Ostatni zryw senatora. O co walczy Pacquiao?
Inne sporty

Ostatni zryw senatora. O co walczy Pacquiao?

W grudniu 2012 roku znalazł się po niewłaściwej stronie jednego z najcięższych nokautów XXI wieku. Mogło się wtedy wydawać, że Manny Pacquiao (60-7-2, 39 KO) w poważnym boksie jest już skończony. Mimo to nie zrezygnował i w kolejnych latach wciąż podejmował się wielkich wyzwań. Choć nie zawsze wychodził z nich zwycięsko, to przynajmniej zarobił fortunę, którą potrafił się podzielić. Już 19 stycznia ten od niedawna 40-letni stateczny senator z Filipin rozpocznie kolejny etap niezwykłej kariery, która wcale nie zmierza ku końcowi.

Do ringu wyjdzie niemal dokładnie w 24. rocznicę swojego zawodowego debiutu. Warto odnotować, że w pierwszym występie ważył zaledwie 48 kilogramów, a dziś bije się z zawodnikami o blisko 20 kg cięższymi. To była długa i szalona podróż, w której nie brakowało wzlotów i upadków, ale tych pierwszych było jednak zdecydowanie więcej.

Zdobycie tytułów w ośmiu kategoriach wagowych mówi o niej sporo, ale diabeł tkwi w szczegółach. Pacquiao nie bał się nikogo i raz po raz wychodził do ringowych killerów, którzy często na jego tle sprawiali wrażenie zagubionych juniorów. Wielu ekspertów uznaje zresztą Filipińczyka za najlepszego pięściarza pierwszej dekady XXI wieku. Jego naprawdę złoty okres rozpoczął się od walki z Oscarem de la Hoyą (39-5) w 2008 roku. Dla tego spotkania zdecydował się na bezprecedensowy skok w kategoriach wagowych, wielu myślało, że będzie za mały dla bokserskiego weterana. Nie był – nie pierwszy i nie ostatni raz.

To właśnie dzięki takim zwycięstwom świat przez wiele lat żył jego korespondencyjną rywalizacją z Floydem Mayweatherem juniorem. Obaj prześcigali się w kolekcjonowaniu kolejnych tytułów, prezentując przy tym kompletnie odmienne style. Pacquiao w swoich najlepszych momentach to był żywioł. Długo nie było lepszego w ofensywie pięściarza, który z taką łatwością składałby kosmiczne kombinacje. Amerykanin przeciwnie – wyróżniał się głównie niesamowitą defensywą i ringową inteligencją, która pozwalała mu dopasować się do każdego przebiegu ringowych wydarzeń.

Do ich spotkania ostatecznie doszło dopiero w 2015 roku – o wiele lat za późno, by była to walka z gatunku 50/50. Styl Mayweathera lepiej zniósł próbę czasu i gdy przyszło co do czego, to okazał się wystarczający. „Pacman” przegrał wyraźnie, ale nie potrafił pogodzić się z porażką z odwiecznym rywalem. Twierdził, że tak naprawdę w ogóle nie był gorszy. Duży wpływ na jego postawę miała mieć również kontuzja barku. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście tak było, ale faktycznie Filipińczyk po tej porażce pauzował blisko rok.

Do gry wrócił w naprawdę dobrym stylu. Najpierw udanie zamknął trylogię z Timothym Bradleyem (33-1-1), a potem znów wywalczył tytuł mistrza świata w kategorii półśredniej, po wygranej z Jessiem Vargasem (27-1). Manny znowu się liczył, chociaż mało kto uważał go już za pięściarza wartego uwzględnienia w rankingu najlepszych bez podziału na kategorie wagowe.

Wałek w Krainie Kangurów?

W lipcu 2017 roku w poszukiwaniu kolejnego wyzwania Pacquiao zdecydował się na wyjazd do Australii, ale szybko tej decyzji pożałował. Po raz pierwszy od 2005 roku jego pojedynek został pokazany w USA w otwartej telewizji, a nie w systemie Pay-Per-View. Do tej pory wystąpił w tym trybie 24 razy, a jego walki przyniosły wszystkim zainteresowanym ponad miliard dolarów zysku.

Na miejscu czekał na niego Jeff Horn (16-0-1) – mało znany miejscowy pięściarz, który do tej pory nie zdążył wyróżnić się czymś specjalnym. Po samej walce to się nie zmieniło, ale jej werdykt był długo i szeroko komentowany. Filipińczyk doprowadził do celu prawie dwa razy więcej celnych ciosów (182 do 92) i bił skuteczniej (31,8% do 14,7%). W dziewiątej rundzie po imponującej kanonadzie był bliski wygrania przed czasem. Po tej odsłonie sędzia poinformował Horna w narożniku, że jeśli nie pokaże czegoś więcej, to walka zostanie przerwana.

Australijczyk pokazał najbrudniejszy boks z możliwych. Klinczował, atakował głową i łokciami, ale pojedynek potrwał pełen dystans. Po dwunastu rundach sędziowie wskazali jednogłośnie na miejscowego faworyta (115:113, 115:113 i 117:111). „Nie możesz dostawać nagrody za to, że próbowałeś. Nie ma możliwości, by stosując klasyczne zasady punktacji przyznać tę walkę komuś innemu niż Pacquiao” – grzmiał po wszystkim wściekły Teddy Atlas, komentator ESPN. W jego ocenie weteran wygrał 116:111, a jeszcze wyżej na jego korzyść punktował Dan Rafael.

Z dzisiejszej perspektywy nie sposób nie pomyśleć o tym, że Filipińczyk został po prostu wykorzystany. Obaj pięściarze byli związani z grupą Top Rank i promotorem Bobem Arumem. Walka odbyła się na dużym stadionie w Brisbane, a Horn po zwycięstwie jeszcze raz bronił mistrzowskiego tytułu w ojczyźnie. Potem został wysłany do Las Vegas na ścięcie do… innej gwiazdy Top Rank – genialnego Terence’a Crawforda (34-0, 25 KO).

Pacquiao w tym układzie był po prostu zbędny. Trudno uznać go pięściarza perspektywicznego, ale na jego nazwisku nadal można promować kolejne pokolenie młodych gwiazd. Rewanżu z Hornem – obiecanego przez Aruma – nigdy nie dostał. Według jednej z wersji sam z niego zrezygnował, bo coraz więcej czasu zaczęła pochłaniać mu polityka. Mimo to po zakończeniu współpracy ze znanym promotorem, Manny w lipcu 2018 roku właściwie sam zorganizował sobie walkę z Lucasem Martinem Matthysse (39-4) w… Kuala Lumpur. Pojedynek rozstrzygnął w siódmej rundzie, wygrywając przed czasem po raz pierwszy od 2009 roku!

„Ciągle tu jestem! Czasami musisz sobie zrobić chwilę przerwy, by znów spróbować zaatakować” – powiedział po wszystkim szczęśliwy zwycięzca, który dzięki wygranej zdobył także drugorzędny tytuł mistrzowski federacji WBA w kategorii półśredniej. Dodatek do znanego nazwiska? Być może, ale mimo wszystko cenny. Pacquiao postanowił nie kombinować dalej na własną rękę. Pod koniec roku nieoczekiwanie związał się z projektem Premier Boxing Champions, za którym stoi Al Haymon – długoletni doradca… Floyda Mayweathera juniora.

Na początek… podróbka Mayweathera

To wystarczyło, by temat rewanżu wrócił w mediach ze zdwojoną siłą. Sam Manny nie ukrywa, że bardzo liczy na doprowadzenie do tej walki za kilka miesięcy. We wrześniu 2018 roku spotkał się z Amerykaninem w Tokio, gdzie obaj na ten temat wstępnie rozmawiali. Konkretów nie było, ale Mayweather wypuścił w świat komunikat, że sprawa jest właściwie dopięta. Na razie wiemy tylko tyle że 19 stycznia pierwszym rywalem „Pacmana” w nowym środowisku będzie Adrien Broner (33-3-1, 24 KO), który długo próbował lansować się właśnie jako nowy Mayweather.

Pacquiao dzięki tej walce wraca w Stanach Zjednoczonych na Pay-Per-View. Znów zarobi miliony i paradoksalnie w starciu z młodszym o ponad 10 lat rywalem będzie nawet faworytem. Broner z Mayweathera wziął wszystko, co najgorsze i doprowadził to do przykrego absurdu. Co jakiś czas w mediach społecznościowych pojawiają się nagrania, w których Amerykanin prześladuje pracowników sklepów i barów idiotycznymi żądaniami. „Zapłacę ci 10 tysięcy dolarów jeśli rzucisz teraz pracę” – powiedział w sierpniu 2018 roku pracownicy jednej z sieciowych restauracji.

W ostatnich latach Broner – znany także jako „The Problem” – częściej wyróżnia się takimi debilnymi akcjami niż postawą w ringu. Od jakiegoś czasu nie ma chyba pomysłu na swoją bokserską karierę. Gdy ogłoszono jego walkę z Pacquiao, to więcej mówiło się o jego ewidentnej nadwadze, którą zaprezentował na konferencji prasowej i podczas kręcenia klipów promujących ten pojedynek. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Amerykanin nie prowadzi się jak sportowiec. Dość powiedzieć, że dzień przed wigilią trafił nawet na moment do aresztu. W jego kartotece kryminalnej dzieje się zresztą ostatnio więcej niż w jego walkach.

Można odnieść wrażenie, że dla zarządzających projektem Premier Boxing Champions Broner powoli staje się coraz większym ciężarem. Zestawienie go z Pacquiao wydaje się idealnym „wprowadzeniem” Filipińczyka do nowego środowiska. Jeśli weteranowi uda się wygrać, to będzie mógł domagać się rewanżu z Mayweatherem, ale o wiele bardziej prawdopodobna wydaje się na przykład walka z unikanym przez czołówkę Errolem Spencem (24-0, 21 KO). Z projektem są także związani inni mistrzowie świata kategorii półśredniej – Keith Thurman (28-0, 22 KO) i Shawn Porter (29-2-1, 17 KO).

„Jeśli dojdzie do rewanżu z Floydem, to zobaczycie tam prawdziwego Manny’ego” – przekonywał niedawno Freddie Roach, długoletni trener Filipińczyka. Szkoleniowiec podkreślił niezwykłą dyscyplinę swojego podopiecznego. Przyznał też, że gdy jego etyka pracy zacznie tracić na wartości, to sam będzie pierwszym, który doradzi mu emeryturę.

Na to się na razie nie zanosi. Nazwisko Pacquiao wciąż otwiera wiele drzwi, a sam pięściarz buduje swój wizerunek w kontrze do Bronera. Nie jest to specjalnie trudne, ale trzeba przyznać, że z charytatywnych działań Filipińczyk jest znany od lat. W programie „All Access” potwierdził, że przed każdą poranną przebieżką przez ulice Manili ma zwyczaj rozdawania pieniędzy potrzebującym.

„Czuję to co oni. Bez względu na to, co jeszcze osiągnę i ile jeszcze zarobię, to się na pewno nie zmieni. Od dawna robię co w mojej mocy, by pomagać biednym. Nie rozwiążę w ten sposób wszystkich problemów mojego kraju, ale mogę pomóc przynajmniej niektórym potrzebującym rodzinom. I to jest właśnie mój cel” – przyznał Pacquiao. Z zamienianiem słów na czyny idzie mu równie dobrze jak z pokonywaniem rywali w swoich najlepszych latach. Pod koniec 2016 roku ufundował dla potrzebujących rodaków 1000 domów .

Za sprawą takich działań w ojczyźnie jest kimś więcej niż tylko sportowcem. Stumilionowy kraj zamiera za każdym razem, gdy tylko wychodzi do ringu. Jego walkę z Mayweatherem pokazały równolegle aż cztery filipińskie stacje. Z jego historią może utożsamiać się prawie każdy. W dzieciństwie Pacquiao doświadczył biedy, a edukację zakończył zaledwie na pięciu klasach. Gdy miał 14 lat, uciekł z domu do Manili z mocnym postanowieniem, że zostanie pięściarzem.

Pacquiao pierwsze walki toczył o… 10 peso (ok. 8 złotych). Na początku musiał oszukiwać, bo zgodnie z przepisami był zwyczajnie zbyt lekki, by móc wejść do ringu. Mierzący 150 cm nastolatek ważył zaledwie 40 kilogramów, więc korzystał z… metalowych wkładek do butów. Pod górkę miał właściwie od zawsze. Nie jest jednym z pięściarzy, którzy żyli w kulcie „zera” w rekordzie, bo pierwszej porażki doznał jeszcze zanim w ogóle wypłynął na szerokie wody.

W 2005 roku z pomocą szczęśliwego zbiegu okoliczności zadebiutował w USA. Walkę z urzędującym mistrzem świata wziął z zaledwie dwutygodniowym wyprzedzeniem w zastępstwie kontuzjowanego pretendenta. Wygrał, a jego porywający ofensywny styl w kolejnych latach zachwycał ekspertów i kibiców w kolejnych kategoriach wagowych.

W 2016 roku Pacquiao poważnie zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Został senatorem, ale polityka jeszcze do końca go nie pochłonęła. Choć aktywnie działa na rzecz Kościoła Ewangelickiego, to jest też zwolennikiem kary śmierci. Od 2000 roku tworzy zgodne małżeństwo z Jinkee, z którą doczekał się piątki dzieci. Boksem może się bawić – już teraz na Filipinach nie brak takich, którzy po zakończeniu kariery wróżą mu prezydenturę.

Do podjęcia tej misji namawia go zresztą co jakiś czas urzędująca głowa państwa – 73-letni Rodrigo Duterte, którego kadencja dobiegnie końca w 2022 roku. „Na samym początku nie chciałem wchodzić do tego środowiska, bo nienawidziłem polityki. Chcę jednak pomagać ludziom, a dzięki temu mogę to robić. Moim celem jest rozwiązywanie problemów” – tłumaczył skromnie Pacquiao. Sporo wskazuje na to, że Adrien Broner wcale nie będzie tym najtrudniejszym.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)