„Niesamowicie trudno będzie zapełnić pustkę”. Sigi Schmid – ojciec soccera
Weszło

„Niesamowicie trudno będzie zapełnić pustkę”. Sigi Schmid – ojciec soccera

Dwieście czterdzieści wygranych meczów w sezonie regularnym – najwięcej w historii MLS. Pięć triumfów w U.S. Open Cup. Dwukrotnie wybierany najlepszym trenerem w Ameryce. Miejsce w National Soccer Hall of Fame. Legenda uniwersyteckiej piłki. Gdyby nie Sigi Schmid, MLS z pewnością nie byłaby w tym samym miejscu.

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia liga amerykańska straciła jednego z najwybitniejszych trenerów w historii. Zmarł w wieku 65 lat. Odszedł w Centrum Medycznym im. Ronalda Reagana na terenie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Pożegnał się ze światem tam, skąd wyruszył na podbój amerykańskich boisk.

Nazistowski chwast

Sigi, a właściwe Siegfried, urodził się kilka tysięcy kilometrów od „Miasta Aniołów”, w Tybindze – miejscowości położonej w Niemczech Zachodnich. Jego ojciec Fritz został jeńcem podczas II Wojny Światowej. – Przenieśliśmy się do Torrance, gdy miałem dziewięć lat, ale faktycznie przyjechaliśmy do Ameryki, gdy miałem cztery. Dorastałem w Kalifornii, do Niemiec wracałem na dwa-trzy miesięcy w lecie – tłumaczył Sigi w „Prost Amerika”.

W domu Schmidów mówiło się w języku Jana Wolfganga Goethego. – Czułem się jak niemieckie dziecko dorastające w Stanach. Angielski poznałem tak naprawdę dopiero w pierwszej klasie. Wcześniej znałem tylko słowa z ulicy, na przykład Manchester czytałem z niemiecka „Mahn-chester”.

Piłkarskie tradycje w rodzinie Schmidów sięgają przynajmniej jedno pokolenie wstecz. Ojciec Sigiego regularnie grywał w piłkę w Los Angeles Kickers. Był to klub założony w 1951 roku przez niemieckich imigrantów Alberta Eberta i Fritza Ermerta. – Graliśmy zazwyczaj na Daniels Field w San Pedro. Do drużyny należeli Niemcy, Polacy, Skandynawowie i Żydzi. Większość z nich była podstarzała, ale w swoich ojczyznach byli profesjonalistami lub półprofesjonalistami. To był dobry zespół – wspominał Fritz Schmid na ESPN. Największym osiągnięciem Kickers było zwycięstwo w National Challenge Cup (dzisiejszy U.S. Open Cup) w 1958 roku. Ten sukces potworzyli w 1963 już jako Los Angeles Kickers-Victoria.

Mimo że Fritz Schmid sam był sportowcem, sprzeciwiał się grze syna. Sigi nie dotarł na jeden z meczów, ponieważ ojciec zabronił mu wyjść z domu. Gdy zapytał, dlaczego nie może wyjść, usłyszał tylko zdawkowe: „bo musisz zrozumieć, co znaczy nie”. Mimo to pierwsze spotkanie Sigiego z soccerem nastąpiło dzięki ojcu. – Tato grał w piłkę, a mama gotowała dla klubu. Zaprowadzili mnie na stary Jackie Robinson Stadium, gdzie rozgrywali swoje mecze – powiedział.

Piłka dla młodego Siegfrieda znaczyła naprawdę wiele. Praktycznie nie znał angielskiego. Miał trudność z wysławianiem się, a podczas występów publicznych zaczynał się jąkać. Pierwsze kontakty nawiązywał na boisku, ale i tam nie zawsze było różowo. – Jako dziecko byłem regularnie nazywany chwastem i nazistą. W latach 80. XX wieku, gdy prowadziłem zespół UCLA, graliśmy ze szkołą Cal State. Grupa 15-20 kibiców śpiewała „Nazi, Nazi go to home”. 

Trener stulecia

Rodzice zniechęcali młodego Schmida do kopania piłki, więc ten postanowił zostać pisarzem, ale to tym bardziej nie spodobało się ojcu. Nalegał, by syn uczył się czegoś bardziej użytecznego, dlatego Sigi zapisał się na ekonomię. Na Uniwersytecie Kalifornijskim obronił licencjat, a potem uzyskał stopień magistra w zarządzaniu biznesem. Pracował łącznie dziesięć miesięcy jako certyfikowany urzędnik publiczny.

Ale zamiast robić karierę w księgowości, mimo wszystko postawił na piłkę. W latach 1972-75 grał w drużynie uniwersyteckiej UCLA. Występował na pozycji pomocnika i doprowadził drużynę do dwóch finałów NCAA. W jednym sezonie został nawet wybrany do najlepszej jedenastki zachodu, ale nie czuł, że może dużo osiągnąć jako piłkarz. Oddał się więc pracy trenerskiej. Zaraz po uzyskaniu magistra został asystentem Steve Gaya, a gdy ten zrezygnował, samodzielnie prowadził UCLA Bruins w 418 spotkaniach, z czego aż z 322 wychodził zwycięsko.

Sigi był pierwszym trenerem Bruins przez 19 lat, a spod jego ręki wyszli m.in.:

Brad Friedel:

– 91 występów w reprezentacji,

– brąz zdobyty podczas Pucharu Konfederacji w 1999,

– Sportowiec Roku 2002 w USA,

– członek Drużyny Roku Premier League (2002-03).

Carlos Bocanegra:

–  110 meczów w reprezentacji, 15 goli,

– pierwszy MLS Defender of the Year,

– zdobywca Złotego Pucharu CONCACAF 2002, 2007.

Joe-Max Moore:

–  100 występów w kadrze i 24 gole,

– National Hall of Fame.

Ante Razov:

– 26 meczów w reprezentacji, 6 goli,

– Król strzelców SuperLigi 2008,

–  Zdobywca Złotego Pucharu CONCACAF 2002.

Frankie Hejduk:

–  85 spotkań i 7 goli w kadrze,

– w latach 1998-02 trzy razy stawał na najniższym stopniu podium Bundesligi,

–  mistrz MLS 2011,

–  zdobywca Pucharu UEFA w sezonie 2001/02.

Nieźle jak na jednego trenera. A to nie wszyscy. Sigi prowadził jeszcze legendarnego Cobiego Jonesa – 164 występy w kadrze i ponad 300 meczów w Los Angeles Galaxy – czy innego wybitnego reprezentanta, Paula Caligiuriego. Ale Schmid nigdy nie był zwykłym trenerem. Jego rekord – 322-63-33 – to jeden z najlepszych wyników w piłce uniwersyteckiej. W 2015 Sigi otrzymał tytuł Trenera Stulecia UCLA. Piłkarzem Stulecia został oczywiście jego były podopieczny Brad Friedel.

Trener roku MLS

Mimo sukcesów w pracy na szczeblach NCAA Sigi nie przeszedł płynnie do pracy z seniorami. W 1999, po 19 latach, opuścił UCLA Bruins i został trenerem reprezentacji Stanów Zjednoczonych do lat 20, ale z piłką na poziomie międzynarodowym romansował już od dłuższego czasu.

W 1991 wrócił do Niemiec jako opiekun drużyny, która walczyła na Uniwersyteckich Mistrzostwach Świata. Trzy lata potem został asystentem Bory Milutinovicia podczas mundialu w Stanach. W meczu ze Szwajcarią, który inaugurował mistrzostwa, wybiegło dwóch wychowanków Schmida – Jones i Caligiuri.

Pierwszą bramkę strzelił Eric Wynalda. – Sigi przyszedł do mnie po jednym z meczów ligowych i powiedział: „do zobaczenia w drużynie narodowej”. Ale ja nigdy nie byłem członkiem reprezentacji! Nagle dostałem powołanie i byłem w zespole! To było jego działanie. Wiele mu zawdzięczam – opowiadał Wylanda w ESPN. Napastnik, który rozwiązał worek z bramkami na MŚ i przy okazji strzelec pierwszego gola w historii MLS, zadebiutował w kadrze z polecenia Schmida w 1990 roku jako piłkarz San Francisco Bay Black Hawks. Miał wówczas 21 lat. Na mundial pojechał już z dużym doświadczeniem zdobytym właśnie dzięki grze w kadrze i Europie.

Po roku pracy z kadrą U20 Sigi dostał ofertę z LA Galaxy. Zastąpił na stanowisku Ocatvio Zambrano. W momencie, gdy Schmid wkraczał do zespołu, ten zajmował piąte miejsce w Konferencji Zachodniej, a na koncie miał zaledwie trzy bramki. Galaxy zakończyło sezon z siedemnastoma wygranymi, co było drugim najlepszym wynikiem w lidze. Schmid w swoim pierwszym sezonie w profesjonalnej piłce dostał tytuł trenera roku MLS. Do tego Galaktyczni pokonali w finale Ligi Mistrzów CONCACAF honduraską Olimpię.

W kolejnym roku przebudował zespół. Ściągnął m.in. Cobiego Jonesa, którego znał ze współpracy w UCLA Bruins. Pochodzący z Detroit pomocnik zagrał w barwach Galaxy aż 305 razy. Legenda klubu i zarazem największa gwiazda amerykańskiego soccera, Landon Donovan, zakładała tę samą koszulkę „tylko” 247 razy. Kolejne lata przynosiły Sigiemu kolejne tytuły: Supporters’ Shield (mistrzostwo sezonu regularnego), U.S. Open Cup czy MLS Cup. Został wybrany trenerem MLS All Stars. – Schmid miał charakter. Grając dla niego, musiałeś być 100 procentowym profesjonalistą. Na każdym polu – przyznał Alexi Lalas, obrońca Galaxy w latach 2001-04.

Sukcesy w zastępstwie Polaka

Schmid opuścił „Miasto Aniołów” po serii niepowodzeń. Szalę goryczy przelała porażka 0:5 z San Jose Earthquakes. Wrócił na stare śmieci – do kadry U20, z którą pojechał na młodzieżowe Mistrzostwa Świata w Holandii. Reprezentacja Stanów Zjednoczonych zmierzyła się w grupie z „drugą ojczyzną” Sigiego – Niemcami.

– Wspaniałe uczucie, choć kilku moich krewnych stwierdziło, że jestem po złej stronie. Fajnie było zmierzyć się z Michaelem Skibbe. Niemcy dokonali kilku taktycznych korekt, ale i mój zespół zaskakiwał. Nie zapomnę ani tego dreszczyku emocji, ani meczów z Argentyną – wspominał Schmid. Po roku pracy z młodzieżówką Trener Stulecia wrócił do pracy w klubie. Związał się z niedawno odratowanym Columbus Crew. Zastąpił na stanowisku Roberta Warzychę, który nie wykręcał dobrych liczby.

Schmid i „The Crews” to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. W sierpniu 2006 po serii trzynastu meczów bez zwycięstwa Sigi rozważał rezygnację. Zespół borykał się z kontuzjami i nieskutecznością. Columbus zdobyli zaledwie 30 goli, co było najgorszym wynikiem w lidze. Został. Podobnie jak podczas pracy w Galaxy na początku kolejnego sezonu przebudował zespół. Odstawił od składu Jona Buscha, doświadczonego bramkarza, który był w zespole od pięciu lat. Golkiper nie był tym zachwycony i publicznie krytykował trenera. W maju 2018 Busch podpisał jednodniowy kontrakt z Crews, aby móc zakończyć karierę jako piłkarz „Czarno-złotych”.

Czy Schmid popełnił błąd, odstawiając ulubieńca kibiców? Wynik sportowy mówi, że nie. W 2007 Columbus odbiło się od dna i ostatecznie zajęło 9. miejsce w MLS. Nową gwiazdą został Argentyńczyk Guillermo Barros Schelotto.

To ten sam człowiek, który doprowadził Boca do tegorocznego finału Copa Libertadores. Schmid dostosował taktykę pod swoją gwiazdę. Przesunął go do środka pola. Schelotto odwdzięczał się bramkami i asystami. Argentyńczyk doprowadził kolegów do zwycięstwa w MLS Cup. Piłkarzom Crews przyszło zdobywać puchar ligi w domu Schmida, na mieszczącym się w Los Angeles stadionie Home Depot Center. Rok potem „Czarno-złoci” wygrali MLS. W 2008 Schmid po raz drugi otrzymał tytuł trenera roku i… odrzucił propozycję nowego kontraktu. Związał się ze wkraczającym do ligi Seattle Sounders.

Intelektualny wyścig

Przejście do ekipy „Rave Green” nie obyło się bez kontrowersji. Zdaniem poprzednich pracodawców Sigiego, ten negocjował umowę z Seattle, gdy był jeszcze związany z Crews. Głównym zarzutem było to, że Schmid miał zdradzić władzom Sonuders szczegóły swojego kontraktu z Columbus. MLS orzekło, że nie doszło do takiego złamania przepisów, ale klub ze stanu Waszyngton musiał zapłacić za transfer Schmida.

Nad Zatoką Puget mieli ambitne plany. Oprócz człowieka, którego dyrektor generalny Columbus Crew Mark McCullers nazwał „najlepszym trenerem w Ameryce”, ściągnięto m.in. Freddy’ego Montero. Dzisiaj Kolumbijczyk jest gwiazdą Sportingu. Na stadion zwany jeszcze wtedy Qwest Field trafił również Sebastien Le Toux, Francuz obeznany w amerykańskich realiach. Hitem było zakontraktowanie 38-letniego Kaseya Kellera. Bramkarz z doświadczeniem w Tottenhamie, Fulham i Southampton był magnesem przyciągającym kibiców. Na pierwszy mecz przeciwko New York Red Bulls sprzedano 32 523 biletów. Truskawką na torcie był Freddie Ljungberg.

Na dzień dobry Sounders wygrało Puchar USA, odprawiając z kwitkiem DC United. 25 października 2009 roku zespół prowadzony przez Schmida pokonał 2-1 FC Dallas. Było to 125 zwycięstwo Sigiego w sezonie regularnym. Tym samym w tabeli wszech czasów przeskoczył Boba Bradley.

Łącznie Schmid skompletował aż 240 zwycięstw. Najwięcej w historii MLS.

Sigi prowadził Sounders przez siedem lat. Przez ten czas klubowa gablota została wzbogacona czterema Pucharami USA, Pucharem Ligi i Supporters’ Shield. Na boisku zespół prowadził przede wszystkim szalony duet Clint Dempsey-Obafemi Martins. Piłkarze bawili się grą, ośmieszając rywali. Przykład? Bramka tego drugiego. Niemal z zerowego konta. Lobem. Na dalszy słupek.

Mimo to na wizerunku Schmida pojawiały się drobne rysy, które doprowadziły do pęknięcia. W 2013 Sounders odpadli z Open Cup po porażce z niżej notowaną Tampa Bay Rowdies. John Roth, wówczas współwłaściciel klubu przyznał, że już wtedy był bliski zwolnienia Schmida. Część sezonu 15/16 Sigi spędził w Rzymie, podpatrując metody szkoleniowe Rudiego Garcii. – Każdego dnia trzeba mieć żądzę wiedzy – mówił. „On taki był. Kochał intelektualny wyścig” – pisał Matt Penz z „The Athletic”.

Niestety to nie było dobry moment na zagraniczny staż. Sounders grali słabo. W połowie 2016 zespół Schmida miał tylko sześć zwycięstw i dwa razy więcej porażek. Sigi odszedł po kompromitującej porażce ze Sportingiem Kansas City. Wówczas „Rave Green” oddali tylko jeden strzał. Jednak nie można powiedzieć, że odszedł jako przegrany. Mimo że ostatni akord był zagrany fałszem, to pozostałe takty składały się z czystych brzmień. Schmid pożegnał się z Seattle, zdobywając Puchar MLS. Wygrana 5:4 po rzutach karnych z Toronto FC smakowała znakomicie.

Złota trójca

W 2017 Sigi wrócił na ławkę trenerską LA Galaxy, ale zaraz musiał z niej zejść. Zdrowie odmawiało mu posłuszeństwa. Wcześniej w trakcie prowadzenia Seattle Sounders trafił do szpitala z powodu zapalenia płuc. Teraz okazało się, że ma problem z sercem. Czekał na przeszczep. Nie doczekał się.

– Mam wrażenie, że w ostatnim czasie Sigi Schmid był mocno niedoceniany – mówi Katarzyna Przepiórka z portalu „Amerykańska Piłka”. Na Schmida można patrzeć przez pryzmat sukcesów (można nimi obdarować trzech trenerów i każdy powinien być zadowolony), przez pryzmat wychowanych piłkarzy (tabuny) czy przez pryzmat zwycięskich meczów (najwięcej w historii MLS). I jakkolwiek patrzeć w swoim fachów był świetny. 

Wszystko zaczęło i się skończyło na terenie Uniwersytetu Kalifornijskiego. Jako młody trener rywalizował z równie młodym Bruce’em Areną. To były lata 80. XX wieku Schmid reprezentant UCLA, Arena – szkoleniowiec Virginia Cavaliers z Uniwersytetu Virginia w Charlottesville. Do tego wszystkiego dochodził nieopierzony Bob Bradley, który prowadził Tygrysy z Uniwersytetu Princeton. Ich wzajemna rywalizacja na pierwszych szczeblach kariery nie była destrukcyjną walką na wyniszczenie. Przeciwnie, dzięki niej każdy rozwinął się, rozwijając przy tym soccer. Sigi Schmid, Bruce Arena, Bob Bradley – tak wygląda Złota Trójca amerykańskiej myśli szkoleniowej.

– Sigi był świetnym trenerem, ale jeszcze lepszym człowiekiem. Wychował wielu piłkarzy, którzy dużo mu zawdzięczają. Bez wątpienia jest legendą MLS, bez niego dzisiaj ta liga z pewnością nie byłaby w tym miejscu, w którym jest. Niesamowicie trudno będzie zapełnić pustkę, którą po sobie zostawił – dodaje Przepiórka.

KRYSTIAN JUŹWIAK