Za dużo talentów marnuje się tam, gdzie krowy wyżarły linię środkową
Weszło Extra

Za dużo talentów marnuje się tam, gdzie krowy wyżarły linię środkową

– Robię, co się da, by być przyzwoitym. To szerokie stwierdzenie, ale w nim zawiera się wszystko. Nie stawiam swoich korzyści nad korzyścią zawodnika. Unikam kombinacji, ściemniania, kręcenia. Nie nastawiam się, żeby spuścić z klubu tyle krwi, ile się da.

– Menedżerka to zawsze trochę prowadzenie poradni psychologicznej, przedszkola dla dorosłych dzieci, trochę poradni matrymonialnej, a trochę doradztwa finansowego. Próbujemy wskazać odpowiednią drogę, choć nie mamy papierów z psychologii. Z drugiej strony widziałem tylu psychologów sportu, którzy uzależniają od siebie piłkarzy… Tworzą się z tego chore relacje. Zawodnik dzwoni do psychologa przed podjęciem dosłownie każdej życiowej i piłkarskiej decyzji. 

– Czytałem ostatnio o Koronie Kielce, której rezerwy są liderem w czwartej lidze i której zespół U18 lideruje w CLJ. Z jednej strony – wow, brawo! Z drugiej – jeśli się nie mylę, właściwie żaden z tych zawodników nie zagrał więcej niż symbolicznie w pierwszym zespole. I ktoś z klubu mówi „nie grają, bo odstają fizycznie, żaden nie jest w stanie wybiegać nawet połówki w Ekstraklasie” czy coś w ten deseń. Panowie, zarządzacie poważnym klubem piłkarskim, prawda? Przecież to wy ustalacie obciążenia zawodników. 

Marcin Matuszewski z I-N-I Music & Sports Agency, znany wcześniej jako Duże Pe, o transferze Zambijczyka do ligi malezyjskiej, podebraniu piłkarza Mino Raioli, korzystania z bazy football managerów, menedżerach pobierających od młodych chłopaków po 250 złotych, przyzwoitości, przywarach futbolowych agentów, Angelu Perezie, Danielu Smudze, przepisie o młodzieżowcu, psychologach robiących młodym piłkarzom wodę z mózgu i nigeryjskim zawodniku, którego zabił na boisku piorun.

***

Jeśli pierwszym ruchem menedżera jest transfer Zambijczyka Emmanuela Zulu do ligi malezyjskiej, menedżer jest skazany na sukces.

Dementuję! Po pierwsze – nie byłem wtedy menadżerem, agentem czy pośrednikiem – a wolontariuszem w Polonii albo „terminatorem” w tej czy innej agencji. Po drugie – nie był to pierwszy ruch, pierwszym było ściągnięcie Ghanijczyka Setha Ablade z drugiego poziomu w Austrii na wypożyczenie do grającej w najwyższej klasie rozgrywkowej Polonii Warszawa.

Najmocniej przepraszam, równie duży kaliber.

Nie no, umówmy się – to był przełom 2002 i 2003 roku. Ja miałem 21 lat. Nie było Twittera, Facebooka, Instagrama… Ba, nie było YouTube’a, a i Transfermarkt stawiał dopiero pierwsze kroki, nie mówiąc już o takich cudach jak InStat czy WyScout. Materiały video na temat zawodników dostawało się na VHS przesłanym pocztą, a w wersji „deluxe” – na DVD wysłanym tą samą drogą. Nawet w dzisiejszym „świecie łatwego dostępu” ściągnięcie z Austrii do Polski nastolatka z Ghany na darmowe wypożyczenie do Ekstraklasy stanowi spore wyzwanie negocjacyjne i logistyczne. A co dopiero wtedy, dla dzieciaka z Polski bez jakiegokolwiek doświadczenia i bez jakichkolwiek kontaktów w piłce. Wypraszam sobie, szacunek się należy! (śmiech). Tym bardziej, że Seth zagrał wtedy w tej Ekstraklasie kilka minut, a Polonia zajęła nadspodziewanie dobre, ósme miejsce – więc to nie tak, że pierwszy strzał i od razu super-szrot.

A wracając do Emmanuela Zulu – to był wonderkid z Championship Managera, stąd go znałem, nie wypieram się. Kiedy jednak status „wonderkida” podparty jest znalezieniem się na liście 100 największych talentów U-21 na świecie we France Football czy tego typu periodyku, to sytuacja jest już trochę poważniejsza – a tak właśnie było w wypadku Emmanuela. Żeby nie było, że brałem na ślepo – obejrzałem też mecz Zambia – Brazylia z Mistrzostw Świata U-20 w Nigerii z 1999 roku. Zambia przegrała 1-5, w ekipie Brazylii brylował młody Ronaldinho, ale wynik nie oddaje przebiegu spotkania, a Zulu na lewej stronie robił konkretny „wiatrak” z brazylijskich obrońców. Nie we wszystkich meczach „młodej Zambii” było tak źle – na Zambijczyków nie znalazła wtedy sposobu Hiszpania U-20 z Casillasem i Xavim, która zremisowała z nimi w grupie 0-0, a która finalnie zdobyła tam mistrzostwo. Od wyniku meczu z Brazylią zależało zaś która z ekip awansuje dalej – i to Zambijczycy pierwsi objęli prowadzenie. Zulu był wielkim talentem, brak mu było jednak odpowiedniego poprowadzenia w najmłodszych latach. Umiejętności piłkarskie, wydolność, szybkość – wszystko było na niezwykle wysokim poziomie, ale karierę sobie zmarnował. Najpierw za podpowiedzią „dobrych wujków” odrzucił oferty z czołowych klubów Europy – typu Bayern Monachium, czy coś – na rzecz ekstraklasy w RPA, gdzie zamiast grać zajął się samochodami, drinkami i dziewczynami. Wyrzucili go z jednego klubu za złe prowadzenie się, potem miał wypadek samochodowy zakończony długą rekonwalescencją, tego typu historie. Ja próbowałem mu pomóc kiedy miał 24 lata – i w 2005 roku ogarnął, że czas wydorośleć bo to ostatnia szansa, żeby coś jeszcze z tą karierą zrobić.

Jak dobiłeś się do gościa z Zambii grającego w RPA, będącego wonderkidem i mającym w przeszłości oferty z klubów pokroju Bayernu?

Zaufał nie tyle mnie, co agentowi z Anglii, z którym współpracowałem przy okazji prezentacji jego zawodników na polskim rynku i na którego wpadłem przez innego znanego „wonderkida” z Championship Managera – nieco młodszego Gifta Yereghę z Nigerii, którego potem… zabił na boisku piorun. Smutna, filmowa historia. Gość został namaszczony przez Pelego na jego afrykańskiego następcę – a znawcy futbolu wiedzą, że to konkretna klątwa. To też był wielki talent, kilka miesięcy próbowaliśmy przekonać Polonię, żeby go zaprosiła na testy. Finalnie już prawie się udało, ale jeden z ludzi rządzących klubem nie przystawił pieczątki na dokumencie z zaproszeniem, więc Gift nie mógł tu przyjechać, bo by nie dostał wizy na czas. A jakiś czas później zmarł wskutek rażenia piorunem na boisku w nigeryjskiej lidze. Chociaż mogło być i tak, że z tym piorunem naściemniał mi ktoś z jego rodziny, kto miał dostęp do jego skrzynki – taką wiadomość dostałem w mailu, ale ślad w internecie faktycznie po nim zupełnie zaginął.

Drogą internetową uderzałem wówczas do wielu zagranicznych menedżerów. Okazuje się, że jakiś austriacki agent, z którym poznałem się w 2005 roku i który wtedy był siódmym w kolejności agentem małej agencji, jest teraz bezpośrednim asystentem szefa jednej z największych agencji w Niemczech. Wie, że pisząc do niego nie jestem kimś nowym, ale że robię w piłce od wielu lat – i że nawet jeśli nie wszystko nam kiedyś wyszło, to z mojej strony zawsze było konkretnie, porządnie i fair.

Z kim najgrubszym współpracowałeś?

Najgrubszym? Nie mam pojęcia. Z Mino Raiolą nie współpracowałem, ale… Przechwyciłem jego zawodnika! 

Bezpośrednio?

Tak. Był to Albian Muzaqi.

Wszyscy znamy.

Miał być nowym Ibrahimovicem. Rocznik 1994. Przez trzy sezony z rzędu był najlepszym strzelcem młodzieżowych drużyn PSV. Został kupiony przez Genk jako 19-latek bez debiutu w seniorach za pół miliona euro, Raiola wywalczył mu tam gwiazdorską jak na ten wiek pięcioletnią umowę – i chłopak przepadł na cztery lata. Klub go wypożyczał do gorszych ekip, ale tam też nie błyszczał, w końcu w 2017 roku odszedł za porozumieniem stron. Teraz trafił na drugi poziom w Holandii – i fajnie widzieć, że w końcu regularnie gra, bo coś w sobie ten chłopak ma. Może jeszcze się odbuduje, kto wie.

W jaki sposób z nim współpracowałeś?

Z Raiolą czy z Albianem? (śmiech) Namierzyłem Albiana, złapaliśmy kontakt, przekonałem go do współpracy, podpisaliśmy umowę pośrednictwa, zorganizowałem jego testy w Podbeskidziu – i wstydu nie było, ale szału też nie, przynajmniej na dany moment. Gdyby zawodnik zgodził się na niski kontrakt na pierwsze pół roku, z widokami na podwyżkę jak się odbuduje – to byśmy to dopięli. Niestety, nie udało się nam go do tego przekonać i temat upadł. A szkoda, bo na treningach strzeleckich wyglądał tam podobno bardzo dobrze.

Dane z Championship Managerów przez lata uchodziły za największą bazę piłkarzy, z której nierzadko korzystano w rzeczywistym futbolu.

Wspominałem wcześniej, że na początku XXI wieku, kiedy zaczynaliśmy robić przy transferach, okołopiłkarskie kwestie technologicznie były w epoce kamienia łupanego. Baza Championship Managera była wtedy wartościowym narzędziem wspomagającym: największą – choć pełną wad – próbą kwantyfikacji piłkarskich umiejętności rzesz zawodników z całego świata. Dziś już absolutnie tak na nią nie patrzę, jest to ósma czy dziesiąta pozycja na mojej aktualnej liście weryfikatorów osiągnięć i talentu poszczególnych zawodników.

Bazy danych z gier piłkarskich Sports Interactive nigdy nie były w 100% rzetelne. Zawsze wypaczały ją nieco kibicowskie sympatie tworzących ją geeków. Wiem, bo sam byłem jednym z nich przy jednej czy dwóch edycjach FM’a. Często twórcy nie mieli pojęcia o faktycznym potencjale lig, nie znali rzeczywistości w ligach zagranicznych i tak dalej. Mi to pomogło uświadomić sobie, gdzie jest polski futbol. Wydawało mi się, że szkółka taka jak akademia Lecha Poznań we Wronkach to w połowie lat dwutysięcznych placówka na światowym poziomie. A w Wielkiej Brytanii nie dostałaby w tamtym czasie pewnie nawet trzeciej kategorii.

Dlaczego się za to wziąłem? Jako nałogowy gracz irytowałem się, że polska liga była miejscami odtworzona po łebkach – na przykład młodzieżowa ekipa Polonii Warszawa, czyli ówczesny wicemistrz Polski, nie miała w składzie ani jednego autentycznego zawodnika. Dołączyłem więc do społeczności, zaproponowałem by dorzucili mnie jako skauta – i zostało to przyjęte. Byłem wówczas blisko tej ekipy, miałem dobre rozeznanie, szybko przygotowałem konkretną rozpiskę co i jak – i tak się zaczęło. Nie był to jakiś gigantyczny wkład, nie zarabiałem na tym żadnych pieniędzy, ale hobbystycznie była to super zajawka – a przy tym dobre ćwiczenie dla domorosłego skauta-samouka. Ale na szczęście w porę rzuciłem FM’a na rzecz działania w realu, bo serio, był to już w pewnym momencie bardzo konkretny nałóg.

Dwa lata temu pytaliśmy cię, czy nie boisz się, że będziesz tylko ciekawostką. Trochę czasu minęło, lista dokonań stale rośnie, dziś możemy to zweryfikować.

Zaczynamy właśnie czwarty rok oficjalnej działalności. Gdy wchodziłem w ten świat, miałem za sobą kilkanaście lat doświadczenia, masę błędów, tysiące godzin rzeźbienia za darmo, anonimowo i z trzeciego rzędu, zarówno dla klubów jak i dla menedżerów z kraju i ze świata… Miałem więc pewność, że to nie jest opcja „Zbyszek chciał się sprawdzić w biznesie”, tylko konsekwencja wypracowanej przez długi czas w pocie czoła podbudowy. Rzeczy, które zrobiliśmy od 2015 roku pokazują, że podchodzimy do sprawy poważnie – i chyba idzie nam nienajgorzej. Wrzucając do Polski ludzi takich jak Igor Angulo czy Dani Ramirez, oraz wynosząc znikąd do wyższych lig ludzi takich jak Daniel Smuga czy Karol Nojszewski udowadniamy, że nasza droga jest słuszna. A będzie tylko lepiej, dopiero się rozkręcamy.

Która kraksa była przez te lata praktyki najbardziej spektakularna?

Długo by wymieniać sytuacje. Chyba największym wstydem była sytuacja z 2010 roku, w której ludzie z klubu Ekstraklasy wyjechali na lotnisko po zawodnika, który nie poinformował nas, że nie przyleci, bo wybrał ofertę z Ekstraklasy Angoli. My świeciliśmy oczami oczami przed agentem, u którego terminowaliśmy. On świecił oczami przed klubem. A zawodnik po tygodniu napisał „sorry, tam dali dziesięć tysięcy euro bez testów, a tu tylko pięć i to z testami”. Swoją drogą mowa o zawodniku, który grał teraz przeciwko Legii w barwach Dudelange. Kiedy indziej zawodnik uciekł z testów w klubie Ekstraklasy zamawiając sobie taksówkę na lotnisko oddalone o 200 kilometrów i nas o tym nie poinformował – co też było dość przypałowe. Chociaż klub też nie był bez winy, gość o całkiem uznanej marce przyjechał na testy, a przez cztery dni trener nawet z nim nie zamienił słowa…

Początkujący menedżer najczęściej oszukuje się jednak sam – nie działając rzetelnie i według zasad, tylko na hura. Jeśli działasz w wolnym zawodzie, który opiera się na własnym ogarnięciu, gdzie dział prawny nie sprawdzi ci umów i nie dopilnuje żebyś nie przekroczył terminów – łatwo dać się ponieść entuzjazmowi, zwłaszcza jak raz wyszło. Wbrew pozorom, nawet jak po dziadowsku wyjdzie drugi, trzeci i piąty raz – to w końcu na pewno zdarzy się sytuacja, gdzie sporo stracisz przez niechlujność i nietrzymanie się zasad. Najłatwiej zrobić sobie krzywdę samemu.

Zdarzyło mi się uczyć się na błędach ze wszystkich stron – przez kluby, piłkarzy i agentów. Zdarzali się agenci, którzy posługiwali się nieśmiertelnym „kup zawodnikowi bilety, rozliczymy się”, później oczywiście znikali. Kluby, które miały płacić, a nie płaciły. Zawodnicy, którzy mieli potrafić grać w piłkę, a nie potrafili, mieli przylecieć, a nie przylecieli, mieli nie mieć agenta, a jednak mieli albo mieli podpisać za naszym pośrednictwem, ale wyczekali nas do końca umowy i podpisali przez swojego wujka. Szkoda gadać, cieszę się że mam te wszystkie doświadczenia za sobą, przeżyłem je bez wrzodów i zawałów – i jestem dziś dzięki nim lepszy w tym, co robię.

Jakimi zasadami kierujesz się w pracy agenta?

Po prostu robię, co się da, by być przyzwoitym. To szerokie stwierdzenie, ale w nim zawiera się wszystko. Nie stawiam swoich korzyści nad korzyścią zawodnika. Unikam kombinacji, ściemniania, kręcenia. Nie nastawiam się, żeby spuścić z klubu tyle krwi, ile się da, ale próbuję dążyć do sytuacji, w której wszystkie strony odchodzą od stołu zadowolone. Nie pobieram od młodych zawodników 50 złotych prowizji z kontraktu na 500 złotych.

Zdarzają się takie rekiny biznesu?

Oczywiście, zdarzają się i gorsi. Są gnidy, które od chłopaków z trzeciej czy czwartej ligi pobierają po 250 złotych miesięcznie za sam fakt, że są ich agentami. Taki pseudo-agent znajdzie sobie dziesięciu czy dwudziestu młodych jeleni – i ma normalną pensję za nic. Jak się ktoś zgłosi po takiego chłopaka, to agent mówi, że to dzięki niemu. A jeśli nikt się nie zgłosi – znajdują sobie następnych jeleni w kolejnych rocznikach. Co więcej, młodzi ludzie często podpisują takie umowy bezterminowo, czyli płacą dopóki agent czegoś nie załatwi. W praktyce chłopak płaci więc jakiemuś hochsztaplerowi długie miesiące czy lata. Trudno się potem dziwić, że ludzie mają każdego agenta za złodzieja i krętacza.

Trenerzy opowiadają często, że ich chłopaki związali się z jakimś ściemniaczem i zastanawiają się, czy nie rzucić piłki. To wjeżdża na psychikę, gdy ktoś nawija ci makaron na uszy, a okazuje się po czasie, że chodziło tylko o wyciągnięcie twoich pieniędzy. Większość zawodników nie zna przepisów, lecz gorsze jest to, że większość agentów też nie zna. Rozmawiałem ostatnio z jednym klubem Ekstraklasy, któremu zwróciłem uwagę na trzy-cztery rzeczy w jego standardowych umowach pośrednictwa zawieranych z agentami, dotyczących podpisywanych zawodników. Żaden agent nie zastanowił się nad niektórymi zapisami, a w gruncie rzeczy takie drobnostki mogły uczynić umowę nieważną. Nikomu to nie przeszkadzało, choć klub na upartego mógł powiedzieć: „ta umowa jest nieważna z paragrafu x, y, z, więc prowizji nie płacimy”.

Fascynuje mnie podejście Japończyków do etyki pracy. Filozofia kaizen, która każdego kolejnego dnia każe być lepszym w tym co się robi, niż było się w dniu poprzednim. Idealnie wpasowuje się to w mój pogląd na życie, tego jak działam i czego oczekuję od innych. Dlatego dobrze czuję się w Japonii, bo na każdym kroku mam szansę na coś takiego trafić. Zanim pierwszy raz wyszedłem na scenę muzyczną, cztery lata rzeźbiłem rymując pod nosem, nagrywając w domu dla siebie i wąskiego grona znajomych, ewentualnie próbując coś rymować na domówkach dla wąskiego grona. Cztery lata. Dziś chcesz być raperem to bierzesz mikrofon, włączasz autotune, wrzucasz fotki na Insta, jesteś gwiazdą. A ja mam inne, oldskulowe podejście. Tak samo z piłką nożna – zanim stwierdziłem, że jestem gotów działać na własny rachunek, minęło niemal piętnaście lat terminowania. Od zawsze tak miałem – choć do niedawna nie wiedziałem jeszcze, że to tak bardzo japoński styl.

Poznałeś Japonię i pomyślałeś: o, to moje zasady.

Tak, dokładnie. Po dwóch dniach w Japonii stwierdziłem, że wreszcie mogę opuścić gardę. Nikt mnie nie chce okraść, nikt nie próbuje mnie oszukać, nikt nie poda mi czegoś pośledniej jakości mówiąc, że to najlepszy towar, bo prędzej się spali ze wstydu.

Co jest największym grzechem dzisiejszych agentów?

Robienie wszystkiego na styl dzikiego zachodu. Po uwolnieniu zawodu jeszcze więcej osób bierze się za to z doskoku i – delikatnie mówiąc – nie mają japońskiego podejścia do etyki pracy. Nie robią czegoś przez dziesięć lat, by dopiero po tym czasie wyjść do ludzi. Jest za to: „hurraaa, hajda na Soplicę!”. Obowiązuje często niska etyka pracy, wszechobecna jest nadmierna chciwość i chęć zrobienia wszystkiego „na już”.

Zdarza się, że pośrednicy proponują zawodników, na których nie mają papierów. Co więcej, często ci zawodnicy o istnieniu tego „agenta” nie mają pojęcia. Po prostu ktoś stwierdza, że dany zawodnik będzie pasował do danego klubu, a gdy klub wyrazi zainteresowanie, jakoś to będzie – albo uda się dogadać z piłkarzem, albo nie. Najwyżej coś się ściemni. Masakra…

Wiadomo, że w tym zawodzie przyzwoitość nie pomaga, ale jak bardzo przeszkadza?

Myślę, że mi w ogóle nie przeszkadza. To zasady, według których postępuję na codzień. Nie wyobrażam sobie, bym mógł działać inaczej. Tak zostałem wychowany przez rodziców, takie książki czytałem za młodu. Jak sobie to wbijesz do głowy będąc dzieckiem, to później całe życie chcesz by dobro zwyciężało, stajesz się wrażliwy na społeczną niesprawiedliwość. Uczciwą, porządną i rzetelną drogę widzę jako swój sposób działania. A ściemniacze i kombinatorzy, którzy działają w inny sposób, napawają mnie obrzydzeniem.

Jak piłkarze reagują na to, że nie masz auta?

Już mam. Nawet dwa! (śmiech) Jednym jeździ narzeczona, drugim – mój tata.

Przez lata nie miałeś.

Nie chwaliłem się tym, że nie mam. W mieście nie było mi potrzebne, dalsze wyjazdy ogarniałem samolotem lub koleją, auto miał mój wspólnik – i wystarczało. Co kogo obchodziło jak się poruszam po mieście…

Wielu piłkarzy myśli – co ludzkie – na zasadzie: jak mógłbym powierzyć moje finanse komuś, kto nie ma auta, a więc nie wygląda, jakby sam ogarnął swoje finanse na dobrym poziomie? Czułeś takie podejście?

Oczywiście, powinienem przecież być próżnym i budować swój wizerunek, podjeżdżać Bentleyem, ociekać złotem i banknotami. Nie mam krzykliwego stylu, przeszkadzałoby mi to. Ale wielu kandydatów na piłkarzy patrzyłoby z uznaniem. Wow, co za gość! Ja natomiast odwróciłbym pytanie – czy powierzyłbyś swoje pieniądze komuś, kto nie ma samochodu, bo zrobił ekonomiczną kalkulację i wyliczył, że w Warszawie przy jego pracy i trybie życia się to nie opłaca, czy komuś kto wziął kredyt i kupił samochód by robić wrażenie na młodych jeleniach, choć ekonomicznie absolutnie nie robi to sensu? No, ale gdyby każdy piłkarz odruchowo znał poprawną odpowiedź, to agenci zawodników byliby niepotrzebni (śmiech).

Dlaczego upodobałeś sobie piłkarzy po przejściach?

Rzuciłem to hasło kiedyś pół-żartem, ale faktycznie tak wychodzi. W ośmiu przypadkach na dziesięć pomagam piłkarzom, którzy albo nie są w stanie się przebić z niższego poziomu mimo talentu, albo sięgnęli wysokiego futbolu i coś im podcięło nogi. Dlaczego? Powód jest prosty – gdybym dziś poszedł do Krzysztofa Piątka czy Kamila Glika, raczej bym ich nie przekonał do współpracy, byłbym 277 agentem w kolejce. Na to jeszcze przyjdzie czas.

Jako niemalże ekonomista, z absolutorium solidnej uczelni choć bez tytułu, wiem że akcje się kupuje w dole, a nie na szczycie. Tylko wtedy możesz konkretnie zyskać. Niestety w klubach nie podzielają tego poglądu i bardzo ciężko przepchnąć takie kwestie. Jeśli za 1500 euro miesięcznie możesz pozyskać piłkarza, który dwa lata temu ocierał się o osiemnastkę meczową pierwszego zespołu Realu Madryt… Nawet jeśli to człowiek po przejściach, wchodzisz w to z miejsca jako w inwestycję na pół roku o niskim koszcie, by odbudować takiego gracza i związać go z klubem na dłużej – na nieco lepszej pensji – jak wróci do pełnej dyspozycji. U nas nikt nie myśli długofalowo. Co więcej, nikt nie myśli w dłuższym okresie niż miesiąc do przodu. Trener wie, że może go zaraz nie być, dyrektor sportowy to samo, prezes boi się, że zaczną się do niego pretensje.

Piłkarz ma być gotowy do gry już teraz, najlepiej by był za darmo, niedużo zarabiał i był młodym Polakiem, optymalnie po testach. Tu też jest ciekawa dwoistość – z jednej strony kluby nie chcą zawodników, którzy 1,5 roku nie grali z powodu kontuzji, a z zza granicy to już w ogóle przyjedzie – taki przecież chce tylko nas okraść. A jak spojrzysz na Jakuba Świerczoka – po długim straconym okresie ktoś dał mu szansę i to się opłaciło. Milika w Napoli nikt nie wyrzucił za to, że dwa razy zerwał więzadła. I takie przykłady by można mnożyć, bo każdy wie, że to normalna kolej rzeczy w piłce nożnej. Znalazłbym z pięćdziesiąt przykładów piłkarzy, którzy nie grali dziewięć miesięcy i po powrocie prezentowali normalny poziom. Dlaczego więc zakładać, że piłkarz, któremu kontuzja przytrafiła się w innym klubie, jest inny od tych, którzy złapali kontuzje mając już kontrakt? Na logikę tego nie dopniesz, a kluby działają w taki sposób. Co więcej, zawodnik będący w klubie pobiera pełne wynagrodzenie, a tutaj masz gościa w pozycji „OK, przyjeżdżam za znacznie mniejsze pieniądze”. To okazja, ale wymaga ona ekonomicznego podejścia, wiedzy kiedy kupić i kiedy sprzedać. Nie ma tego, a przyczyną jest ta permanentna niestabilność. Bez stabilności i długookresowego myślenia, polska piłka zawsze będzie miotaniem się i wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

Generalnie wszystko sprowadza się do jednego: jeżeli konsekwencje działania przyjdą, kiedy minie twoja kadencja, nawet najgorsze działanie wyglądające w krótkim okresie dobrze będzie dla ciebie lepsze niż najlepsze działanie, które w krótkim okresie wygląda źle. Smutne, ale prawdziwe.

Jak wynalazłeś Angela Pereza dla Wisły Płock?

Śmieszna sprawa, bo już w lecie był bliski trafienia do Polski, ale wtedy nie udało się rozwiązać na czas kwestii z jego ówczesnym klubem. Gdy już był wolny, było za późno – wcześniej zainteresowane kluby podpisały innych. Trafiłem na jego ślad wyszukując zawodników, którym wygasają umowy i którzy spadają z danej ligi. Szukałem wtedy zawodnika o podobnym profilu co Arkadiusz Reca i trafiłem na Angela właśnie myśląc właśnie o Wiśle Płock. Wtedy Wisła nie dała się do tego przekonać, udało nam się jednak pół roku później. Moim zdaniem to gość o bardzo zbliżonym profilu do Recy.

W jaki sposób weryfikujesz umiejętności piłkarskie zagranicznych piłkarzy, których sprowadzasz? Jak oceniasz, czy gość mający niezłe CV nie jest szrotem?

Narzędzia takie jak InStat czy Wyscout pozwalają dość szybko zweryfikować umiejętności piłkarza. Szanuję oglądanie zawodników na żywo, ale śmieszy mnie demonizowanie na zasadzie: albo oglądasz piłkarza na żywo, albo jesteś niepoważny. Jadąc obejrzeć zawodnika raz czy dwa razy możesz dostrzec pewne rzeczy, których nie zobaczysz w materiałach wideo, ale na platformach możesz zobaczyć jego wszystkie działania w pięćdziesięciu meczach, a nie losowy mecz czy zmontowany filmik, na którym autor chce uwypuklić pozytywne cechy. Jak masz oko – widzisz czy gość się nadaje, czy nie. Widzisz też, ile na przestrzeni sezonu czy dwóch ma strat, odbiorów czy udanych dryblingów per mecz. Możesz porównać jak radzi sobie w poszczególnych sytuacjach i zestawić to z poziomem Ekstraklasy. Jeśli w sensownej lidze radzi sobie na sensownym poziomie, a w Ekstraklasie na jego pozycji nie ma ludzi z podobnymi walorami – powinien tu dać radę.

A mentalność? Da się ją w ogóle ocenić na odległość?

Może da się to sprawdzić w stu procentach, ale ja nie jestem aż tak mocny. Rozmowa z gościem, sprawdzenie jak wygląda jego Instagram i tego typu działania szybko pozwalają mi zakwalifikować piłkarza i wiedzieć, czy jest sens się dalej w to ładować, czy niekoniecznie. Tak samo jest z zagranicznymi agentami – po dwóch-trzech rozmowach wiesz, czy będzie walka i przeciąganie liny czy dobra współpraca.

W dzisiejszych czasach menedżer-cwaniak mając szrot może jeszcze ściemnić prezesom, że to świetny piłkarz? Czy przy obecnej technologii to niemożliwe?

Absolutnie niemożliwe, chyba że mówimy o klubach poniżej pierwszej ligi, które nie mają narzędzi do sprawdzenia piłkarzy.Na upartego możesz sprawdzić nawet wideo zawodnika z Tadżykistanu czy Tanzanii. Możliwości są ogromne.

(telefon)

Sorry, polsko-kanadyjski piłkarz przylatuje na testy z Kanady do rezerw klubu z Ekstraklasy i mamy lekki problem. On przyleciał, ojciec przyleciał, ale ich walizki już nie przyleciały. Miał być jutro na pierwszym treningu, ale brak bagażu rodzi pewien problem.

Często przez takie drobne, nieprzewidziane rzeczy, coś potrafi się wysypać?

Oczywiście, że zdarzają się drobne rzeczy, które wysypują transfer. Dwa lata temu miałem na testach w Sandecji hiszpańskiego napastnika, który podczas sparingu spodobał się też Arce Gdynia. W tym sparingu dostał jednak mokrą i zapiaszczoną piłką w oko tak, że nic nie widział i miał spuchnięte pół twarzy. Nie mógł dokończyć testów, a klub nie chciał go brać bez ich dokończenia. Miał równolegle ofertę z Hiszpanii z mocnego klubu Segunda B, która wygasała za osiem dni, czyli akurat po skończeniu oryginalnie zaplanowanych testów w Polsce. Po przejściu testów mógł wybierać: Polska albo Hiszpania. Klub się nie dał namówić na podpis bez okresu próbnego więc wybrał Hiszpanię. Głupia sprawa – inaczej ułożyłby głowę, pół sekundy wcześniej zagrał, nie byłoby z tym problemu. Zainwestowane pieniądze i czas poszły w cholerę. Bywa.

Jak psychicznie odnajdujesz się w sytuacji, że tylko kilka procent twoich działań kończy się jakimś profitem? To życie z ciągłą frustracją, którą trzeba oswoić.

Przez wiele lat działałem równolegle jako artysta i jako swój manager – poszukując opcji na granie koncertów czy imprez, znajdując możliwości zarobku dla mojego studia muzycznego, i tak dalej, więc mam bardzo dużą praktykę, bo odsetek sukcesów jest podobny. Tak samo, przez wiele lat prowadząc działania skautingowie polecałem klubom mnóstwo ciekawych zawodników – i zwykle nic z tego nie wychodziło. Z tym się po prostu trzeba oswoić i umieć z tym żyć. Jako osoba, która nigdy nie pracowała na etacie, całe życie kombinuję jak wyjść na swoje i jednocześnie robić tylko te rzeczy, które robić chcę. Nauczyłem się tego, że mam wiele różnych źródeł zarobkowania. Pomaga mi to zachować w tym wszystkim spokój i chłodną głowę. Nie żyję na zasadzie: jak to się posypie, to zbankrutuję i nie będzie na chleb. Panuję nad swoim ego, nie odbieram fiaska transferowego jako osobistej porażki, tak samo jak maili bez odpowiedzi czy odpowiedzi na telefon w formie warknięcia „jakbym był zainteresowany to bym odpisał”. Nie jest to miłe, ale jakoś daję sobie z tym radę.

W muzyce obowiązują dokładnie te same zasady, czyli żadne. Jak przyjedziesz na koncert i nie masz żadnej umowy, może się okazać, że organizator ci nie zapłaci i poszczuje cię ochroną jak będziesz się upominał o swoje. W wolnym zawodzie nie wiesz, czy w danym kwartale zarobisz tysiąc czy sto tysięcy. Sam musisz wszystkiego dopilnować – i umiejętnie planować, żeby nie zostać na lodzie.

W jakim kraju najłatwiej złowić perełki?

Dla polskich lig? W Polsce, rzecz jasna. Najbardziej niedoszacowane możliwości leżą w niższych ligach. To oczywista oczywistość. Wystarczy odrobina odwagi i chęć dania komuś szansy. OK, pozycja Górnika Zabrze w tabeli jest taka sobie, ale taki Gryszkiewicz przyszedł z ligi okręgowej i wjechał w ligę jak po swoje. Gdyby nie wszedł do ekipy będącej na zakręcie i gdyby był jedynym młodzieżowcem w składzie, a nie jednym z sześciu – mówilibyśmy o objawieniu, jak zresztą o każdym młodzieżowcu Górnika w adekwatnej sytuacji. Gdy masz sześciu młodych zawodników z konieczności próbujących unieść ciężar historii klubu-legendy, z którego jednocześnie odeszło trzech z jedenastu pewniaków do gry, sytuacja jest trochę inna.

Czy gdyby Krzysztofa Piątka w wieku 18 lat nie przechwyciło Zagłębie Lubin, byłby on gorszym piłkarzem pod względem potencjału? Nie. Po prostu byłby piłkarzem z mniejszego ośrodka, którego przeoczono i błysnąłby talentem później, bo musiałby dłużej nadrabiać. Mamy pod 40 milionów rodaków i nie jesteśmy upośledzonym narodem. Odsetek ludzi nadających się do gry w piłkę jest u nas taki sam jak w innych krajach. A znacznie większe sukcesy święcą znacznie mniejsze kraje. Choć oczywiście można tu rzucić okiem na Chiny i pocieszyć się, że bywają bardziej ludne i bardziej majętne kraje, których wyniki prezentują się relatywnie jeszcze gorzej – i to mimo napakowanej światowymi gwiazdami ligi.

A propos, umieściliście w Górniku Daniela Smugę, chłopaka znikąd, który po niezłym początku gasł w oczach. Odpalacie system ratunkowy dla jego kariery czy zachowujecie cierpliwość?

Wszystko idzie zgodnie z przewidywaniami. Chłopak, który był przez całe życie w piłce amatorskiej i prowincjonalnej – przed Górnikiem rozegrał tylko pół roku w trzeciej lidze – wskoczył do ekipy z Ekstraklasy, która biła się w europejskich pucharach. I to jeszcze do ekipy, która robi największe kilometraże w Ekstraklasie. Siłą rzeczy organizm musiał powiedzieć: stary, chyba zwariowałeś, daj odpocząć. Od stycznia do grudnia Daniel w zasadzie nie miał wolnego – a przez całe wcześniejsze życie trenował ze znacznie mniejszymi obciążeniami, godząc jeszcze grę w piłkę z pracą. Po pół roku bycia w tym ciężkim reżimie treningowym Górnika i działania przy ciągłej presji a’la „mam życiową szansę i muszę ją wykorzystać”, gdy teraz Daniel w końcu miał trochę odpoczynku, naszym zdaniem będzie już znacznie lepiej.

Czym się wcześniej zajmował?

Pracował na magazynie. Jeśli dobrze pamiętam, rozwoził na paletach nawet „Asystenta Trenera”.

Bardzo się ucieszyłem z przepisu o młodzieżowcu, bo mnóstwo talentów marnuje się po wioskach, na których krowy poprzedniego dnia wyżarły linię środkową. Grając za stodołą do pewnego momentu rozwijają się równolegle z rówieśnikami z poważnych akademii – albo i bardziej, bo więcej czasu pozatreningowego spędzają na fizycznych aktywnościach. Od pewnego momentu z każdym tygodniem się jednak uwsteczniają względem konkurencji i utrwalają złe nawyki. I potem dwie ligi wyżej trener powie: „sorry, nie chcę tego chłopaka, bo przez dwa lata będę musiał oduczać go wszystkich głupich zachowań, jakich nauczył się na kartofliskach. A jak już się oduczy, to będzie miał 23 lata, a ja prowadzę drużynę rezerw, gdzie górna granica wieku to 20 rok życia…”.

Kluby zaczną troszeczkę bardziej patrzeć na własnych juniorów, mocniej się przykładać. Czytałem ostatnio o Koronie Kielce, której rezerwy są liderem w czwartej lidze i której zespół U18 lideruje w CLJ. Z jednej strony – wow, brawo! Z drugiej – jeśli się nie mylę, właściwie żaden z tych zawodników nie zagrał więcej niż symbolicznie w pierwszym zespole. I ktoś z klubu mówi „nie grają, bo odstają fizycznie, żaden nie jest w stanie wybiegać nawet połówki w Ekstraklasie” czy coś w ten deseń.

Panowie, zarządzacie poważnym klubem piłkarskim, prawda? Przecież to wy ustalacie obciążenia zawodników. To wy mówicie trenerowi U-16, że obciążenia wydolnościowe mają być na 80% pierwszego zespołu, żeby już od tego wieku każdy chłopak w każdej chwili był materiałem dla pierwszego zespołu. I wy sami mówicie, że oni nie dostają szansy bo są niegotowi? Przecież to jakiś absurd.

Można wprowadzić takie obciążenia, ale być może wtedy nie byłoby pierwszego miejsca w CLJ.

Ale wygranie CLJ nie jest celem samo w sobie. Nie mówię, że każdy ma wyciskać ileś kilogramów i być niedźwiedziem, ale kwestia wydolności to nie jest fizyka jądrowa. Panowie, biegacie tyle i tyle, jak ktoś nie jest w stanie, to nie będzie grał. Nie wymagamy zrobienia rekordu w maratonie, ale chcecie grać w Ekstraklasie, więc celujcie w wydolność na poziomie Ekstraklasy. Narzekanie, że piłkarze są dobrzy piłkarsko, a nie są w stanie wydolnościowo dorównać… Nie rozumiem w ogóle, jak może być to możliwe.

Słyszę od jakiegoś czasu, że do drugiej ligi chcą awansować rezerwy Legii albo Lecha – ale jakoś im to nie wychodzi. A bardzo poważne kluby, które mają seryjnie tworzyć młodzież walczącą na poziomie Ekstraklasy i eksportowaną w świat, nie powinny mieć z tym problemu. Niestety – akademia i rezerwy traktowane są często jak zło konieczne i zbędny wydatek. Gdyby nie było przepisu o drużynach młodzieżowych, obstawiam że po jakimś czasie trzy czwarte klubów by te drużyny rozwiązało. Dochodzi niekiedy do patologicznej sytuacji, że klub z Ekstraklasy nie ma drużyny rezerw – co może być największym problemem przepisu o młodzieżowcu w Ekstraklasie. Dlatego do przepisu o młodzieżowcu dołączyłbym przepis o konieczności posiadania drużyny rezerw, by gromadzeni teraz w większej ilości młodzi piłkarze zawsze mieli gdzie grać i się nie uwsteczniali siedząc na ławce czy na trybunach. Nie widzę problemu w tym, że w kadrze będzie więcej młodych piłkarzy, bo to zwiększa szansę debiutu dla każdego z nich, a przy obowiązku posiadania rezerw argument że „młodzieżowcy w Ekstraklasie będą się marnować” by nie miał racji bytu.

Co jest dziś największym zagrożeniem młodych piłkarzy?

Tak jak w wypadku agentów, największymi wrogami piłkarzy stojącymi na drodze do ich sukcesu, są oni sami. Nikt nie spaprał tylu piłkarskich zapowiadających się karier, co sami piłkarze.

Menedżerka to zawsze trochę prowadzenie poradni psychologicznej, przedszkola dla dorosłych dzieci, trochę poradni matrymonialnej, a trochę doradztwa finansowego. Wszystkie rzeczy się ze sobą wiążą. Zawsze staram się pomóc zawodnikom w ich problemach. Próbujemy wskazać odpowiednią drogę, choć nie mamy papierów z psychologii. Z drugiej strony widziałem tylu psychologów sportu, którzy uzależniają od siebie piłkarzy… Tworzą się z tego chore relacje. Zawodnik dzwoni do psychologa przed podjęciem dosłownie każdej życiowej i piłkarskiej decyzji. Psycholog odgrywa dokładnie odwrotną rolę niż powinien. To bardzo niezdrowe – i niestety częste.

Podobnie jest z trenerami personalnymi, którzy wbijają zawodnikom do głów, że za rok będą w Borussii Dortmund i później wchodzi taki chłopak do szatni trzecioligowego klubu i „a co mi tu trener będzie mówił, ja za pół roku jestem w Bundeslidze”. Kurtyna opada. Jednemu z piłkarzy trener personalny powiedział, by nie słuchał trenera i dzień przed meczem trenował na pełnych obciążeniach na siłowni. Potem trener dziwił się: czemu on nie ma siły na meczu? Też bym się po czymś takim wściekł i odruchowo nie ufał nikomu z tej branży.

A cierpią przez to uczciwi, prawdziwi fachowcy z obu wyżej wymienionych dziedzin.

Jak można odróżnić hochsztaplera od fachowca?

Jest prosta zasada: jeśli coś jest zbyt piękne, by było prawdziwe, prawdopodobnie jest ściemą. Jak ktoś ci obiecuje, że za chwilę wyciągnie po Ciebie rękę przysłowiowy Real Madryt, tylko teraz mu zapłać 250 zeta miesięcznie – to istnieje pewne prawdopodobieństwo, że chce cię ordynarnie naciągnąć na kasę. Oczywiście nie jest to takie proste – ale wbrew pozorom, już bazując na tej zasadzie odetniesz z 1/3 prób oszustwa i kombinacji.

Żyjemy w epoce trenera personalnego, coachingu i rozwoju osobistego. We wszystkich dziedzinach jest na rynku masa hochsztaplerów, którzy mają do dyspozycji sporo narzędzi, by z użyciem prostej socjotechniki wyciągnąć łatwe pieniądze od jeleni, którzy jeszcze się będą z tego cieszyć. Piłkarze to dobrze zarabiająca i niekiedy naiwna grupa, na tego typu usługi jest moda… Żniwa!

Ustaliliśmy, że nie masz obaw, że będziesz tylko ciekawostką. A nie boisz się, że już na zawsze w świadomości kibica będziesz „tym od Angulo”?

Nie mam nic przeciwko temu, żebym był. Za chwilę mogę być jednak „tym od Ramireza”, „tym od Smugi” czy innego zawodnika. Wszystko przed nami! Samemu sobie wbijając szpilkę stwierdzę, że lepiej być nazwanym „tym od Angulo” niż „tym od Ciftciego” (śmiech). Chociaż jak sprawdzicie jak Nadir sobie teraz radzi w Genclerbirligi – zobaczycie, że i w jego kwestii w sumie wyszło na moje.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 

Fot. Sylwia Kowalska

KOMENTARZE (6)