Mioduski nadal nie wie jak funkcjonuje rynek transferowy
Weszło

Mioduski nadal nie wie jak funkcjonuje rynek transferowy

Lata mijają, kończą się kolejne okna transferowe, kolejni piłkarze z Ekstraklasy odchodzą za niezłe pieniądze do zagranicznych klubów, ale jedno pozostaje niezmienne – Dariusz Mioduski wciąż twierdzi, że wyróżniający się ligowcy najpierw powinni trafić do Legii, a dopiero później opuszczać kraj.

Nie wiemy ilu jeszcze Krzysztofów Piątków, Jakubów Piotrowskich czy Arkadiuszów Reców musi odejść z Ekstraklasy za kilka milionów euro, by prezes Mioduski wreszcie przejrzał na oczy. W dzisiejszym wydaniu Rzeczpospolitej czytamy w wywiadzie Piotra Żelaznego (zresztą dobrze poprowadzony i na kontrze – link TUTAJ) kolejną wypowiedź z cyklu „olaboga, czemu poszli do Genui czy Genk, a nie do Legii”:

Chodzi panu o podział pieniędzy z praw telewizyjnych?

O podział także, ale głównie o zrozumienie, że musimy współpracować, że zawodnik z potencjałem być może powinien pójść na Zachód ścieżką prowadzącą przez najlepsze krajowe kluby. Tak jak to się dzieje w Portugalii, Holandii, Belgii. Że tak osiągnie się wyższą cenę, największe kluby podzielą się z mniejszymi, a piłkarz będzie miał większą szansę na udaną karierę.

Transfery Krzysztofa Piątka za 4 mln euro z Cracovii czy Arkadiusza Recy za tę samą sumę z Wisły Płock pokazują, że kluby nie muszą przekazywać swoich piłkarzy do Legii czy Lecha, aby zarobić.

To wyjątki. Ale nie mówimy o Piątku, który jest jednym z niewielu udanych przykładów, tylko o 50 zawodnikach co roku, niekoniecznie z klubów ekstraklasy, którzy są wysyłani za granicę i giną. A ci, którzy zostają w Polsce, są słabsi. O tym powinniśmy dyskutować jako ludzie polskiej piłki.

Nie widzę jak Piast, zostańmy przy tym przykładzie, mówi: pan Mioduski ma rację, sprzedajmy mu naszych najlepszych piłkarzy.

A dlaczego nie? Oni mają inny model biznesowy niż ja, a my przecież nie chcemy żadnych prezentów. Chodzi o współpracę, na której wszyscy skorzystają. Niech ci zawodnicy trafią do Legii czy Lecha, zanim wyjadą za granicę, bo bardzo często nie są jeszcze na to gotowi. A odpowiednie umowy mogą pozwolić tym klubom jeszcze lepiej zarobić przy kolejnych transferach.

Już raz (albo i dwa) wytykaliśmy Mioduskiemu nieścisłości w myśleniu typu „panowie, sprzedacie nam piłkarza taniej niż na zachód, ale za to zagwarantujemy wam jakiś procent od kolejnej sprzedaży”. Ale skoro on nadal tego nie rozumie, to cóż… Zakasujemy rękawy i odpalamy orkę.

Po pierwsze – i to akurat pan Darek powinie zrozumieć – to jest cholernie nieopłacalne dla klubów typu Wisła Płock, Piast Gliwice czy Pogoń Szczecin. Na piłce prezes Legii zna się tak sobie, ale na liczeniu już raczej bardzo dobrze, więc dziwi nas akurat to, że tutaj wysuwa tak absurdalny pomysł. No bo zobaczcie – załóżmy, że taki Piast Gliwice dostaje zimą oferty za Patryka Dziczka. Ile Legia może dać za takiego chłopaka? Pół miliona euro? No, nawet sześćset tysięcy w porywach i z bonusami. Ale ile może za niego rzucić jakaś Atalanta, jakaś Genoa, jakiś Karabach czy jakiś Stuttgart (zakładając, że Dziczek w ogóle tam by się nadawał)? Pewnie od miliona do dwóch milionów euro. Czyli już na starcie mamy różnicę jednej dużej bańki przynajmniej.

Czy taki deal się Piastowi opłaca w tym momencie? Może i jesteśmy durni, ale gdybyśmy sprzedawali jabłka na targu, to wolelibyśmy dostać sześć złotych za kilogram niż trzy. Ale okej, Mioduski twierdzi „odpowiednie umowy mogą pozwolić tym klubom jeszcze lepiej zarobić przy kolejnych transferach”.

Czyli Legia chce zniwelować stratę tego przykładowego Piasta w kwocie pierwotnej (przypomnijmy – minimalnie milion euro) procentem od kolejnego transferu. No to szybkie obliczenia dla pana Darka – jeśli Legia podzieliłaby się dziesięcioma procentami od następnej transakcji, to żeby Piast nie wyszedł na tym źle, wówczas legioniści musieliby sprzedać go za dziesięć milionów euro. Jeśli 20%, to za pięć. Czy Legia sprzedaje za tyle zawodników? No nie. Rekord transferowy legionistów jest niepobity od sezonu 2007/2008 i wynosi cztery bańki z hakiem za przejście Łukasza Fabiańskiego do Arsenalu.

A przecież ten sam Piast mógłby zagwarantować sobie taki sam procent od przykładowej Genoi. I nie dość, że miały z miejsca milion euro w kieszeni więcej, to ponadto Genoa – ze względu na ligę, ekspozycję, markę – sprzedałaby go jeszcze drożej od Legii i na konto gliwczan wpadłyby jeszcze lepsze pieniądze.

Wybaczcie, ale aż nam głupio, że musimy tłumaczyć takie oczywiste rzeczy.

Zresztą nie musimy działać na wymyślonym przykładzie Dziczka. Cracovia za Krzysztofa Piątka dostała 4,5 miliona euro, Wisła Płock za Arkadiusza Recę 4 miliony, Pogoń Szczecin 2 miliony za Jakuba Piotrowskiego, a pewnie za chwilę z kolejne 4 za Sebastiana Walukiewicza. W tym okienku w Płocku i w Białymstoku przytulą po około 1,5 miliona euro za Damiana Szymańskiego i Przemysława Frankowskiego. Czy tym klubom w jakikolwiek sposób jest potrzebna Legia? W żadnym. Czy te kluby lepiej wyszłyby na sprzedaży swoich zawodników za kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt milinów złotych do ligi zagranicznej, czy jednak na sprzedaży za frytki do Legii przy gwarancji procentu od następnego transferu? Przecież to jasne.

Ponadto pan Mioduski mówi „ale tak robią w Belgii, Portugalii i Holandii”.

Odsyłamy zatem prezesa Legii do naszych reportażów o przykładowym Genk (tutaj) czy o przykładowej Benfice Lizbona (tutaj). Może wtedy zobaczy, że za ich sukcesem stoi świetne szkolenie (za którym stoją duże budżety na akademie), znakomity skauting i przede wszystkim silne drużyny grające w fazach play-off Ligi Europy lub fazach grupowych Ligi Mistrzów. Nie widzimy za to, że prezes Ajaksu marudził w mediach, że Groningen nie oddaje mu za frytki najlepszych piłkarzy.

fot. FotoPyk