SOS – Stokowiec od stylu
Weszło

SOS – Stokowiec od stylu

Metamorfoza, jaką przeszła Lechia, jest niebywała i idealnie wpisuje się w obraz Ekstraklasy. W sezonie 17/18 oglądaliśmy zespół beznadziejny, wolny, nudny, skompromitowany, prowadzony przez walijskiego szamana. A już w rozgrywkach kolejnych widzimy drużynę niezwykle solidną, pewną w tyłach, z pomysłem z przodu, pod batutą utalentowanego szkoleniowca. I chyba tutaj jest klucz do tego wszystkiego, bo przecież Lechia nie przeprowadziła gruntownej rewolucji kadrowej. Jeśli za kierownicą siedzi osoba kompetentna, nie musisz ładować się co pięć minut w drzewo. Możesz wjechać na półmetek jako lider.

MOCNY PUNKT

Na skrzydle szaleje Haraslin, gole strzela Flavio, ogarnęli się Augustyn z Łukasikiem, świetny jest Kuciak, ale najmocniejszy punkt Lechii to Piotr Stokowiec. Zgrabność, z jaką ogarnął ten gdański bajzel, powoduje po prostu uśmiech na twarzy. To kolejny dowód, że polski trener też potrafi i nie trzeba posiłkować się kimś spoza kraju, tylko ze względu na inny paszport i fakt, że mówi „oui”, „da”, „si” zamiast tak. Rok temu o tej porze gdańszczanie mieli 23 oczka, 28 bramek strzelonych i 31 straconych. Teraz mają 42 punkty, bilans 34-17. To wynik wręcz znakomity. A jeśli cofnąć się jeszcze na chwilę do przeszłości, warto wspomnieć, że poprzedni sezon Lechia skończyła z 39 punktami. Czyli już jest lepsza, kiedy grania jeszcze od cholery i ciut, ciut.

Skoro do składu doszli tylko Kubicki i rotowani Alomerović, Michalak oraz Sobiech. Skoro w drużynie pojawili się młodzi jak Makowski, Sopoćko, Fila. To nie ma wątpliwości: architektem tego wszystkiego jest Stokowiec. Z kimś innym i mniej sprawnym Lechia nie grałaby aż tak dobrze.

PIĄTA KOLUMNA

Darujemy sobie przy liderze nazwiska w takim punkcie, powiemy o czymś innym. Lechia czasem za dużo zawierza szczęściu, nie jest jeszcze drużyną wyrachowaną, która niczym wytrawny tenisista posyła piłki w rogi kortu i patrzy, szczerząc się, jak rywal ginie. Nie, przykłady sprzyjającego losu było w tej rundzie naprawdę sporo.

Zaczęło się od Jagiellonii, która waliła w stronę bramki Kuciaka raz po raz, ale nic nie chciało wpaść.

Później był Śląsk, skrzywdzony błędnymi decyzjami arbitrów.

Mecz z Pogonią rozstrzygał się w ostatnich chwilach, paręnaście sekund przed końcowym gwizdkiem Portowcy mogli w jednej akcji załadować trzy bramki.

Cracovia u siebie? To Pasy były lepsze, ale cuda wyprawiał Kuciak.

Rewanż z Jagiellonią? Przypadkowy karny, nieco przypadkowy gol (chodzi o samo wykończenie) i poszło.

Rewanż ze Śląskiem? Festiwal poprzeczek wrocławian.

Jasne: szczęście sprzyja lepszym, ale jego udział w zwycięstwie trzeba minimalizować. Za dużo w tej rundzie zależało w Gdańsku od farta i jak maksymalnie doceniamy wyczyny Lechii, tak trzeba nad tym popracować.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Zasieki defensywne, które okazały się często nie do przejścia dla rywali – Lechia w jedenastu spotkaniach nie przyjęła żadnej bramki. Znakomity był Kuciak, który wyczyniał cuda w bramce od samego początku i dzięki niemu Lechia ma co najmniej kilka oczek więcej. Ogarnęli się Augustyn z Nalepą. W sezonie 17/18 działali jak stacja do ładowania komórek, tak byli elektryczni, teraz też miewają bzdury w głowie (Augustyn i ręka z Arką), ale jest z nimi znacznie lepiej. Na bokach obrony w ciemię bici nie są Mladenović, Fila i Nunes, a każdy miał coś do udowodnienia. Pierwszy, że jego CV to nie przypadek, drugi, że młodzież potrafi, trzeci, że nie jest zapchajdziurą. Odnalazł formę Łukasik, wczoraj w Gdańsku niechciany, dziś zewsząd chwalony. Strzałem blisko dyszki był transfer Kubickiego, człowieka od czarnej roboty.

Jednym zdaniem: ci ludzie funkcjonują, a nikt by nie powiedział, patrząc na same nazwiska, że tak rzeczywiście może być.

NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Więcej oczekiwaliśmy po Sobiechu, który nawet mając w papierach przerwę od grania, powinien w takiej ogórkowej lidze dać więcej niż cztery gole (w tym trzy w jednym meczu). Formy po kontuzji szuka Wolski, zagrał co prawda dobrze z Górnikiem w ostatniej kolejce, ale z Górnikiem zagrałby dobrze i Michał Milowicz.

Dziś widzimy więc w obu panach rozczarowanie, ale wiosną obaj mogą okazać się dużymi wzmocnieniami.

NAJWIĘKSZY ABSURD

Oczywiście, że Sławomir Peszko, bo kto inny, jak nie książę Dzbanistanu. Skandaliczne zachowanie w meczu z Jagiellonią. Potem kłótnia na treningu z asystentem Stokowca i wylot z pierwszej drużyny. Dziś ogłoszenie końca reprezentacyjnej kariery (znowu), zupełnie jakby ktoś go tam jeszcze chciał.

Teraz w Gdańsku czekają, aż znajdzie się ktoś niezorientowany w naturze piłkarza i go weźmie byle dalej.

MOMENT RUNDY

Augustyn może grać dobrze, ale czasem musi zrobić coś po swojemu. Więc zrobił w derbach z Arką. Najpierw pokazał takie cudo:

Potem psioczył na sędziego, że jak to karny, skoro Arka nic na tej interwencji nie zyskała. Pozostaje się uśmiechnąć.

OPINIA EKSPERTA

Wchodzi Tomasz Makowski do ligi.

– DZIEŃ DOBRY

– DZIEŃ DOBRY, PO GDAŃSKIEMU NIE ROZUMIESZ?

– DAJ MI TE PIŁKĘ, CO MASZ PRZY NODZE

– NO DAJ

– PROSZĘ PAŃSTWA TO JEST RYWAL

– HEHE, PATRZCIE JAKI SŁABY

– DOBRA, BIEGNIEMY DALEJ

A Milos Krasić?

-chlip, chlip, mam tak ciężko

-cholerny Stokowiec

-nie szanuje mojej kariery

-ehhh, tak bym sobie chciał poleżeć

-a nie mogę

-dajcie wzruszającą muzykę

-trzymaj się Peszko

-będę do ciebie pisać

-kocham cię ehhh

SZALENI ISTOTNY FAKT

Poza Fornalikiem, sędziami, dzwonami w kościele, bannerami reklamowymi, czerwonym światłem, (…) sernikiem z rodzynkami, do grona osób i rzeczy, których nie lubi Sa Pinto, dopisać trzeba Filipa Mladenovicia i jego brata. Pierwszemu było nie po drodze ze szkoleniowcem w Standardzie Liege i w Belgradzie, z drugim Rysiek wdał się w pyskówkę przy okazji spotkania w Gdańsku.

RUNDA OKIEM WESZŁO

SONDA

Co będzie?

Mistrz
Puchary
Nic nie będzie

WERDYKT

Ileż można wspominać mecz z Juventusem? Piękna była to historia, może nie pod względem wyniku, ale pod względem otoczki już tak, natomiast wystarczy tego życia przeszłością. Rywal zza miedzy może dostaje baty co derby, ale on przynajmniej wziął dla siebie trofea, wszedł do europejskiego przedpokoju i nie musi myśleć „noo, Beroe Stara Zagora, to były chwile”. Jeśli Lechia nie zdobędzie mistrzostwa, dramatu w Gdańsku nie będzie, raczej każdy sobie zdaje sprawę, że to jednak Legia ma wciąż największy potencjał. Ale brak pucharów? Tu byłby płacz i zgrzytanie zębów, gdyby znów biało-zielonym uciekła Europa na ostatniej prostej. Jeśli nie teraz, to my już nie wiemy kiedy.

KOMENTARZE (4)