Kobayashi daleko przed wszystkimi, Polacy z tyłu. Podsumowujemy TCS
Inne sporty

Kobayashi daleko przed wszystkimi, Polacy z tyłu. Podsumowujemy TCS

Jeszcze przed inauguracyjnym konkursem w Oberstdorfie wierzyliśmy, że magia tych zawodów po raz kolejny wyzwoli fantastyczną formę w Kamilu Stochu. Trzymaliśmy też kciuki za Piotra Żyłę, który wcześniej imponował skokami. Obaj w całym turnieju zaprezentowali się jednak kiepsko. Podobnie jak większość biało-czerwonych. Choć to może złe określenie, bo z tymi samymi kolorami na fladze skakał absolutny dominator i zasłużony zwycięzca – Ryoyu Kobayashi.

Jak to jest z tymi Polakami? Cóż, nie najlepiej. Właściwie chwalić możemy tylko Dawida Kubackiego, któremu co prawda zabrakło kilku punktów do miejsca na podium całego Turnieju Czterech Skoczni, ale za to dzisiejsze zawody zakończył na drugiej pozycji, a w kwalifikacjach (rozgrywanych tuż przed konkursem, przez co nie było w nim systemu KO) dorzucił nowy rekord skoczni w Bischofshofen. Przyznamy szczerze: nie spodziewaliśmy się takich skoków i postawą Kubackiego jesteśmy nie tyle pozytywnie zaskoczeni, co wręcz zachwyceni. Bo poza feralnym skokiem z Innsbrucku, Dawid nie schodził poniżej pewnego, bardzo dobrego, poziomu.

Rafał Kot, ekspert i komentator TVP:

– Oczywiście, mogliśmy się spodziewać więcej po Piotrku i Kamilu, szczególnie, że wcześniej pokazywali się z dobrej strony. Tak samo Stefan Hula czy Kuba Wolny troszeczkę obniżyli loty. Z tego grona zdecydowanie trzeba jednak wyłączyć Kubackiego, bo on pokazał klasę – dwa razy w trakcie tego turnieju był przecież na podium. Dawid był więc naszym bardzo mocnym punktem i nie tylko nie ma u niego żadnego kryzysu, a wręcz jest, moim zdaniem, poprawa w stosunku do tego, co prezentował przed Turniejem Czterech Skoczni. Powtarzalne, dobre skoki. Kapitalna forma.

Sam Kubacki ze swoich skoków był bardzo zadowolony, co podkreślał w wywiadach po konkursie. Ale odczuwał niedosyt, związany z brakiem podium w klasyfikacji generalnej turnieju. I dobrze, bo jest w formie, ale nikt nie powiedział, że nie może się jeszcze poprawić. Wie to też sam Dawid, który przyznawał, że każda próba z ostatnich dni mogła być w jego wykonaniu po prostu lepsza. Przydałoby się w końcu złapać pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata w karierze i trzymamy kciuki za to, by „dalsza praca”, o której wspominał kilka minut po dzisiejszych zawodach, dała właśnie taki efekt. Najlepiej już za tydzień.

Kamil Stoch? Z nim jest nieco gorzej. Właściwie trudno nam powiedzieć, o co tutaj chodzi, bo najbardziej utytułowany z naszych skoczków potrafi oddać bardzo dobry skok, by w kolejnym polecieć o kilka metrów bliżej. Dawno nie widzieliśmy Stocha tak nieregularnego, a do mistrzostw świata przecież coraz bliżej (tak, wiemy, że to jeszcze ponad miesiąc, ale martwi nas to, że forma Kamila nie rośnie, a wręcz przeciwnie – w stosunku do początku sezonu jest gorsza). Pytanie brzmi: co jest problemem?

Edward Przybyła, wieloletni trener i sędzia skoków narciarskich:

– Kamil nie jest w rewelacyjnej formie, ale to dobre skoki. Czasami troszeczkę „przypóźni”, ale warunki też są problemem – 0,2 czy 0,3 m/s to dziś straszna różnica. My tego nie widzimy przed telewizorem, a to sprawia kłopot. Stochowi trzeba minimalnych poprawek, nieco szczęścia i wszystko będzie okej.

Trzymamy za słowo, bo forma Stocha może okazać się kluczowa na mistrzostwach. Tym bardziej, że brakuje nam czwartego gościa, który gwarantowałby odpowiedni poziom w rywalizacji drużynowej, a inne reprezentacje nie odpuszczą. Turniej Czterech Skoczni pokazał naszą słabość, a niektórzy zaczęli się już zastanawiać, czy to aby nie kryzys, pierwszy pod rządami Horngachera, dopadł Polaków. To jak to z tym jest?

Rafał Kot:

– Czasami tak bywa: trudne warunki, chwilowa zadyszka. Nie mówiłbym o jakimś kryzysie, nie biłbym na alarm. W kryzysie – i tu faktycznie użyłbym tego słowa – pogrążony jest jedynie Maciek. Bo dla skoczka, który wygrywał konkursy PŚ i zdobywał medal igrzysk czy mistrzostw, nie zakwalifikowanie się do kolejnych trzech zawodów jest kryzysem. Dziś przełamał tę złą passę, ale jednak nie przebrnął do serii finałowej. Sztab z Horngacherem na czele twierdzi, że ma na niego plan. Maciek jest pełen wiary w Stefana, ja nie mam powodu być nerwowym. Co do reszty, to te słabsze występy Polaków sprawiły, że spadliśmy w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów, przeskoczyli nas w niej Niemcy. To pokazuje, że faktycznie obniżyliśmy nieco loty. Być może jednak to wahnięcie formy wynika z przygotowań do imprezy głównej, jaką są mistrzostwa. Przypominam, że w poprzedni sezonach takie wahnięcie następowało, a później było już tylko wspaniale. Absolutnie jestem więc przeciwny biciu na alarm, bo to nie będzie służyło dobru naszej drużyny. Poczekajmy, myślę, że w Predazzo będzie dużo, dużo lepiej.

Mamy nadzieję, że dokładnie tak się stanie, tym bardziej, że niedługo po zawodach na włoskiej skoczni, Puchar Świata zawita do Zakopanego. Faworyt na te konkursy pozostaje jednak jeden niemal od samego początku tego sezonu. Ryoyu Kobayashi nie pozostawia rywalom żadnych wątpliwości. Dziś wygrał czwarty konkurs Turnieju Czterech Skoczni, dołączając tym samym do Svena Hannawalda i Kamila Stocha, jako trzeci człowiek w historii, któremu się to udało. Trzeci król w Święto Trzech Króli. Ale właściwie jakim cudem, po tylu latach, gdy nikt nie był w stanie zgarnąć całej puli, a potem był tylko Niemiec, nagle rok po roku, zrobiło to dwóch skoczków?

Edward Przybyła:

– Tak się po prostu ułożyło. Wszyscy zapominają, że w 1972 roku Kasaya wygrywał trzy konkursy z rzędu i musiał pojechać do domu, bo była olimpiada w Sapporo. Japońska ekipa wróciła do kraju, bo przygotowywała się do właśnie do tych igrzysk. Na średniej skoczni Japończycy mieli potem zresztą trzy medale. Teraz rywalizacja jest też bardziej sprawiedliwa niż kiedyś. Dawniej sprzęt był inny, nie było przeliczników, decydował często moment, w którym puszczono zawodnika… Dziś wszystko się wyrównało i jak ktoś jest rzeczywiście dobry, to sobie z tym radzi, więc może się to zdarzać coraz częściej. Te różnice są mniejsze, choć akurat Kobayashi to w tej chwili przewaga klasy, nie ma co dyskutować. Trafił w moment, włączył gaz i po prostu idzie do przodu.

To wszystko jest tym bardziej imponujące, że przecież przed tym sezonem Japończyk nie mógł pochwalić się ani jednym zwycięstwem w Pucharze Świata. Wystrzelił jak niegdyś Gregor Schlierenzauer, tyle tylko, że utrzymuje jeszcze lepszą formę od Austriaka, ma też więcej doświadczenia. Jak tak dalej pójdzie, to może pobić wszystkie rekordy: największej liczby zwycięstw, zwycięstw z rzędu czy punktów w jednym sezonie. Nie zdziwilibyśmy się nawet, gdyby zdobył trzy złota na mistrzostwach. Dlaczego? Wyjaśnia Rafał Kot:

– On oddaje kapitalne skoki. Naprawdę, robi to na takim luzie i z polotem… po prostu się tym bawi. Był w trakcie tego turnieju w tak doskonałej formie, że po dwóch konkursach byłem na 90% pewien, że wygra wszystkie cztery. Wprawdzie organizatorzy zrobili wszystko, by mu to uniemożliwić w pierwszej serii dzisiejszych zawodów. Bo „grillowali” go, przytrzymując na belce. Umówmy się – przy tak padającym śniegu, jeden przedskoczek nie wystarczy, żeby przetrzeć te tory. A jego trzymano tam dość długo. Skoczył, jak na te warunki, bardzo dobrze, choć jego prędkość się dość mocno pogorszyła. W drugiej serii był to już jednak ten Kobayashi z poprzednich trzech konkursów i zdeklasował rywali. To jest to, co miał też np. Kamil w poprzednim sezonie na Turnieju Czterech Skoczni czy Raw Air. To był pełen automatyzm i radość ze skoków. I to prezentuje teraz Kobayashi. Do tego dochodzi jeszcze jego nienaganna technika i idealne czucie strug powietrza, gdzie on wychodzi, z bardzo dużą szybkością mija pierwszą fazę lotu nad bulą, szuka jakiegoś wiaterku i potrafi go bezwzględnie wykorzystać. Czapki z głów, zasłużone zwycięstwo.

Reszta zawodników? Cóż, dużo się tu nie da napisać. Wszyscy skończyli turniej o kilka długości za Japończykiem. Wyróżnić można pewnie tych, których dobrych skoków nie oczekiwaliśmy, choćby Romana Koudelkę czy nawet Władimira Zografskiego (Bułgar był jednym z zaledwie 17 skoczków, którzy oddali w tym turnieju osiem skoków). Poza tym cała reszta była tylko tłem dla wyczynu Kobayashiego. W tym i Kamil Stoch, ten, który w zeszłym roku zrobił dokładnie to samo.

Umarł król, niech żyje król.

KOMENTARZE (5)