Klepanie po plecach ma motywować, a nie ciągnąć w dół
Weszło Extra

Klepanie po plecach ma motywować, a nie ciągnąć w dół

Moment dojrzewania wyrabia charakter, podejście do życia, sposób zachowania. Dla Enkeleida Dobiego przypadł na czas albańskiej dyktatury, gdzie – jak sam mówi – nie istniała ani wolność słowa, ani prywatność.

Marzenia o wyjeździe wydawały się mrzonką, a głośne mówienie o swoich celach spowodowało utratę pracy przez ojca.

O mamie, która prała ciuchy i płakała z bólu. O przeprosinach ojca, które były momentem przełomowym. O tym, że jeżeli przeżyje się reżim, to przeżyje się wszystko. O porzuceniu możliwości ucieczki z Albanii na statku.

O tęsknocie za bliskimi, której pokłosiem ucieczki z Parmy, Fenerbahce i Dinama Zagrzeb. O byciu lepszym technicznie od Filippo Inzaghiego, ale i o uważaniu się za pana piłkarza, przez co karierę zrobił Włoch. O sztucznych ograniczeniach – tak Polaków, jak i Albańczyków – nakładanych przez rodziców. O szukaniu alibi, zamiast podjęcia walki.

O prawdzie, której nie lubimy, która boli, a która jest cenna. O przechodzeniu obok meczu we Francji, którego następstwem okazał się dobijający śmiech.

O tym wszystkim mówi Enkeleid Dobi, trener Górnika Polkowice, a w przeszłości piłkarz Zagłębia Lubin, Górnika Zabrze, albańskich, chorwackich i francuskich klubów.

*

Jako 12-latek byłem uważany za cudowne albańskie dziecko. Nie kryłem się z marzeniami o grze w Barcelonie. Czyli marzyłem o wyjeździe. Wyjeździe z Albanii w czasach reżimu. A wówczas różnie bywało. Jako dziecko pewnych rzeczy nie rozumiesz, ale jak dorastasz, to zdajesz sobie sprawę, że jestem pod dyktaturą, co powoduje pewne problemy. Nawet nie tyle dla mnie, co dla rodziców. Państwo czepiało się ich, myśląc, że to oni chcą, bym wyjechał.

A to było po prostu moje marzenie.

Ojciec stracił pracę, był śledzony, ale miał mocny charakter, nie załamał się. Tak samo mama, która wie, co to znaczy cierpieć, bo wychowywała się w domu dziecka. Dostawałem mnóstwo wsparcia, mimo wszystko miałem szczęśliwe dzieciństwo, choć łatwo nie było.

Do 1985-1986 mieliśmy wszystko, naprawdę. Później zaczęły się problemy.

Moment pana dorastania.

W sklepach brakowało towarów, każda rodzina miała wydzielone, co dostanie. Kilogram mięsa, kilogram kawy, dwa litry mleka.

Jak w Polsce.

Jako dziecko nie mogłeś mieć tego, co chciałeś. Wszystko było ustalone z góry. Dostawałeś chleb, ale nie miałeś masła. Musiałeś używać cukru i wody. Zdarzało się i tak.

Możliwe, że to mi pomogło.

W jaki sposób?

Doświadczenia wpłynęły na mój charakter.

Usłyszałem, że jest pan skromny i spokojny. Tego nauczyło pana życie w Albanii?

Wiem, że dziś tak naprawdę mamy wszystko. Albo możemy mieć wszystko, wystarczy tylko popracować. Niektórzy mówią, że mają źle, a nie wiedzą, jak wygląda życie pod dyktaturą.

Niektórzy zamartwiają się błahostkami.

Owszem. Zupełne odwrócenie proporcji, gdyż żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy mamy na wyciągnięcie ręki. Nikt nie wymaga, byśmy cierpieli, nikt nie wymaga, byśmy walczyli. Jest inaczej w wielu aspektach, choćby pod względem aktywności. Kiedyś – siłą rzeczy, skoro nie było komputerów – większość czasu spędzało się na dworze, dziś jest z tym problem, więc i problemy są inne. Bardziej przyziemne.

Nie wiem, czy wszyscy mają w życiu cel. A powinni mieć, gdyż posiadanie celu jest w życiu bardzo ważne, przede wszystkim w młodości.

Jaki był pana cel?

Chciałem mieć buty Adidas i robiłem wszystko, żeby je zdobyć.

Kiedy miałem 12 lat i wracałem z treningu – cały ubrudzony, w piasku i w błocie – zauważyłem mamę, która prała ciuchy ręcznie i płakała.

Myślałem, że coś się stało. Okazało się, że od prania moich ciuchów bolały ją ręce. Po prostu. Krzyczała na mnie, trochę miała pretensji, ale przytuliłem ją.

– Spokojnie, jeszcze trochę. Jeszcze trochę i ci tę pralkę kupię.

– Synu, masz 12 lat. Jakim cudem kupisz pralkę? Nie stać nas.

Widzisz? „Nie stać nas”. Czasami jesteśmy ograniczani przez rodziców, przez środowisko. Mówi się nam, że czegoś nie można, a to bzdura.

Wiedziałem, że można. Wiedziałem, że gram w piłkę całkiem dobrze, pojawiało się zainteresowanie klubów, dostawałem dietę. Na koniec każdego miesiąca otrzymywałem wynagrodzenia, dość małe, w końcu byłem dzieckiem, ale jednak.

Wszystko zbierałem.

Dwa lata później mogłem kupić Adidasy, spełniając marzenie, albo rower, bo o nim również marzyłem. Jednak pojechałem kupić mamie pralkę.

Pojawił się kolejny problem – skąd mam tyle pieniędzy. Takich sum – całościowo – nie zarabiał nawet mój ojciec, ale nic dziwnego, skoro przez dwa lata nie wydawałem, tylko zbierałem, o czym rodzice nie wiedzieli. Pojechałem do sklepu, ale musiałem mieć dowód na to, że zarobiłem pieniądze uczciwie. Trochę zamieszania było, ale koniec końców szef klubu pokazał wszystkie papiery, więc zaprowadziłem mamę do sklepu i kupiłem jej prezent.

Pralka jeszcze kilka lat temu stała w domu, choć już nie działała. Symbol.

Cel był najważniejszy. Tak samo mam teraz – stawiam sobie cele i je realizuję. 85 procent już w życiu osiągnąłem. I tak, fakt – tego nauczyło mnie dzieciństwo, życie w reżimie.

Powiedział pan, że skoro przeżył reżim, to przeżyje wszystko.

Z jednej strony tak, z drugiej – nauczyłem się, że jak jest źle, to trzeba szukać odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Też byłem taki, że się użalałem, ale widziałem, że to droga donikąd. Nie zamartwiaj się, lecz myśl co zrobić, żeby było lepiej.

Kiedy zmienił pan podejście?

Kiedy miałem 16 lat i zacząłem dostawać powołania do młodzieżowych reprezentacji kraju. Byłem jednym z najlepszych piłkarzy, zapraszano mnie za krajowe konsultacje, ale długo nie jeździłem na żadne zagraniczne zgrupowania. Miałem żal do ojca, powtarzałem, że to jego wina. Że to dlatego, iż jest nękany. A przecież był nękany w związku z moją sytuacją!

W pewnym momencie ojciec podszedł i mnie przeprosił.

– Przepraszam, synu, ale naucz się jednej rzeczy. Ja nie miałem wyboru, ty masz wybór. Nie miej żalu, pracuj dalej.

Jako dziecko nie do końca wszystko rozumiałem, ale teraz uświadamiam sobie, że to był moment przełomowy.

– Dobrze tato, będę walczył. Sami będą prosić, żebym dla nich grał.

Miałem wielką motywację, by – jakkolwiek spojrzeć – mimo przeciwności losu spełniać się w zawodzie, który kocham. Spałem z piłką, nie wyobrażałem sobie życia bez piłki. Jest bardzo mało ludzi na świcie, którzy robią to, co kochają. Trzeba to doceniać. Oczywiście, pojawiają się przeszkody i gorsze momenty, ale duma z przeskoczenia przeszkody jest spora. Zawsze. Życie nie jest kolorowe, ale jest piękne. A że miałem pretensje do całego świata, tylko nie patrzyłem na siebie? Ludzka natura. Najłatwiej zrzucić winę na kogoś innego. Zmieniłem się, w końcu w reprezentacji młodzieżowej na zagranicznym zgrupowaniu zagrałem.

Pokazałem, że warto walczyć. Nawet pod dyktaturą, gdzie nie masz wolności słowa, nie masz niczego. Jesteś zamknięty w klatce. Dlatego gdy wyjeżdżaliśmy z reprezentacją na zagraniczne zgrupowania, jeździło więcej agentów niż piłkarzy, żeby pilnować, by zawodnicy nie handlowali czy coś takiego.

Z Albanii wyjechał pan w 1997, kiedy powoli zmieniał się ustrój.

Ten moment też nie był najlepszy. Wojna cywilna, wcześniej bywało niebezpiecznie. Pamiętam 1991-1992, kiedy ludzie zaczęli uciekać do Włoch na statkach. Miałem 15 lat, zaczynałem profesjonalną karierę. Była możliwość, żebym pojechał z rodzicami. Żebym wyemigrował. Ale nie wyobrażałem sobie, żeby wsiąść na statek i wyjechać. Zostałem. Nie wiem, czy postąpiłem dobrze czy postąpiłem źle. Trudno oceniać. Każdy wybór niesie za sobą jakąś konsekwencje – dobrą lub złą. Może gdybym wyjechał, moja kariera potoczyłaby się inaczej i wdrapałbym się na wyższy poziom. A może byłoby gorzej. Pewnie nie trafiłbym do Polski, pewnie nie miałbym żony i dwójki dzieci. Kto wie, czy byłbym szczęśliwy.

Ostatecznie z Albanii wyjechałem, gdy czułem, że jestem na wyjazd gotowy. Sportowo, gdyż czułem się mocny, a i zdobyłem mistrzostwo Albanii, ale przede wszystkim mentalnie. Bo wcześniej gotowy do wyjazdu nie byłem. Uciekałem z Parmy, uciekałem z Fenerbahce, uciekałem z Dinama Zagrzeb, gdzie zapraszano mnie na testy. Miałem podpisać umowę, ale nie wyobrażałem sobie życia poza Albanią. Kocham ten kraj.

Dzisiaj się pan odnajduje, mieszkając cały czas poza krajem?

Dziś już tak. Jeżeli widzę, że moja rodzina jest szczęśliwa, też jestem szczęśliwy. Żona jest Polką – teraz nie ma ja, teraz jesteśmy my. A ja robię wszystko za ludzi, których kocham. Dlatego jest łatwiej. Żyję dla nich, mam ambicje trenerskie, ale poza tym zrobiłem wszystko, co chciałem. Czuję się spełniony życiowo.

5

Albanię zmienił pan na Chorwację.

I mimo że czułem się gotowy, to pierwszy rok był trudny. Tęskniłem, chciałem wracać, więc poczucie gotowości mnie zawiodło. Stąd dwa lata, które spędziłem w NK Varteks udane nie były. Piłka była dodatkiem, nie potrafiłem się w pełni na niej skupić. Brakowało mi przyjaciół, brakowało mi rodziny.

Wiesz, po komunie byliśmy zżyci. Bardziej zżyci niż kiedykolwiek wcześniej. Tylko tam mogliśmy przeżyć. A tu zostałem rozdzielony, widzieliśmy się rzadko.

A jak to było z wcześniejszymi testami?

Na przykład Parma wypatrzyła mnie, gdy zagrałem przeciwko niej z Teutą Durres w Pucharze Zdobywców Pucharów. 0:2. To był rewanż, w pierwszym spotkaniu pauzowałem za żółte kartki. Grali Zola czy Stoiczkow, krył mnie Cannavaro, więc uznane marki. Spodobałem się, dostałem zaproszenie na testy.

We Włoszech przekonałem się, że najważniejsza jest głowa, jakkolwiek banalne to brzmi.

Już wtedy uważałem się za pana piłkarza. Bo pograłem w reprezentacji, byłem jednym z lepszych piłkarzy Albanii. I w Parmie spotkałem Filippo Inzaghi, który nie był wcale lepszy, technicznie go zjadałem, ale – uwaga – on robił wszystko, żeby być lepszym. Żeby być panem piłkarzem, a ja za pana piłkarza już się uważałem.

Dlatego karierę zrobił Inzaghi.

Miał pan sodówkę?

Oczywiście. Każdy ma. Dorastasz, to trudny okres. Ważne, żeby mieć wokół siebie ludzi, którzy cię wspierają. Wtedy jest łatwiej. Nie można żyć samemu, ktoś zawsze musi ci pomóc. Żyjemy z otoczeniem – rodziną, przyjaciółmi – którzy, jeżeli są prawdziwi, stanowią wartość dodaną. Ja za granicą byłem sam, może dlatego nie miał kto mną pokierować tak jak trzeba.

Jednak największa wina jest we mnie.

Głowa, przede wszystkim głowa. Talent jest ważny, ale nie najważniejszy. Potem charakter. Dziś w piłkę nożna nie można grać, nie mając charakteru. Chorwaci mają 4 miliony ludzi, Polska 40. I Chorwacja jest wicemistrzem świata. Dlaczego?

Panu imponowała ich determinacja.

Właśnie!

Nie czują strachu przed nikim jeżeli chodzi o boisko, jeżeli chodzi o sport. Pracują nad charakterem. Jak coś nie pójdzie, to nie poddają się. Idą dalej.

Tak samo my, Albańczycy. Braliśmy udział w ostatnich Mistrzostwach Europy. Bo marzyliśmy, bo walczyliśmy. Graliśmy ze Szwajcarią, przegraliśmy 0:1. Byliśmy lepsi, mimo czerwonej kartki. To było niesamowite. Wszyscy byliśmy z tymi chłopakami, wiedzieliśmy, że zrobiliby dla kraju wszystko. Awans był sukcesem i pokazał, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tylko ciężka praca. Przeszkód nie do pokonania nie ma, jak już, to ty jesteś największą przeszkodą. Sam sobie zawadzasz.

Chorwaci pod względem podejścia mocno różnią się od Polaków?

Bardzo mocno. Nasze podejście – mówię ogólnie: i Albańczyków, i Polaków – powinno być inne. Ale jesteśmy ograniczani, nierzadko przez rodziców. To, o czym mówiłem. Jeżeli rodzice mówią nam, że coś nie jest dla nas, że nie mamy predyspozycji, to zaczynamy myśleć, że nie możemy.

Możemy. Tylko skupmy się na sobie, a nie życiu ojca czy matki. Mamy swoje życie, możemy robić, co chcemy.

Wiem, co mówię. Też miałem ojca, który mówił, żebym pewnych rzeczy nie robił, bo to nie dla mnie. Dlaczego nie dla mnie? A dla kogo? Nie żyjmy stereotypami, przyzwyczajeniami.

W kontekście przyzwyczajeń podał pan świetny przykład Łukaszowi Olkowiczowi w „Przeglądzie Sportowym”.

Przykład boczku. Żona przygotowała mi boczek na śniadanie. Zauważyłem, że ściąga z niego tłuszcz, który – według mnie – daje smak. No to zapytałem, dlaczego tak zrobiła.

– Przyzwyczaiłam się, tak robi też moja mama.

Tydzień później jestem u teściowej. Znów boczek, znów zdejmowanie tłuszczu.

– Dlaczego tak robisz?

– Bo moja mama tak robi.

I proszę mi uwierzyć – pojechałem 500 kilometrów do babci żony i poprosiłem o przygotowanie boczku. Oczywiście pozbywała się tłuszczu. Pytam więc, dlaczego.

– Kiedyś mieliśmy małą patelnię i żeby wszystko się zmieściło, to musiałam ściągać tłuszcz. I tak zostało.

Wniosek? Nierzadko jesteśmy ograniczani, a nawet nie wiemy z jakiego powodu.

Polacy mocno ulegają takim ograniczeniom?

Mam żonę, widzę to. Żona mówi mi, że czegoś zrobić nie może, a potem ja jej udowadniam, że to nieprawda. I mówi tak, mimo że jesteśmy razem 15 lat. Tak jest nastawiona. Taka mentalność.

Ale mentalność można zmienić. Też byłem ograniczony, żyłem w komunie, nie mogłem opuszczać kraju, a żeby wyjechać z miasta, musiałem posiadać pozwolenie. I co? I walczyłem, by swoją sytuację zmienić. Nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko ciężko pracować. A nie, że widzisz pierwszą przeszkodę i wracasz. „Nie udało się” – mówisz. Spotkałeś ścianę? Szukaj drzwi, szukaj okna. Wskakuj. Nie bij głową, lecz szukaj rozwiązania. A widzę, jak to wygląda w Polsce, nawet w piłce.

Słucham, że w przerwie w szatni padły mocne słowa. Dlaczego dopiero w przerwie? Dlaczego nie padły wcześniej? Dlaczego mają być mocne? Mają być prawdziwe, mają być szczere, mają być konkretne. Z takiego założenia wychodzę.

Do Polski trafił pan – po Albanii, Chorwacji i epizodzie na Słowenii – na przełomie wieków.

A wcześniej miałem ofertę z Bundesligi, z Energie Cottbus. Już nawet podpisałem umowę z drużyną, która debiutowała w najwyższej lidze. Niestety, klub nie dogadał się z moim menedżerem, co również jest dowodem na to, że nie byłem dobrze prowadzony, nie wybierałem odpowiednich agentów.

Ale może tak było mi pisane? Nie wiem, tylko Bóg wie.

Dostałem ofertę z Polski, z Zagłębia i przyjechałem do Lubina. O Polsce nie wiedziałem za wiele, do tego moja torba nie dotarła do Warszawy. W Lubinie zameldowałem się w nocy, w hotelu. Rano wstaję, wyglądam przez okno, a tam ogromna giełda. Nie wiedziałem, co się dzieje. „Gdzie ja w ogóle trafiłem” – pomyślałem.

Byłem trochę przestraszony.

Chciał pan wracać.

Oj tak, niemal od razu powiedziałem menedżerowi, że za chwilę uciekam. Ale przekonali mnie, żeby spróbować. Zostałem tydzień, dwa i się przekonałem. Było mi łatwiej o tyle, że nie miałem za dużego wyboru związanego z ofertami.

8

Jak wyglądały pierwsze tygodnie w Polsce?

Krok po kroku ogarniałem się, to nie był mój pierwszy zagraniczny wyjazd, więc było łatwiej. Wspierała mnie rodzina, która mnie jednocześnie motywowała. W Albanii zarobki były katastrofalne, więc zarabiałem pieniądze również dla swoich bliskich. Ciężko pracowałem, nierzadko za dwóch. Zresztą, tak to w Polsce nierzadko wygląda. Później byłem kilka lat we Francji i zauważyłem, że tam wszystko wygląda inaczej. Potrzebujesz hydraulika, to zatrudniasz hydraulika. Potrzebujesz elektryka, to zatrudniasz elektryka. A w Polsce? Wystarczy jedna osoba, która ogarnie wszystko. Złota rączka. Polak potrafi wszystko!

Co jeszcze zauważyłem? Polacy są otwarci, ale – moim zdaniem – w pewnych kwestiach powinni zmienić nastawienie na bardziej pozytywne. Jak pójdziesz gdzieś i powiesz, że masz problem, to wszyscy zaczynają mówić, że jest problem. Czyli stwarzają następny problem, że jest problem z tym problemem. A ja uważam, że trzeba usiąść i starać się dany problem rozwiązać. Po co się negatywnie nastawiać, co po się zamartwiać?

Syn czasami przychodzi i mówi, że ma problem. Że trudno mu nauczyć się matematyki. Zamartwia się, zamiast szukać rozwiązania. I tym samym traci motywację, bo ma problem i nie chce go rozwiązać. Dobija sam siebie.

Też tak miałem. Byłem w Zagłębiu, uważałem, że powinienem grać więcej. Na mojej pozycji byli Zbigniew Grzybowski i Arkadiusz Klimek, którzy mieli grać, by mogli zostać sprzedani. Taka prawda, otwarta. Był problem, bo miałem być ich następcą, a oni nie odchodzili. Więc czekałem, zamiast zadać sobie pytanie co robię, żeby grać. Sam zaakceptowałem to, że muszę czekać. Szukałem alibi, zamiast walczyć. To był wielki błąd.

Zbigniew Smółka mówił mi, że piłkarzowi nie można stwarzać alibi.

Właśnie. Alibi pozwala szukać wymówek, mój przykład. Ważne, żeby zdać sobie sprawę, że to droga donikąd, albo żeby trafił się ktoś, kto mam pomoże, kto w odpowiednim momencie – jeżeli będzie trzeba – skrytykuje, postawi do pionu.

Pan przyznał, że lubi, gdy dziennikarze pana konstruktywnie skrytykują.

Oczywiście! Większość dziennikarzy chce być przyjacielem trenera. Ja nie chcę, żeby tak było. Ja mam swoich przyjaciół, innych nie szukam. Możemy mieć dobre relacje, jasne, ale przyjacielskie? Wiesz, kiedy relacje są przyjacielskie? Kiedy mówisz, co złego robię. To jest przyjaźń. Nie tylko klepanie po plecach, bo to często ciągnięcie w dół.

Przyjmuję krytykę, choć prawda nierzadko boli. Ale jeżeli przeanalizuje wszystko, dowiem się, gdzie mam słabe punkty. Nie tylko ja, każdy trener.

Tak powinno się podchodzić, a wydaje mi się, że nie do końca tak jest.

Mówił pan, że Polacy nie lubią prawdy.

Nie tylko Polacy – człowiek nie lubi prawdy. Jesteśmy naiwny. Wszyscy, ja również. Oczywiście, ktoś może mi mówić, że jestem dobry, nawet pomimo pewnych uchybień w mojej pracy, ale to nie jest odpowiednia droga. Nie jestem idealny, nikt nie jest idealny. Tylko daj mi o tym znać, też chcę się uczyć. Sygnał jest najważniejszy.

Jeżeli klepiemy kolegę po plecach, on przestaje się rozwijać.

Kiedyś spotkałem człowieka, który miał prawie 100 lat. Ja byłem dzieckiem. Kiedy go słuchałem, myślałem, że ten człowiek wie wszystko, w końcu jest tak bardzo doświadczony. I wiesz, co mi powiedział? Że nie wie wszystkiego, bo nie wie, co to jest śmierć.

Nikt nie wie wszystkiego, dlatego trzeba się dokształcać, trzeba szukać swojej drogi. Trzeba się rozwijać.

Wychodzę z założenia, że zawsze trzeba iść do przodu. Zawsze. Jeżeli przegrywam z daną drużyną 0:3, to w następnym meczu z nią nie chcę przegrać wyżej niż 0:2, a oczywiście najlepiej wygrać. Przełamać się. Mam w Górniku Polkowice chłopaka, który bał się meczów z Lechią Dzierżoniów. „Trenerze, nie wiem, czy chcę zagrać w następnym meczu, nie idzie mi z nimi” – mówił, a ja wtedy pytałem, co zrobił, by tę sytuację zmienić. Nie robił nic, musiałem z nim porozmawiać – godzinę czy dwie – a dwa dni później przeciwko Lechii Dzierżoniów strzelił dwa gole. Potem wygraliśmy 3:1 i znowu zdobył bramkę. Głowa, wmawianie sobie pewnych rzeczy. Każdy potrzebuje wsparcia.

Jest taka historia o wilkach. Dziadek wziął wnuczka na spacer. Chodzili po lesie, obserwowali zachód słońca. – Wnusiu, wiesz, że są u nas w okolicy dwa wilki, które całe życie walczą między sobą? Wilk czarny i wilk biały. Czarny to nienawiść, zazdrość, lenistwo, mściwość. Biały – hojność, otwartość, szczerość, uczciwość, sprawiedliwość.

Wnuczek nie mógł się doczekać, aż dziadek skończy historię.

– Dziadziuś, dziadziuś, a jakiego ja wilka mam?

– Tego, którego karmisz najbardziej.

Jak będziesz karmił nienawiść, czarny wilk będzie silniejszy. Będzie wygrywał. Wszyscy wiemy, że drzemie w nas trochę anioła i trochę diabła. Kogo obudzisz, tego będziesz miał.

Wszystko zależy od nas. Dlaczego Bóg dał mózg wyżej a serce niżej? Przecież mogło być odwrotnie. Jednak gdybyśmy myśleli sercem, gdybyśmy za nim szli, to nie podejmowalibyśmy racjonalnych decyzji. Trzeba robić wszystko rozumem. Nad mózgiem nie ma nic, to wieża kierownicza.

Właśnie, wieża. Jeżeli chcielibyśmy ją zbudować, to nie moglibyśmy tylko siedzieć tak jak teraz, gdyż sama się nie zbuduje, a ludzie często mają takie podejście. Rozmawiajmy, planujmy, ale również jedźmy działać. Nic się samo nie zrobi.

Wszyscy mniej więcej wiedzą, gdzie są problemy polskiej piłki. A mało kto robi cokolwiek w kierunku ich wyeliminowania. Tylko gadamy. Rozmowy o szkoleniu młodzieży, a często na rozmowach się kończy. Pracujmy. A że nie wychodzi? Jak nie będziemy pracować, to nie dowiemy się, co funkcjonuje dobrze, a co funkcjonuje źle.

A my widzimy ścianę i stajemy. Tak jak mówiłem – szukaj drzwi, szukaj okna. Weź łyżeczkę i drap ścianę.

Pracujmy nad pokonywaniem przeszkód.

4 7

Po Polsce wyjechał pan do Francji na dłużej.

Mówiąc szczerze, nie ze względów sportowych. Marzyłem o wyjeździe do Francji, marzyłem o życiu w Paryżu. Zresztą, pojechałem grać w trzeciej lidze, więc widać, że o ambicjach sportowych mowy być nie mogło.

Ambicje zaspokojone?

Zdecydowanie. Niektórzy płacą, żeby jechać do Paryża na weekend, mnie płacili, żeby w Paryżu żyć.

Zobaczyłem tam zdecydowanie inne podejście niż w Polsce. Organizacja na wysokim poziomie – zarówno na boisku, jak i poza nim. Prezes jest prezesem, dyrektor dyrektorem, a sprzątaczka sprzątaczką. A u Polsce? Zawodnicy chcą robić pracę trener, trener dyrektora, dyrektor prezesa, a prezes piłkarza. Wszystko wymieszane. Może chodzi o mentalność, o której wspomniałem, że w Polsce każdy chce robić kilka rzeczy na raz?

We Francji nie ma szans, żeby rządziła szatnia. Rządzi prezes, który zatrudnia trenera. Rządzi i za wszystko odpowiada.

Trafił nam się sezon, w którym walczyliśmy o awans do drugiej ligi. W pewnym momencie przegraliśmy kilka spotkań, więc pojawiały się pytania – może zasadne, może nie – czy szatnia na pewno ufa trenerowi. W Polsce szkoleniowiec zostałby zwolniony, jestem pewny, a tam przyjechał prezes i powiedział jedną rzecz.

– Nie jesteście od tego, żeby oceniać i rozliczać trenera. Jesteście od tego, żeby wykonywać swoją pracę. To trener was rozlicza, a ja – jako prezes – jego. Dlatego jeżeli kryzys będzie trwał, w pierwszej kolejności pracę stracicie wy.

Awansu nie było, ale zaczęliśmy funkcjonować lepiej.

Właśnie we Francji przekonał się pan, żeby zostać trenerem.

Zauważyłem, że gdy drużyna potrzebowała boiskowego lidera, to się nim dość łatwo stawałem. Miałem posłuch w szatni.

Choć początki łatwe nie były. Pierwszy sezon rozpoczęliśmy remisem, potem dwa zwycięstwa i porażka, po której wydawało mi się, że zawodnicy przeszli obok meczu. Mieliśmy 450 kilometrów do domu. Siedzę w autokarze, nie znam francuskiego, ale po godzinie słyszę, że chłopaki zaczęli rozmawiać, a później usłyszałem śmiechy.

Nie wiedziałem, jak powiedzieć – cóż – coś w stylu: „Zamknijcie ryje, przegraliśmy a wy co?”. A powiedzieć chciałem. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, aż podszedł do mnie trener, który widział, że coś ze mną nie tak.

– Co z tobą? – potrafił trochę po włosku, więc dogadaliśmy się.

– Jestem zły, że przegraliśmy.

– Zostaw to. Przegraliśmy i tyle, koniec.

– Ale trener zobaczy, co się dzieje. Oni się śmieją, a przeszliśmy obok meczu!

– Trudno, zdarza się. Usiądź obok mnie, napij się wody, uspokój się. I słuchaj. Też jestem zły, ale czy warto być tak złym tyle czasu? Nie rozumiesz wszystkiego, o czym mówią. Wytłumaczę ci. Oni godzinę analizowali, wygarnęli sobie wszystko, a dopiero później się rozluźnili, co jest normalne. Nie piłka jest najważniejsza – mamy płakać całe życie?

I następny mecz wygraliśmy.

Przy okazji uczyłem się, jak psychologicznie podchodzić do trudnych spraw jako trener. Zdarzało się, że na treningu kolega – również napastnik – trzykrotnie nie podał mi piłki na pustą bramkę. „Co ty wyprawiasz” – wkurzyłem się. Miałem południowy charakter, a on kazał wyluzować. „Mogłem podać, racja, ale ty mogłeś wytłumaczyć mi to spokojnie. Po co te nerwy?” – powiedział i to była droga, dzięki której stworzyliśmy jedność. Byliśmy drużyną, a ja powoli uczyłem się futbolu z drugiej strony.

Mogłem zostać we Francji, tam rozwijać się jako trener, ale wróciłem ze względu na żonę. Tu czuje się najlepiej, a ja – jak mówiłem – żyję dla niej i dla dzieci. Mnie również Polska pasuje, więc nie było żadnego problemu.

Kurs trenerski zacząłem we Francji. Klub, widząc we mnie potencjał, inwestował w moją osobę. Zrobiłem kursy, które umożliwiały mi prowadzenie 11-latków, a resztą papierów zrobiłem w Albanii, a mieszkając w Polsce. Kiedy robiłem UEFA A, za instruktora miałem Alberto Zaccheroniego. Wielkie nazwisko. Był Renzo Ulivieri, także Ferretto Ferretti, dziekan i trener przygotowania motorycznego, który pracował między innymi z Arrigo Sacchim czy Carlo Ancelottim. Fachowcy, którzy otwierali oczy wszystkim zgromadzonym na sali. Stąd kursy – do UEFA Pro włącznie – robione w Albanii był strzałem w dziesiątkę. W pewnym momencie przyjechał Carlo Ancelottim, który przy okazji promował w Albanii swoją książkę. Nic, tylko chłonąć.

Właśnie – nic, tylko chłonąć. Albo inaczej – chcieć chłonąć.

Spójrzmy. Jesteśmy razem, idziemy do klasy i się uczymy. Siedzimy w tej samej ławce, mamy tego samego nauczyciela. Ty masz piątkę, ja mam trójkę. Dlaczego? Jestem głupszy od ciebie? Nie wiem. Więc co jest grane? Podejście. Ty chciałeś się uczyć, mnie zadowalała trójka. To nie nauczyciel nas uczy, on tylko przygotowuje materiały. My uczymy się sami. Dlatego nie mogę mówić, że spotkałem się ze znanymi trenerskimi postaciami i oni mnie ot tak czegoś nauczyli. Nie, to ja chciałem się uczyć i cały czas chcę się uczyć.

Często pojawiającym się zarzutem wobec polskich trenerów – szczególnie tych na kursach – jest to, że oczekują rezultatów, sami nie dając nic od siebie.

Właśnie. Każdy człowiek ma pomysł na grę. Mój ojciec, który się na piłce nie zna, ma pomysł na grę. Nierzadko pyta się, dlaczego prawy obrońca w danej sytuacji nie podał do środkowego pomocnika. Czyli pomysł ma, pytanie, czy wiedziałby, jak zrobić, by ten podał do tego akurat w taki sposób? Tu jest problem piłki, ogólnie. Trenerzy mają pomysł, ale nie potrafią go wcielić w życie. Trenować, przełożyć na boisko.

Jaki jest pana pomysł na piłkę?

Cieszyć się z gry. By to, co wykonujemy na treningu, przekładało się na mecz. Nigdy nie wymagam od podopiecznych tego, czego nie potrafię. Nigdy nie wymagam tego, czego nie trenujemy. Wymagam tylko tego, na co moich zawodników stać. Pracuję, by się poprawiali, jasne, ale nie wymagam lotu w kosmos. Jeżeli trener mówi, że eliminuje błędy, to jest w czarnej dupie. Błędów się nie eliminuje. One były, są i będę. Piłka jest grą błędów. Można je jedynie minimalizować.

Ważne, by się swojej filozofii trzymać. By być prawdziwym. Jeżeli porzucisz pomysł na grę, drużyna cię rozszyfruje. Jak z małym dzieckiem – kiedy go wychowujesz i zabraniasz mu tego, co sam robisz, to nic z tego nie będzie.

6

Ja się swojej filozofii trzymam. Zdaję sobie sprawę, że to trzecia liga, czwarty poziom rozgrywkowy, ale naprawdę – nikt nie może mi zarzucić, że nie mam pomysłu na grę. Rozgrywamy, mamy wyniki, większość bramek zdobywamy po kilku lub kilkunastu podaniach i strzałach z – mniej więcej – jedenastego metra.

Mam tak, że gdy analizuję mecz i widzę, że z czterech strzelonych przez nas bramek trzy nie padły po tym, co wypracowaliśmy na treningach, to jestem zły.

Po co trenujemy cały rok, gdybyśmy nie robili tego, co sobie zakładaliśmy? Ważny jest sposób. Bo jeżeli będziemy wygrywać przypadkowo, dzięki akcjom, które na treningu nie zostały wypracowane, to w końcu szczęście się skończy i zaczniemy przegrywać.

Jakie są pana ambicje trenerskie?

Powoli do przodu. Co będzie, to się okaże, choć oczywiście – ambicje sięgają najwyższego poziomu. Wiadomo – najważniejsza jest ciężka praca.

A życiowo? Na razie nie zamierzam ruszać się z Polski. Miałem propozycję wyjazdu do Albanii, by trenować kadrę U-19, ale odmówiłem. Jestem szczęśliwy w tym kraju tak samo jak moja rodzina.

A szczęście rodziny jest najważniejsze.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. własne/Newspix.pl