Dlaczego byle „mały gnojek” może kupić w Polsce klub z tradycjami?
Weszło Extra

Dlaczego byle „mały gnojek” może kupić w Polsce klub z tradycjami?

Jeśli historia ze sprzedażą Wisły Kraków Vannie Ly i Matsowi Hartlingowi czegoś nas nauczyła, to tego, że byle gołodupiec o egzotycznych rysach twarzy czy prezencji emerytowanego wrestlera może dostać do ręki akcje klubu, składając wcześniej podpis na umowie jego kupna-sprzedaży. I to mimo że z absolutnie każdej strony wyły syreny ostrzegawcze. Że wpisując nazwisko jednego trudno było znaleźć jakiekolwiek informacje, a przy drugim co i rusz trafiało się na komunikat: „uwaga, oszust”. A co, gdyby liga miała narzędzia, by takich przebierańców skutecznie odstraszać?

Klub piłkarski to nie supermarket. To nie tak, że jeden z rynku znika, pojawia się kolejny i ludzie będą od teraz kupować mleko i masło w innej sieciówce. Klub piłkarski to historia, to tradycja, to masa wspomnień. Aby zbudować legendę – a Wisła Kraków taką legendą bez wątpienia jest – trzeba lat. Choćby dlatego warto myśleć o rozwiązaniach, które sprawiałyby, by ktoś taki jak wesoła trójca Vanna-Hartling-Pietrowski nie mogła tego wszystkiego pogrzebać.

Ustalmy jedno – Ekstraklasa to nie są jedyne rozgrywki, w których istnieje problem. Nie jest to jakiś haniebny punkt na uporządkowanej piłkarskiej mapie Europy. Gdy zagadaliśmy do znajomego dziennikarza z Włoch, pytając o to, czy są tam jakieś przepisy uniemożliwiające ludziom o wątpliwych umiejętnościach niezbędnych do zarządzania klubem przejmowanie tychże, usłyszeliśmy: „gdyby były, włoskie kluby nie miałyby właścicieli”. A przecież mówimy o Serie A, rozgrywkach z TOP5 Starego Kontynentu.

Jednym z najciekawszych przypadków jest tam prezes Genoi Enrico Preziosi. W 1998 roku został właścicielem Como, który doprowadził do Serie A, ale i na skraj bankructwa, za co wlepiono mu 100 tysięcy euro kary i zawieszono na cztery miesiące. Mało tego, gdy jego firma Royal s.r.l. wykupiła klub w 2005 roku, naruszył zasadę o nieposiadaniu jednocześnie dwóch drużyn piłkarskich (od 2003 był właścicielem Genoi), przez co Como nie zostało dopuszczone do rozgrywek Serie C2.

Mało? Kiedy Genoa awansowała w 2005 roku do Serie A okazało się, że Preziosi ustawił ostatni mecz sezonu z Venezią (wygrany 3:2). Został za to zawieszony na pięć lat, po licznych odwołaniach wyrok zamieniono na sześć miesięcy zakazu stadionowego. Preziosi nakazał więc na swoim miejscu umieścić wielkie zdjęcie samego siebie.

Campionato di Calcio Serie A TIM 2010/2011 36°GiornataGenova - 08.05.2011Genoa-SampdoriaEnrico Preziosi, fot. NewsPix.pl

Gdy doprowadził do upadku Como, postanowił wyjąć z tego klubu co wartościowszych graczy i przerzucić ich do Genoi. No generalnie nie było się trudno połapać, że coś jest nie tak, skoro w jednym okienku klub z Ligurii zasilili: Saša Bjelanović, Stephen Makinwa, Giuseppe Greco, Marco Rossi, Luca Belingheri i Nikola Lazetić. Żeby uniknąć procesu, zgodził się na 23 miesiące więzienia.

Nic dziwnego, że Ly Vanna nim zagiął parol na Wisłę, próbował się dorwać do klubu Krzysztofa Piątka.

A przecież Preziosi nie jest jedyny.

Parma była przez różnych właścicieli doprowadzana do bankructwa kilkukrotnie. Zresztą – praktycznie co roku słyszy się o przypadku przynajmniej jednego upadającego klubu. Za kolejnymi procesami Silvio Berlusconiego trudno nadążyć, a Claudio Lotito (właściciel Lazio) ma na Wikipedii całą podstronę poświęconą jego problemom z prawem.

Zrzut ekranu 2019-01-7 o 16.27.35

Massimo Cellino? We Włoszech był właścicielem Cagliari, obecnie jest właścicielem Brescii, natomiast w Anglii nie przeszedł „fit-and-proper-person test”, czyli testu sprawdzającego każdego potencjalnego kupca przed przejęciem klubu piłkarskiego, ze względu na ciążący na multimilionerze wyrok za przestępstwa podatkowe. W efekcie English Football League zatrzymała jego próbę przejęcia Leeds United.

No i właśnie. To, z czym nie poradzili sobie Włosi (albo poradzić sobie nie chcieli, wracając do słów o braku właścicieli, gdyby w Italii dokładnie ich sprawdzano), poradzili sobie Anglicy. Przynajmniej w jakimś stopniu. Wady wspomnianego „fit-and-proper-person test” są. I to widać gołym okiem. Najbardziej jaskrawy przykład – właściciel mistrza Anglii Manchesteru City, a więc szejk Mansour bin Zayed Al Nahyan, jest równocześnie premierem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie na porządku dziennym jest łamanie praw człowieka.

O innym problemie mówi prawnik, Jacek Masiota. – W Anglii te przepisy są mało precyzyjne, bo nie zdają egzaminu, jeśli chodzi o kluby wyżej postawione. Najlepszym przykładem jest Wolverhampton. Kiedy oni byli w Championship, udziały w Wolverhampton nabyła chińska grupa Fosun. Jednak de facto nie było to Fosun, tylko Jorge Mendes, a więc największy agent na rynku. I on ogrywa swoich zawodników w tym zespole. Natomiast ta spółka Fosun przeszła wszystkie regulacje EFL. Mimo tego, że konkurenci – jeśli dobrze pamiętam – na przykład z Leeds się sprzeciwiali, to Mendes nie musiał tego testu przechodzić.

Ale jednak w Anglii Hartling i Vanna zostaliby spławieni nim zdążyliby wlecieć gdziekolwiek EasyJetem.

Jedną z podstawowych zasad – której zresztą nie spełnili właściciele Leeds próbując sprzedać klub Cellino – jest bowiem pełna transparentność. Zarówno w Premier League, jak i w ligach należących do English Football League (Championship, League One, League Two). Jeżeli na biurku władz ligi nie wyląduje kompletna wymagana dokumentacja odnośnie nowego właściciela, ale też każdej osoby mającej zostać dyrektorem, wniosek ląduje w koszu bez mrugnięcia okiem. Nawet jeśli to, czego nie ma w papierach, nie dyskwalifikowałoby potencjalnego właściciela, brak dokumentacji jest z automatu rozstrzygany na niekorzyść kupującego. Chyba nie macie żadnych wątpliwości, że ludzie niepotrafiący okazać potwierdzenia przelewu złotówki na konto TS Wisła Kraków byliby w stanie przeskoczyć tę przeszkodę.

A przecież, już po jej pokonaniu, w Anglii piętrzą się kolejne. Oczywistym jest, że w grę nie wchodzi konflikt interesów, a więc posiadanie więcej niż 10% udziałów w więcej niż jednym klubie. Swego czasu właśnie dlatego dostawca usług telewizyjnych i internetowych firma ntl: posiadała dokładnie po 9,9% udziałów w Aston Villi, Leicester, Middlesbrough, Newcastle, Celtiku i Rangersach. Tu znów Vanna odbiłby się od ściany, bo jak wiadomo – klubów ma dwanaście albo trzynaście, pan Pietrowski jeszcze tego do końca nie ustalił. 

Żarty na bok, idziemy dalej – jeśli wedle prawa dana osoba nie może pełnić funkcji kierowniczej w innej instytucji, jasnym jest, że nie może jej również sprawować w klubie piłkarskim. Wciąż obowiązujący wyrok skazujący w sprawie karnej? Można za pewnik obrać, że i tutaj władze EPL i EFL okażą się bezwzględne. Tak właśnie było w przypadku Cellino, wobec którego włoski sąd wydał wyrok w zawieszeniu.

Ciekawostką jest, że jednym z punktów do odhaczenia przez EPL i EFL jest „odbiór sygnału telewizyjnego na terenie Wielkiej Brytanii w taki sposób, by uniknąć opłat”. Czyli – jeśli gość zostanie złapany za rękę na oglądaniu swojego przyszłego klubu na streamie, to może się pożegnać z marzeniem o posiadaniu zespołu w Premier League lub Football League.

A, Kazimierz Greń nie miałby szans przejść testu właścicielskiego – za zabawę w konika również w Anglii dyskwalifikują.

Mało tego, że taki test musi przejść każdy nowy właściciel – co roku muszą go także zaliczyć właściciele i dyrektorzy już w klubach będący. Z tego względu Thaksin Shinawatra musiał niedługo po zakupie Manchesteru City oddać klub w inne ręce. Gdy w 2007 roku pozyskiwał The Citizens, w Tajlandii postawiono mu zarzuty, ale wciąż nie było wyroku skazującego. Dopiero gdy ten stał się niemal pewny, Shinawatra zdecydował się odsprzedać City – wiedział bowiem, że nie przejdzie kolejnego „fit-and-proper-person test”.

Pozostając przy Europie – bardzo restrykcyjne zasady panują też w Niemczech czy Szwecji, gdzie mamy do czynienia ze słynną już zasadą „50+1”, która, najprościej mówiąc, zabrania obcym inwestorom przejęcia co najmniej połowy udziałów w klubie. 51 procent wpływów musi należeć do klubu. Rzecz w tym, że kibice w Wiśle mieli więcej niż to 50+1 i do niczego dobrego to – jak widać – nie doprowadziło.

Pilka nozna. Bundesliga. Bayern Monachium - RB Lipsk. 19.12.2018Kibice Bayernu Monachium, fot. FotoPyK

Potencjalnych właścicieli dość szczegółowo sprawdzają też choćby we Francji. – Oczywiście są przeprowadzane różne kontrole potencjalnych właścicieli, najbardziej szczegółowe są testy finansowe. Francuska DNCG (Krajowa Dyrekcja Kontroli Zarządzania) jest znana ze swojej surowości dla klubów piłkarskich, regularnie sprawdzając zdolność do utrzymania płynności finansowej. Widać to choćby w przypadku ostatnich problemów Lille – mówi nam Jonathan Johnson, francuski korespondent ESPN.

Idąc dalej – dużo dalej bo aż za Atlantyk, w dodatku do lig innych niż piłkarskie – w Stanach Zjednoczonych system oceniania potencjalnych właścicieli jest zdecydowanie najbardziej restrykcyjnym na świecie. Teoretycznie klub NBA czy NHL może kupić każdy, kto tylko ma kilkaset milionów, czy wręcz kilka miliardów dolarów na zbyciu. W praktyce musi on jednak przejść test dużo bardziej subiektywny niż ten angielski.

W Premier League i Football League mamy bowiem test „tak/nie”. W Stanach na nowego właściciela musi się zgodzić najpierw komisarz ligi, a później 75% Rady Dyrektorów, w której skład wchodzą większościowi właściciele pozostałych klubów (NBA) lub ktoś spośród grona najważniejszych klubowych decydentów – CEO, prezydenci, prezesi czy dyrektorzy (NHL). Gołodupiec nie miałby tutaj czego szukać, za dołączenie Golden Knights do najlepszej ligi hokeja na świecie właściciele klubu z Las Vegas zapłacili 650 milionów dolarów.

Wróćmy jednak na nasze podwórko. Żeby nie odpłynąć za daleko, w końcu Ekstraklasa nie jest w ułamku procenta ligą, w której bycie właścicielem klubu jest wartością tak pożądaną jak w USA.

Rzeczą zdecydowanie pożądaną – szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń – jest dokładne sprawdzanie potencjalnych właścicieli. Minimalizowanie ryzyka pojawienia się takich ananasów jak niezapomniane trio Vanna-Hartling-Pietrowski, odstraszanie ich już na starcie. Trzeba to bowiem powiedzieć wprost – choć rozsądni ludzie w zdecydowanej większości nie widzieli w nich poważnych biznesmenów, zbyt wielu i tak się nabrało. Wiecie, niektórzy nawet wręczyli panu Vannie akcje klubu, pojechali z nim do banku złożyć wzór podpisu, co miało być jednym z kroków do udostępnienia wesołej kambodżańsko-szwedzkiej gromadzie dostępu do klubowych kont.

Dlatego zapytaliśmy najwyżej jak się da, bo prezesa Zbigniewa Bońka, czy PZPN planuje coś w tej sprawie zrobić, by w przyszłości unikać podobnych cyrków.

Pilka nozna. Reprezentacja. Mecz towarzyski. Polska - Czechy. 15.11.2018fot. FotoPyK

Czy PZPN mógłby blokować wejścia do klubów właścicieli w typie Ly i Hartlinga?
 Obecnie PZPN nie ma takich możliwości. Musiałoby się zmienić prawo w Polsce, które polegałoby na tym, że w ligach zawodowych każda zmiana właścicielska musiałaby zostać zaakceptowana może nie przez KRS, ale jakąś komisję czy instytucję. W innym przypadku możemy sobie tylko pogadać.

 W Anglii działa to na zasadzie wewnętrznego prawa ligi.
 Nie mówmy o tym, co jest w Anglii, w Chinach, w Belgii. Nie możemy sobie wymyślić, że jeśli klub zmienia właściciela, to ten musi być zweryfikowany. Według jakiego prawa?

 Według „prawa ligowego”.
 Ale jakiego „prawa ligowego”? Jest prawo ogólne, krajowe. Czy w Polsce ktokolwiek kupując spółkę akcyjną, musi się pytać kogokolwiek o zdanie? Oczywiście są takie biznesy, w których by nabyć akcje, trzeba przejść weryfikację przez odpowiednie komisje. I w PZPN istnieje przepis, który mówi, że jeżeli jest nowy właściciel, który kupi więcej niż 20% akcji, to musi PZPN wydać nową licencję. Czyli ten ktoś musi zawiadomić związek o kupnie w ciągu trzech dni. A my przy wydawaniu licencji możemy zapytać o prognozę finansową, zabezpieczenie. To funkcjonuje. A dziś szalejemy, bo problem ma klub, którym rządzili kibole. Kluby zawsze będą upadały. Nie tylko polskie, mogę podawać przecież przykłady klubów argentyńskich, włoskich, brazylijskich, szkockich, które to spotkały. My jako PZPN nie możemy mieć prawa stojącego ponad prawem polskim. I tak wprowadzamy takie uwarunkowania licencyjne, które spowodowały, że w lidze jest osiem rentownych klubów, że zadłużenie klubów spadło, że na pensje piłkarzy wydaje się 55% budżetu, a było 70%.

 PZPN nie mógłby wejść w kwestie licencji? Nikt nie kupi klubu, wiedząc, że nie dostanie licencji.
 I PZPN się tym zajmuje. Dlaczego zablokowaliśmy licencję Wiśle? 22 grudnia w specjalnym komunikacie dowiedzieliśmy się, że Wisła Kraków TS nie jest już właścicielem klubu. Wysłaliśmy więc pismo, że w ciągu trzech dni nie dostaliśmy żadnej wiadomości zgodnie z naszymi ustawami. Nikt nam nie odpowiadał, więc Komisja Licencyjna zawiesiła licencję do wyjaśnienia sytuacji. Ale te obostrzenia oczywiście mogą być większe, jeśli tylko zmieni się w Polsce prawo. Natomiast nie jest to aż taki problem. Ile było przykładów w ostatnich ośmiu latach w Polsce, by nieuczciwi ludzie zarządzali źle klubem albo sprzedali ją firmie-krzak?

 Polonia Warszawa.
 To nie był ten problem. Tam był człowiek z imieniem i nazwiskiem, ale sobie nie radził i firma upadła. Tak jak upadła Fiorentina, Parma, Rangersi. To są niestety, ale normalne rzeczy. Kapitalizm. Jak ktoś źle gospodarzy, to upada.

 Skoro więc pan uważa, że PZPN potrzebowałby pomocy państwa, czy związek nie mógłby lobbować u władz? Ma taką pozycję.
 Umówmy się: ja bym nie wariował. Jeden klub coś zrobi i wszyscy chcą zmienić prawo. Państwo mogłoby to polepszyć, ale wydaje mi się, że kraj ma większe problemy. Poza tym powiem panu inną rzecz: nie ma innej instytucji, która dbałaby tak o swoich pracowników, jak PZPN dba o piłkarzy. Czy lekarz, dziennikarz, jeśli nie dostaje pieniędzy, to może po dwóch miesiącach odejść do innej firmy i być przekonanym, że tylko w przypadku, gdy poprzednia firma upadnie, to on nie dostanie swoich pieniędzy? Klub, by dostać kolejną licencję, musi uregulować zaległości.

 Ale w tym prawie, które miałby PZPN wprowadzić, chodzi o to, by minimalizować ryzyko upadania klubów.
 Klub przejmuje pan Sylwester Cacek. Nie brakuje mu doświadczenia, pieniędzy, niczego. Po trzech latach Widzew upada. Kto by miał na wejściu stwierdzić, że ten pan nie pasuje do prowadzenia klubu?

 Nikt nie wymaga od PZPN-u wyeliminowania tego do końca, bo kluby będą upadały. Tylko właśnie minimalizowania tego ryzyka. Bo Vanna Ly i Mats Hartling to było ryzyko maksymalne.
 To nie było ryzyko, a układ. Ja bym poszedł od drugiej strony. Kto ich znalazł, gdzie? Wisła w ciągu dwóch dni znalazła inwestora, a nie mówiła otwarcie, nie wydała komunikatu, że takiego szuka. Że jest audyt. To był układ, objęty nie wiadomo jaką tajemnicą.

 Ja się zgadzam, że to była szemrana sprawa…
 Jeden głupi rzucił kamień, a 20 mądrych go szuka. W Polsce, by działać, tak jak pan mówi, trzeba zmienić prawo. Natomiast nikt nie powiedział, że gdyby Vanna Ly rzeczywiście przejął to klub, to rzeczywiście dostałby licencję. Musiałby przedstawić prognozę, plany finansowe. Możemy pewne rzeczy ulepszać, ale nie wpadajmy w histerię.

*

Przekaz jest więc dość jasny – PZPN nie może zbyt wiele zrobić, bez zmiany prawa w Polsce. Czy rzeczywiście? Popytaliśmy dalej, tym razem prawnika, Jacka Masiotę.

Pilka nozna. PZPN. Walne Sprawozdawczo-Wyborcze Zgromadzenie Delegatow. 26.10.2012Październik 2012, Walne Sprawozdawczo-Wyborcze Zgromadzenie Delegatów PZPN; Jacek Masiota (z prawej) w rozmowie z Marcinem Animuckim, fot. FotoPyK

– Takie regulacje pewnie trzeba będzie w Polsce wprowadzić, warunkiem jest to, by te kryteria były jasne. Czy to jest pilna potrzeba? Absolutnie pilna nie jest. Natomiast w perspektywie paru lat trzeba się nad tym głęboko zastanowić. I przejrzeć wszystkie regulacje, nie tylko angielskie, bo te do nas najmniej pasują.

 Czy do takich zmian potrzeba zmian w prawie?
 Poniekąd tak, bo to są ogólnoeuropejskie prawa. Ja przeglądałem materiały z konferencji na temat takich regulacji, która odbyła się w Lizbonie, i wydaje mi się, że jednak w dużej części można by to robić bez zmian w polskim prawie. To byłaby część podręcznika licencyjnego. To jest rzecz, którą łatwo zepsuć i stąd moje obawy. Jeśli ktoś się do tego zabierze i zrobi to byle jak, to można wylać dziecko z kąpielą. Będzie więcej szkody niż pożytku.

 Jak dokładnie miałoby to wyglądać? Ktoś mógłby kupić klub, ale nie mógłby dostać licencji, czy nawet nie mógłby kupić klubu?
 Dzisiaj już to działa. Nie może nabyć klubu ktoś, kto jest agentem. Trzeba by to rozszerzyć i jest to wykonalne. Natomiast co jest śmieszne w PZPN-ie – jak się chce klub chce przekształcić, sprzedać, to jest masa wymogów w ustawie o członkostwie, a jak się sprzedaje akcje i nic więcej, to już tylko następca powiadamia o tym związek. Jest więc praca dla PZPN-u, by zmieniać regulacje, ale nie wolno tego robić bez przemyślenia.

 Konkludując: PZPN nie ma związanych rąk.
 Inaczej – nie ma całkowicie związanych rąk. Można by pewne regulacje wprowadzić, ale nie mogłyby one iść tak daleko jak te angielskie. Kluby nie mogłyby być kupowane przez bukmacherów, pośredników, kupno wykluczałby także powiązanie z innym klubem – to po części obowiązuje. Dzisiaj pan Mioduski albo jego spółka nie mogłaby kupić Wisły Kraków. Natomiast kryteria finansowe, ich analiza, blok ze względu na wyrok karny – tego nie można zrobić bez zmiany prawa.

*

Trzeba więc przyznać prezesowi Bońkowi rację, że nie może działać w tej kwestii jak mu się żywnie podoba, bo ma nad sobą – jak każdy z nas – polskie prawo. Ale to nie znaczy, że PZPN nie może nic zrobić. Po pierwsze ograniczenia dotyczące kupna klub można rozszerzyć, by nie było tak jak dziś, że tylko agent i właściciel innego klubu nie może nabyć następnego. Po drugie państwu też powinno zależeć, by do takich sytuacji nie dochodziło. Dziś minister Ziobro musi się tłumaczyć z sytuacji w Wiśle Kraków, za tym idzie złość kibiców, a więc też wyborców. Skoro tak, może piłkarski związek powinien wykorzystać swoją pozycję i lobbować za zmianami w prawie? Oczywiście, że „państwo ma większe problemy”, ale mały kłopot to wciąż kłopot.

Poza tym kompletnie nie trafiają do nas argumenty wolnorynkowców o tym, że dajmy prywatnym spółkom żyć i umierać tak, jak sobie tego życzą. Klub piłkarski ma szereg cech charakterystycznych dla prywatnego biznesu, ale ma też szereg cech, które sprawiają, że nie da się o nim mówić jako o zwykłej firmie. A firmy „niezwykłe” są przez państwo w „niezwykły” sposób sprawdzane – weźmy choćby ustawę o wychowaniu w trzeźwości, która eliminuje z grona potencjalnych właścicieli sklepów monopolowych szereg różnorakich obywateli. Prywatny sklep – jak i prywatny klub – na idyllicznie wolnym rynku mógłby sprzedawać co chce, gdzie chce i kiedy chce. U nas jednak najpierw musi przedstawić 114 różnych dokumentów, łącznie z wypisaniem, w jakiej odległości od sklepowej lady znajduje się najbliższa szkoła podstawowa.

PZPN może regulować ile stanowisk dla kamer musi mieć obiekt, więc nie kupujemy gadki, że nie może wprowadzać limitów i nakazów dla właścicieli. Państwo może decydować, gdzie powinien stać termometr kuchenny, więc sądzimy, że mogłoby też włączyć się w proces sprawdzania właścicieli klubów piłkarskich. Klubów, z których przeważająca większość korzysta z dotacji, wynajmu obiektów budowanych przez samorządy i szeregu innych udogodnień stworzonych im wyłącznie dlatego, że klub to coś więcej niż zwykła firma.

Nie chcemy kolejnych właścicielskich kabaretów, nie chcemy, by kolejne wielkie firmy były narażone na rządy nieudaczników i oszustów, przez co zawsze mogą zakończyć swój żywot. Jeśli można pomóc, czemu nie spróbować?

SZYMON PODSTUFKA

PAWEŁ PACZUL

fot. główne: NewsPix.pl

KOMENTARZE (24)