Daria i Ole, czyli złote małżeństwo, które powiedziało „stop”
Inne sporty

Daria i Ole, czyli złote małżeństwo, które powiedziało „stop”

Nie ma w świecie sportów zimowych większego mistrza niż Ole Einar Bjoerndalen. Niewiele jest też takich mistrzyń jak Daria Domraczewa. Od ponad dwóch lat oboje są małżeństwem i wzajemnie cieszą się ze swych sukcesów. A raczej „cieszyli”. Dziś cieszą się już sobą, nie biathlonem. Pod koniec grudnia zakończyli swoje kariery, na stadionie Schalke w Gelsenkirchen.

Jego koniec

Nie mógłbyś sobie wymarzyć czegoś lepszego. To jest niesamowite, tak wielu ludzi… Nigdy nie spotkałem tak wspaniałych fanów, przez całe moje życie. Dziękuję jeszcze raz, Schalke, to jest wspaniałe! – powiedział do mikrofonu Bjoerndalen. Przed chwilą oficjalnie skończył z biathlonem, przynajmniej w roli zawodnika. Przynajmniej na ten moment. Bo Emil Hegle Svendsen, jeden z jego wielkich rywali, powtarza: „mam przeczucie, że on, mimo wieku, jeszcze wróci”.

Właśnie, wiek. To ważna sprawa. Norweg ma już prawie 45 lat, kończyć karierę miał już wcześniej dwukrotnie: po igrzyskach w Soczi w 2014 roku i dwa lata później, gdy końca dobiegły mistrzostwa świata rozgrywane w jego ojczyźnie. Za każdym razem odnosił jednak sukces i zostawał na dłużej. Tym razem nie miał nawet szansy na medal – gdy nie dostał się do kadry na igrzyska w Pjongczangu, decyzja przyszła o wiele łatwiej. Choć i tak rozstać się ze sportem, który uprawiał przez całe swoje życie, było cholernie trudno.

Chciałbym powiedzieć, że skończyłem się ścigać, bo byłem zmęczony biathlonem i usatysfakcjonowany osiągnięciami, ale nie jestem. Moja motywacja jest nie do zatrzymania. Chciałbym biegać jeszcze przez kilka lat, ale to był ostatni sezon. Nie przebiegł tak, jakbym tego chciał, nie było tak dobrze, jak oczekiwałem tego ja i inni – mówił kilka miesięcy temu na konferencji prasowej, gdy ogłaszał zakończenie kariery.

Bo faktycznie, jego pożegnalna zima była raczej pasmem porażek, do których Ole i jego fani nie przywykli. Najwyższe miejsce w Pucharze Świata? Dwunaste. Na igrzyskach się nie pojawił – no, przynajmniej nie w roli biegacza, ale o tym później. W klasyfikacji generalnej był daleko z tyłu. Można się spierać, czy nie powinien dostać szansy w Pjongczangu ze względu na swą niesamowitą karierę, ale fakty są takie, że przy wynikach jako decydującym czynniku, nie miał prawa tam pojechać.

Wiedziałem od dłuższego czasu, że powinienem już zrezygnować. Przeciągałem to jednak aż do znalezienia właściwej chwili. Mimo tego było to bardziej emocjonalne, niż przypuszczałem. Trudno było spojrzeć jeszcze raz na ten sezon, opowiadać o swojej decyzji i przyszłości. […] To była trzydziestoletnia miłość do sportu, długotrwały romans i styl życia – mówił.

Zrezygnował również dlatego, że sygnały ostrzegawcze wysyłał mu jego własny organizm. Miał problemy z sercem, cierpiał na arytmię. To powodowało, że nie mógł się odpowiednio przygotować do sezonu. „Miałem te problemy wcześniej, więc nie byłem bardzo zaskoczony, ale za to niesamowicie zdenerwowany i zniechęcony, bo zrujnowało to moje przygotowania do igrzysk” mówił. Mając tę wiedzę, dużo łatwiej było zrozumieć jego decyzję.

Mógłbym jeszcze biegać, ale wtedy cały zespół musiałby być inaczej zorganizowany. Ten sezon był już swego rodzaju „hybrydą”. Myślałem, że to najlepsze rozwiązanie, ale okazało się, że nie było optymalne.

Co czeka na niego w przyszłości? Tego nie wie. Dostał już kilkanaście ofert dołączenia do sztabów trenerskich różnych reprezentacji. Na razie odrzuca wszystkie, chce poświęcić się rodzinie, skorzystać z możliwości odpoczynku. Rodzinie zresztą dziękował – nie tylko tej, którą sam założył, ale i tej, w której się wychował, a która pozwoliła mu stać się wielkim mistrzem. Wielu innych z kolei dziękowało jemu.

Dziękuję ci za wszystkie sztafety, które uratowałeś po mnie, Alexie i Frode. Dorosła i mądra decyzja. Najlepsze życzenia, Lars Berger – mógł przeczytać Ole na ekranie swojej komórki, tuż po konferencji.

Ole Einar Bjoerndalen jest jednym z największych sportowców w historii. Pokazywał to wciąż i wciąż w trakcie zawodów. Ale, co najważniejsze, udowodnił sobie, że jest prawdziwym olimpijczykiem i modelem dla młodszych sportowców na całym świecie – napisał Tomas Bach, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Wielką niespodzianką był dzień, gdy usłyszałem o jego emeryturze. Jako dziecko przez lata miałem jego plakat w pokoju. Jako młody sportowiec, zorientowałem się, jak duża była „dziura” między moim poziomem, a najlepszym na świecie, gdy wyprzedził mnie po raz pierwszy na Pucharze Świata w Hochfilzen. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że był i jest moim idolem, inspirował mnie. Dziś, za każdym razem, gdy biję rekord, jestem dumny, bo wiem, do kogo on należał. Wielkim honorem była możliwość rywalizowania z tym gościem. Życzę mu wszystkiego najlepszego – mówił Martin Fourcade, w ostatnich latach najlepszy biathlonista na świecie.

A Daria Domraczewa? Żona Ole ograniczyła się do krótszych słów: „Oczywiście, że był to dla niego trudny moment. Jestem dumna z niego i tego, jak radził sobie ze wszystkim wyzwaniami. Jest prawdziwym mężczyzną” powiedziała. Niedługo później sama poszła w jego ślady.

Jej koniec

Sytuacja Domraczewej była zupełnie inna niż jej męża. W sezonie 2017/18 po raz kolejny znalazła się blisko szczytu, momentami nawet się na niego wdrapując. Jej wiek – 31 lat w momencie ogłoszenia decyzji, 32 dziś – też nie sugerował, że może zejść z biathlonowych tras. A jednak, postanowiła, że pójdzie w ślady Ole. Choć nie do końca, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że akurat ona wystartuje jeszcze raz – w Mińsku, gdzie pożegnać ma ją ponoć 100 000 osób.

Bardzo długo „dochodziła” do tej decyzji. Cała sytuacja była dla niej wymagająca. Jeśli coś robi, to na sto procent. Jeśli chciałaby walczyć o medale, nie byłaby w stanie robić tego na sto procent, ze względu na naszą córkę. Dlatego postanowiła, że skoncentruje się na niej. To znacznie ważniejsze od sportu. Tego czasu nie da się nadrobić. […] Dla mnie, osobiście, biathlon będzie teraz nudny do oglądania, gdy ona nie będzie biegać – mówił Bjoerndalen.

Oboje powtarzają, że mają mnóstwo planów. Daria już wcześniej zaczęła karierę projektantki ubrań, Ole na razie nie chce zdradzać, czego się podejmie. Większość czasu spędzają w domu Domraczewej, niedaleko Mińska (Bjoerndalen podobno bardzo lubi białoruską kuchnię), ale mają też po jednym w Norwegii i Austrii. Gdzie osiądą na stałe? Zdecydować mają, kiedy ich córka zacznie chodzić do szkoły. Choć wielu pewnie wolałoby, żeby Białorusinka nie siedziała w domu, a rywalizowała w biathlonowym Pucharze Świata.

Daria jest jedną z największych biathlonistek w historii. Jest baletnicą śniegu – łabędziem tej dyscypliny – mówił Ole Kristian Stoltenberg, komentator norweskiej telewizji NRK, który… nazwał córkę na cześć Domraczewej.

Tak jak Ole, tak i ona dostała ostrzeżenie od organizmu. Z powodu mononukleozy odpuściła sezon 2015/16. Oznacza to, że z góry straciła możliwość obronienia Kryształowej Kuli – swoją jedyną zdobyła poprzedniej zimy. Nie mogła jednak podjąć innej decyzji, jeśli chciała jeszcze biegać na najwyższym poziomie. Później okazało się, że – z powodu ciąży – przerwa wydłużyła się jeszcze o kilka miesięcy. Ale gdy wróciła, znów była na topie.

Czuję się dobrze. Ta wymuszona przerwa była bardzo ważna, bo moje ciało potrzebowało odpoczynku. By powiedzieć więcej – było to dla mnie kluczowe, bo dało mi szansę spojrzenia na moje życie, podjęcia ciekawych, wspaniałych inicjatyw i skupienia się na najważniejszych rzeczach. Przy okazji startów i treningów, nie miałam okazji tego zrobić – mówiła.

Kilka lat później podjęła kolejną ważną decyzję: o zakończeniu kariery. Tym bardziej, że miała coś, czemu bez wyjątku chciała się poświęcić: rodzinę.

Ich związek

O tym, że Bjoerndalen i Domraczewa się spotykają, mówiło się od 2012 roku. Ole był wtedy po ślubie, niedługo później wziął jednak rozwód. Jego żoną była Nathalie Santer, czyli… inna biathlonistka. Włoszka podobno często musiała znosić jego humory, wynikające z perfekcjonizmu. Jakie? Choćby to, że nie odzywał się do niej, jeśli nie ukończył zawodów na podium. To zdarzało się rzadko, ale jednak musiało być uciążliwe. Z drugiej strony: podobno początkowo oboje nie widzieli poza sobą świata.

Dla pierwszej żony potrafił nawet łamać zakaz spotykania się z nią, gdy oboje byli w Salt Lake City na igrzyskach. Nathalie chorowała wtedy na zapalenie oskrzeli, zakaz został nałożony, by nie zaraził się też Ole. „Przez jej chorobę czułem się w hotelu samotny. Lubię być sam, ale czasem bywa to niesamowicie uciążliwe” mówił Bjoerndalen. Zresztą to, że już po raz drugi jest żonaty, dla niektórych jest niespodzianką – od zawsze ma bowiem opinię samotnika. Nawet trenować wolał z dala od kadry, miał do tego specjalnie przystosowaną ciężarówkę, w której mieszkał. W niej zamontowane miał m.in. małą bieżnię, siłownię czy nawet odpowiednio pomniejszoną strzelnicę laserową.

Tę chęć odcięcia się, mimo niewątpliwej sławy, widać doskonale po tym, jak traktuje swoje życie prywatne. O związku z Domraczewą oficjalnie poinformował po kilku latach. O tym, że wraz z Białorusinką spodziewają się dziecka, na specjalnie zorganizowanej w tym celu konferencji prasowej. Czasem przemycił też słowo czy dwa w wywiadach, ale generalnie unikał wyciągania rodzinnych spraw na światło dzienne.

To ekscytujące, być ojcem. Mam w domu dużą rodzinę, jestem więc przyzwyczajony do dzieci. Patrzymy w przyszłość. To dla nas zupełnie nowa wartość w życiu. […] Nie chcieliśmy trzymać tego w sekrecie, ale chcieliśmy skupić się na naszym związku. Są ludzie, którzy radzili sobie z dziećmi i sportem przed nami. Wszystko da się zorganizować – mówił.

Dodawał też, że nie ma zamiaru jeszcze rezygnować ze startów. Był wtedy świeżo po sukcesie na mistrzostwach świata, nikogo więc to nie dziwiło. Podobnie zresztą wypowiadała się Domraczewa. Po porodzie zdążyła się jeszcze wykazać jako świeżo upieczona matka, która „jest niesamowita. Jest co najmniej tak dobra jako matka, jak jako biathlonistka. Wszystko było dla niej ostatnio inne, ale poradziła sobie z tym po prostu wspaniale”, jak to ujął Ole.

Nasze życie ma mnóstwo zakrętów i stron. Ważne jest, żeby najważniejsze cele osiągnąć w odpowiednim momencie. Trzydzieści lat to idealny czas na posiadanie dziecka. Nie ma potrzeby dodawać, że to dla mnie najważniejsza rzecz na świecie – mówiła z kolei Daria niedługo po narodzinach córki. A potem? Szybko wróciła do treningów, które zresztą przerwała tylko na moment.

Chciałabym powiedzieć fanom, że kontynuuję trening w konsultacji z moim lekarzem. Będę pracować bardzo ciężko, żeby wrócić do rywalizacji już w styczniu [dziecko przyszło na świat w październiku – przyp. red.]. Wiem, że nie będzie łatwo, ale jestem gotowa pracować, by wrócić do formy. Nie mogę określić słowami, jak bardzo brakuje mi rywalizacji i biathlonu. W tym momencie planuję trenować w spokoju i odpoczywać, więc nie chcę uczestniczyć w imprezach, na które jestem zapraszana. Proszę wszystkich, by uszanowali moją prywatność. To wspaniały moment w moim życiu, liczę, że zrozumiecie.

Wszystko poszło zgodnie z założonym planem. W styczniu była na trasie, w lutym stała już na podium Pucharu Świata. A potem dokładała kolejne sukcesy, przy okazji zajmując się dzieckiem. Ostatni z nich przyszedł na początku ubiegłego roku. Kolejnych nie będzie, bo – jak to ujął – Bjoerndalen, a Daria się z tym stwierdzeniem zgodziła:

Chcę spędzić więcej czasów z Xenią [imię ich córki – przyp. red.]. Myślę, że obie to docenią, Daria jest teraz bardzo zorientowana na bycie mamą (śmiech). Rodzina jest teraz na pierwszym miejscu. Chcę podjąć każdy wysiłek, żeby wieść dobre życie. Będę po prostu cieszyć się tym czasem. Xenia daje nam mnóstwo radości i miłości, to niewiarygodne, co potrafi zrobić mała dziewczynka.

Fani rozumieją, ale mimo wszystko szkoda im, że już nie zobaczą wygrywającego Norwega, czy dobiegającej na pierwszym miejscu Białorusinki. I to mimo tego, że takich okazji mieli mnóstwo.

Ich osiągnięcia

Liczby są dobrze znane – możecie je znaleźć na Wikipedii czy u statystyków. Oboje gabloty z pucharami maja wypchane do granic, a gdyby zawiesić na ich szyjach wszystkie zdobyte przez nich medale, prawdopodobnie padliby pod ich ciężarem na ziemię. I choć zdarzały się wpadki – jak Domraczewej, gdy w trakcie jednego z biegów zaczęła strzelać do tarczy rywalki zamiast swojej – to jednak tak zostaną zapamiętani: jako wielcy mistrzowie.

Najbardziej, rzecz jasna, za sprawą igrzysk olimpijskich.

Bjoerndalen miał więcej okazji do pokazania się na nich. To zresztą specjalnie nie dziwi, jest przecież starszy o dwanaście lat. Gdy Daria Domraczewa rozpoczynała swoją przygodę z biathlonem, Norweg był już po dwóch startach na olimpiadach. W 1994 roku nie osiągnął niczego wielkiego – był wtedy nieopierzonym młodzianem, który w Pucharze Świata zadebiutował zaledwie rok wcześniej – ale cztery lata później pokazał już całą swoją klasę. I do dziś to właśnie igrzyska sprzed niemal 21 lat, rozgrywane w Nagano, wspomina najlepiej.

„Zawody odwołano jednego dnia, ale miałem szansę pobiec ponownie”, mówił. Bo faktycznie, z powodu pogody bieg na 10 kilometrów nie mógł się odbyć w pierwotnym terminie. Bjoerndalen był faworytem do złota, ale w takich wypadkach różnie bywa – wie o tym doskonale np. Mikaela Shiffrin, która przez podobną sytuację nie tylko nie wygrała, ale nawet nie zdobyła medalu w slalomie, gdzie była pewniakiem do wygranej. Ole jednak nie zamierzał odpuścić i po prostu zgarnął, co jego. Pierwsze olimpijskie złoto w karierze. Później dołożył jeszcze siedem takich.

Cztery z nich na igrzyskach w Salt Lake City. Wygrał wtedy wszystkie biegi, nie było na niego mocnych. Reszta mogła tylko oglądać plecy uciekającego Norwega, nic więcej nie dało się zrobić. Normalnie napisalibyśmy, że to był „szczyt jego kariery”, ale Bjoerndalen miał ich na tyle dużo, że śmiało dałoby się z nich stworzyć pasmo górskie. Całkiem prawdopodobne jednak, że to ten byłby najwyższy. Jego własne Mount Everest.

Na kolejnych igrzyskach Ole nie zdobył złota, a od tych w Vancouver – w roku 2010 – jego historia zaczęła splatać się z historią Darii. Białorusinka zgarnęła wtedy brązowy medal w biegu indywidualnym (po latach mówiła, że nie była rozczarowana, bo wiedziała, że ma jeszcze czas na zdobycie złota) i… nakręciła film. Dokumentowała całe przygotowania kamerą wideo. Nagrała 500 godzin materiału, po montażu zrobiło się 50 minut. Znajdziecie na nim mnóstwo smaczków z życia biathlonistów z całego świata. Ole triumfował w sztafecie i dorzucił srebro, też z biegu indywidualnego.

W Soczi, czyli – jeśli wierzyć mediom – na pierwszych igrzyskach, na które przyjechali jako para, nastąpiła zmiana warty. To Daria rządziła, a Ole… radził sobie znakomicie, jak na gościa, który od kilku lat powinien być na emeryturze. Białorusinka zdobyła trzy złota, niemal powtarzając wyczyn swojego przyszłego męża z Salt Lake City. Od razu zresztą gratulował jej Aleksander Łukaszenko: „Cały kraj jest zachwycony Twoim kolejnym triumfem. Współczesna historia nie zna podobnych przypadków [tu się pomylił – przyp. red.]. Jesteś po prostu zuch!”. Ona sama biegła nie tylko dla kraju, ale i dla trenera, Klausa Sieberta, który walczył wówczas z rakiem wątroby. Niestety, dwa lata później tę walkę przegrał.

Do Bjoerndalena należały wtedy sztafeta i sprint, ale mimo tych wyników musiał oddać Darii uwagę mediów. No, nie do końca. O ile nie był największą sportową gwiazdą tamtych igrzysk, o tyle dziennikarze coraz częściej pytali go o to, czy… nie  pogłoski o ich związku są prawdziwe. „Oficjalne informacje o moim życiu osobistym pojawią się tylko po moim ślubie. Bez względu na to, kto będzie moim partnerem. Wszystko inne to pogłoski, których nie zamierzam komentować” musiał odpowiedzieć. A Daria tymczasem mówiła o medalach:

– Może zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę nie uważam, żebym dokonała czegoś szczególnego. Zrobiłam to z miłością. Biegłam z uśmiechem na twarzy. Słyszałam, jak ludzie krzyczą na trybunach: „Dasza, Dasza”. To było niesamowite, dodało mi skrzydeł. Rosjanie i Białorusini, jesteśmy jak bracia i siostry. Czuję, jakby ten kraj był moją ojczyzną [co zresztą było poniekąd prawdą do 2004 roku, dopiero wtedy zaczęła bowiem reprezentować Białoruś – przyp. red.].  

To wtedy po raz pierwszy, za sprawą Tiril Eckhoff, porównano ją do tancerki. Jej reakcja? Ucieszyła się, bo tańczyć po prostu uwielbia. Zdarzyło się nawet, że wideo z tańca jej i Bjoerndalena zostało internetowym viralem. Choć chyba więcej ludzi widziało ją jednak na biathlonowych trasach. Choćby w Pjongczangu, na kolejnych igrzyskach. Tam towarzyszył jej mąż, który zaczepił się w składzie białoruskiej kadry. Na pytanie, co wnosił do zespołu, odpowiadał jednak, że… nic, jedynie kilka testów nart. Poza tym był tam by wspierać żonę. I z tego zadania wywiązał się znakomicie. A jak przeżył brak miejsca w kadrze?

Najpierw było to dla mnie bardzo trudne, bo byłem bardzo dobrze przygotowany do igrzysk. Miałem za dużo problemów latem i jesienią, nie mogłem wykonać odpowiednich przygotowań, ale teraz jestem w bardzo dobrej formie. To się jednak nie liczy do kwalifikacji. Takie jest życie – mówił. Daria dodawała z kolei – Oczywiście, że lepiej byłoby dla niego, gdyby mógł tu rywalizować, ale to już za nim, pogodził się z sytuacją. Teraz cieszy się, że tu jest, może trenować i nam pomagać.

Daria wywalczyła wówczas „tylko” jedno złoto – w sztafecie – ale dla całej Białorusi było ono niesamowicie cenne. Tym bardziej, że kompletnie niespodziewane. „To największa rzecz, jaka mogła spotkać białoruski biathlon. Nigdy nie spodziewałbym, że to się stanie. W najlepszym dniu sztafety Białoruś wierzyła w miejsce na podium. To wspaniały dzień” mówił Bjoerndalen, obserwujący to wszystko z boku trasy. A Domraczewa dodawała:

Wspaniale jest wygrać złoto. To pokazuje, że dobrze zrobiłam, decydując się na biathlon, jako dziecko. Po drodze było nieco wyzwań, ale medale pokazują, że naprawdę ważne jest, by w siebie wierzyć. Słyszałam Ole na trasie – wspierał mnie przez całą drogę do złota. Nie pamiętam, jakie były jego pierwsze słowa na macie, ale cieszył się równie mocno jak ja i reszta zespołu. Właściwie zaskoczyło mnie, że był tak szczęśliwy z naszego powodu.

Do sukcesów na igrzyskach doliczcie wszystkie Kryształowe Kule (6:1 dla Norwega), medale mistrzostw świata (Domraczewa ma ich siedem, w tym dwa złote, co do Ole – spróbujcie doliczyć się sami) czy zwycięstwa w poszczególnych zawodach (Bjoerndalen ma nawet jedno w Pucharze Świata w… biegach narciarskich). To absolutne legendy tej dyscypliny. Po prostu.

Ich koniec. Piękny koniec

Jeszcze raz: Schalke, kilkadziesiąt tysięcy ludzi na stadionie. Bieg sztafetowy, mieszane pary. Wygląda na to, że Ole Einar Bjoerndalen dobiegnie na czwartym miejscu, tuż za podium. Benedikt Doll, reprezentant gospodarzy, obejrzał się jednak przez ramię i przepuścił Norwega. W tym prostym, ale pięknym geście, zawarło się wszystko to, czym dla biathlonu był Bjoerndalen. I czym była Domraczewa. W swym ostatnim, wspólnym biegu, nie mogli znaleźć się poza podium. Zasłużyli na więcej.

Doll to wiedział. I chwała mu za to.

SEBASTIAN WARZECHA