Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Jak wiadomo, wszystko jest zawsze winą dziennikarzy i cyklistów. A że cyklistów o tej porze roku nie ma, to zostają dziennikarze. Z tego też względu przez długi czas czytałem, jak to bardzo szkodzę Wiśle Kraków swoimi nieodpowiedzialnymi wpisami.

Jeśli ktoś się zastanawiał, jak firma Amber Gold mogła odnieść sukces w Polsce, to odpowiedź ma podaną na tacy: liczba naiwniaków jest porażająca, przy czym naiwniacy reagują agresją, kiedy ktoś próbuje ich wyprowadzić z błędu. Uwierzą we wszystko, co jest dla nich korzystne i jednocześnie zignorują każdy sygnał ostrzegawczy. Z czasem oczywiście najdzie ich refleksja, że „no, głupio wyszło”, ale scenariusz można powtarzać nieskończoną ilość razy. Za pół roku, za rok znowu pójdą za własną głupotą i znowu będą widzieć wrogów w dziennikarzach. Oczywiście może się to wydarzyć w każdym mieście w Polsce, ponieważ naiwność nie ma granic wojewódzkich.

W ostatnich tygodniach włączyły się wszystkie alarmy, wyły wszystkie syreny i świeciły się wszystkie lampki ostrzegawcze.

Dziennikarze mówią: pan Wanna to człowiek-krzak.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: firma pana Wanny ma żałosne obroty.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: firma pana Wanny nikogo nie zatrudnia, nie ma śladu jej działalności.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: pan Wanna nie płaci po sobie rachunków w hotelach oraz mandatów.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: biznesowy kolega pana Wanny to też człowiek-krzak.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: firma krzaka numer dwa zarejestrowana jest w sklepie z cygarami.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!
Dziennikarze: krzak numer dwa formalnie nie jest nawet umocowany w „swojej” firmie.
Kibice: przestańcie mącić, poziom dziennikarstwa to dno!

I tak dalej! Dzień w dzień czytałem, że dziennikarze mogliby dać sobie spokój albo „podać konkrety”. Im więcej konkretów podawali, tym częściej widziałem apele o „konkrety”. A przecież zweryfikowano dwie firemki, które kupiły (?) Wisłę i dwóch głównych bohaterów zamieszania. A to, że zweryfikowano ich negatywnie… To, że konkrety na temat ich działalności polegały na tym, że oni nie prowadzą żadnej działalności… No, to już przecież nie wina dziennikarzy, prawda?

„To zagraniczne fundusze inwestycyjne”. Nigdy nie słyszałem o funduszach inwestycyjnych, które nie starają się uwiarygodnić chociażby adresem.

Zastanówmy się, co w tej historii mogło pójść nie tak? Piątoligowy menedżer piłkarski, a raczej ktoś kto menedżerem próbował zostać, ale mu nie wyszło, posiadacz zdjęcia ze Zbigniewem Bońkiem, sprowadza do Polski dwóch egzotycznych biznesmenów bez biznesu. Mówi, że jeden z nich jest członkiem kambodżańskiej rodziny królewskiej. Mówi, że posiada udziały w kilkunastu klubach świata. W Kambodży jednak owego biznesmena bez biznesu nikt nie zna, podobnie jak we wspomnianych klubach. Pan Wanna przylatuje do Polski tanimi liniami…

O, tu się na chwilę zatrzymajmy. Ależ stałem się obiektem kpin, gdy sam zakpiłem z panna Wanny lecącego EasyJetem.

Sam latam tanimi liniami bardzo często, kieruję się głównie rozkładem lotów. Wiem też, że wielu bogatych ludzi nie przykłada wielkiej wagi to afiszowania się majątkiem. Jednak mówimy o dość specyficznej sytuacji. Piłka nożna jest biznesem, do którego ludzie uwielbiający skromność i życie w cieniu raczej nie lgną. Futbol jest dla tych, którzy chcą błysku fleszy, afiszowania się, splendoru. Dla tych, którzy chcą z pieniędzy skorzystać w celu kupienia uznania. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Jeśli poważny człowiek wie, co pisze się na jego temat w polskich mediach, jeśli wie, że jest w jakiś sposób podważany, powinien się uwiarygodnić. Wtedy naturalnym ruchem jest wynajęcie na lot z Paryża prywatnego samolotu, co nie jest jakimś wielkim kosztem. Mało tego, to nie koszt. To inwestycja: w siebie i swój nowy biznes. Jednakże pan Wanna działa inaczej: tłoczy się przy bramce z turystami z Polski, kto wie – może chociaż dokupił dodatkową przestrzeń na nogi.

A kibice mi pisali, że pan Wanna jest bogaty, bo nie rozwala kasy na głupoty (więc może i tej przestrzeni jednak nie dokupił).

No dobrze, wróćmy do tej opowieści. Kambodżański książę przylatuje tanimi liniami do Polski, nie organizuje żadnej konferencji prasowej, a przed fotoreporterami zasłania się parasolem, ponieważ ma „światłowstręt”. Sam niczego nie mówi – zawsze mówią w jego imieniu inni. Dlatego nawet nie da się go zapytać, czy naprawdę jest tym, za kogo się podaje.

„Jakbym ja miał tyle kasy, też bym nie dawał sobie robić zdjęć i nie rozmawiałbym z dziennikarzami” – czytam w internecie. Ale tyle, czyli ile?

Ogląda mecz, a następnie do restauracji „U babci Maliny”, gdzie można kupić pomidorową za 7 złotych. Moja żartobliwa przepowiednia, że cała sprawa skończy się tak, że pan Wanna za darmo zje kolacje na stadionie i potem za darmo obiad u prezydenta i że o to w tym wszystkich chodzi, w sumie okazała się dość prawdziwa, za wyjątkiem tej babci Maliny, bo tam jednak możliwe, że z sześć dych trzeba było wydać (na trzech). Przy czym u prezydenta Krakowa książę pokazuje zdjęcia akademii piłkarskiej, którą rzekomo zbudował i prowadzi (?). Dziennikarze szybko weryfikują tę bzdurę, ale kibice mówią: „pewnie ma udziały, tylko nie na siebie”.

Gdyby pokazał Pałac Buckingham albo wieżę Eiffla, kibice mówiliby: „pewnie ma udziały, tylko nie na siebie”.

Widzieliście sens we władowaniu kilkuset milionów w Wisłę, byle tylko zbudować hotel. Nawet się nie zastanowiliście, jaki taka inwestycja miałaby mieć sens i po co w tym wszystkim zakup klubu jako takiego i przepalanie w nim forsy. Po co ktoś miałby budować hotel, z którego będzie płacić na klub? Ludzie budują hotele, by na nich zarabiać, a nie żeby zyski rozdawać. Nagle uwierzyliście, że TS Wisła ma tereny warte 100 milionów złotych, które może sobie od tak sprzedać. Wy uwierzyliście nawet, że Wanna jest zainteresowany 400 hektarami (!!!) wokół lotniska. Nic więc dziwnego, że uwierzyliście, że Wanna ma swój hotel w Turcji, tylko nie wiadomo jaki, bo się nie ujawnia (pewnie ma udziały, tylko nie na siebie).

Załóżmy, że do Polski faktycznie trafiłby bogaty Azjata. Niekoniecznie członek kambodżańskiej rodziny królewskiej, bo rodzina królewska w Kambodży zbyt bogata nie jest (rządzą tam komuniści). Po prostu – bogaty Azjata. Odbyłoby się to tak…

1. Reprezentowałaby go tutaj poważna osoba, a nie pan Pietrowski opowiadający o Bońku, Janie Pawle II i tak dalej. Taka osoba zapewne wynajęłaby też lokalną agencję PR, która miałaby od strony wizerunkowej cały deal optymalnie przeprowadzić.
2. Oczywiście w rozmowach biznesowego bogatego Azjatę reprezentowałaby potężna kancelaria prawna, z oddziałami w Szanghaju, Londynie i Tokio.
3. Przyleciałby do Polski prywatnym samolotem lub first classą i byłby nienagannie ubrany, stosownie do okoliczności. Można opowiadać o ekscentrycznych milionerach, ale biznesmen kupujący klub piłkarski potrafi się ubrać jak biznesmen kupujący klub piłkarski.
4. Umowa sprzedaży zostałaby parafowana w siedzibie klubu, w obecności dziennikarzy, a chwilę potem odbyłaby się konferencja prasowa. Jednocześnie agencja PR zorganizowałaby naszemu Azjacie serię wywiadów prasowych i telewizyjnych, w których opowiedziałby o sobie, swoich biznesach oraz oczywiście wizji klubu. Nie, nie podpisałby dokumentów w hotelowym lobby w innym kraju. Ludzie kochani: kto kupuje klub piłkarski w hotelowym lobby?!
5. Nie poszedłby po raz pierwszy na mecz po nabyciu klubu, ponieważ… poszedłby już wcześniej, chcąc na własne oczy zobaczyć, co tak naprawdę kupuje. Później zaprosiłby władze klubu do siedziby swojej firmy na rekonesans.
6. Dość szybko przedstawiona zostałaby struktura klubu – kto za co będzie odpowiadał i dlaczego.

Można te punkty mnożyć, ale będzie miało to sens dopiero jak sobie odpowiemy na pytanie: po co bogatemu Azjacie Wisła Kraków? Tu niestety trochę brakuje pomysłów.

Wszystko poszło nie tak, wszystko na opak, a tymczasem kibice z wypiekami na twarzy czekali na przelew, który uratuje klub. Śmiano się ze mnie, że w ewentualnym przyjściu przelewu widzę tylko kłopoty. Zakładałem bowiem, że obserwujemy przekręt, którego skali jeszcze nie rozumiemy. Obawiałem się, że śladów „swojej” firmy wiślacy będą szukać po kambodżańskich lombardach. A okazało się, że nawet i bez mitycznego przelewu scenariusz ten jest możliwy, bo Wisła Kraków dzisiaj sama nie wie, czy została sprzedana, czy nie została. Jeśli się okaże, że została to przecież formalnie odzyskanie spółki może być skomplikowane i długotrwałe. A może trzeba będzie zapłacić „haracz”, by sprawę odkręcić? Dzisiaj nikt tego na sto procent nie wie. Tylko że na mój mały rozumek to, czy do transakcji doszło czy nie, to teraz musi rozstrzygnąć właściwy sąd, a nie TS Wisła. Bo ona może twierdzić, że nie doszło, ale pana Wanny – obłożnie chory, do maja w izolatce i bez możliwości kontaktu z otoczeniem – też należałoby spytać o zdanie. Jak funkcjonować do tego czasu? Jak powołać zarząd? Jak mieć kontrolę nad spółką i jej codzienną działalnością? A jeśli do transakcji doszło, to jak przejść konieczny wtedy proces licencyjny? Kto ma przygotować dokumenty? Pietrowski?

Kambodżański książę zapadł się pod ziemię, szwedzki Hulk Hogan wrócił do swojego małego mieszkania, gdzie nie musi udawać bogacza. Pan Pietrowski dalej w polskiej piłce znaczy, tyle co znaczył, czyli nic. Tylko Wisła straciła, w dużej mierze dzięki naiwności kibiców, którzy zamiast reagować – czekali na przelew i atakowali dziennikarzy.

Przez lata zawsze na coś czekali. Aż gangsterzy sobie pójdą, aż gangsterzy wrócą, aż Meresiński wpłaci, aż Stechert wpłaci, aż ten kolo z USA wpłaci, aż Misiek zwolni siłownię, aż Misiek nie zwolni siłowni, aż Jadczak się odpieprzy, aż klub wytoczy procesy oszczercom, aż TVN24 zbrankrutuje. Zawsze tylko „cierpliwości” oraz „nie pozwólmy dziennikarzom mącić”. Przez ostatnie lata – sorry panowie, to będzie dla was dość przykre – kibice Wisły wypracowali sobie taki wizerunek, że należałoby ich podzielić na grupę patologiczną (najmocniejsza), grupę pożytecznych idiotów (najliczniejsza) oraz grupę przestraszonych sceptyków (najmniejsza). Proporcje niech sobie każdy ustali zgodnie z własnym wyczuciem.

Kambodżańsko-francusko-szwajcarsko-szwedzko-luksembursko-niemiecka komedia nie miała prawa skończyć się happy-endem. Nie zgadzało się nic, nie było ani jednego punktu zaczepienia, by traktować Gang Olsena poważnie. Ani jednego. A jednak trwała tak długo, dzięki naiwności ludzi. Zupełnie jak z Amber Gold – dziennikarze ostrzegali, KNF ostrzegał, ale spółka kosiła w najlepsze jeszcze rok.

Żal mi kibiców Wisły, ale nie jesteście jedynie widzami tego przedstawienia. Jesteście jego uczestnikami. Odegraliście taką, a nie inną rolę. Byliście jak chory na nowotwór, który zaczyna wierzyć, że uleczy go witamina C, bo dlaczego by nie spróbować? Teraz chcecie budować klub od IV ligi, ale przecież każdy zdrowo myślący człowiek już zna scenariusz: taki raczkujący klub jeszcze łatwiej zostanie przejęty przez to samo towarzystwo, co do tej pory. Wy będziecie dalej robić zbiórki, a kasa rozchodzić będzie się na cztery strony świata.

Ja wiem, że wielu z was ma dobre intencje, ale desperacja robi swoje, odbiera rozum. Jedyną rolą, w jakiej kibice Wisły naprawdę mogą się spełnić, to bycie kolorowym, sympatycznym tłem, które będzie szanować lub nawet wielbić normalnego właściciela. W taki sposób, by nie sprawiać mu najmniejszych problemów organizacyjnych i by odczuwał na co dzień wdzięczność, że w ten klub zainwestował. Próba zarządzania klubem przez was skończy się zawsze tak samo: przyjdzie ktoś, kto ma większe mięśnie i powie, żebyście się przesunęli.

I co zrobicie?

No przecież wiadomo, że się przesuniecie.

*

Wszyscy zadają sobie pytanie, o co chodziło Gangowi Olsena? Być może o tereny, które chcieli przejąć za bezcen, ale byli zbyt głupi, by zweryfikować faktyczny stan prawny. Ale mnie się wydaje, to nie to.

Być może z podpisaną umową biegali po luksemburskich czy francuskich bankach, chcąc wziąć kredyt na wpłatę 12 milionów, a zabezpieczeniem kredytu miał być właśnie klub. To nawet pod jakimś względem ma sens, ale trzeba mieć zdolność kredytową i reputację. Daj Boże, aby oni tego kredytu nie dostali, bo przecież nie można wykluczyć, że jednak dostali?

Ale tak naprawdę zgadywanie intencji Gangu Olsena nie ma znaczenia. Znaczenia ma jedynie to, że Wisłą – przy euforii kibiców – wzięła udział w maskaradzie. I to nie po raz pierwszy, co oznacza problem z uczeniem się na własnych błędach.

KRZYSZTOF STANOWSKI

*w tekście uogólniam, oczywiście Wisła ma też wielu normalnych, wspaniałych kibiców. Uogólnienia proszę wybaczyć.