Zwolak chciał aż za bardzo
Weszło Extra

Zwolak chciał aż za bardzo

Medal dla tego, kto jest w stanie wyjaśnić, co stało się z Łukaszem Zwolińskim w jego dwóch ostatnich sezonach w Ekstraklasie. To gość, co do którego ciężko mieć zastrzeżenia. Skupiony na piłce na sto procent. Przestrzegający diety, dbający o siłownię, dodatkowe treningi, inteligentny, zaangażowany, walczący. Nie ma tygodnia, w którym nie zostałby po zajęciach. Materiał na idola trybun, pod kątem podejścia do sportu wzór do naśladowania. 

No i strzelał jedną bramkę na sezon. 

Dlaczego odżył dopiero w Goricy, w której zaliczył tak dobrą rundę, że aż nominowano go do najlepszej jedenastki jesieni w lidze chorwackiej? 

Jak wyrzucić z głowy krytykę trybun, które gwiżdżą na ciebie nawet wtedy, gdy zdobędziesz bramkę? 

Z jakich powodów Maciej Skorża nakazał  Zwolińskiemu zawieszenie Instagrama i czy to sprawiło, że nagle zaczął strzelać? 

Czemu Czesław Michniewicz ma zawsze rację, jak dobrym jest showmanem i czy ma skuteczny farmazon?

Dlaczego Kosta Runjaić zabrał drużynę na piwo o 22:00 dzień przed meczem i co jest sekretem świetnych recenzji, jakie zbiera w Szczecinie? 

***

Odżyłeś?

Tak. Przede wszystkim gram, to za tym najbardziej tęskniłem. Nie pamiętam, kiedy w Pogoni rozegrałem tyle minut, co w Goricy przez jedną rundę.

Szanse w Polsce jednak zawsze dostawałeś.

Tak, nie chcę się broń Boże usprawiedliwiać, ale jak się ma ambicje i wchodzi na 5 minut, 10 minut, później liczy się te mecze bez bramek… Ambicja przeradza się w złość i frustrację. Może dlatego brakowało mi trafień.

Michał Masłowski opowiadał mi niedawno, że Chorwacja nauczyła go luzu. Wcześniej cały czas analizował błędy, widział same niedoskonałości.

I ja się z nim zgodzę.

Na ciebie chorwacka mentalność też tak podziałała?

Mniejszy nacisk kładzie się na wszystko, co dookoła. Mówię o otoczce kibicowskiej, marketingu, szumie wokół meczu. Nie ma zgrupowań w hotelu dzień przed, sztucznej koncentracji, wspólnych posiłków. Spotykamy się 1,5 godziny przed meczem, bo każdy ma świadomość, co trzeba zjeść. Jest taki luz, który napędza też sposób bycia Chorwatów. Wcześniej nie miałem okazji zwiedzać krajów, całe życie byłem w Pogoni i na wypożyczeniach, więc wyjazd do Goricy to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nie znasz ludzi, a oni się do ciebie uśmiechają. Siedzą cały dzień na kawie, herbacie, raczej nie przebywają w domach. Na ulicy czujesz się, jakbyś był na wakacjach – tacy są otwarci i życzliwi.

Trochę porównuję Goricę do Łęcznej, bo to też mały klub. Szatnia jest jak rodzina, wszyscy się dobrze znają. Od Gorica do Zagrzebia jest 10 km, czyli jesteśmy trochę jak Pruszków dla Warszawy. Wejście do szatni było łatwe – każdy od razu chce pomóc, a jeszcze ja miałem Masła, który został wicekapitanem, więc mnie wprowadził. Byłem z nim wcześniej na telefonie i nie jechałem w ciemno, na każde pytanie mi szczerze odpowiadał.

W rankingu UEFA liga chorwacka – jak prawie każda zresztą – stoi wyżej niż polska. Czujesz to na boisku?

Różnicą jest jakość piłkarzy, pod tym kątem liga chorwacka jest lepsza. W Ekstraklasie jest natomiast więcej walki, biegania, taktyki. Chorwacja to happy football. Więcej myśli się o strzelaniu bramek niż o bronieniu. Dla napastnika to idealna sytuacja – więcej akcji, więcej okazji na bramkę, tu rzadko pada 0:0. A w Ekstraklasie…

Zazwyczaj.

No, zazwyczaj. Ale polska liga jest lepsza pod względem fizycznym.

Jak się gra przy 1500 kibiców?

To jedna z największych różnic. W Polsce masz piękne stadiony, super otoczkę kibicowską. Trzeba wyjechać, żeby docenić kibiców i to, co robią dookoła. Na drugą ligę w Goricy przychodziło 500-700 osób. Ostatnio na meczu z Hajdukiem padł rekord, 3500 widzów. Kibicowanie jest trochę inne. Zrobisz głupi wślizg, ale wspierają cię w stylu angielskim, biją brawo jak wywalczysz piłkę albo pokażesz ambicję. Oddasz niecelny strzał? Też brawo, wsparcie. W Polsce jest raczej „o matko, ale zawód”. Graliśmy z Dinamem, faworytem. Mieliśmy 0:0, przycisnęli nas. Kibice widzieli to i zaczęli śpiewać „Gorica, Gorica!!!”. Czujesz, że ludzie naprawdę dobrze ci życzą. Po meczu biją brawo, dziękują. Dla mnie było to coś innego. Kibiców przychodzi dużo mniej, ale jak już są to żyją tym meczem i doceniają to, że jesteśmy małym klubem i nie zawsze wygramy. Nie spotkałem się, by ktoś po przegranym meczu miał podejście „a czemu przegraliście, co jest z wami?”. Zawsze same pozytywy.

Zrzut ekranu 2018-12-28 o 16.31.23

Ty negatywnych głosów z trybun akurat miałeś okazję się w życiu nasłuchać. Dochodziła do ciebie ta szydera szczecińskich kibiców?

Generalnie wyłączałem się podczas meczu. Nie słyszałem kibiców, gdy było dobrze, ani gdy było źle. Ale skłamałbym gdybym powiedział, że nie słyszałem tego, co działo się po bramce w meczu z Górnikiem. Jestem chyba pierwszym wychowankiem w historii Pogoni, który po strzelonej bramce usłyszał taką wymianę ze spikerem.

– Gola strzelił Łukasz!!!

(cisza)

– Łukasz!!!

(cisza)

– Łukasz!!!

(cały stadion gwiżdże)

To była pierwsza taka sytuacja, która mnie naprawdę zabolała.

Znam to uczucie jak cię kochają, ale znam też, jak cię nienawidzą. Od razu podkreślam – gdy na stadionie było 10 tysięcy kibiców, to wiem, że 90% z nich życzyło mi dobrze. Ale zawsze słyszysz tych, którzy patrzą na ciebie negatywnie. Korzystałem z trenera mentalnego – uważam, że to żadna ujma – zarówno wtedy, gdy było dobrze, jak i wtedy, gdy źle. Wiem, jak odbierać pochwały i negatywne głosy. Nic nie trwa wiecznie. Trzeba zaakceptować siebie i się tym nie przejmować, bo traci się tylko nerwy i energię.

Jak wyglądał powrót do domu po meczu z Zabrzem?

Byłem szczęśliwy, bo w końcu strzeliłem bramkę. Następnego dnia rano grałem w rezerwach i też mi się udało strzelić. Szczerze? Te gwizdy były kopem motywacyjnym. Zadziałało motywacyjnie, choć zabolało.

Łatwiej byłoby znieść szyderę, gdybyś grał – przykładowo – w Gdyni czy Niecieczy, a nie dla ludzi, z którymi chodziłeś do podstawówki czy grałeś na jednym osiedlu w piłkę?

Wychodzę z założenia, że szydera w piłce musi być, wiadomo. Chyba dla nikogo to nie jest przyjemne, jak się z ciebie szydzi, ale to kwestia indywidualna jak ty to odbierasz. Możesz jednym uchem wpuścić i drugim wypuścić albo obrócić to w motywację. Do wszystkiego dochodziłem ciężką pracą. Nie grałem w kadrach wojewódzkich czy młodzieżowych od U-15. Gdybym miał się przejmować każdym głosem, już dawno skończyłbym grać w piłkę i skoczyłbym z mostu.

Sam o sobie powiedziałeś, że jesteś od noszenia fortepianu.

Tak.

Uważasz, że nie masz talentu?

Tak, nie mam. Są piłkarze, którzy mają talent, ja jestem gdzie jestem tylko poprzez ciężką pracę.

W jaki sposób na zmianę otoczenia namówił cię trener Runjaić?

Spotkaliśmy się po ostatnim meczu ligowym razem z trenerem, dyrektorem sportowym Maciejem Stolarczykiem i Darkiem Adamczukiem. Odbyliśmy godzinną, szczerą rozmowę. Bardzo cenię trenera Kostę jako fachowca i człowieka, lepszego trenera chyba nie spotkałem w swojej przygodzie z piłką. Co mnie zdziwiło? Jego otwartość i to, jak rozmawia z zawodnikami. Podziękował, ile serca włożyłem w utrzymanie i zaczęliśmy analizować, co byłoby teraz dla mnie najlepsze. Trener powiedział wprost:

– Zwolak, masz wszystko, wykończenie, grę tyłem do bramki. Mówię ci to jako człowiek – czasami głupia zmiana powietrza może wszystko zmienić. Broń Boże cię nie wyganiam z klubu, bo chcę dla ciebie dobrze, ale mówię szczerze: będę chciał ściągnąć jednego, może dwóch napastników. Nie będziesz wyborem numer jeden, ale wiem, że zawsze możesz mi pomóc.

I wiedziałem, że to nie było na zasadzie „Zwolak, masz kontrakt i chcemy byś zszedł z pensji”, choć może zarząd patrzył na to z tej perspektywy. Bardzo mi się to spodobało. Mógł mi to powiedzieć w ostatnim tygodniu okienka transferowego, że na mnie nie będzie stawiał, ale zachował się bardzo uczciwie. Podziękowałem, bo dzięki temu miałem świadomość, w jakim miejscu jestem. Porozmawiałem z menedżerem, wyszedł temat Goricy i stwierdziłem, że faktycznie trzeba zmienić powietrze. Jak widać – to był strzał w dziesiątkę.

Żałujesz, że nie odszedłeś ze Szczecina wcześniej? Trener Michniewicz jeszcze w 2016 roku powiedział w Stanie Futbolu, że jego zdaniem w Szczecinie już się nie rozwiniesz.

Ten Czesiek Michniewicz, on zawsze ma rację! (śmiech)

Trener to bardzo w porządku człowiek, ale ciężko odnieść się do jego słów, w Szczecinie czułem się jak w domu. Nie po to jechałem do Łęcznej 800 kilometrów, by grać w innym klubie, ale by się przebić w Pogoni. Jestem wychowankiem z krwi i kości. Nie każdy ma możliwość strzelania dla swojego klubu. Nigdy nie czułem w Szczecinie, że muszę coś zmienić, bo w domu się nigdy źle nie czujesz.

Wpadłeś w strefę komfortu?

Moim marzeniem było zawsze grać w jak najsilniejszej lidze, więc nie czułem się tak, że jest mi dobrze i luzik. Wręcz przeciwnie. Miałem i mam ambicję, by grać jak najwyżej. Ale nie tak chciałem odchodzić z Pogoni. Milej by było dla wszystkich, gdyby klub mógł na mnie zarobić. Niestety, nie udało się, ale mam nadzieję, że moja przygoda z Pogonią to nie jest temat zamknięty i kiedyś jeszcze wrócę. Nie spaliłem za sobą mostów. Z prezesem i trenerem mam stały kontakt. Gdy jestem w Szczecinie, zawsze się spotkam na rozmowę.

Wracając – żałujesz, że tak późno odszedłeś?

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że tak. Ale może gdybym odszedł, nie byłbym tu, gdzie teraz? Wróżenie z fusów. Na pewno nie żałuję, że spędziłem tyle czasu w Pogoni. Od dziecka o tym marzyłem.

Skoro mówisz, że trener Michniewicz ma zawsze rację, mam kolejny cytat: – Łukasz bardzo się zamartwia. Po nim nic nie spływa. To nie jest piłkarz, który patrzy do przodu, a do tyłu.

Pamiętam te słowa i tutaj się kompletnie nie zgodzę. Gdybym był zawodnikiem, który się przejmuje, po tych dwóch sezonach skończyłbym z piłką. Trener Michniewicz bardzo mi ufał i bardzo go cenię, Zorro to jego twór marketingowy. Ale z tymi słowami nie potrafię się zgodzić.

A ja jak cię oglądałem, zawsze miałem wrażenie, że po zmarnowanej sytuacji kompletnie gasłeś.

Możliwe, że było coś takiego w głowie, zwłaszcza w tym okresie, gdy nie strzelałem. Jak masz długi okres i chcesz strzelić, nie trafiasz, broni bramkarz… Możliwe, że gasłem.

Wpadałeś w spiralę. Zmarnowałeś jedną, marnowałeś kolejne, problem się tylko pogłębiał.

To chyba prawo serii u napastnika. Jak jedna wpadnie, to już wpada. Trener mentalny nauczył mnie tego, że jak zmarnujesz sytuację, to po 10 sekundach możesz mieć kolejną. A jak będziesz myślał o tamtej, to ci ta kolejna przepadnie. Tego mi brakowało w tych dwóch sezonach.

Jesteś wdzięcznym materiałem dla trenera? Uważasz, że szkoleniowcy lubią z tobą pracować?

Wydaje mi się, że tak. Jestem rzetelny. Nie było tygodnia, w którym bym nie został po treningu. Taką mam naturę. Żaden szkoleniowiec nie miał ze mną problemów.

Pytam, bo panuje o tobie opinia, że robisz wszystko, co się da, by się jak najlepiej przygotować do zawodu. Czasami aż do przesady.

Na pewno wszystkiego nie robię, bo byłbym alfą i omegą, popełniam błędy. Taki mam styl bycia. Od małego nauczony jestem, że jeśli się nie poświęcisz czemuś w stu procentach, to nie ma sensu w ogóle w to brnąć. Jeśli jakiś posiłek może ci dać 5% więcej energii na boisku, to dlaczego miałbym go nie zjeść? Byłbym głupi, gdybym tego nie zrobił. Jestem od noszenia fortepianu i staram się wdrażać wszystkie rzeczy, które mogą mi pomóc. W pewnym momencie jak nie strzelałem bramek pojawiały się myśli: kurczę, faktycznie trzeba coś zmienić, pójść na imprezę albo odżywiać się niesportowo. Bo co ty, Zwolak, robisz źle? Odżywiasz się dobrze, zostajesz po treningach, czekasz na swoją szansę, jesteś cierpliwy, a bramki nie przychodzą. Zaczynasz się zastanawiać, że może jesteś za bardzo profi.

Rzetelność i cierpliwość. Cały czas robiłem swoje i powoli to procentuje. Karma wraca.

To prawda, że w pewnym momencie aż przesadziłeś z siłownią?

To też trener Michniewicz! Kurczę, nie wiem. Gdy byłem w Pogoni, przez cztery lata mieliśmy tę samą panią dietetyk i zawsze wychodziło mi na testach to samo – ani wzrostu wagi, ani masy mięśniowej. Ciężko powiedzieć. Trener Michniewicz często żartował:

– Zwolak, na żadną siłownię masz mi nie iść!

Nie przerzucałem ciężarów, zwykła stabilizacja dla siebie. Przez całą karierę nigdy nie kupiłem karnetu na siłownię i nie trenowałem w ukryciu. Nie wiem, może to wytłumaczenie, dlaczego nie strzelałem bramek.

Siłownia miała zachwiać twoją dynamikę.

Nie wiem, nie czułem tego.

Zrzut ekranu 2018-12-28 o 16.33.34

Pewnie czytałeś tekst Mateusza Janiaka z Przeglądu Sportowego po twoim odejściu z Pogoni. Napisał, że byłeś idealnym kandydatem na idola Szczecina. Zgadzasz się z tym?

Zgodzę się. Szczególnie dla najmłodszych. Dzieciaki zawsze patrzą na tych, którzy strzelają bramki. Co więcej – wydaje mi się, że tylko byłem kandydatem na idola, ale że tym idolem faktycznie byłem. Rodzice z dziećmi mnie zaczepiali, bym podpisał a to poduszki, a to plakaty. Było to bardzo miłe. Dzieciaki są wpatrzone w ciebie, tak samo jak ja sam kiedyś byłem wpatrzony w różnych idoli. Rodzice mówili: – On nie patrzy na Ronaldo, chce być jak Zwoliński. Było to motywujące. Tak, pewnym momencie byłem idolem.

Tobie się nie dało nie kibicować. Gdybyś chodził na balety albo się nie przykładał, sprawa byłaby jasna. A ty się skupiałeś się na grze w piłkę, byłeś oddany, związany z klubem, ale po świetnym wejściu w ligę totalnie ci nie szło.

Chłopaki się śmiali, że zawsze po moich strzałach padała interwencja kolejki albo bramkarz trafiał do waszego zestawienia kozaków. Były sytuacje, że łapałem się za głowę, gdy czegoś nie strzeliłem, jasne. Ale koledzy powtarzali generalnie, że mam strasznego pecha. Czasami się odbije od nogi i wpadnie, a czasami dasz dobry strzał i nic.

Ktoś w końcu dobrze to skwitował: – Zwolak, weź ty idź może do kościoła.

Co jest w głowie napastnika, gdy wychodzi sam na sam z poczuciem, że od tysiąca minut nie trafił do siatki?

Wszystko zależy od pewności siebie. Jak czujesz, że jesteś w gazie, możesz dać nawet wcinkę. A jak masz zero bramek, szukasz najprostszego rozwiązania. Byle strzelić. Jest moment nerwówki.

Napastnik może zbudować pewność inaczej niż przez bramki?

Na pewno to możliwe, ale bramka to największy zastrzyk motywacji. Mi moja trenerka mentalna wytłumaczyła, że muszę stawiać sobie małe cele. Zgrasz dobrze, wyjdziesz na pozycję, pokażesz się do grania. Trzeba się podbudowywać, bo wszystko zaczyna się od małych rzeczy. Nie muszę nastawiać się, że strzelę z woleja i zdobędę bramkę kolejki. Pierwszy wygrany pojedynek, pierwszy kontakt z piłką – tak budujesz pewność siebie.

We wspomnianym artykule padło później wiele mówiące zdanie: „przytłoczyła go presja gry w rodzinnym mieście”.

Jest w tym ziarno prawdy. Całe życie zasuwałeś, byłeś na drugim końcu Polski na wypożyczeniu, wszystko po to, by trafić do klubu, o którym zawsze marzyłeś. Grasz, strzelasz bramki, przychodzą na trybuny znajomi, rodzina. To nie są przypadkowi kibice, to są ludzie, z którymi się wychowywałeś na podwórku. Chcesz się pokazać z jak najlepszej strony, bo znasz ich od małego i chcesz dla nich jak najlepiej. Zwolak chciał aż za bardzo. Tak jak Mateusz napisał – może było to przytłaczające. Nie robiłem tego na pokaz, po prostu takie mam poczucie. Gdzie nie spojrzysz, widzisz znajomą twarz, więc siłą rzeczy nakręcasz się, że musisz grać jak najlepiej.

Teraz gram w Goricy i oczywiście szanuję kibiców, ale to nie jest moja rodzina, nie znam tych ludzi. Sprawiam im radość, ale to zupełnie inne uczucie, gdy cieszysz się ze znajomymi twarzami.

Pamiętasz jeden, konkretny moment, po którym się zablokowałeś?

Jednego nie było. Za trenera Moskala dostawałem mało szans. Wchodziłem na piętnaście sekund, na trzy minuty. Zaczęło się liczenie meczów bez bramki.

Mecze bez bramki to jedno, więcej mówiły minuty bez gola – naliczyliśmy ich ci ponad 1200.

Dużo. Ale jednej sytuacji, od której się zaczęło, nie pamiętam.

Trener Michniewicz powiedział też, że zdarzyło mu się ściągnąć cię w 45. minucie, by oszczędzić ci gwizdów. Gdybyś zszedł w 60. minucie, cały stadion dałby ci do zrozumienia, co o tobie myśli.

Pamiętam tylko jeden mecz, w którym mnie ściągnął w przerwie. Mam w głowie same pozytywne momenty. Nie wiem, ja uważam, że piłka nożna to męski sport i trzeba wszystko przyjąć na klatę. Żaden zawodnik nie lubi schodzić w przerwie. Nie wiem czy przez to trener mógł mi pomóc. Z drugiej strony nie powiesz kibicowi, żeby przestał gwizdać.

Ale jak ściągasz zawodnika w przerwie, to nie gwiżdże, bo nie ma okazji.

Ciężko mi to odebrać jako deskę ratunku.

Co największą zaletą trenera Michniewicza?

Trener Michniewicz potrafił cię tak spompować, że wychodząc na mecz czułeś się jak kozak. Najlepszy był jego sposób przekazu. To jest showman! Wszystko robił multimedialnie, na treningu latały drony. Śmialiśmy się w szatni, że ma taki dobry farmazon. Pierwsza odprawa przed meczem z Jagiellonią, pojechaliśmy do jakiegoś pałacyku za miasto. Trener puszcza nam Szczecin z lotu ptaka i ckliwą muzyczkę w tle. Przysięgam ci, że Frączu miał taki napad śmiechu, że się dusił. Płakaliśmy! A trener pokazując ten Szczecin z lotu ptaka nawijał:

– Patrzcie, jakie to miasto jest piękne! Zagrajcie dla niego! Dla tych kibiców!

Autentycznie płakaliśmy. A potem wychodzę na boisko i strzelam dwie bramki.

Trener miał zawsze milion rozegrań z rzutów wolnych albo rożnych. Nie wiem, ile dysków ma zapełnionych tymi analizami. Pokazuje róg jakiegoś zespołu:

– Oni bronią strefą, to my rozegramy tak: wrzutka na krótki słupek, przedłużenie i Arab strzela tu bramkę na długim. Kto chce być Arabem?

– Ja.

– To będziesz Arabem!

Gramy z Lechią, jest wrzutka na krótki, przedłużenie i faktycznie po meczu było „brawo Arab!”. Trener do mnie dotarł. To, w jaki sposób mnie prowadził, bardzo mi pomogło. Mam wielki szacunek. 

Potrafisz zrozumieć to, że został odpalony, bo nie mieliście stylu?

Nie. Mieliśmy dwanaście meczów bez porażki u trenera, zawsze punktowaliśmy, choć zgoda, stylu może nie mieliśmy za pięknego. Teraz trener Kosta robi super robotę, ale nie pamiętam, by przed nim jakiś trener robił taki wynik. Śmieję się, że teraz w Goricy gramy a’la trener Michniewcz. Czasami zabijamy mecze, ale to też jakiś sposób. Jeśli nie masz drużyny, która przez cały mecz może grać atakiem pozycyjnym, musisz znaleźć sobie sposób. Ustawienie dostosowujesz do zawodników, a nie na odwrót. Pamiętam tylko okrzyk trenera: – Zwolak, za linię piłki!

Zrzut ekranu 2018-12-28 o 16.34.55

Żałujesz, że drastycznie ograniczyłeś Instagram po sugestii kibiców? Przez prawie rok nic na niego nie wrzucałeś. Z boku wyglądało to tak, jakbyś się ugiął przed jednym transparentem.

Nie uważam, by Instagram wpływał na moją formę.

Dla mnie to absurdalne, że ktoś ci to w ogóle wytknął.

Ja nie chciałem zawieszać Instagrama, zostałem zmuszony przez trenera Skorżę. Trener powiedział mi:

– Zwolak, to nie chodzi o ciebie, a o drużynę. Nie chcę by zespół cierpiał na tym, że kibice wieszają transparenty, gwiżdżą. Masz zablokować swoje media społecznościowe, tak będzie lepiej dla drużyny.

Nie grałem u trenera Skorży zbyt dużo, ale stwierdziłem, że jeśli to ma pomóc, mogę to zrobić. Choć do dziś kompletnie się z tym nie zgadzam.

Jak odebrałeś te zarzuty?

Ten transparent był tuż po tym, jak po przegranym meczu chłopaki pierwszy raz zabrali mnie na żużel do Gorzowa. Kamil Drygas, Kuba Piotrowski, nasz fizjoterapeuta – wszyscy zawsze bardzo przeżywali żużel. Zastanawiałem się: jak wy możecie to oglądać? Mówili, że trzeba zobaczyć to na żywo, żeby zrozumieć. No i pojechaliśmy. Pierwszy raz na żużlu, zrobiło to na mnie duże wrażenie, wrzuciłem zdjęcie, normalna rzecz. Zaczęło się: „kurwa, w domu powinieneś siedzieć”. „Co ty robisz? Pojebało ci się po przegranym meczu?”

Stilon Gorzów i fani Pogoni nie lubili się, ale… Jesteś na innym sporcie pierwszy raz, wstawiasz zdjęcie. Mogłem pójść na imprezę i wtedy rozumiałbym zarzuty. Ale to był tylko żużel. Pojechaliśmy razem, ale zdjęcie wstawiłem ja i mi się oberwało.

Zmieniłeś podejście do social mediów?

Nie. Nie uważam, że to szkodzi. Mój Instagram jest dla osób, które chcą mnie śledzić, przecież nikomu nie każę mnie obserwować. Gdy młodzi chcą zobaczyć posiłki albo zdjęcia z meczów, mogą to zrobić u mnie. Nie wrzucam przecież zdjęć z nowym zegarkiem, nie chwalę się ile wydałem pieniędzy. Nie uważam, że mogłem komuś zrobić tym krzywdę.

Czemu początek za Macieja Skorży był tak beznadziejny?

(chwila ciszy)

Wskażę ci jedną z największych różnic pomiędzy trenerem Skorżą a trenerem Kostą. U trenera Skorży zapamiętałem – czego nie ma w ogóle też w Goricy – sztuczny profesjonalizm. Jednego razu w dniu meczowym usiedliśmy po śniadaniu na kawie. Rafał Murawski, Adam Frączczak, Jarek Fojut, Łukasz Załuska, czyli cała rada drużyny i ja. Zamówiliśmy kawę. Siedzimy, czekamy, kawy nie ma i nie ma. Przychodzi do nas kelnerka i mówi, że nie może zrealizować naszego zamówienia. My wielkie oczy, o co chodzi? Zaraz pojawia się trener Skorża:

– Jaka kawa?! To magnez wypłukuje. Idźcie do pokoju się koncentrować, a nie o kawie myślicie. 

Rozumiem, gdyby trener powiedział coś takiego mi i juniorom, ale tam był cały trzon zespołu, doświadczeni piłkarze. Skończyło się tak, że nie dostaliśmy tych kaw. Równie dobrze mogliśmy sobie przecież zamówić do pokoju i pić po kryjomu. Trener zabraniał nam nawet jajecznicy. Pamiętam, jak pani szła z nutellą, ktoś chciał nałożyć trochę do croissanta. Trener się wydarł:

– Co pani robi?! Niech pani to stąd zabierze!

Trochę jak do dzieci.

Trochę tak. Letni obóz, Wronki, gramy sparing. Wygrywamy, po meczu mamy dzień wolny, więc klub zorganizował grilla. Przychodzimy, a tam warzywa, kurczak i łosoś. Bez kiełbasy, bo trzeba zdrowo. Frączu poszedł się spytać, czy można wypić po jednym piwie.

– Zwariowałeś? Żadnego piwa.

Zaraz przecież połowa zespołu może pójść do pokojów i sobie po prostu kupić. Dla kontrastu jedno z pierwszych wspólnych spotkań z trenerem Kostą. 22:00, mamy w planie odprawę przed meczem, który odbywał się następnego dnia. O 22, tak późno? No dobra, nowy trener, może chce nam coś nowego powiedzieć. Runjaić przychodzi i mówi:

– Kto chce piwo to piwo, kto wino to wino.

Przypominam – 22:00, dzień przed meczem. Zaraz, zaraz, czy to nie jest żadna wypucha? Trener mówi, że jedno piwo można wypić, usiąść jak drużyna, pogadać wrócić i do pokojów. Byliśmy w Novotelu w centrum miasta, przeszklone szyby, wszystko widać na ulicy. Trener pyta mnie, gdzie usiąść.

– Może siądźmy tam głębiej, trenerze, bo tu jest okno i wszystko widać.

Wtedy dostałem pierwszą zjebkę.

– No i co z tego, że tu jest okno? Czego ty się boisz?

Trener to podłapał i przez cały czas robił ze mnie szyderę. „Siadamy głębiej, bo tam jest okno, Zwolakowi zaraz zdjęcia będą robić!”. Miał wielki luz i dystans. Ktoś się zdziwił i spytał, jak to możliwe, że dzień przed meczem możemy napić się piwa.

– I co to zmieni, że wypijesz jedno piwo? Będziesz od niego wolniejszy na meczu? Będziesz grał gorzej?

No nie, wiadomo, że nie. Taka zmiana – raz nie możesz pić nawet kawy, a teraz dzień przed meczem pijesz piwo. Ludzkie podejście. W Goricy po treningu możesz usiąść i zamówić piwo, zwłaszcza w lato. Trener czasami, jak ktoś ma urodziny, sam mówi, że powinniśmy zostać i napić się wspólnie piwa. Nie musisz dzień wcześniej być w hotelu, by się skoncentrować.

No dobra, wszyscy tak chwalą tego Runjaicia, wskaż mi jedną negatywną opinię o nim.

Nie spotkałem się z taką. Nie byłem pierwszym wyborem trenera, a nie mogę na niego złego słowa powiedzieć. Myślę, że wielu starszym zawodnikom pokazał, że nie ma czegoś takiego jak limit. Powtarzał nam, że nie wie, gdzie osiągniemy swój szczyt. Z każdym treningiem sami sobie udowadnialiśmy, że możemy więcej. Gdy przyszedł zimą, w życiu nie miałem takiego okresu przygotowawczego. Te słynne obozy z trenerem Szatałowem to nic. Mocny wycisk, ale wszystko z głową.

Wszystko jest dopracowane do najmniejszego detalu. Głupi przykład – gra na utrzymanie. Asystenci nie mają prawa stać i patrzeć, każdy ma mieć przygotowaną piłkę. Jak wyleci poza linię, to od razu rzucają kolejną, nie ma czekania. A czasami bywa tak, że ktoś musi pobiec po piłkę, tempo spada. Niby szczegół, a robi ci zupełnie inną intensywność treningu.

Masz poczucie, że pracujesz z prawdziwym fachowcem. Wchodzisz do jego pokoju, a on ma wszystkie twoje statystyki z każdego sezonu. Wie o tobie wszystko. Od razu widzisz, że gość prześwietlił cię tak, że nie sprzedasz mu żadnego kitu, mówisz od samego początku szczerze, a on też nie owija w bawełnę. Spytał mnie, gdzie widzę swoje mocne strony, gdzie widzę swoje braki i w czym może pomóc.

W czym twoim zdaniem mógł najbardziej?

Nie powiedziałem o strzelaniu bramek, a o mniejszych brakach. Pierwszy kontakt z piłką, reakcja, przyjęcie kierunkowe. Z tego okresu bardzo dużo wyciągnąłem.

– Zwolak, jeżeli będziesz robił, co od ciebie oczekuję, to możesz nie strzelać a i tak będziesz u mnie grał – powtarzał zawsze.

I rzeczywiście, u trenera Kosty grałem bardzo dużo. To nie było pół żartem, ale poważnie. Chyba każdy powie, że Kosta tak pracuje. Czujesz, że to gość, który ci ufa. Nieważne, czy jesteś zawodnikiem z pierwszego składu, czy dwudziestym pierwszym w kolejności. Mówił:

– Nie musicie mnie kochać. Możecie mnie nienawidzić, ale ja wymagam tylko tego, byście wygrywali mecze. 

Prezes Mroczek podpatruje odprawy Runjaicia i mówi, że jeszcze nie widział człowieka, który potrafił tak dobrze krytykować. Zjedzie cię równo, wytknie wszystko, ale jednocześnie pokaże ci jak powinieneś wyeliminować błędy i po takiej zjebce od razu jesteś zmotywowany.

Jak trzeba było cię zjebać, to zjebał tak, że aż szyby drżały. Ale w taki sposób, że wiedziałeś, że ma rację i od razu cię nakierowywał, jak możesz to zmienić. Po prostu wiedziałeś to od razu po odprawie, jak się zachować w następnym meczu. Do tego był konsekwentny. Pokazał jednemu z piłkarzy, że jak nie będzie się wracał, to nie będzie grać. Gdy przychodził, byliśmy w czarnej dupie, mało kto wierzył w utrzymanie, więc uczulał nas, że w tej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na stratę na własnej połowie. Następny mecz, ten zawodnik chciał pomóc drużynie, wszedł w drybling i stracił piłkę. No i więcej w Pogoni już nie zagrał.

Inna sytuacja – trening biegowy, pierwsza gra wewnętrzna. Padał deszcz, trener chciał wszystkich zobaczyć. Czysta kartka, więc każdy zasuwa na maksa. Koniec, trener mówi, że idziemy jeszcze na bieganie. Takich intensywnych kopert jeszcze nigdy nie miałem. Jeden z chłopaków rzucił sobie po ćwiczeniu żartem „maybe one more”.

– Kto to powiedział? – pyta trener.

Cisza.

– No kto? Poważnie pytam.
– No ja.
– No to chodź, jak masz jeszcze ochotę.
– Nie nie, ja żartowałem.
– Chodź, naprawdę.
– Trenerze, żart tylko, nie mam siły.
– Powiedziałem chodź.

I musiał biegać. Trener dał sygnał, ze jak są żarty to żarty, a jak jest praca to nie ma śmiania się, trzeba zapierdzielać. Wiedział, kiedy jest czas na luz, a kiedy czas na pracę.

Milan czy Borussia?

Obydwa biorę w ciemno!

Wiadomo, że to była plotka, ale takie artykuły to jest mega pozytywny kop motywacji. Z tego, co wiem, skauci z obydwu tych klubów faktycznie byli.

Ale to był mecz z Dinamem Zagrzeb, więc to normalne, że na Dinamo jeżdżą.

I pewnie oglądali zawodników Dinama, wiem o tym. Ale świadomość, że skauci takich klubów pojawiają na twoich meczach, motywuje. Dyrektor sportowy przekonywał mnie, że nie wiadomo, może podobała się moja gra. No, ale zejdźmy na ziemię. Traktuję to jednak jako komplement prasy – mogli napisać o kimś innym, napisali o mnie.

Zrzut ekranu 2018-12-28 o 16.34.41

Żałujesz dziś, że odrzuciłeś ofertę z Bursasporu kilka lat temu lub jakąkolwiek inną?

Z tego, co mi wiadomo, kluby się nie dogadały, więc nie było czego odrzucać. Z ręka na sercu – nie byłem w gabinecie, nie siedziałem, nie wiem jak wyglądały szczegóły. Łatka została przypięta i to jedna z niewielu rzeczy, do których mam pretensje do trenera Michniewicza. Powiedział, że po nieudanym transferze Zwolak ciągle o myślał o odejściu i że całe zamieszanie na mnie wpłynęło. Guzik prawda. Zamieszanie zrobił bardziej trener. Było to na wyrost, choć Bursaspor to nie jedyne zainteresowanie, były też inne oferty.

Gdybyś postawił mocniejszy nacisk, może kluby by się dogadały.

Ciężko mi powiedzieć. Miałem super okres, strzelałem bramki, to było naturalne, że kluby zaczną się interesować. Nie wiedziałem czy będzie jakiś lepszy klub czy nie. Dobiegały mnie głosy od prezesa, że chyba dostanę powołanie, bo jestem bardzo blisko, więc nie chciałem się koncentrować na zmianie klubu. Nie myślałem na pewno o pierwszym lepszym transferze. Nie zakładałem przecież, że zaraz przestanę strzelać. Myślałem na zasadzie: jak nie teraz to w następnym okienku.

Czy żałuję? Nie wiadomo, co by było. Może bym grał, a może wrócił z podkulonym ogonem i byłoby, że za szybko wyjechał.

Jak zareagowali w klubie, gdy powiedziałeś, że jedziesz do Szczecina zaliczyć egzaminy?

Byli w szoku, że studiuję. Ale zachowali się mega fajnie, bo po meczu z Hajdukiem, w którym strzeliłem gola, dali mi trzy dni na studia i dwa dni wolnego dla rodziny. Ludzkie podejście.

Który rok?

Teraz magisterka.

Temat?

Jeszcze jest do dogadania, chcę napisać o intensywności treningu. Ile w meczu chodziłeś, dreptałeś, a ile miałeś sprintów na trzeciej czwartej, piątej strefie. Wcześniej pisałem na temat szybkości w piłce nożnej. Być może zrobię na swoim przykładzie na podstawie rundy u Kosty Runjaicia. Jeśli się nie uda, zrobię na podstawię całej Ekstraklasy w porównaniu do Bundesligi, bo trener Runjaić ma wiele plików odnośnie tego jak to wygląda w Niemczech. Temat taki, że nie musisz siedzieć w książkach i przepisywać, a możesz stworzyć coś ciekawego.

Gdy tak głęboko wchodzisz w analizę własnych liczb, doszedłeś do jakichś wniosków na swój temat?

Nie. Na meczu nie myślisz, że gdy przebiegniesz jeszcze 300 metrów sprintem, to będzie dobrze. To czysta ciekawość. Masz przykład – Pogon to teraz najlepiej wybiegany zespół, ale trener Buryta powtarza, że nieważne ile kilometrów zrobisz, a na jakiej intensywności. W Niemczech mogą przebiec dwa kilometry mniej, ale na takiej intensywności, że jeszcze dużo czasu przed nami by do tego dojść. Trener Runjaić bardzo zwracał na to uwagę: pokazywał liczby, że robisz tyle sprintów, a w Bundeslidze napastnicy mają taką i taką średnią, więc może warto zwrócić na to uwagę? Od razu się uczysz. No ale nie każdy trener podglądał treningi u Juergena Kloppa.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. archiwum prywatne 

KOMENTARZE (3)