Było za pięć dwunasta. A o dwunastej groziła mi amputacja
Weszło Extra

Było za pięć dwunasta. A o dwunastej groziła mi amputacja

Gwiazda pierwszej ligi, którą widziałaby u siebie połowa ekstraklasy. Środkowy obrońca, który strzela tyle bramek, że zawstydza napastników. Dwumetrowiec, który ciągle słyszał, że nie nadaje się do piłki, ale nie potrafił tego zaakceptować. Niedoszły hokeista, który do dziś ma gęsią skórkę, gdy opowiada o olimpijskim złocie drużyny narodowej. Były zawodnik Floty Świnoujście, który w klubie spędził ledwie kilkanaście dni, ale trafił akurat na te najdziwniejsze w całej jego historii. Człowiek, któremu nieco ponad rok temu, zaraz po rundzie życia, groziła amputacja, o czym publicznie opowiada po raz pierwszy. 

Poznajcie Tomasa Petraska z Rakowa Częstochowa, bo warto. 

Strzelać zacząłeś dopiero w listopadzie, ale jeszcze możesz włączyć się do walki o koronę króla strzelców.  

Późno zacząłem, bo wcześniej niewiele grałem. Ale to nie jest dla mnie ważne.  

Do lidera tracisz ledwie trzy gole. Imponujące. 

Piłka zawsze mnie w polu karnym szukała. Wiele osób myśli, że strzelam tak dużo goli, bo jestem duży, ale…

No właśnie, strzelasz tak dużo goli dlatego, że fizycznie górujesz nad każdym przeciwnikiem. 

No właśnie nie. Tu nie chodzi tylko o to, że jestem duży i dobrze gram głową. To bardzo mi pomaga wtedy, gdy trzeba wygrać walkę o pozycję, ale najważniejszy jest w tym wszystkim instynkt. I ja go po prostu mam! Potrafię znaleźć się w polu karnym również wtedy, gdy trzeba strzelić bramkę nogą. Może za chwilę piłka przestanie mnie szukać, ale na razie strzelam regularnie i mam już dwadzieścia goli dla Rakowa. Te liczby nie kłamią. 

To może ty napastnikiem powinieneś zostać? 

W Czechach w kliku miejscach w końcówkach meczów tak grałem. Tutaj u trenera Papszuna też zdarzają się takie fazy spotkań, więc może jakieś predyspozycje mam, ale nigdy nikt nie wpadł na to, żeby zrobić mnie napastnikiem na stałe. Wiesz, ja wychowałem się w małym klubie. Przychodzisz do takiego, widzą, że jesteś duży, więc z automatu mówią, że masz iść do tyłu. 

A wiele razy słyszałeś, że nie nadajesz się do piłki? 

Od piętnastego do dziewiętnastego roku życia bardzo wiele razy… Że jestem za wysoki, że zbyt wolny, że koordynację mam za słabą. Ostatecznie nie przebiłem się do pierwszego składu w Hradec Kralove, bo w tamtym momencie byłem za słaby – to fakt i nie zamierzam z tym dyskutować. Wkurzało mnie jednak to, że nikt nie chciał ze mną pracować. 

– Taki jesteś i tyle, radź sobie sam! 

Nikt nie dostrzegał tego, że przy ciężkiej pracy, na którą byłem gotowy, moje warunki fizyczne można było wykorzystać i uczynić z nich atut. Ostatecznie doszedłem do tego sam, dzięki grze w klubach w niższych ligach, ale stało się to dość późno. 

Masz takie poczucie, że gdyby wtedy ktoś się tobą zajął, to mógłbyś być dziś w trochę innym miejscu? 

Możemy sobie pogdybać, ale nie wiemy, co by było. Na pewno gdy widzę dzisiejsze możliwości, trenerów z różnymi specjalizacjami, to wiem, że taka praca mocno by mi pomogła. Starałem się wykonywać ją we własnym zakresie, ale miało to niewiele wspólnego z profesjonalnym podejściem do tematu. I nie było też tak, że mogłem wstać rano i się na tym skupić. Do szkoły chodziłem w innej miejscowości, klub był w jeszcze innej…

Chciałeś kiedyś rzucić piłkę? 

Chciałem, jeszcze przed przyjściem do Viktorii Żiżkov. Grałem tylko na trzecim poziomie rozgrywkowym w Czechach, który jest słabszy niż w Polsce. Czułem, że utknąłem w martwym punkcie, a jednocześnie dostałem bardzo dobrą ofertę pracy. Chodziło o dużą firmę, która zajmowała się stalowymi linami, na przykład takimi jakie znajdują się w windach. Zajmowałbym w niej stanowisko menedżerskie i miałbym odpowiadać za sprzedaż poza Czechy. W pierwszej kolejności zaproponowano mi wyjazd do Stanów Zjednoczonych, żebym podszkolił angielski do odpowiedniego poziomu. Czułem, że mógłbym się tam rozwijać, a dodatkowo grałbym w piłkę na czwartym poziomie rozgrywkowym i nieźle sobie dorabiał. 

Brzmi świetnie, więc muszę zapytać, skąd taka propozycja dla piłkarza? Człowiek z ulicy na taką ofertę liczyć raczej nie może. 

Zaproponował mi ją facet, który bardzo chciał mnie ściągnąć do swojej miejscowości, żebym grał tam w piłkę i jednocześnie dla niego pracował. Lubił mnie jako człowieka i wiedział, że może mi zaufać. To taka transakcja wiązana, ale wynikała z tego, że był przekonany, iż mogę się w tym sprawdzić. Takiej pracy nie dostajesz tylko dlatego, że potrafisz kopnąć piłkę. 

Suwalki 06.12.2018 pilka nozna Puchar Polski 1/8 finalu Wigry Suwalki - Rakow Czestochowa football Polish Cup round of 16 Wigry Suwalki - Rakow Czestochowa nz Tomas Petrasek fot. Kacper Kirklewski / 400mm.pl / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Ostatecznie się jednak nie zgodziłeś. 

Powiedziałem, żeby dał mi jeszcze chwilę. Że muszę zrobić absolutnie wszystko, co mogę, bym później niczego nie żałował. Byłem blisko, ale to jeszcze nie był ten moment, w którym mógłbym stanąć przed lustrem i przyznać, że nic więcej nie mogłem. A później nie miałem czasu, by nad tym rozmyślać, bo w następnej rundzie strzeliłem pięć bramek i awansowaliśmy na zaplecze ekstraklasy i od razu odezwał się do mnie Raków. Na początku powiedziałem menedżerowi, że nie ma szans, żebym poszedł do Częstochowy. Mieszkałem w Pradze, miałem mocną pozycję w zespole i mogłem być nawet jego kapitanem, w dodatku byliśmy na drugim poziomie rozgrywkowym, gdzie można się już pokazać najlepszym klubom. Na pierwszy rzut oka nie było powodów, żeby odchodzić. 

A na drugi i trzeci? 

Znalazły się. Rozmowy trwały trzy miesiące, w trakcie których mogłem przekonać się, jakim klubem jest Raków i poznać ambicje jego władz. Nie będę oszukiwał, że pieniądze nie były ważne, bo były, a ofertę dostałem bardzo dobrą, ale najbardziej zaimponowała mi wizja awansu do ekstraklasy w ciągu trzech sezonów. Mam już 26 lat i nigdy nie zagrałem w najwyższej klasie rozgrywkowej, a to właśnie chęć występowania na takim poziomie trzymała mnie przy piłce i nie pozwalała zrezygnować. 

Jak Raków cię w ogóle znalazł? Polskie kluby z drugiej ligi z reguły nie szukają piłkarzy w Pradze. 

Graliśmy niedaleko Ostrawy, skąd pochodzi David Balda, były dyrektor sportowy Rakowa. Trener Papszun szukał zawodnika o określonej charakterystyce na środek obrony i wtedy zaproponował mu mnie. I teraz wyobraź sobie, że w czasach, w których nawet na wyższym poziomie transfery często robi się na podstawie dwuminutowych filmików, oni przynajmniej cztery razy przyjeżdżali, żeby na żywo obejrzeć mnie w akcji! Dzięki temu wiedziałem, że to poważny klub. Później, już w trakcie rozmów, dostałem na maila szczegółowo rozpisaną wizję  rozwoju Rakowa. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. 

Przyjechałem i – choć nie było łatwo zamienić Pragę na Częstochowę – niczego nie żałuję. Szybko zostałem tu zaakceptowany przez szatnię i nauczyłem się języka. Oczywiście nie będę robił z siebie wielkiego kozaka, bo wszyscy wiedzą, że polski jest podobny do czeskiego, ale zależało mi, że złapać dobry kontakt ze wszystkimi. 

Wiem, że śmiejecie się z naszego języka, ale spokojnie – my z waszego też! Przy czym nie wierzcie we wszystko, co widzicie w internecie – to nieprawda, że Batman to po czesku Netoperek! 

A to prawda, że wcześniej byłeś nieźle zapowiadającym się hokeistą? 

Niedawno widziałem wpis prezesa Bońka o tym, że dziś dzieciom brakuje doświadczeń wyniesionych z podwórka. O mnie nie można tego powiedzieć. Mieszkałem na wsi i całe dnie spędzaliśmy na podwórku. Wszyscy razem: 6-latkowie, 10-latkowie i 18-latkowie. Graliśmy we wszystko, w co można grać, ale głównie w hokeja zimą, a latem w piłkę. Od rana do wieczora! Dużo mi to dało, a do pewnego momentu mogłem łączyć uprawianie tych dwóch dyscyplin. 

Co sprawiło, że ostatecznie postawiłeś na piłkę? 

Nie chcę powiedzieć, że to główny powód, ale pewną rolę odegrało to, że hokej jest drogim sportem. Na starcie trzeba wyłożyć na wszystko ze dwa tysiące złotych, a na tym nie koniec wydatków, bo dzieci szybko rosną. A ja wychowywałem się tylko z mamą, która robiła wszystko, żeby niczego mi nie brakowało, ale wiedziałem też, że nie jesteśmy najbogatszymi ludźmi na świecie. 

A tak realnie patrząc, jakie perspektywy miałeś w hokeju? 

Byłem w tym dobry. Ściągnął nas do siebie solidny klub, bodaj z trzeciego poziomu rozgrywkowego, w którym można się było wypromować. Może z czasem trafiłbym do młodzieżowej ekstraklasy? Nie wiem. Wiem za to, że w piłce taką możliwość miałem, i że w niej byłem lepszy. Ale podobnych przypadków w Czechach jest mnóstwo – wielu zawodowych piłkarzy nieźle zapowiadało się w hokeju. To nasz sport narodowy. Każde, nawet mniejsze miasto ma przynajmniej jedno lodowisko. Wszyscy chłopcy pod choinkę dostają kij do hokeja albo łyżwy. 

Nad łóżkiem wieszałeś plakaty Jaromira Jagra a nie te z Pavlem Nedvedem?!

Dominika Haszka. To od zawsze był mój idol, kozak nad kozakami! Urodziłem się w 1993 roku, więc nie pamiętam Euro 96. Za to Igrzyska w Nagano i złoto naszych hokeistów już tak. Coś niesamowitego! To były pierwsze Igrzyska, w których mogli wystąpić gracze z NHL. Wszyscy myśleli, że Kanada rozjedzie całą stawkę, a stało się tak, że rozjechaliśmy ją my. 

Popatrz na moją rękę – wystarczy, że o tym opowiadam i mam gęsią skórkę! 

Niższe ligi w Czechach to ciężki kawałek chleba? Radek Dejmek powiedział kiedyś swojemu ojcu, że albo wyjedzie, albo skończy karierę. Nie potrafił u was wytrzymać. 

I wcale mu się nie dziwię! Władze piłkarskie na różnych szczeblach urządziły sobie z piłki swój prywatny biznes, a poziom sędziowania jest dramatyczny. Jeżeli nic z tym nie zrobimy, nasza piłka nigdy nie pójdzie w górę. Wiadomo, że sędzia może się pomylić, czasami nawet wiele razy. Jednak dopiero w Polsce mam przekonanie, że nie robi tego specjalnie. W Czechach było inaczej. Żal mi młodych chłopaków, którzy muszą się z tym mierzyć. 

Szefem waszych sędziów do niedawna był Michał Listkiewicz. Opowiadał, że problemem było też pijaństwo. 

Pogonili go, a chyba nie pracował źle. Trochę się to wszystko poprawiło, a na najwyższym poziomie pojawił się VAR, więc siłą rzeczy jest lepiej. A picie, o którym mówił pan Listkiewicz, też u nas widać. Sam grałem w meczach, w których sędzia ewidentnie był zrobiony. Nawet w naszej ekstraklasie była taka sytuacja. Techniczny wypił tak dużo, że myślał, iż jest liniowym i biegał wzdłuż boiska, przewracał się przy tym… Wybacz, ale nawet nie chcę mi się do tego wracać. 

Powiedziałeś, że nie było łatwo zmienić Pragę na Częstochowę. Trzeba przyznać, że miałeś nie najgorsze miejsce do życia. 

Mega!

A z Żiżkova rzut beretem na Stare Miasto. 

Wszędzie jest blisko. Żiżkowiacy mówią jednak, że nie są z Pragi, tylko z Żiżkova! To świetna dzielnica, żyło mi się tam wspaniale. 

Nie było niebezpieczeństwa, że Praga cię zje? 

Wypłaty dostawaliśmy tak rzadko, że nie za bardzo było za co balować! Poza tym, w drużynie było wielu ustatkowanych zawodników, którzy musieli opiekować się rodzinami. Nie powiem, że zawsze byłem święty, powiem za to tak – dostałem od Pana Boga tyle talentu, że nie mogę sobie pozwolić na nieprofesjonalizm. 

Fajne słowa, bo nie każdy by się do tego przyznał. 

Ale ja zawsze miałem tego świadomość. Poznałem w życiu wielu piłkarzy, którzy mieli talent, ale myśleli, że wszystko przyjdzie im łatwo i nie muszą pracować. Nie dziwię się, bo na ich miejscu może podchodziłbym podobnie, ale ja od początku widziałem, że muszę zostawać po treningach, żeby piłka mnie słuchała.

2017.08.26 Czestochowa Pilka nozna Nice 1 Liga sezon 2017/2018 Rakow Czestochowa - Zaglebie Sosnowiec N/z bramka gol radosc 1:2 Tomas Petrasek Foto Lukasz Sobala / PressFocus 2017.08.26 Czestochowa Football Polish Nice First League Season 2017/2018 Rakow Czestochowa - Zaglebie Sosnowiec bramka gol radosc 1:2 Tomas Petrasek Credit: Lukasz Sobala / PressFocus / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Chyba niewiele osób pamięta, że ty do Polski trafiłeś już wcześniej. I nawet trudno się dziwić, bo historia jest niecodzienna. Podpisałeś kontrakt z Flotą Świnoujście, a po kilku czy kilkunastu dniach go rozwiązałeś. 

Długa historia. 

Mamy czas, więc opowiadaj. 

Grałem w klubie, w którym organizacja była beznadziejna, więc chciałem z niego odejść. Mój były menedżer powiedział, że Flota szuka stopera. I że z pięćdziesięciu CV, które dostali, wybrali właśnie moje! Nawijał mi makaron na uszy, a ja uwierzyłem. Wsiadłem w samochód i pojechałem na Berlin, a stamtąd do Świnoujścia. 

Pierwsze wrażenie – skromny klub, ale w Czechach infrastruktura wygląda podobnie. Drugie – ja taki chudzina [Tomas pokazuje mały palec], a tam wszyscy napakowani jak kabanosy. Na stoperze grali Michał Stasiak i Łukasz Sołowiej, wielkie chłopy, więc pomyślałem, że będzie ciężko. Moje testy miały trwać tydzień, ale trzeciego dnia był sparing z Pogonią Szczecin. Menedżer powiedział mi, że super się składa, bo tam gra Robak, więc będę mógł się pokazać. Wypadłem nieźle, nie straciliśmy bramki i rzeczywiście – powiedzieli, że to im wystarczy i chcą podpisać kontrakt. Nie przemyślałem tego, a wiele rzeczy było niepokojących. Choćby to, że trenerem był Rumun, który mówił tylko w swoim języku. 

Słynny Laurentiu Tudor. 

Tak! Po podpisaniu kontraktu musiałem szybko pojechać do domu, a później do Niemiec, gdzie mieliśmy zagrać sparing z czwartoligową drużyną. Ledwie zdążyłem obrócić, ale gdy już się przebierałem, by wyjść na boisko, podszedł do mnie asystent i powiedział, że zdecydowali, iż dziś nie zagram. Najpierw pomyślałem, że to dobrze, bo kilku niezłych zawodników również zagrało mało lub wcale. A w pewnym momencie na boisku było chyba z sześciu Rumunów i odstawiali taki kabaret, że głowa mała. I też myślałem, że to dobrze, bo wypadli słabo, a to jednak moi potencjalni rywale. 

Nic nie podejrzewaliście? 

Na początku nic, choć robiło się coraz dziwniej. Po tym meczu mieliśmy spotkanie integracyjne. Dostaliśmy czwórkę od czwartej ligi, a tamci trenerzy i piłkarze byli tak szczęśliwi, jakbyśmy wygrali mecz ligowy. I to tak co najmniej 5-0! 

Później pojechaliśmy na obóz do Hiszpanii. Wrzucili mnie do pokoju z jednym z Rumunów. Od razu dwa szybkie pytania. 

– Lubisz palić? 

– Lubisz Jacka Danielsa? 

Dziwne i podejrzane, ale szybko zrozumiałem. Wyszedłem na chwilę z pokoju, wracam, a tam drzwi do łazienki otwarte, a on siedzi na toalecie i puszcza sobie dymka!

W sumie nic dziwnego, że chciałeś jak najszybciej uciec. 

Ale to nie tak. Jeśli gdzieś czytałeś, że to z tego powodu odszedłem, to jest to nieprawda. Było tak, że wychodziłem tam na treningi i byłem bardzo słaby. Co tam słaby… Ja byłem najsłabszy z całej kadry, nawet licząc tych Rumunów! Wszyscy patrzyli na mnie z niedowierzaniem i chyba zastanawiali się, czy w ogóle jestem piłkarzem. Zagrałem bodaj tylko w jednym sparingu i wypadłem fatalnie na tle trzeciej ligi hiszpańskiej, która grała z nami tiki-takę.

To był mój pierwszy wyjazd, pierwsze takie doświadczenie i się spaliłem – inaczej tego wyjaśnić nie potrafię.  

Zadzwoniłem do domu i powiedziałem, że gdy tylko wylądujemy w Berlinie, wracam do Czech. Menedżer napisał mi wtedy, że dostał wiadomość od dyrektora klubu, że jest problem, bo jestem najsłabszy i ci trenerzy z Rumunii mnie nie chcą. Problem? Ja się z tego ucieszyłem! Poprosiłem, żeby kontrakt wrzucili do kosza, a wcześniej – tak na wszelki wypadek – podarli. Nie był jeszcze nigdzie zgłoszony, więc nic się nie działo. 

Można powiedzieć, że nie ma tego złego…

Wróciłem do domu i zacząłem pracować dla Flashscore’a. Po południu trenowałem z drużyną z trzeciego poziomu, a od rana ładowałem tam wyniki i różne dane, żeby zarobić. No i pewnego dnia czytam: „afera korupcyjna w Polsce”! Okazało się, że chodziło właśnie o ten mecz, w którym mnie nie wystawili. Pewnie gdyby wiedzieli, żeby byłem taki słaby, to zagrałbym cały mecz, bo jeszcze bym im pomógł! 

Choć oczywiście nie ma się z czego śmiać, bo upadł klub i chłopaki zostali bez pracy. Pisałem z nimi i mówili, że było ciężko. Już gdy grałem w Rakowie, rozmawiałem z Michałem Stasiakiem, który wcześniej bardzo mi pomagał. Powiedział mi tak: „dziękuj Bogu, że nie zostałeś”. 

Ale z dzisiejszej perspektywy, widząc to, jak wyglądasz w Rakowie, aż trudno uwierzyć, że mogłeś być wtedy aż tak dramatyczny. 

Jest mi z tego powodu wstyd, ale tak było. Poczułem, że będę siedział na ławce tysiąc kilometrów od domu i ta wizja chyba mnie paraliżowała. To był trudny okres, w którym miałem straszne problemy z pewnością siebie. Gdy na treningu nie wychodziło mi pierwsze zagranie, miałem z głowy całe zajęcia. Myślałem tylko o tym, że wszyscy się na mnie gapią i krytykują. 

Jak sobie z tym poradziłeś? 

Z czasem, samemu. To były nawyki z mojego pierwszego klubu. Z czasów, w których ciągle słyszałem, że się nie nadaję. Nabierałem pewności krok po kroku, z każdym kolejnym meczem. Ona wynika z umiejętności, więc im lepiej wyglądałem na boisku, tym mocniej zmieniało się moje nastawienie. 

Zdałem sobie sprawę również z tego, że za bardzo przejmuję się tym, co myślą o mnie inni ludzie. Pracowałem nad tym, bo jeśli jesteś normalnym, uczciwym człowiekiem, to przez każde drzwi powinieneś przechodzić z wysoko podniesioną głową. Nie musisz się bać i niczym przejmować. Nie pomagał mi żaden trener mentalny, nie byli jeszcze tak modni. Musiałem dojść do tego sam. Dojrzeć. 

Na czym polega wyjątkowość Rakowa? Już w poprzednim sezonie było wiadomo, że to ciekawy projekt, ale odkąd wygraliście z Lechem, piłkarska Polska czeka na wasz awans. 

Moim zdaniem chodzi o trzy rzeczy: mądre zarządzanie, właściwy dobór wykonawców do poszczególnych zadań i trener, bo to zawsze jest klucz. 

Specyficzny gość, prawda? 

Ma charyzmę i jest naszym liderem. Wszystko ma poukładane, bo doskonale wie, co chce grać i wie, jak dojść do wyznaczonego celu. Przyszedłem do klubu w trakcie jego pierwszego okienka i niewielu zawodników, których wtedy spotkałem, dziś jest w drużynie. Zmian było mnóstwo, ale okazało się, że trener miał rację i były potrzebne. 

Mógłbyś go jakoś porównać do trenerów, z którymi pracowałeś wcześniej? 

Ciężko… Trener Papszun jest w klubie od rana do wieczora. Nie tylko on, cały sztab. Przyjeżdżają pierwsi, a wyjeżdżają ostatni. Wcześniej miałem takich trenerów, którzy przyjeżdżali pół godziny przed treningiem, a odjeżdżali niemal równo z ostatnim gwizdkiem. 

Trener Marek nauczył mnie jednego słowa. Cały czas je słyszałem, ale nie wiedziałem, co znaczy, więc w końcu zapytałem, co to jest „dziadostwo”. To coś, czego nienawidzi. 

To prawda, że zadaje wam prace domowe?

To nie są prace domowe! Trener chce poznać nasze spojrzenie na mecz. Musimy to przemyśleć i w domu napisać na kartkach nasze spostrzeżenia. Później o tym dyskutujemy. Ostatnie słowo zawsze należy do trenera, ale chce czuć, że wszyscy nadajemy na tych samych falach. 

SULEJOWEK 03.10.2018 MECZ I RUNDA PUCHAR POLSKI SEZON 2018/19 --- FIRST ROUND OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH: VICTORIA SULEJOWEK - RAKOW CZESTOCHOWA MACIEJ DOMANSKI MARCIN LISTKOWSKI TOMAS PETRASEK FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Musimy rozwikłać jeszcze jedną tajemnicę dotyczącą twojej osoby. Chodzi o kontuzję, przez którą straciłeś trochę czasu. I w pewnym momencie nikt nie wiedział, co ci dolega. 

Moje problemy zaczęły się zaraz po awansie do pierwszej ligi. Niby grałem przez całą rundę, ale opuszczałem przez to niektóre spotkania. Chodziło o ścięgno, w którym pojawiał się stan zapalny. W ostatnim meczu z Miedzią starłem się z Piaseckim i od razu wiedziałem, że to się skończy dłuższą przerwą, choć sześć minut później strzeliłem bramkę i dograłem ten mecz do końca. Po powrocie do Częstochowy zamiast stopy miałem wielką banię. Następnego dnia wylądowałem u profesora Ficka, który znał moją sytuację, ale jeszcze wtedy nie do końca wiedział, jak to wyleczyć. 

Rozpoczął się mój tour po szpitalach. Byłem w szoku, gdy zobaczyłem, jak funkcjonują niektóre z nich. A z moją nogą było coraz gorzej. Stawała się czerwona, później fioletowa i tak dalej – pojawiły się na niej chyba wszystkie kolory tęczy. W końcu zadzwoniłem do czeskiego kolegi, który ma odpowiednie kontakty. Infekcja postępowała, jej skutki było widać coraz wyżej. Gdy na miejscu pokazałem nogę, usłyszałem, że jest za pięć dwunasta. Że musimy jak najszybciej zorganizować operację, bo może być dramatycznie. 

Co ci groziło?

Amputacja.

Naprawdę?!

Głośno jest teraz o dramatycznym przypadku Santiego Cazorli – miałem ten sam problem z infekcją. Różnica jest taka, że on przez te bakterie w swoim ścięgnie musiał przejść jedenaście operacji, w tym przeszczep skóry z ręki, a mi udało się pomóc trochę szybciej. Ale i tak był dramat. Nikt nie wiedział, skąd się to wzięło. Musiałem tę bakterię gdzieś w sobie mieć, ale mogła się przypałętać w każdej chwili.  

Gdy twojego nazwiska zabrakło w kadrze Rakowa na obóz, kibice myśleli, że jako najlepszy obrońca pierwszej ligi odchodzisz do ekstraklasy. A ty w tym czasie przeżywałeś dramat, o którym nikomu nie mówiliście. 

Taką podjęliśmy decyzję. Dziś mówię o tym publicznie po raz pierwszy. Przed świętami, pomiędzy jedną a drugą operacją, leżałem w szpitalu. Byłem skołowany. Z jednej strony czytałem te wszystkie rankingi i najlepsze jedenastki, w których znajdowało się moje nazwisko i to był moment, na który czekałem całą karierę. Z drugiej – nie miałem pewności, czy zaraz tego wszystkiego nie stracę. A później usłyszałem, że będę musiał leczyć się długimi miesiącami. I że w żaden sposób nie można tego przyśpieszyć…

Ale przynajmniej wiedziałeś, że wrócisz do zdrowia i w dalszej kolejności do futbolu. 

Nie do końca. Pamiętam, jak później wylądowałem w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Pracownicy w mojej obecności rozmawiali między sobą dość swobodnie, bo myśleli, że skoro jestem obcokrajowcem, to i tak ich nie rozumiem. Niby po cichu, ale „oby chłopak sobie jeszcze pograł” słyszałem doskonale. Nie chciałem tam dłużej zostać. 

Miałem wtedy różne okresy. Czasem sam na siebie narzucałem niezdrową presję. Gdy słyszałem, że będę musiał pauzować pół roku, nie chciałem tego przyjąć do wiadomości. Miałem świadomość, że osiągnąłem topową formę, a drużyna jest trzecia w tabeli, więc chciałem robić awans. W końcu zaczęło to wyglądać lepiej. Ścięgno było czyste, wystarczyło tylko to zaszyć. Dzień przed ostatnim zabiegiem złapałem katar. I moja sytuacja znów się pogorszyła. 

Masakra! 

Był taki czas, że przez dwa miesiące z rzędu brałem antybiotyk. Nikt nie mógł sobie ze mną poradzić. Dopiero później profesor Ficek przygotował specjalny plan, który miał sprawić, że wrócę do zdrowia i grania. Zakładał, że przez trzy miesiące będę musiał leżeć w szpitalu w Jastrzębiu. Tam jego człowiek będzie mnie pilnował i codziennie przekazywał mu informacje na mój temat. Sprawdziło się wszystko, co założył. Punkt po punkcie. 

Chciałbym bardzo podziękować mu za to, że jako jedyny potrafił mi pomóc. Powiedział, że nie może być tak, iż Tomas Petrasek jest w szpitalu, a nie na boisku i trzeba coś z tym zrobić. Dotrzymał słowa. 

Ale niełatwo było ci wrócić. Gdy się leczyłeś, okazało się, że w Rakowie jest życie bez Petraska. Defensywa, której wcześniej byłeś liderem, wyglądała lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.  

Wróciłem po długiej przerwie i od razu chciałem wszystkim pokazać, że jestem gotowy. Że taki ze mnie kozak, iż nawet po pół roku bez gry – ba, bez bez żadnej aktywności! – jestem w stanie wrócić i wyglądać tak, jak gdyby nic się ze mną nie działo. Zamiast mądrze podejść do sprawy, na drugim treningu robiłem wślizgi… Trenerzy starali się mnie hamować, ale ja ich oczywiście nie słuchałem. Z czasem pojawiły się inne problemy ze zdrowiem, bo tak to się kończy, gdy chcesz wszystko zrobić od razu. 

Wydaje mi się, że trener chciał na mnie postawić od pierwszego meczu, bo byłem przewidziany do gry w ostatnim sparingu, ale nie dałem rady w nim wystąpić przez kontuzję. Straciłem kolejny tydzień, a chłopaki zaczęli grać i wyglądali rewelacyjnie. Szybko przyszła seria pięciu meczów bez straconej bramki. Który trener coś by zmieniał? Żaden. Tym bardziej, że na treningach nie wyglądałem dobrze. 

Aż przyszedł mecz z Lechem. 

Rewelacja pod każdym względem. Nic lepszego w Częstochowie na razie nie przeżyłem! Jeden z kolegów ma znajomego w Lechu i rozmawiał z nim przed meczem. Usłyszał coś takiego: „nie idzie nam w lidze, to przyjechaliśmy do was, żeby się trochę podbudować”. No to powodzenia! W tym meczu nie mieliśmy żadnego momentu zwątpienia. Nawet ja, choć nie byłem wcześniej pierwszym wyborem i zagrałem nie na swojej nominalnej pozycji, czułem się bardzo pewnie. 

Tak pewnie, że podobno chciałeś od razu wylosować Legię.

Pamiętam euforię, gdy tak wylosowaliśmy. Siedzieliśmy w szatni i oglądaliśmy to na ekranie, ale nagle coś się popsuło. Ktoś szybko odpalił radio i skupiliśmy się wokół niego jak w starych czasach. Usłyszeliśmy „Legia” i od razu pojawiał się taki aplauz, że ludzie w budynku nie wiedzieli, co się dzieje. Wyszliśmy bardzo zadowoleni na trening, aż w końcu ktoś powiedział, że powtórzono losowanie i mamy Wigry Suwałki. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. 

Masz poczucie, że gdybyście wtedy trafili na Legię, to mogłoby się to skończyć tak samo jak z Lechem? Wy byliście w gazie, a oni niekoniecznie. 

Ale takie poczucie będę miał też wtedy, gdy wyjdziemy na nich wiosną! To będzie dla nas pierwszy mecz, więc dobrze się do niego przygotujemy. Mam nadzieję, że wycieczka do Częstochowy im się nie spodoba. 

Potrafisz sobie wyobrazić, że Raków nie awansuje do ekstraklasy? 

Nie potrafię. Żylibyśmy dalej, chleb smakowałby tak samo i byłby tak samo drogi, ale w ogóle nie biorę takiego scenariusza pod uwagę. 

W Czechach mówi się coś o Tomku Petrasku? 

Ofert z tamtejszych klubów nie miałem. Może gdybym dalej nie grał, teraz pojawiłaby się jakaś opcja na wypożyczenie. Ale ostatnio powstał tam o mnie duży artykuł. Dziennikarz z Czech sam zadzwonił, a uwierz, że nie jest to u nas na porządku dziennym. Fajnie pogadaliśmy – tak jak my dzisiaj, choć trochę krócej. Po opublikowaniu tekstu wiele osób mówiło, że to super historia o tym, że nawet gdy nie jest kolorowo, to da się z tego wyjść. Bardzo mnie to cieszy. Działać na kogoś motywująco to piękna sprawa. 

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. FotoPyK/newspix.pl

ROKI KONIEC

KOMENTARZE (6)