką, że trzeba się badać. Koniecznie.

Inaczej patrzę na sprawy przyziemne.

W pewnym momencie pana firma zbankrutowała, czym się pan bardzo przejął. Dziś patrzyłby pan na tę sprawę inaczej?

Tak, gdyż to rzecz nabyta. Pieniądze się ma, później się ich nie ma, później znowu się ma. Świat się nie kończy, gdy jakaś rzecz się nam nie udaje. Ważne jest pozytywne nastawienie, nawet w trudnych chwilach, bo nierzadko tak jest, że coś się nie powiedzie, ale nic nie zrobisz. Trudno. Tak jak na boisku – masz sytuacje, nie strzelisz, ale nie użalasz się, tylko robisz wszystko, by wykorzystać kolejną.

Inną trudną chwilą był dla pana rozwód.

Tutaj wiadomo, trochę inna sprawa – bardziej ludzka niż nabyta. Ale mam tę sprawę z tyłu głowy, staram się do niej nie wracać. Była trudna, ale minęła.

Dziś patrzę do przodu z optymizmem. Kiedyś zamartwiałem się – nie ma pieniędzy dla klubu, trzeba gonić, szukać. Nie tędy droga. Nie ma pieniędzy? To się znajdą, nie można przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu.

Nowotwór pokazał, że warto wierzyć w ludzi?

Oczywiście! Z jednej strony dziś w świecie fala hejtu jest ogromna. Nic nie potrafimy uszanować, jesteśmy jak zwierzęta. Przykład. Umarła pani Jolanta Szczypińska, posłanka ze Słupska. Możemy się nie zgadzać w kwestiach politycznych, ale wylano na nią niesamowitą falę hejtu. Dajmy odejść człowiekowi spokojnie, nie podjudzajmy. Ludzie żyją bez zasad moralnych, świat stał się okrutny.

Ale właśnie, jest też druga strona. Ludzie pomocni, ludzie angażujący się w pozytywne sprawy. Przecież pomogło mi wiele osób, choć uważam, że przypadku nie ma. Nie byłem gościem, do którego przyklejały się afery. Dziennikarze nie mieli o czym pisać. Nie byłem idealny, ale myślę, że mógłbym stanowić wzór do naśladowania dla piłkarzy. Nie piłem alkoholu, nie imprezowałem, starałem się być profesjonalistą. Wydaje mi się, że wzbudzam sympatię u wielu ludzi – bo można ze mną normalnie porozmawiać, bo jak ktoś przesłał do mnie list, odsyłałem autograf.

Przy okazji choroby odezwało się wiele osób. Organizowano zbiórki, odzyskał pan kontakt z byłą żoną.

Pisze do mnie wiele osób, każdemu staram się odpisywać. Widziałem, że ludzie się interesowali, co było motywujące. Zbiórka zakończyła się sukcesem, środki pozwoliły na leczenie. Pomógł mi PZPN, był mecz charytatywny, generalnie wielkie wsparcie ludzi.

Jak pan wspomina mecz?

Przede wszystkim fajne wydarzenie dla Słupska, czyli miasta, w którym nie było wcześniej sytuacji, żeby na murawie pojawiło się aż tylu reprezentantów Polski. Szkoda, że z takiej okazji, ale to też coś pokazuje – gdybym był złym człowiekiem, niedobrym kumplem, to nie byłoby takiego wydarzenia. Byłem wdzięczny, działały emocje – nie mogłem wypowiedzieć ani jednego słowa w szatni. Piękna sprawa.

Mam nadzieję, że jak skończy się leczenie, to zrobimy drugi mecz. Żeby pokazać, że można.

4

Panu na początku rozgłos medialny nie przeszkadzał? Nigdy nie robił pan z siebie gwiazdy.

Bardzo często odzywali się dziennikarze, którzy nic nigdy ode mnie w życiu nie chcieli. Więc ja nie chciałem z nimi rozmawiać. Pogadałem z dwoma-trzema dziennikarzami sportowymi, którzy zawsze mieli ze mną kontakt i wystarczy, gdyż niektórzy szukają sensacji. Na przykład chciała przyjechać telewizja. Ale po co? W jakim celu? Wiadomo – choroba w miarę medialnej osoby, niektórzy chcą wykorzystać szansę. Szkoda, że na chorych.

Czego na najbliższe tygodnie panu życzyć?

Tylko zdrowia, niczego poza tym, bo już inaczej podchodzę do życia. Zaczynam jeść inaczej, widzi pan – teraz ciasto. Przede wszystkim nie jem smażonego, wszystko na parze. Nie jem wieprzowiny, bo to złe mięso. Tak samo ryby. Nie mówię, że teraz każdy powinien nie jeść wieprzowiny czy ryb – po prostu nie jedźmy tego codziennie. Co za dużo to niezdrowo. Banalne powiedzenie, ale prawdziwe.

A ja życzę ludziom spokoju. Opanowania, refleksji. Żebyśmy jeden na drugiego nie patrzyli spod byka, oceniając z góry. Jesteśmy dziwnym narodem – jeden zazdrosny o drugiego. Tym bardziej tutaj. Słupsk to miasto napływowe, ludzie tutaj zjeżdżali, nasi przodkowie stąd nie pochodzą, czego pokłosiem brak wspólnych świąt, tradycji. Mieszkałem w wielu miejscach w Polsce, gdzie ludzie trzymają się razem. Żeby nie szukać daleko – Kaszubi. Jedne krzyknie, wszyscy idą.

Tutaj jest inaczej, ale moja choroba pokazała, że jak trzeba, to ludzie się zjednoczyć potrafią. I to jest pozytywne. To też pokazuje, że jak czynisz dobro, to ono do ciebie wraca. Miałem wiele koszulek z różnych występów w reprezentacji. Proszę mi wierzyć, teraz nie mam już żadnej. Wszystkie porozdawałem na aukcjach charytatywnych, jeszcze przed chorobą. Pomagałem bezinteresownie, i to do mnie wróciło, bo teraz ludzie pomagali mnie.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (8)