Sa Pinto buduje Legię czy Portugalię D?
Blogi i felietony

Sa Pinto buduje Legię czy Portugalię D?

Trudno jest szukać w historii Wisły podstaw do optymizmu i pochwał, bo właściwie gdzie tam nie spojrzeć to widać albo oszusta, albo ćwierćinteligenta, natomiast ja spróbuję. Bardzo spodobała mi się reakcja Komisji Licencyjnej, która w całej tej sprawie jest niezwykle ważna.

Potrafię sobie wyobrazić – i wy na pewno też – że jeszcze kilka lat temu w podobnej sytuacji Komisja Licencyjna nie reaguje. Umywa ręce, bo tak jest łatwiej, czeka na rozwój wydarzeń i wkracza dopiero wtedy, gdy pacjent łapie ostatnie hausty powietrza, by jednym ruchem odłączyć go od aparatury. Tu przecież Komisja widziała, jaki w Wiśle panuje burdel, bo już nie bałagan, a jednak zdecydowała się wkroczyć, nawet ryzykując głosy, że burdel powiększa. I słusznie, gdyż takie zdania trzeba mieć w czterech literach.

Imponuje mi też, że w komunikacie KL otwarcie przyznaje, że swoją decyzję o zawieszeniu licencji podjęło na podstawie przekazu medialnego. To odwaga. Inny zestaw ludzi mógłby czekać, aż ktoś się w końcu do nich łaskawie odezwie, w międzyczasie pozbijać bąki, a tutaj mamy wjazd z butami bez czekania na coś, co może się nigdy nie wydarzyć. Jest mi bardzo przykro, że Wisłę spotkał taki los, natomiast albo prowadzimy hobby ligę, albo staramy się robić poważne granie. Jeśli to drugie, dla firm tak zdezelowanych, jak dzisiaj Wisła, nie ma miejsca w Ekstraklasie, jeśli nie zdąży swoich klocków odpowiednio poukładać. A zawieszenie licencji traktuje jako bat i silny środek przymusu.

W Hiszpanii działają podobnie, nawet na drugim poziomie. Reus Deportiu nie płaci swoim piłkarzom, więc po prostu połowa z nich mogła odejść z końcem roku, co zresztą uczyniła. Teraz Reus ma dwunastu zarejestrowanych piłkarzy i jakoś musi sobie radzić. Na patologie i wieczne czekanie na pieniądze miejsca w piłce nie ma.

I tak jak podtrzymuję swoje zdanie co do Komisji Licencyjnej, tak natomiast smutne jest, że ona działać może dopiero po fakcie, a ja chciałbym, by w Polsce można było coś zrobić, zanim mleko się wyleje. Klub piłkarski to tak naprawdę dobro publiczne, cała historia, masa wzruszeń, masa radości. Masa wspomnień. To nie jest supermarket, który jak upadnie to trudno, zaraz będzie nowy. Nie, taka dzisiaj przykładowa Wisła Kraków jest jedna i nie możemy pozwolić na hańbienie jej dorobku. Czyli inaczej mówiąc: nie możemy pozwolić, by ludzie pokroju Wanny i Ikei wchodzili sobie do niej bez wcześniejszej weryfikacji.

I nie chcę mi się wierzyć, że PZPN nie może nic w tej kwestii zrobić, tłumacząc, że nie może prywatnemu przedsiębiorstwu dyktować warunków. No jak to, przecież cały czas to robi – dyktując warunki licencyjne, bo mając pół boiska z jednym słupkiem, papieru nie dostaniesz. Decydując o tym, ilu obcokrajowców i młodzieżowców ma prawo biegać po boisku, a więc pośrednio wpływając na wydawane pieniądze przedsiębiorstwa. Może więc warto nie rozdawać klubów ludziom, którzy mają w kieszeni pięć złotych? Po prostu nie wierzę, że nie można poszukać odpowiedniego rozwiązania właścicielskiego.
*
A na koniec słówko o Legii. Dwóch Portugalczyków przyleciało do Warszawy, trzeci przyleciał wcześniej i gra (Andre Martins), czwarty podobno zbiera się na lot z Bułgarii do Polski. Czekam na piątego, szóstego i siódmego. Ja tylko przypomnę, że Sa Pinto nie buduje Portugalii D, tylko Legię. I żeby nie było: jak zaczniecie czytać o grupkach, kłótniach w szatni, to ja ostrzegałem.

Jak rządziły dziwolągi z Bałkanów, to musiał przyjść Antolić, Vesović i Eduardo. Jak rządzi Portugalczyk, musi przyjść masa Portugalczyków. Oby następny trener nie był Litwinem.