Gdy idol morduje… Twarde pięści i szalone serce Carlosa Monzona
Inne sporty

Gdy idol morduje… Twarde pięści i szalone serce Carlosa Monzona

Bił w ringu, ale także poza nim. Niestety, często także kobiety. Argentyna kochała go jednak bezgranicznie i była w stanie wybaczyć mu nawet zamordowanie własnej żony. Carlos Monzon (87-3-9, 59 KO) zginął tak jak żył wbrew logice i kompletnie na własnych warunkach. Zostawił po sobie jedno z najbardziej bezkompromisowych bokserskich CV w historii oraz kontrowersyjną legendę, która uwiodła Diego Maradonę i kolejne pokolenia wybitnych argentyńskich sportowców.

Do wypadku doszło w gorące styczniowe popołudnie niedaleko Santa Rosa de Calchines. Abelardo Soratti kończył właśnie codzienną pracę w gospodarstwie, kiedy usłyszał potworny huk. Krótki pisk opon poprzedził serię głuchych uderzeń. Mężczyzn pojął w mig, że na regionalnej drodze numer jeden musiało się wydarzyć coś strasznego i momentalnie ruszył w tamtym kierunku.

Po chwili jego oczom ukazał się zmasakrowany samochód, który leżał na boku niedaleko rowu. Musiał przekoziołkować ładny kawałek, bo znajdował się dobrych kilkadziesiąt metrów od szosy. W środku auta nie było jednak nikogo. Soratti dotarł na miejsce zdarzenia jako pierwszy. Po chwili dołączyli do niego koledzy z sąsiednich gospodarstw. W pewnym momencie wszystkich zaalarmował cichy jęk kobiety. Kilkanaście metrów obok niej leżały dwa nieruchome ciała. Abelardo uznał, że dla mężczyzn nie ma ratunku i wrócił do mocno poturbowanej pasażerki.

– Dobry Boże… Soratti, to Carlitos! Carlitos nie żyje! – zaczął w pewnym momencie krzyczeć jeden z jego sąsiadów.

W samym środku niczego – odwrócony twarzą w stronę zachodzącego słońca niczym bohater jakiegoś naturalistycznego obrazu – leżał bez życia Carlos Monzon, jeden z najwybitniejszych i najbardziej niejednoznacznych argentyńskich sportowców XX wieku.

***

Więzienie było w jego przypadku karą bardzo umowną. Tak, w 1989 roku został skazany za zamordowanie żony. Tak, historia przemocy domowej (i nie tylko) była w jego przypadku wyjątkowo długa i dobrze udokumentowana. Mimo to sam zainteresowany szedł w zaparte i nie przyznawał się do winy, a sprawa budziła wielkie emocje społeczne. Gdy przyszło co do czego, to argentyński wymiar sprawiedliwości okazał się dla niego nad wyraz łaskawy. Monzon został wprawdzie uznany winnym morderstwa, ale skazano go na zaledwie 11 lat więzienia. Podczas odbywania kary regularnie pojawiał się na wolności dzięki kolejnym przepustkom. Nie było wątpliwości, że zawdzięczał to swojemu gwiazdorskiemu statusowi i wstawiennictwu wpływowych znajomych.

W zamknięciu odnalazł się nadspodziewanie szybko. Adaptowanie się do nowych warunków od zawsze wychodziło mu zresztą przynajmniej tak dobrze, jak korzystanie z pięści. Strażnicy podkreślali, że nigdy nie sprawiał problemów. Za kratami jego nową pasją stała się biblia, w której próbował odnaleźć sens życia. W nagrodę za dobre zachowanie po kilku latach zaczął być wypuszczany na weekendy. Wolny czas spędzał z rodziną, ale najczęściej nikt ze służby penitencjarnej z nim nie jeździł. Umowa była prosta: musiał po prostu wrócić dwa dni później o określonej godzinie. Nigdy nie miał problemów z przestrzeganiem tych niezbyt wymagających zobowiązań.

Z ostatniej przepustki jednak nie wrócił. W niedzielę 8 stycznia 1995 roku była piękna, słoneczna pogoda. Monzon prowadził auto na prostej, wiejskiej drodze. Trudno powiedzieć, dlaczego wypadł z trasy. Na drogę mogło wskoczyć zbłąkane zwierzę. Mógł też wpaść w jakąś koleinę i stracić panowanie nad pojazdem. Może tak naprawdę po prostu nie chciał już wracać do więzienia i chciał się zabić? A może po prostu pędził, bo nie chciał się spóźnić, by nie stracić szans na przedterminowe wyjście? Wersji jest wiele, ale nikt naprawdę nie wie, co kierowało Monzonem. Śledczym ponad wszelką wątpliwość udało się ustalić tylko jedno: samochód jechał o wiele za szybko niż powinien na tak wąskiej i nierównej drodze.

Pogrzeb zgromadził jeszcze większe tłumy niż jego największe walki. A tych było w swoim czasie bez liku. Zdecydowana większość lat siedemdziesiątych to okres brutalnych rządów Monzona. „Escopeta” („Strzelba”) udowodnił, że w pogoni za bokserską nieśmiertelnością wcale nie trzeba podbijać kolejnych kategorii i szukać niestworzonych wyzwań. Wystarczy po prostu konsekwentnie mierzyć się z najlepszymi dostępnymi rywalami w swoim naturalnym środowisku wagowym. Magazyn „The Ring” w 2004 roku sklasyfikował jego kadencję z lat 1970-77 na czwartym miejscu w całej historii wszystkich mistrzowskich dominacji w zawodowym boksie.

„Wychodzenie do ringu przychodzi mi tak naturalnie jak picie yerba mate” – to zdanie wypowiedziane przez Monzona u szczytu sławy być może najlepiej obrazuje jego sportową wyjątkowość. Był urodzonym wojownikiem. Wychował się w slumsach jako jedno z dwunastki dzieci. Szkoła? Ukończył kilka klas, ale to by było na tyle. Do końca życia miał kompleksy, bo czytanie i pisanie przychodziło mu z ogromnym trudem. Od najmłodszych lat bardziej niż ojciec i matka wychowywały go ulica i praca. Najczęściej dorabiał jako pucybut, choć zdarzało mu się także roznosić gazety.

Już wtedy łobuzował na potęgę i szukał okazji do bitki. Gdy ich nie znajdował, to po prostu je tworzył. Areszt zdążył poznać długo przed pierwszym wyjściem do ringu. Wiele osób znających go z tych czasów podkreśla, że już w dzieciństwie widać było mroczną stronę osobowości Carlosa. Być może wpływ na jej ujawnienie miała krzywica, z którą zmagał się jako dzieciak. Wszyscy jednak podkreślają, że ten chłopak po prostu nie znał strachu, a problemy przeważnie znajdowały go same. Na szczęście jeszcze jako nastolatek odkrył boks, który szybko pochłonął go bez reszty. Na początku prezentował typowo nieokrzesany, uliczny styl. Był wysoki i przeraźliwie chudy, ale potrafił mocno bić z obu rąk i nikogo się nie bał.

Człowiek ulicy leci do Rzymu

Na zawodowym ringu zadebiutował niedługo po dwudziestych urodzinach i od razu narzucił sobie mordercze tempo. Nie minęły dwa lata, a Monzon już miał na koncie trzy porażki. Zdecydowaną większość walk wygrywał, ale wciąż był zawodnikiem surowym. Żaden promotor nie rozłożył nad nim parasola ochronnego. Jego ogromny potencjał dostrzegł jednak trener i wychowawca Amilcar Brusa. Do czasu nawiązania współpracy z „Escopetą” nie mógł się pochwalić wielkimi sukcesami. Gdy pięściarz kończył karierę, to jego szkoleniowiec razem z nim trafił do bokserskiej Galerii Sław – tak owocny był to układ.

Monzon w pierwszych latach zawodowej kariery nie był medialnym produktem. Wręcz przeciwnie – był mrukiem, który niechętnie się w ogóle odzywał, bo nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Wolał, by w ringu mówiły za niego pięści. Dzięki kolejnym zwycięstwom stopniowo stawał się jednak czymś więcej niż tylko lokalną sensacją. Ostatnią walkę przegrał w 1964 roku. Niepokonany miał pozostać przez kolejnych trzynaście lat, podczas których poprzeczka stale szła w górę. Wszystkim trzem dotychczasowym pogromcom zdążył się zresztą odpłacić – podobnie jak większości z tych, którzy zdołali z nim zremisować.

Przełom przyszedł w 1970 roku. Monzon miał 28 lat i był już wysoko notowany w rankingach, ale mistrzowski pas musiał wyszarpać w starym bokserskim stylu. Poleciał do Rzymu na walkę z genialnym Nino Benvenutim (82-4-1) – złotym dzieckiem włoskiego boksu. Nino w 1960 roku zdobył złoto igrzysk olimpijskich, a na zawodowstwie w pewnym momencie mógł się nawet pochwalić bilansem 65-0. Potem przytrafiały mu się pojedyncze porażki, ale mimo to sięgał po mistrzowskie tytuły w kategorii średniej i półciężkiej. Był żywą legendą i cieszył się w ojczyźnie uwielbieniem, na które Monzon u siebie dopiero pracował.

Na miejscu wszystko było przygotowane pod gospodarza. Dla Włochów pretendent był anonimem i raczej nikt nie spodziewał się, że będzie mógł czymś zaskoczyć lokalnego idola. „Kiedy spojrzałem na niego w dniu walki to pomyślałem, że po prostu go zabiję” – opowiadał po wszystkim brutalnie szczery Monzon. W ringu to on wcielił się w rolę bezlitosnego nauczyciela. Benvenuti szybko zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie niczym zranić rywala. W drugą stronę było odwrotnie. „Escopeta” z brutalnym cynizmem minuta po minucie przełamywał uznanego mistrza, by w dwunastej rundzie ciężko znokautować go swoim popisowym prawym prostym.

Obraz boskiego Nino bezwładnie osuwającego się w narożniku przeszedł do legendy i trafił na okładki gazet. Magazyn „The Ring” uznał ten pojedynek „Walką Roku”. Benvenuti po kilku miesiącach dostał rewanż, ale w kim skończył na deskach już w trzeciej rundzie. „W boksie musisz mieć głód i motywację. Nie miałem wtedy ani jednego, ani drugiego. Dla mnie to była walka z nieznanym rywalem, który nigdy nie pokazał w ringu nic specjalnego. Dla Monzona była to życiowa szansa i przygotował się do niej w stu procentach” – wspominał po latach Włoch.

Po wszystkim zdetronizowany mistrz nabrał szacunku i sympatii do małomównego Argentyńczyka, który jako jednego z nielicznych wpuścił go potem do swojego świata. Monzon wielokrotnie gościł w programie telewizyjnym prowadzonym przez dawnego rywala. Gdy w 1988 roku Argentyńczyk znalazł się na ustach całego świata po zamordowaniu żony, Benvenuti nie odwrócił się od niego. Odwiedzał go w więzieniu i zawsze potrafił znaleźć dla niego czas. Pojawił się również na pogrzebie, gdzie był zresztą jednym z tych, którzy nieśli trumnę.

Walki z Nino zmieniły wszystko. Gdy Monzon wrócił z Rzymu z mistrzowskimi pasami, to z miejsca zaczął być traktowany jak bohater narodowy. Tysiące ludzi fetowały z nim jego sukces na ulicach. Gdy transmitowano jego kolejne walki, to miasta się wyludniały. Kobietom podobał się zawsze, ale teraz zaczął cieszyć się powodzeniem także wśród pań z wysokich sfer. Nieokrzesany dzikus ze slumsów Santa Fe wyważył drzwi i z dnia na dzień trafił na salony. Stał się jedynym w swoim rodzaju zjawiskiem.

„Boks został częścią argentyńskiej pasji. Rozmawiało się o nim na ulicach, ale także w klasach, barach, fabrykach i burach. Pojawiał się na okładkach gazet. Dużo uwagi poświęcano mu w radiu. Był w tamtym okresie dyscypliną, która najbardziej przemawiała do mas” – tak narodziny fenomenu szermierki na pięści w Argentynie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych opisywał Ernesto Cherquis Bialo, jedna z legend argentyńskiego dziennikarstwa sportowego.

Wraz z sukcesami nie zmieniło się jedno – Monzon wciąż przyciągał kłopoty. W ringu jego wyższość w kolejnych latach uznawali wielcy pięściarze – między innymi Emile Griffith, Bennie Briscoe i Jose Napoles. Cała Argentyna w równym stopniu zaczęła śledzić także jego życie prywatne. W 1973 roku – będąc u szczytu sławy – Monzon został dwukrotnie postrzelony przez swoją żoną. Podobno sięgnęła po broń, bo znów zaczął ją bić. Dla nikogo nie było tajemnicą, że wybuchowy charakter pięściarza nie kończył się w ringu.

„Carlos dużo pił, a po pijaku uwalniały się jego demony. Gdy nie był w stanie wyrazić tego co czuje za pomocą słów, sięgał po przemoc. W ringu mógł to robić do woli, ale także poza nim widać było w jego obliczu pewne zimne wyrachowanie” – wspominał Carlos Irusta, dziennikarz, który śledził karierę Monzona od samego początku. Wybuchowy styl Argentyńczyka w ringu precyzyjnie rozłożył na czynniki pierwsze Jakub Biłuński.

„Walki Escopety to bokserski produktywizm. Argentyńczyk nie imponował szybkością, ale jego timing, precyzja i praca nóg pozwalały mu na zniwelowanie tego mankamentu. Ulubionymi ciosami były prawy prosty i lewy sierpowy, którego potrafił używać zarówno w walce na dystans (kościsty Monzon niemal zawsze miał przewagę zasięgu ramion nad swoimi przeciwnikami), jak i w półdystansie. Oba ciosy miały niszczycielską moc, podczas gdy uderzenia rywali zazwyczaj nie robiły na Monzonie żadnego wrażenia” – opisuje bokserski analityk portalu bokser.org.

Sto papierosów dziennie

W tym pięściarzu nie było nic typowego. Dzisiejsi mistrzowie żyją w siłowni. Przerzucają kilogramy żelastwa i cały czas pracują nad doskonaleniem warsztatu, a do tego obsesyjnie pilnują diety. Używki? Jeśli już, to raz na jakiś czas i w niezwykle ograniczonych ilościach. Tymczasem Monzon był znany z tego, że przez całą karierę palił jak smok. W okresach pomiędzy walkami zdarzało mu się wypalać nawet 100 papierosów dziennie. Gdy na horyzoncie pojawiało się wyzwanie, z trudem ograniczał się do 10 sztuk na dzień.

Mimo nałogu nigdy nie miał najmniejszych problemów z kondycją. Było właściwie dokładnie odwrotnie – niektórzy wołali na niego „Żelazne Płuca”. Trener Brusa przyznał, że nigdy wcześniej i później nie spotkał pięściarza, którego tak bardzo nie dotyczyłyby problemy z wydolnością. Monzon po prostu się nie zatrzymywał – cały czas szedł do przodu i wywierał presję. „Nikt nie potrafił tego rozgryźć. Przez te wszystkie lata, kiedy widziałem go na treningach i w ringu, nigdy nie było u niego momentu zadyszki. Ani razu nie widziałem, by szeroko otwierał usta łapiąc powietrze” – wspominał dziennikarz George Diaz Smith.

Palenie papierosów przez wyczynowych sportowców było w tamtych latach postrzegane zupełnie inaczej niż dziś. Zwłaszcza w Argentynie i zwłaszcza w środowisku pięściarzy. Niewiele starszy od Monzona Nicolino Locche – argentyński geniusz kategorii superlekkiej – w uwielbieniu do tytoniu potrafił pójść jeszcze dalej. Podczas kilku walk widywano go, gdy w przerwach między rundami… udawało mu się 2-3 razy na szybko zaciągnąć papierosem.

Locche i Monzon znali się, wspólnie imprezowali i rozpracowali razem niejedną paczkę fajek, ale walczyli w kompletnie różnych stylach. Nicolino był znany w środowisku jako „Nieuchwytny”. Miał nieprawdopodobny refleks, którym frustrował kolejnych rywali. Chwilami robił im to, co dziś Wasyl Łomaczenko – swoim geniuszem zmuszał do pozostania w narożniku i poddania walki. Nic nie opisuje wyjątkowej relacji Locche z Monzonem tak dobrze jak historia, która wydarzyła się po jednej z walk tego pierwszego.

„Legenda mówi, że po przegranej przez Nicolino Locche walce z Kolumbijczykiem Cervantesem w Wenezueli, Monzon i Locche zostali napadnięci w czasie wspólnego powrotu do hotelu. Bandyta wyciągnął broń i krzyknął: „Stać skurwysyny!”. Monzon rozpiął koszulę i powiedział: „Zabij mnie albo uciekaj”. Bandyta natychmiast uciekł” – opisywał Jakub Biłuński.

Oczywiście na tym się nie skończyło. Locche był w szoku i próbował się dowiedzieć, co kierowało porywczym kumplem. „W moim świecie jeśli wyciągasz pistolet, to po to, żeby strzelać. Nie robisz tego, żeby powiedzieć komuś: „hej, zatrzymaj się i daj mi swoje rzeczy”. Gdyby chciał nas okraść, to by to zrobił” – tłumaczył filozoficznie Monzon, który na ulicy widział pewnie wiele dużo gorszych rzeczy.

Po latach w prywatnej rozmowie do tej sytuacji nawiązał Guillermo Vilas – wybitny argentyński tenisista. Rywal Wojciecha Fibaka i dobry przyjaciel boksera zadał mu jedno proste pytanie: Carlos, co by było, gdyby ten facet naprawdę strzelił? „Wtedy wszyscy moglibyście powiedzieć, że dokonałem błędu w ocenie” – odparł z szelmowskim uśmiechem Monzon.

Wyróżniającą cechą pięściarza było to, że mimo trudnego i porywczego charakteru stosunkowo łatwo nawiązywał kontakty z innymi sportowcami. O ile oczywiście nie byli jego potencjalnymi rywalami. Na nich nakręcał się wyjątkowo – do każdej walki wychodził tak, że można było odnieść wrażenie, że walczy na śmierć i życie. Poza ringiem wiódł życie beztroskiego playboya. Dziś nazwalibyśmy go pewnie modelowym celebrytą. „Byliśmy dobrymi znajomymi. Często się spotykaliśmy. Carlos był w porządku. Zawsze walił prosto z mostu, nigdy nie prowadził żadnych gierek” – wspominał Vilas. Dobitnie zapamiętał pewne spotkanie w Buenos Aires, do którego doszło w 1977 roku.

„Spotkaliśmy się na jakiejś imprezie dla sportowców. To był rok, kiedy wygrałem French Open i US Open. Monzon zapytał mnie, czy będę dalej wygrywał. Odparłem zgodnie z prawdą, że nie wiem – miałem wtedy kilku naprawdę mocnych rywali. Wtedy nagle przywalił mi w lewe ramię. ‚Nie lubię, gdy ktoś udaje głupka i jest przesadnie skromny’ – powiedział z uśmiechem. To było niedorzeczne, ale strasznie mnie wtedy rozbawiło. Rozmawiamy, rozmawiamy i nagle BUM. Powiedziałem mu, że przyłożył mi tak mocno, że nie będę mógł podnieść nagrody. ‚To użyj drugiej ręki’ – odpowiedział. To był naprawdę równy koleś” – relacjonował Vilas.

W dotarciu do szerszego grona odbiorców pięściarzowi pomagało nie tylko luźne podejście do konwenansów. W 1974 roku wystąpił w głównej roli w filmie „La Mary” – bardzo odważnym jak na tamte czasy dramacie obyczajowym. Sprzątnął wtedy sprzed nosa rolę Terence’owi Hillowi (właściwie – Mario Girottiemu) – włoskiej gwieździe spaghetti westernów. Zdecydowała raczej popularność, bo na pewno nie umiejętności. Bokser chwilami dukał pod nosem tak niewyraźnie, że część jego wypowiedzi musiał potem oddzielnie dogrywać dubler.

Akcja filmu została osadzona w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Osią fabuły jest historia związku Mary (w tej roli Susana Gimenez) i Cholo (Monzon). Dziewczyna jest znana z tego, że potrafi przewidywać przyszłość. W tle pojawiają się ważne tematy – aborcja, śmierć najbliższych i stopniowe wypalanie się miłości. Koniec tej historii był tragiczny, a sam obraz już w momencie premiery budził spore kontrowersje. Znany z wielu zabójstw politycznych Antykomunistyczny Sojusz Argentyński (AAA) groził nawet wymordowaniem całej obsady za „przestępstwa przeciwko moralności i przyzwoitości”.

W Argentynie lat siedemdziesiątych nie było ucieczki od polityki. Peronizm powoli się kończył, ale rządzący uwielbiali Monzona, bo potrzebowali takich historii. Chłopak, który ze slumsów Santa Fe doszedł do szczyt, chełpił się tym, że osobiście poznał czterech prezydentów. Najbardziej zafascynował go oczywiście Juan Peron. Spotkanie z nim uznał za jedną z trzech najpiękniejszych rzeczy, które przytrafiły mu się w życiu – pozostałe dwa to narodziny pierwszego dziecka i zwycięstwo nad Jorge Fernandezem, które otworzyło drzwi do walki z Benvenutim. „Peron rozmawiał ze mną tak, że miałem wrażenie, że zna mnie całe życie. To było jak sen” – tłumaczył Monzon.

Rolę pięściarza w popkulturze ugruntował sukces „La Mary”. Sporą rolę w postrzeganiu filmu po latach odegrało to, że romans Carlosa Monzona i Susany Gimenez wkrótce przeniósł się także poza ekran. To właśnie Gimenez podsunęła scenariusz reżyserowi i od razu zgłosiła się do głównej roli. Daniel Tinayre po długim namyśle wybrał do roli Cholo właśnie Monzona. Zdecydowało to, że główny męski bohater obrazu też miał być pięściarzem, ale popularność sportowca oczywiście także nie była bez znaczenia.

Carlos i Susana wcześniej się nie znali. Po raz pierwszy spotkali się dopiero na początku zdjęć. Według jednej z wersji pięściarz nie zrobił wtedy najlepszego wrażenia – przywitał się z aktorką ostentacyjnie żując gumę. Gimenez długo podchodziła do filmowego partnera lekceważąco. Wszystko zmieniła pierwsza scena pocałunku, która podobno wykroczyła daleko poza to, co pierwotnie zapisano w scenariuszu.

Rozstanie przed kamerami

Charaktery tej dwójki sprawiły, że tworzyli wybuchową parę. Carlos był w tym związku stereotypowym zaborczym maczo. Gdy Gimenez ubierała się jego zdaniem zbyt wyzywająco, to często zgłaszał swoje zastrzeżenia i robił jej publiczne awantury. Susana nie była jednak typem kobiety, który przejmowałaby się takimi uwagi. Kłócili się często, ale zdecydowanie zależało im na sobie.

Żeby zyskać odrobinę prywatności, często musieli improwizować. W październiku 1974 roku postanowili uciec przed całą Argentyną na wakacje. Susana założyła perukę, Carlos ogromne okulary. Przez Miami trafili na Bahamy. „Cieszyliśmy się jak małe dzieci. Jeździliśmy na rowerach, śmialiśmy się i niczego nam nie brakowało” – wspominał Monzon. „Nigdy wcześniej i później nie kochałem tak żadnej kobiety. To było czysto fizyczne pożądanie” – dodawał.

Po powrocie na Monzona czekały tłumy dziennikarzy. Wszyscy chcieli wiedzieć jedno – czy wyjazd z Susaną oznacza, że teraz rozwiedzie się z żoną? Pięściarz nie wiedział wtedy co powiedzieć, bo… dopiero miał porozmawiać z małżonką, która o całej sytuacji dowiedziała się z mediów. Pelusa – ta sama, która w 1973 roku postrzeliła go w niejasnych okolicznościach – nieoczekiwanie szybko pogodziła się z sytuacją. Zaakceptowała zaproponowany przez Carlosa podział majątku i wyraziła zgodę, by weekendami widywał się z dziećmi.

„Wreszcie jestem szczęśliwy. Susana rozmawia ze mną tak, jak nie rozmawiał ze mną nikt. Dla niej uczę się czytać i chcę wrócić do szkoły” – mówił rozanielony Monzon. Z tym czytaniem rzeczywiście nie było u niego najlepiej. W trakcie kariery często podśmiewano się z niego, że jedyne co potrafi, to podpisać się na końcu kontraktu, który wcześniej ktoś musiał mu streścić.

Sielanka nie trwała długo. W 1976 roku Monzon stoczył w Monako przedostatnią walkę w zawodowej karierze. Potem poleciał z Susaną do Rzymu, gdzie mieli wziąć udział w kolejnym filmie. Aktorka tym razem wystąpiła w nim w mniejszej roli. Gwiazdą był Carlitos, który po zdjęciach brylował na wielkim bankiecie. Wziął w nim udział także Alain Delon, z którym zdążył się w kolejnych latach zaprzyjaźnić. Partnerka pięściarza według niego miała wdać się w jakiś flirt, co rozsierdziło Monzona do reszty. Susana następnego dnia wróciła do ojczyzny. Od tego momentu idealna para zaczęła się rozpadać – oczywiście w blasku fleszy.

„To był koniec. Gdybym do niego wróciła, byłabym głupia. Moja miłość i cierpliwość się skończyły. Nie walczyłam z człowiekiem – walczyłam z przeznaczeniem. Carlos nie potrafił się zmienić. Nie było też szans, by opuścił swój świat, a to nie był świat dla mnie. To był świat agresji i przemocy” – mówiła Gimenez magazynowi „People”. Dla nikogo nie było wtedy tajemnicą, że Monzon ją bił. Ukrywała to nosząc okulary przeciwsłoneczne – nawet jesienią i zimą.

„Escopeta” był agresywny od zawsze i prawie w każdych okolicznościach. Nienawidził zwłaszcza wścibskich paparazzich i często zdarzało mu się wyrażać tę niechęć pięściami. Według aktorki to alkohol sprawiał, że momentalnie potrafił przemieniać się w potwora. I to właśnie ten czynnik miał doprowadzić dekadę później do tragedii, która sprawiła, że bokser na zawsze zaczął być postrzegany w innym świetle.

Po rozstaniu z Susaną o życiu prywatnym Monzona na moment zrobiło się trochę ciszej. W 1977 roku zakończył bokserską karierę. Decyzja nie przyszła mu łatwo. Trudno odejść, gdy wciąż się wygrywa i rozdaje karty. Ostatni w jego karierze dwumecz z twardym Rodrigo Valdesem (57-4-2) wygrał ze sporym trudem. O ich potencjalnym pojedynku mówiło się od lat. Kolumbijczyk prowokował Monzona i w końcu doprowadził do tego, że pozbawiono go nawet jednego z pasów. Stary mistrz pokazał jednak, że nie boi się nikogo. W rewanżu znalazł się nawet przez dwie sekundy na deskach – pierwszy raz od trzynastu lat. To był najlepszy sygnał, by pomyśleć nad zakończeniem kariery.

Carlos miał 35 lat i po stu zawodowych walkach chciał rozpocząć nowe życie. U jego boku znów pojawiła się piękna blondynka, którą poznał przez wspólnych znajomych. Alicia Muniz również miała na koncie krótką przygodę z aktorstwem. To był kolejny wybuchowy związek, pełen głośnych rozstań i jeszcze głośniejszych powrotów. W końcu zakończył się jednak ślubem i dzieckiem. Monzon po zakończeniu kariery pił i palił jeszcze więcej. Wybuchał też częściej, bo nie miał już miejsca, gdzie mógł znaleźć legalne ujście dla swojej agresji.


W lutym 1988 roku w końcu doszło do tragedii. Podczas wspólnych wakacji w malowniczym Mar de Plata rozpętała się kolejna kłótnia. Monzon znów wypił o wiele za dużo i rzucił się na Alicię. Według ustaleń śledczych, kobieta zdołała wyrwać się z rąk napastnika i uciekła przed nim na balkon. Tam pięściarz miał ją dopaść. Dusił ją i ostatecznie zrzucił z drugiego piętra. Sam wyskoczył… zaraz za nią. Ona zginęła, on został tylko poturbowany.

Udało się ustalić szczegółowy przebieg ostatnich godzin życia Alicii Muniz. Wiadomo, że dzień przed tragedią para spotkała się ze znajomymi. Oboje ogłosili, że po kolejnej „przerwie” znów dadzą sobie szansę. W dniu tragedii Carlos i Alicia poszli na imprezę. Po powrocie wywiązała się burzliwa dyskusja. Kobieta miała pretensje dotyczące spraw finansowych związanych z utrzymaniem ich syna. Monzon zakończył dyskusję w jedyny sposób, jaki znał – odwołując się do fizycznej przemocy.

„Kto nie uderzył swojej żony?”

Pięściarz nigdy nie przyznał się do morderstwa. Twierdził, że Alicia z niezrozumiałych dla niego względów popełniła samobójstwo wyskakując z balkonu. Lekarze ustalili jednak ponad wszelką wątpliwość – gdy Muniz uderzała o ziemię, była już nieprzytomna. Monzon wyskoczył więc za nią, by spróbować zapewnić sobie alibi. Publicznie deklarował, że w jakiś magiczny sposób chciał ją uratować. Jak na ironię, cały dramat rozegrał się… w walentynki.

W Argentynie nie istniały tematy tabu. W kolejnych dniach na okładkach tabloidów i poważnych gazet pojawiło się wstrząsające zdjęcie, które zrobiono Alicii już na miejscu tragedii. Monzona pogrążyły wyniki autopsji oraz zeznania bezpośredniego świadka, który widział, jak wyrzuca żonę z balkonu. „Rzucił nią jak workiem ziemniaków” – przyznał przed sądem lekarz Rafael Cristiano Baez, który tamtego dnia przebywał w sąsiedztwie pary.

Przeprowadzono całą serię badań, bo część dowodów DNA w zginęła po nocnym włamaniu do kostnicy. Podejrzewano wpływowych znajomych Monzona, ale nigdy nikogo nie złapano. Alicia jeszcze przed kontaktem z ziemią miała złamaną chrząstkę krtani oraz kość gnykową, co potwierdzało hipotezę o tym, że mąż dusił ją dość intensywnie. Upadek doprowadził potem do pęknięcia czaszki. Sędzia Jorge Simon Isacch uznał, że oskarżony działał z pełną świadomością, chociaż nie była to zbrodnia zaplanowana na zimno. Za mordem stało podlane ogromną ilością alkoholu szalone serce Monzona, który według relacji świadków intensywne picie rozpoczął poprzedniego dnia. „Carlos był alkoholikiem. Nie musiał wcale wypić dużo, żeby zaczęło się dziać źle. Wystarczyła szklaneczka whisky i koniec” – opowiadała wiele lat później Susana Gimenez, która w ojczyźnie prowadzi popularny program telewizyjny i do dziś jest gwiazdą.

Wyrok jedenastu lat więzienia przyjęto z mieszanymi uczuciami, ale sprawa okazała się przełomowa, bo dzięki niej rozpoczęła się dyskusja o przemocy w rodzinie. „Biłem każdą kobietę, z którą byłem” – mówił Monzon przed sądem i absolutnie nikogo to nie bulwersowało. O dramatach rozgrywających się w domowym zaciszu po prostu się nie rozmawiało. „Komu nie zdarzyło się uderzyć żony?” – pytał w rozmowie z francuskim dziennikarzem zdziwiony Alain Delon. Sam oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do winy. „Żadna kobieta nie naznaczyła mojego serca ogniem tak jak ona” – mówił przed sądem o Alicii Muniz. W kolejnych miesiącach i latach nie było widać u niego żadnej autorefleksji, ale dobre zachowanie i gwiazdorski status pozwoliły mu na uzyskanie pewnych przywilejów.

„Nie czuję, że zrobiłem cokolwiek złego. Uważam się za przyzwoitego człowieka. Tylko Bóg może wybaczać. On wie, co jest dobre, a co złe. Nie jestem osobą, która osądza innych. Od tego jest prawo i muszę ten osąd zaakceptować” – tłumaczył. Uparcie powtarzał, że nie pamięta przebiegu feralnego wieczora, bo był zbyt pijany. W więzieniu odwiedzali go Benvenuti, Vilas, Delon i Mickey Rourke. Amerykański aktor od lat poważnie trenował boks i był zafascynowany postacią byłego mistrza. Namówił go nawet na mały sparing. Nie potrwał on długo – 50-letni Monzon podobno zgasił Rourke’owi światło… lewym prostym.

Pobyt za kratami uwrażliwił Carlosa na kwestie rodzinne. Przepustki spędzał z najbliższymi – nie było już mowy o imprezach. Maximiliano – jedyny owoc związku z Alicią – znajdował się pod opieką rodziców zamordowanej kobiety. Miał 6 lat, gdy doszło do tragedii i przebywał w tym samym pokoju, w którym wszystko się rozpoczęło. Pięściarz pomimo tego mógł go odwiedzać i bardzo się o niego troszczył.

Każde kolejne chwilowe wyjście na wolność planował co do minuty. Porywczy szaleniec zmienił się w wyrachowanego aptekarza i był naprawdę na dobrej drodze do tego, by zakończyć odbywanie kary przed czasem. „Za moment miał na wolność. Wiele osób się za nim wstawiło. Ten proces trwał długo, ale powoli zaczynał przynosić wymierne efekty” – wspominał Vilas.

„Carlos musiał wrócić przed określoną godziną. Wiem, że 8 stycznia 1995 roku był spóźniony, choć nie wiadomo do końca z jakiej przyczyny. Musiał pędzić, by nie dostać kary, która mogła przekreślić jego szanse na przedterminowe wyjście z więzienia. Według mojej wiedzy miał trafić na wolność już dwa tygodnie później” – dodał słynny tenisista, który widział się z Monzonem jeszcze na kilka dni przed śmiertelnym wypadkiem.

Prowadzone przez pięściarza Renault 19 wypadło z drogi i kilkukrotnie koziołkowało. Na miejscu oprócz kierującego śmierć poniósł także pasażer Geronimo Domingo Mottura. Jadąca z tyłu Alicia Fessia – szwagierka kierowcy – została poważnie ranna. Okoliczności wypadku nigdy nie udało się do końca ustalić. Wersja o samobójstwie wydaje się nie mieć większego sensu, ale to samo można powiedzieć o wielu życiowych decyzjach Monzona. Po śmierci Argentyna wolała pamiętać go z ringowych wojen. Podczas pogrzebu w Santa Fe żegnały go dziesiątki tysięcy kibiców i największe sportowe gwiazdy. Podczas ostatniej drogi tłum śpiewał: „dale campeon!” („naprzód, mistrzu!”). Postać wybitnego pięściarza upamiętnia stojący w okolicach centrum miasta pomnik.

O jego bokserskiej klasie najlepiej świadczy to, że z 15 walk o mistrzostwo świata aż 12 stoczył poza ojczyzną. Wygrał każdą z nich. „Styl Monzona był niby prosty, ale jednocześnie skomplikowany, bo nikt go nigdy nie rozszyfrował. W latach siedemdziesiątych był lepszy od Muhammada Alego. Wyżej od niego postawiłbym w tym okresie tylko Roberto Durana. To mówi wiele o jego wyjątkowości” – opisywał bokserski analityk Stephen Edwards.

Równie dużo o wyjątkowości Argentyńczyka mówi też to, że podczas najlepszych lat swojej kariery rywalizował ze znakomitymi zawodnikami, których prowadzili naprawdę wybitni trenerzy. Eddie Futch, Angelo Dundee i Gil Clancy nie potrafili znaleźć sposobu na to, by rozbroić „Escopetę”. „To kompletny pięściarz. Potrafi boksować, uderzyć i cały czas pozostaje skupiony na robocie” – chwalił go Dundee po zwycięstwie nad trenowanym przez siebie Jose Napolesem.

Monzon nie unikał sportowych wyzwań i porażał pewnością siebie. Już w 1975 roku – na dwa lata przed zakończeniem kariery – przekonywał, że jest najlepszym pięściarzem w długiej historii wagi średniej. Eksperci regularnie uwzględniają go w TOP 5 tego typu rankingów. Przegrywa w nich tylko z genialnym Sugarem Rayem Robinsonem. „Czuję, że nie ma takiego pięściarza, z którym nie mógłbym wygrać” – opowiadał Argentyńczyk.

Wszyscy żałują głównie jednego aspektu związanego z karierą Monzona – tego, że okres jego dominacji rozminął się z rządami genialnego Marvina Haglera (62-3-2, 52 KO). Carlos panował w latach 1970-77. Amerykanin z kolei był mistrzem w tej samej kategorii w latach 1980-87. Na początku lat osiemdziesiątych Monzon podobno poważnie rozważał powrót z emerytury po to, by rzucić wyzwanie swojemu następcy.

„Pojawiła się taka propozycja i Carlos naprawdę poważnie to rozważał. Rozmawiałem z nim o tym. Zapytałem wprost: „myślisz, że możesz jeszcze wrócić do boksu?”. Monzon uśmiechnął się, wskazał na papierosa, którego właśnie palił i powiedział, że nie sądzi, by to było możliwe. Mimo to twierdził, że Hagler jest do pokonania. Wysoko cenił jego umiejętności, ale uważał, że w pewnych okolicznościach jest łatwym celem do trafienia. „Wiem, jak się do niego dobrać” – powtarzał” – wspominał Guillermo Vilas.

Sam Hagler i bez tej walki w pewnym sensie przegrał historyczną rywalizację z Monzonem. Przechodząc na emeryturę, Argentyńczyk ustanowił rekord czternastu zwycięskich obron mistrzowskiego tytułu z rzędu. Amerykanin był na dobrej drodze do wyrównania tego osiągnięcia, ale jego licznik zatrzymał się na dwunastu. „Carlos miał kapitalną prawą rękę. Był wysoki i niewygodny – trochę jak Tommy Hearns, z którym wygrałem. To byłaby świetna walka” – opowiadał po latach Hagler o ich hipotetycznym spotkaniu.

Sława argentyńskiego mistrza inspirowała także pięściarzy z innego kręgu kulturowego. Identyfikował się z nim między innymi Mike Tyson. „Kochałem tego faceta odkąd pamiętam. Był twardym gościem z ulicy. Nie mówił dużo, bo nie było takiego potrzeby. Wystarczyło, że robił swoje w ringu. W latach osiemdziesiątych jeden z moich znajomych próbował namówić go na przeprowadzkę do USA. Powiedział mi potem, że nie było szans – Monzon miał swój kraj i nie miał najlepszego zdania o Amerykanach. Był mistrzem, który wzbudzał szacunek. Nie chciałeś wkurwić kogoś takiego” – relacjonował Tyson.

Rekord Monzona w końcu został wyśrubowany przez Bernarda Hopkinsa, który w nietypowym przypływie szczerości przyznał, że raczej nie wyszedłby zwycięsko z walki z „Escopetą”. W ojczyźnie klasa sportowa Carlitosa wciąż jest powszechnie doceniana. Uwielbienie kibiców pokonało trudną historię. Dziś są do niego porównywane kolejne generacje argentyńskich bokserów. Nic dziwnego – wraz z końcem epoki Carlitosa kategoria średnia przestała być krajową specjalnością.

Na kolejnego mistrza w tym limicie trzeba było czekać ponad 30 lat. W 2010 roku po tytuł sięgnął w końcu Sergio Martinez (51-3-2, 28 KO). „Monzon był moim idolem. Jak każdy dzieciak miałem wtedy jego plakat nad łóżkiem” – przyznał nowy czempion. Marcos Maidana (35-5, 31 KO) – człowiek, który w tej dekadzie dał najtrudniejszą walkę Floydowi Mayweatherowi – przed wyjściem do ringu też zapowiadał, że zamierza nawiązać do nieustraszonej postawy swojego rodaka.

Choć przed nim i po nim pojawiło się wielu bokserskich geniuszy, to nikomu nie udało się osiągnąć podobnego statusu. W 2017 roku Diego Maradona nazwał Monzona największą postacią argentyńskiego boksu. „Nikt nigdy nie zbliżył się do jego poziomu” – ocenił. Podobieństw między tymi sportowymi bohaterami jest zresztą wiele. „Zanim pojawił się Diego, mieliśmy Monzona. Był jak Maradona, tylko bardziej dziki, brutalny i samotny. Indianin z Santa Fe był synem Argentyny lat siedemdziesiątych, która chciała się wtedy z wszystkimi bić” – napisała po śmierci pięściarza Emanuela Audisio.

Argentyński lud wciąż kocha bokserskiego mistrza, ale doceniają go także dziennikarze sportowi. W 1999 roku wybierali argentyńskiego „Sportowca Stulecia”. Wygrał oczywiście Maradona, a drugi był legendarny kierowca F1 Juan-Manuel Fangio. Trzecie miejsce zajął Guillermo Vilas, a Monzon był czwarty. „The Ring” w 2004 roku uznał go trzecim najlepszym pięściarzem w historii kategorii średniej. W 2018 roku federacja WBC ogłosiła turniej, który miałby wyłonić najlepszego argentyńskiego zawodnika w wadze średniej. Stawką rozgrywek będzie trofeum, które nazwano „Pucharem Monzona”.

W 2019 roku Disney zaprezentuje w Argentynie serial, który ma przybliżyć skomplikowane losy pięściarza. Licząca trzynaście odcinków produkcja ma skupiać się głównie na mrocznej stronie życia sportowca po zakończeniu kariery i głośnej sprawie zabójstwa żony, która bywała porównywana do procesu OJ-a Simpsona. Żyjąca od lat własnym życiem legenda Carlosa Monzona kolejny raz podzieli argentyńskie społeczeństwo.

KACPER BARTOSIAK

 Fot. Newspix.pl