Wszystko co chciałeś wiedzieć o azjatyckiej piłce
Weszło

Wszystko co chciałeś wiedzieć o azjatyckiej piłce

Za co Arabowie szanują Maciej Skorżę? Czego w Polsce nauczył się Egy Maulana Vikry poza wykorzystywanym na azjatyckich boiskach słowem na „k”? 

Jak północnokoreański reżim potrafi niszczyć kariery piłkarskie? Czy kadra Syrii to propagandowa drużyna Bashara Al-Assada?

Dlaczego Chiny, mimo ogromnych nakładów, nie robią postępów? Czy Marcelo Lippi to najgorszy trener tamtejszej kadry w XXI wieku?

Czy Omar Abdulrahman to stracony talent wielkiego futbolu, zamknięty w złotej klatce? Jaki jest poziom piłki katarskiej na trzy lata przed mundialem?

O tym wszystkim opowiada nam Adam Błoński, założyciel pierwszej polskiej strony o azjatyckim futbolu – Azja Gola. Zapraszamy!

***

Jak uważnie śledzisz Puchar Azji?

Oglądam wszystko. Jak nie mogę z jakiejś przyczyny obejrzeć meczu, oglądam z odtworzenia. Ale nie jest też tak, że śledzę wyłącznie rozgrywki azjatyckie. Nie ma nic gorszego niż zamknięcie się w swoim hermetycznym świecie i uważanie, że to co się lubi jest najlepsze. Nie jestem oderwanym od ziemi fanatykiem, oglądam uważnie mundial, Ligę Mistrzów, Bundesligę czy inne topowe rozgrywki Europy – bez tego nie miałbym porównania w jakim miejscu znajduje się azjatycka piłka. Ale nie ukrywam, azjatyckie wątki są kluczowe: jak mundial, to głównie przez pryzmat azjatyckich drużyn, jak mecz weekendowy, to potrafi być 2.Bundesliga, jeśli jest tu intrygujący mnie dalekowschodni kontekst.

Jaki to był rok dla azjatyckiej piłki?

Słodko-kwaśny jak sosy azjatyckie. Momenty radości przeplatane ciosami łopatą w głowę. Azja nie upokorzyła się na mundialu, ale też trudno powiedzieć, żeby był on jej sukcesem. Z drugiej strony, był to rok zarażania pasją do tamtejszej piłki, czuło się to w wielu krajach, może nie tak w Polsce, ale pojawiła się tendencja. Jeśli chodzi o konkretne cenzurki, to najlepiej ten rok będą wspominać kraje piłkarsko wschodzące, szczególnie Wietnam i Indonezja.

Dlaczego akurat one?

W Wietnamie przede wszystkim chodzi o drużyny prowadzone przez Park Hang-Seo. Dla niewtajemniczonych to koreański trener, który parę lat temu objął Wietnam, a na mistrzostwach świata w 2002 był asystentem Guusa Hiddinka. Nie łączyła ich wyłącznie relacja szef-pracownik, tylko prawdziwie przyjacielska. Park to Luis de Funes ławki trenerskiej: czasem żeby się uspokoić wychodzi do szatni w trakcie spotkania. Wraca, rzuca rzeczami, szarpie własnego asystenta bo musi się na kimś wyżyć, ciska ręcznikiem, zwija się w ręcznik, okulary łamie… Bywa, że większą przyjemnością jest oglądanie jego reakcji niż samego meczu.

Wietnam zawsze miał wielką pasję do futbolu, ale brakowało im taktycznego sznytu. Radosna piłka, hurra do przodu, podwórkowe granie. Park poukładał reprezentacje – reprezentacje, bo nie tylko pierwszą. Na mistrzostwach Azji U23 doszedł z Wietnamem do finału, choć przed turniejem nikt nie dałby funta kłaków za ich wyjście z grupy. Nagle okazało się, że w tyłach mają zasieki nie do przejścia, a w ofensywie strzelają nie po rykoszecie, tylko po ładnych akcjach. Dodatkowo Park Hang-Seo to mistrz dostosowywania taktyki pod konkretnych rywali, każdego potrafi zaskoczyć, jego Wietnam to taktyczny kameleon. Mimo porażki w finale U23, 92 miliony Wietnamczyków świętowały wynik. Mało: ogłoszono następnego dnia dzień wolny od pracy. Dla porównania w Taszkiencie – Wietnam przegrał z Uzbekistanem – przeciętnych kibiców zwycięstwo w ogóle nie obeszło. Poza tym w 2018 Wietnam zdobył Suzuki Cup, a w Igrzyskach Azjatyckich szło im dobrze, dopóki nie ograł ich Skorża i kadra Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Jak wiedzie się Skorży?

Skorża ma wielki szacunek w krajach arabskich, to już marka w regionie. W Igrzyskach Azjatyckich wyszedł z grupy z zaledwie trzema punktami, nikt inny nie wyszedł z takim marnym dorobkiem, a grali słabo. Ale potem zrobili brązowy medal, bo zadziałał ich cudowny inaczej styl, oparty na dwóch piłkarzach umiejących grać w piłkę i ośmiu przeszkadzaczach. Ogląda się to koszmarnie, ale szejkowie i cała federacja ZEA stoją za Skorżą murem, bowiem Emiraty wielokrotnie pokazywały radosny, ofensywny futbol, który kończył się porażkami. Byli nieokrzesani jak afrykańskie drużyny, a Skorża pokazał, że można nałożyć miejscowym zawodnikom dyscyplinę taktyczną. Teraz to ekipa jedenastu Zanettich. Jeśli Zaccheroni zawiedzie na Pucharze Azji, to przesunie Skorżę na pierwsze miejsce wśród kandydatów do objęcia pierwszej kadry Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Mówiłeś, że to był też świetny rok Indonezji.

Indonezja od wielu lat cieszy się przeogromną frekwencją na stadionach, nawet na drugą ligę potrafi chodzić po kilkadziesiąt tysięcy widzów, choć piłka jest jednak zarazem bardzo biedna. W tym roku działy się jednak dla Indonezyjczyków fenomenalne rzeczy, z rozkwitem Rivaldo Ferre na pierwszym planie. Imię nieprzypadkowe, jego ojciec zachwycony grą brazylijskiego Rivaldo nadał mu takie imię. Najlepszy mecz roku w Azji: Katar U19 prowadzi 4:1, wchodzi w 56 minucie Rivaldo, strzela hat-tricka, mecz kończy się wynikiem 6:5. Wciąż dla Kataru, ale i tak petarda. W Indonezji piłkarzom się nie kibicuje, piłkarzy się wyznaje. To, co dzieje się wokół Egy’ego Maulany Vikri w Lechii jest namiastką w porównaniu, gdyby trafił do gdańska Rivaldo.


A swoją drogą, Egy ma twoim zdaniem tak wielki talent, by zaistnieć w Europie?

W Indonezji mega narzekają na to, że nie gra. Buntują go, żeby wracał albo zmienił klub. Ich zdaniem marnuje się. To jest chłopaczek znakomity technicznie, ale fizjonomią bardziej przypomina gimnazjalistę, może dlatego nie może się przebić. Ciekawe jest jednak, że jemu samemu pobyt w Polsce dał wiele. Chłopak nie ma 170 cm wzrostu, jego zadania boiskowe to ofensywa, a aktualnie to najbardziej fizycznie grający pomocnik Indonezji. Szarpie się z rywalami, wchodzi bodiczkiem – serce rośnie. Zaczął nawet przeklinać po polsku. Było takie zbliżenie akurat jak oglądałem, ktoś go szturchnął, cisza na stadionie, a Egy rzucił naszym słynnym pozdrawiającym słowem na „k”. Myślę, że to chłopak z charakterem, który chce się uczyć. Może powinniśmy dać mu jeszcze czas, to młody gracz.

W Wietnamie i Indonezji dziś futbol to spot numer jeden?

Tak.

Nie zawsze tak było?

Nie.

To co się stało?

Odrobina sukcesu, nic tak nie napędza boomu na piłkę. Mitem jest, że wszyscy Azjaci są niscy – Koreańczycy to chłopy na schwał, w Japonii jest choćby Maya Yoshida, ale nie tylko on – niemniej Indonezyjczycy i Wietnamczycy faktycznie mają deficyt wzrostu, może nawet kompleksy z tego powodu. I dla nich rzucić wyzwanie, powiedzmy, Australii, to wielka rzecz. Dobry wynik zaraża miliony. A wokół dobrych wyników tworzą się legendy. To nie jest wyjście paru chłopaków na boisko, oni urastają do rangi bohaterów narodowych. W Wietnamie gra bramkarz, Bùi Tiến Dũng, który do niedawna pracował na polu ryżowym. Wywodzi się, jak większość zawodników, ze skrajnej biedy. W wieku 12. lat zaczął treningi w Thanh Tuan, co musiał pogodzić z nauką i przeprowadzką do miasta. Po pewnym czasie wrócił do domu, aby pracować na roli. Gdy inni Wietnamczycy widzą tego chłopaka, który dzisiaj zatrzymuje Australijczyków, w tym grających w Premier League – dla nich to najlepsza inspiracja do tego, by radzić sobie z przeciwnościami losu.

Mam poczucie, że rozwojowi azjatyckiej piłki sprzyja mnogość turniejów. W 2018 zaczął się Puchar Azji, ale też turnieje U16, U19, U23, mistrzostwa Azjatyckie, nie mówiąc o pomniejszych, regionalnych jak Gulf Cup, Suzuki Cup. Albo takie SAFF Championship, gdzie mistrzami są Malediwy, a w 2013 wygrał Afganistan – jest kiedy i gdzie wygrywać, to zupełnie inny cykl niż w Europie.

W Azji nawet mecz towarzyski grany jest na maksa, nie ma meczów o nic. Gdyby dać im noże, mecz zakończyłby się śmiercią dwudziestu jeden zawodników. Tutejsi piłkarze naprawdę często wywodzą się ze biedoty i wiedzą ile może im dać dobry mecz w narodowej koszulce. Ale prawda, że to też pomysł federacji azjatyckiej, żeby angażować wszystkie reprezentacje i wyrównywać poziom. Choćby dzięki temu mamy przypadek Filipin, które dziesięć lat temu były jedną z najniżej notowanych drużyn rankingu FIFA. Na całych Filipinach było może jedno porządne boisko, na którym od biedy dało się rozegrać mecz międzynarodowy. Dzisiaj są w finałach, za nimi między innymi wyrównany mecz z Koreą Południową.

Ale Filipiny to też specyficzna historia, bo w pierwszej jedenastce na Koreę nie było ani jednego zawodnika wychowanego piłkarsko na Filipinach. Nawet jedyny tu urodzony, tak naprawdę szkolił się w Japonii.

Żaden z tych piłkarzy to nie siódma woda po kisielu, żaden nie jest Obraniakiem czy Perquisem. Związki z krajem są bardzo bliskie, zazwyczaj przez ojca, matkę, którzy wyemigrowali. Może lisami nazwalibyśmy braci Younghusband – background w Chelsea – którzy gdy dekadę temu zaczynali ten trend, przyjeżdżali na ugór. Na stadionie narodowym znajdywali cegły, sprzątali boisko przed meczem. Kto chce, niech uzna ich za przyszywanych, ale oni przecież dziś grają i mieszkają na Filipinach, nie od roku, a od wielu lat. Problem z naszymi Boenischami był taki, że jakby naprawdę chcieli pokazać swoją polskość, lgnęliby do kraju. Tego nigdy nie było, w przeciwieństwie do Filipińczyków. Urodzili się w różnych zakątkach świata, ale ciągnie ich na wyspy.

Sensacją jest na pewno pojawienie się za sterami filipińskiej kadry Svena Gorana Erikssona.

Po meczu z Koreą zobaczyłem co znaczy dobry trener. Korea miała bardzo trudną przeprawę, Filipińczycy nie pękali i byli świetnie zorganizowani.

Ale reputacja Erikssona musiała podupaść nawet w Azji, skoro objął Filipiny.

Nie oszukujmy się, kiedy ostatnio coś wygrał? W Chinach dostawał superbogate drużyny, z Hulkiem i innymi gwiazdami, a nic nie potrafił osiągnąć. Nawet jak był selekcjonerem Anglii, wtedy będąc bodajże najlepiej opłacanym trenerem świata, to też miał reputację ponad stan swoich rezultatów. Dziś ma siedemdziesiąt lat, pieniędzy nie potrzebuje, zarobił dość. Ale potrzebuje – moim zdaniem – podbudować swoją wartość. W momencie, kiedy skończył mu się ostatecznie eliksir na wygrywanie, przyjeżdża do kraju, gdzie całują go po rękach tylko za to, że zdecydował się objąć kadrę. Ja mówię, że Eriksson dostał Filipiny na receptę, Coś się w nim zmieniło. Pod koniec chińskiej przygody Eriksson siedział na ławce jak zbity pies, teraz znowu widzę jak się uśmiecha, żywo reaguje. Reprezentacja Filipin z kolei korzysta na jego warsztacie, jest to więc modelowy przykład wzajemnej korzyści.

Na drugim biegunie Marcelo Lippi, przy którego nazwisku takiej, za przeproszeniem, lipy dawno nie mogliśmy przypisać.

Śledzę azjatycką piłkę od 2001 i nigdy nie grali gorzej. Chińscy trenerzy dawali kadrze więcej sznytu i polotu. Lippi to największe nazwisko, jakie kiedykolwiek pojawiło się na tym stanowisku, a zarazem najgorszy trener. Wygląda jakby mu nie zależało. Nie widać cienia koncepcji. Ta drużyna nigdy nie złapała żadnego stylu. Nawet w powołaniach widać tylko ogromny chaos. To najstarsza kadra Pucharu Azji. Mówi się o rozwoju chińskiej piłki, a powołuje graczy, którzy grali w reprezentacji w 2006 roku. Lippi to jedna wielka porażka. Od kiedy oglądam Chiny, najlepszym trenerem był Arie Haan, który w Pucharze Azji doszedł do finału. Ograła go dopiero Japonia, a jeszcze po bramce ręką. Powtórka gola bardzo mądrze została puszczona na telebimach, co doprowadziło do rozruchów, chińscy kibice przewrócili autobus japońskiej kadry, schowanej w szatni… Cały dramat dzisiejszej reprezentacji polega na tym, że to był 2004 rok, a do dziś korzysta ona choćby z Zheng Zhi, który wtedy biegał po boisku.

W Chinach chyba miotają się na całego w temacie szkolenia, skoro zorganizowano obóz wojskowy dla czołowych zawodników U25.

W Korei istnieją kluby wojskowe lub policyjne, a każdy Koreańczyk musi odbyć służbę wojskową, jednak nawet wtedy normalnie gra mecze i trenuje. Chińczycy zrobili w patologii trzy kroki więcej. Ci piłkarze w ogóle nie rozgrywali meczów, biegali po górach obcięci na żołnierzy, prawie same typowo wojskowe zajęcia. Pod względem sportowym nie miało to żadnego uzasadnienia.

To po co to zrobiono?

Element propagandy. Niech młodzi zobaczą, że podziwiani piłkarze, mimo dużych zarobków, tak samo zakładają kamasze. To był ogółem rok idiotycznych pomysłów propagandowych, które wzbudzały salwy śmiechu wśród zwykłych Chińczyków. Chiński rząd walczy z wpływem zagranicznych mediów i internetu, szczególnie wpływem na młodzież. Dlatego pojawił się całkowity zakaz pokazywania tatuaży przez piłkarzy. Pal licho, jak ktoś miał jeden – ale Lin Peng jest cały wydziarany. To najlepszy stoper ostatnich piętnastu lat, swego czasu interesowały się nim hiszpańskie kluby. Nikomu jego tatuaże nigdy krzywdy nie zrobiły, a teraz musiał biegać po boisku owinięty jak mumia.

Rewolucja piłkarska Xi Jinpinga nie jest czasem osadzona na słomianych fundamentach? Jeśli chodzi mu o propagandowe zyski, a Chiny przegrywają jak leci, to czy nie istnieje ryzyko wyciągnięcia wtyczki?

Nie, bo pieniądze się nie skończą, cały świat pompuje chińską gospodarkę. Ale nie wierzę, żeby azjatycką piłką reprezentacyjną byli w stanie wstrząsnąć. Na ten moment pieniądze raczej psują chińską kadrę niż jej pomagają. W 2004 byli jedną z trzech najlepszych drużyn kontynentu, choć liga była mierna, a baza treningowa w zasadzie nie istniała. Teraz? Dejan Demjanovic, legenda koreańskiej piłki, który rozegrał w cholerę meczów w FC Seul, po osiągnięciu wszystkiego w Korei poszedł na dwa lata do Chin. W wywiadzie powiedział, że różnica między chińską a koreańską piłką to miejscowi gracze. Chińczycy czekają, żeby gwiazdy z Zachodu zrobiły robotę. Podaj im, niech załatwią sprawę. To ich rozleniwia. Nie mają ambicji by się rozwijać, wyjechać gdzieś.

Ale sam przyznałeś ostatnio, że najlepszym piłkarzem Chinese Super League jest Chińczyk.

Tak, to wyjątek od reguły, ale też kamyczek do ogródka Lippiego, bo ta kadra personalnie nie jest tak słaba. Wu Lei z Szanghai SIPG ma przeogromny talent, co rok strzela coraz więcej bramek. Mógłby grać w zespołach 5-14 Primera Division czy Premier League. Ale prawdopodobnie nigdy nie wyjedzie. Osobiście jestem zwolennikiem transferu Wu Leia do Europy, ale pesymistą, ponieważ ma ogromnie przesadzony kontrakt, SIPG nie jest chętne go sprzedawać za drobne. Mimo to parę klubów jest nim zainteresowanych, więc kto wie. Mało prawdopodobne, ale widziałem już umowy łączone – kupuje się piłkarza a za nim idzie sponsor – więc może taka opcja. Tak czy inaczej na swój sposób te pieniądze hamują więc rozwój zawodników – w czasach Arie Haana co pół roku ktoś wyjeżdżał do Europy, teraz nie ma nikogo, nie uczą się więc innych stylów gry, nie zderzają z inną kulturą piłkarską.

Zostawmy Chiny. Zdziwiło cię, że już po pierwszej kolejce Pucharu Azji wyleciał trener Rajevac?

Zdziwiło, ponieważ Tajlandia to podobno najszczęśliwszy kraj świata, Tajowie niczym się nie przejmują. Łukasz Gikiewicz opowiadał, że nawet po porażce nigdy nie zwieszają głowy. A jednak postąpili w stylu arabskich drużyn, które częściej słynęły z błyskawicznego pozbywania się szkoleniowców. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że Tajlandia grała ostatnio w finale Suzuki Cup. Rajevac pracował dobrze, choć prawda, że mecz z Indiami im wybitnie nie wyszedł. Nie sądzę jednak, żeby dymisja uzdrowiła sytuację.

Wyjść z grupy może nawet trzeci zespół, więc porażka z Indiami szans nie przekreślała.

Dokładnie. Wydaje mi się, że Tajlandia zbyt uwierzyła, że posiadanie zawodników w J-League z miejsca staje się gwarantem siły. Postrzegali siebie już niemal na równi z Koreą czy Japonią. A przecież nawet Korea Południowa, która ma prawo mówić o sobie, że jest faworytem, gryzła trawę z Filipinami żeby wygrać. Bez tego się nie da. Tajlandia przeszła w ostatnim roku transformację. Podpisano kontrakt o współpracy z federacją japońską, wkrótce Chanatip Songkrasin trafił do J-League, konkretnie do Consadole Sapporo. Mówiło się przed tym transferem, że jak sobie poradzi, to będzie znak dla wszystkich w Azji, że Tajowie nadają się na „plus jeden”. W całej federacji jest reguła dla klubów azjatyckiej Ligi Mistrzów, według której w zespole może grać trzech zawodników zagranicznych plus jeden obcokrajowiec z federacji azjatyckiej. Drużyny na całym kontynencie najchętniej stawiały na Australijczyków i Koreańczyków, ale za Songrasinem kolejni Tajowie zaczęli przechodzić do J-League. To wydarzenie bez precedensu dla Tajlandii, a przecież jeszcze ich bramkarz wyjechał do drugiej ligi belgijskiej. Chyba za bardzo uwierzyli jednak w swoją siłę,  a żaden mecz nie wygra się sam.

Przegrali z Indiami, potężnym krajem, w którym piłka odgrywa – bądź odgrywała? – marginalną rolę.

Potężny, ludny kraj, który ma skomplikowaną sytuację ligową. ISL, wzorowana na MLS, rywalizuje ze starymi rozgrywkami, tradycyjnymi, które mają wieloletnią historię i kluby, których korzenie sięgają początku XX wieku. Ale w ISL są dla odmiany większe pieniądze i większe gwiazdy. To dla Europejczyka niepojęta sytuacja, bo jak to możliwe, że w kraju grają dwie równorzędne ligi, każda roszcząca sobie pretensje do wyłaniania mistrza kraju. Przez te zawirowania federacja indyjska jest dość skłócona z azjatycką. Hindusi uważają, że są dyskryminowani, w ramach protestu nie wzięli udziału w Igrzyskach Azjatyckich. Z jednej strony więc ISL dała impuls, ale problemów wciąż jest wiele. Jeśli chcą doścignąć czołówkę, musieliby przebudować system rozgrywek w jeden.

Dużo zamieszania jest wokół kadry Syrii. Najpierw postrzegano ją jako bohaterów, później przedstawiano ich jako propagandystów Bashara Al-Assada.

Gdy przedstawiano ich jako bohaterów, zaraz pojawiały się teorie, że na siłę będą wepchnięci na mundial. Interpretowano tak każdą pomyłkę arbitra na ich korzyść. Mało co nie awansowali na mistrzostwa świata, grając cały czas na wyjazdach, a jednak atmosfera wokół tego była nieprzyjemna. Ostatecznie Australia wygrała, dywagacje się skończyły. Ja szanuję syryjską drużynę za to, że grając cały czas na cudzych stadionach, będąc nieustannie w rozjazdach, często nie mając nawet porządnej bazy treningowej, udaje się osiągać takie wyniki. To duża sprawa, wielkie osiągnięcie tych chłopaków i sztabu szkoleniowego.

Nie uważam, żeby to była kukiełka propagandowa syryjskiego dyktatora. Syryjska kadra daje radość dziesiątkom tysięcy zwykłych cywili, a idiotyczne prowokacje są najbardziej niebezpieczne dla samych zawodników. Syryjczycy grali eliminacje na neutralnym terenie, a na stadion obcy kibice wnosili flagi „freedom for Syria” i tym podobne. Piłkarze schodzili z boiska, czasem prosili o zdjęcie flag, co czytano jako wsparcie reżimu. Ale co mieli zrobić? Większość z nich gra w syryjskiej lidze. Inni mają w Syrii rodziny. Za kadrą jeżdżą odpowiedni ludzie, którzy obserwują każdy krok – nie bójmy się tego powiedzieć – jednych z najbardziej znanych ambasadorów Syrii na świecie. Ich reakcja nie byłaby bez odzewu. Mogliby trafić na czarną listę. Nie przeszkadza ci flaga, może jesteś spiskowcem? Dziennikarze wałkując ten temat i zadając zawodnikom trudne pytania wyświadczali im niedźwiedzią przysługę. Nie zdawali sobie sprawy, że to, co dla dziennikarza jest tylko wywiadem, dla zawodnika może mieć konsekwencje na całe życie. Mało to zawodników poginęło w Syrii w niejasnych okolicznościach? Swego czasu chodzono podobnie za Jong Tae-Se z Korei Północnej. To chłopak bardzo inteligentny, znający sześć języków. Po trzech miesiącach w Niemczech już płynnie mówił po niemiecku. Dziennikarze brali go na spytki, a on opowiadał: Korea Północna ma się wspaniale, chciałbym, żeby wszędzie panował taki ustrój. I Niemcy mieli go za głąba. A przecież on musi go udawać, odpowiadać „pomidor”, bo inaczej konsekwencje byłyby niewyobrażalne.

Jak to się w ogóle stało, ze Jong Tae-Se miał możliwość robienia kariery w Europie?

Jong to fenomenalna postać. Wychował się w Japonii, nigdy nie zaznał więc północnokoreańskiej biedy. Wyróżniał się, miał nawet możliwość gry dla Japończyków, ale odmówił jako niepoważny idealista – zamarzył sobie, że skoro ma takie umiejętności, to pociągnie Koreę Północną do sukcesów. I tak zrobił. To z nim wskoczyli na wyższy poziom, to z nim zagrali na mistrzostwach świata. Wszyscy pamiętają trzy porażki, ale przecież to była grupa śmierci – Brazylia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Portugalia. Korea Północna wcale w tych meczach źle nie grała, próbowała ofensywnej piłki. Jong trafił do Niemiec i świetnie radził sobie w VFL Bochum, potem trochę gorzej w Kolonii, ale Koln grało wtedy rąbankę, broniło się przed spadkiem i napastnik nie miał życia. Po Niemczech dostał ofertę z Korei Południowej, z Suwon Bluewings. Był nieświadomy, że federacja zareaguje aż tak negatywnie, tymczasem oni uznali, że brata się z najgorszym wrogiem. Dostał telefon z Phenianu. Otrzymał wydalenie z kadry, zakaz wypowiadania sie o Korei Północnej i zakaz wjazdu do kraju. Co mu jeszcze powiedziano – nie wiadomo, ale sądząc po tym co dzieje się z Hanem z Perugii, nic przyjemnego.

Han Kwang-Song miał fajne wejście w Serie B, w Cagliari też strzelił gola.

To historia pokazująca jak reżimowa władza potrafi zniszczyć chłopakowi karierę. On aktualnie jest cieniem samego siebie. Był w pewnym momencie uznawany za rewelację Serie B, strzelał i świetnie grał dla Perugii. Stylem przypominał młodego Rooneya, waleczny, silny, szybki. Interesował się nim Juventus – pewnie po to, żeby kupić i wypożyczyć, ale zawsze. Han stał się viralem włoskich mediów. Udzielał wywiadów jak każdy przeciętny zawodnik, tak samo się zachowywał – słuchawki na uszach, zachodni ubiór, normalny nastolatek. Został w pewnym momencie zaproszony na wywiad LIVE do Rai Uno. I na niego nie przyszedł. Zamiast tego pojawił się trener, który wytłumaczył, że Han dostał telefon z Phenianu i płacze w szatni. Wszystko działo się w programie na żywo. U Hana dziś nie widać tej dynamiki, tej zajadłości. Podobno dziś 90% jego pensji jedzie do Korei Północnej. Chłopaczek, który był najlepszy w drużynie, zarabia tyle, co junior.

A jakie są realia palestyńskiej kadry, innego uczestnika Pucharu Azji?

To kraj, który na przełomie dziesięciu lat zrobił największe postępy. Od ciekawostki, że w ogóle grają, przez zespół, który może urwać punkty, po drużynę punktującą w Pucharze Azji. Progres jest nieustanny i we wszelakich kategoriach młodzieżowych, a przecież w porównaniu do Chin czy Indii nie mają nawet procenta takich zasobów ludzkich. Myślę, że Palestyna ma na siebie pomysł, ale to bardzo płytkie źródełko, może go w pewnym momencie zabraknąć. Ale na ten moment chylę czoła, to są wielkie wyniki.

Omar Abdulrahman to największy nieobecny turnieju? Zjednoczone Emiraty Arabskie organizują turniej, on jest gwiazdą całej azjatyckiej piłki, ale wykluczyła go kontuzja.

Dla mnie to najlepszy piłkarz Azji ostatnich lat. Moim zdaniem ma najlepsze podanie na świecie. Żywy elektron, cały czas w ruchu, oczy dookoła głowy. Bramki niejeden potrafi strzelać, dryblować też wielu, ale takie podania… no look passy na 40 metrów, niesamowita wizja i antycypacja wydarzeń na trzy podania do przodu. Podania według mnie lepsze niż ma Modrić. Problem w tym, że to ptak w złotej klatce. Traktowany jest jako dobro narodowe, a raczej dobro całej koalicji krajów arabskich. Nie za bardzo chcą go widzieć poza granicami Azji. W 2012, po fenomenalnym w swoim wykonaniu turnieju Igrzysk Olimpijskich, gdzie między innymi dzięki niemu mimo porażek ZEA żegnały owacja na stojąco, zdał przecież testy w Manchesterze City. Chcieli go tam, chcieli go swego czasu w Borussii Dortmund, co pół roku łączony jest z klubami europejskimi – nie średniakami, tylko ścisłym europejskim topem. Ale potem czyta się w prasie, że nie dogadał się w sprawie kontraktu, choć przecież pieniędzy już ma tyle, że mógłby wyspę sobie postawić. Najczęściej mówi się, że szejkowie nie chcą go puścić, bo było policzkiem dla całej arabskiej piłki, gdyby poszedł do Europy i siedział na ławce. Jakby szedł do topu i miał pewny skład, to by puścili – bez tego bez szans.

Jest to człowiek niesłychanie wpływowy, Arabian Business umieścił go na 25 miejscu wsród stu najbardziej wpływowych Arabów poniżej 40tki.

Aranżowano mu spotkania z Neymarem, Ronaldo, Messim, Ronaldinho, wszystko za duże pieniądze, byle miał kontakt z największymi. Otrzymywał od nich pochwały, czego na karb kurtuazji zrzucać nie trzeba – Omar ma technikę, która wpędziłaby w kompleksy zawodowych freestylerów. Bez problemu poradziłby sobie w mocniejszej lidze, gdyby dostał realną szansę, ale może być już za późno. Ma 27 lat. Jest też największym przegranym 2018 roku. Puścili go z Al Ain za miedzę, do Arabii Saudyjskiej, przez co przepadły mu Klubowe Mistrzostwa Świata, w których zagrałby z Realem Madryt. Mówiono – spokojnie, odbije sobie w Pucharze Azji. Ale Puchar Azji też mu przepadł.

Jakim potencjałem na trzy lata przed mundialem dysponuje Katar?

Katar zapowiada, że wygra mundial w 2050. Jest moda na ten 2050, bo to samo zapowiedziały Chiny, Emiraty i Japonia. Prześmiewczo ludzie mówią, że 2050 jest obrany dlatego, że żaden z włodarzy azjatyckiej piłki nie dożyje tej daty, więc nikt nie weźmie odpowiedzialności za porażkę. Katar na pewno nie ma się tak źle, jak niektórzy uważają. Zrezygnowano z naturalizowania zawodników. Nie wypalił projekt wysyłania zawodników do Hiszpanii, ale owoce przynosi akademia Aspire, wielki projekt szkoleniowy, z bardzo wysokim poziomem wyszkolenia trenerów. Już trafiły im się prawdziwe perełki, Atif na mistrzostwach U23 wyczyniał cuda, a Ahmed Yasser gra w Vissel Kobe. Do półfinału w 2022 nie dojdą, ale potrafię sobie wyobrazić, że wychodzą z grupy.

Najbanalniejsze pytanie na koniec. Kto wygra turniej?

Korea Południowa. W końcu trzeba.

W Iranie też mówią: w końcu trzeba.

Motto Azji: oczekuj nieoczekiwanego. Jego prawem w turnieju nie ma faworytów. Ale widziałem jak Korea gryzie trawę z Filipinami. Widać, że podchodzą do tego niesłychanie poważnie i nikogo nie lekceważą. To, w połączeniu z dużym potencjałem piłkarskim i gwiazdą Sona, może być mieszanką dającą tytuł.

Rozmawiał Leszek Milewski

KOMENTARZE (1)