Przepadłem, bo za bardzo podobało mi się życie piłkarza
Weszło Extra

Przepadłem, bo za bardzo podobało mi się życie piłkarza

– Pieniądze można zarobić, sytuację życiową poprawić, ale czasu cofnąć się nie da. Zachowywałem się jak gość, który nie wiadomo jak wiele osiągnął. Kawki, pokazywanie się w galerii, restauracje, podczas gdy Alan Czerwiński na rzeźni z Leszkiem Dyją robił martwe ciągi. Wolałem słuchać, gdy inni robili robotę – przyznaje Aleksander Januszkiewicz, który kilka miesięcy temu zamienił tułanie się po niższych ligach – od Brzegu, przez Bytom, po Koszalin – na… gibraltarską ekstraklasę, gdzie może skupić się tylko i wyłącznie na piłce.

Ograniczanie się do Gibraltaru byłoby jednak drastycznym pójściem na skróty. Rozmawiamy również o szansie na karierę zmarnowanej w galeriach handlowych. O obrażaniu się na trenerów, na czele z Jerzym Brzęczkiem. O zmęczeniu środowiskiem. O Miliku, który nie chciał jeździć na kadry młodzieżowe, co wyszło mu na dobre. O tym, że piłkarze w polskich niższych ligach zarabiają za dużo, gdzie za granicą trzeba być naprawdę dobrym, żeby dostać dwa tysiące euro, czyli tyle, ile można otrzymać u nas w trzeciej lidze.

O zawodniku, który odpuszczał na treningu, bo miał zaplanowaną siłownie. O transparencie „Judaszkiewicz” na jednym z meczów. I wreszcie – o regularnym czytaniu Weszło od 2009 roku.

Zapraszamy!

*

W klubie prezesem jest człowiek-instytucja, który jest również dyrektorem, wcześniej długo był trenerem. Trzy w jednym. Kilka tygodni temu poinformował mnie, że czytał wywiad, którego udzieliłem w Polsce i nie jest zadowolony. Przetłumaczył go i przyczepił się do tego, że powiedziałem o Lynx jako o drużynie, która nie należy do czołówki. „Wspominałeś, że chciałbyś odejść zimą do lepszej drużyny. Nie ma problemu, jak ci coś nie pasuje, możesz odchodzić teraz” – wkurzył się strasznie, musiałem go udobruchać. „Wiesz, szefie, jacy są dziennikarze, coś na pewno przekręcili”.

To na mnie też będziesz gadał!

(śmiech) Musiałem go uspokoić, to bardzo impulsywny człowiek. Wolałem zdusić tę sytuację w zarodku, tym bardziej po tym, co zobaczyłem na początku mojej przygody z Gibraltarem. Piłkarz pokłócił się z prezesem, a po chwili musiał pakować swoje rzeczy i uciekać z klubu. A poszło o jakąś sytuację na treningu!

„Ja pierniczę, gdzie ja w ogóle trafiłem?” – moja pierwsza myśl, ale szybko mi przeszło, bo nie wiem, czy mogłem trafić lepiej.

Czujesz się na Gibraltarze jak na bezpłatnych wakacjach?

Z jednej strony na pewno nie jestem gościem, który pojechał tam dla pieniędzy, z drugiej – jako jeden z niewielu zawodników mogę skupić się tylko i wyłącznie na piłce. Jest nas pięciu, sześciu. Reszta łączy granie z pracą.

Wyjeżdżając, spodziewałeś się, że trafisz tak dobrze?

Absolutnie nie. Chciałem wyjechać z Polski, ale miałem zamiar łączyć granie z pracą w Skandynawii. Popularny kierunek – fajne pieniądze, pewna praca i przyjemne miejsce do życia, które zawsze ceniłem, ale w pewnym momencie mój agent Łukasz Krupa zaproponował mi nieco większą egzotykę. Gibraltar. Na początku miałem wątpliwości, dwa razy rezygnowałem. Mówiłem, że spoko spoko, ale tak naprawdę bałem się, przede wszystkim bariery językowej. Jak jechaliśmy z dziewczyną na wakacje do Bułgarii to musiałem sprawdzać, jak powiedzieć, żeby zamówić drinka. Wyobrażałem sobie wszystko w czarnych barwach. Że będzie pierwsza rozmowa, nie dogadam się i będą cisnęli ze mnie bekę. Wiesz, z jednej strony dobijałem się, z drugiej – chciałem przeżyć przygodę na miarę swoich piłkarskich możliwości.

W pewnym momencie pomyślałem sobie, że w sumie czemu nie.

No bo co miałem do stracenia? Spadłem z drugiej ligi z Gwardią Koszalin, ze Stalą Brzeg nie udało się awansować z trzeciej do drugiej.

Wsiadłem do samolotu i już nie było odwrotu. Dostałem ofertę kontraktu przed wylotem, więc wybierając się na miejsce wiedziałem, że nie będę pracował. Trener chciał czterech-pięciu zawodników, którzy gdzieś tam w Europie pograli, by wzmocnili zespół i skupili się na piłce. Mam w CV zaplecze Ekstraklasy, drugą ligę, więc pasowałem. Agent miał z nim kontakt wcześniej, polecił mnie, gdyż wiedział, że chciałem wyjechać. I jakoś poszło.

Lecąc, czytałem książkę Pawlikowskiej „Blondynka na językach”, choć wiedziałem, że niczego się przez kilka godzin nie nauczę. Gdy wylądowaliśmy w Maladze, byłem cały zestresowany. Trafiłem na gościa z klubu, który został po mnie wysłany.

– Mówisz po hiszpańsku? – zapytał.

– Nie, a ty po angielsku? – zdawałem sobie sprawę, że za wiele nie potrafię, ale podstawy miałem, więc uznałem, że zapytać warto.

– Nie, a ty po francusku?

– Nie.

I cisza, nie gadaliśmy ze sobą przez całą podróż. (śmiech) Przywiózł mnie do domu, a tam był Francuz. Z ciekawą przeszłością, bo grał w Monaco B, kojarzył Mbappe jako dzieciaka. Próbowaliśmy się dogadywać, ale dobraliśmy się ciekawie – on mało po angielsku, ja tak samo. Jednak krok po kroku – na treningu, w domu – łapałem język. Gibraltarczycy to przyjaźni ludzie, więc po tygodniu stres zszedł. Przekonywałem się, że język to nie problem. Po trzech miesiącach doszedłem do takiego momentu, że może nie komunikowałem się nie wiadomo jak płynnie, ale nie było problemów, żeby pogadać o meczu czy poszczególnych sytuacjach na treningu.

Więc jak ktoś ma obawy, boi się zaryzykować, to musi zdać sobie sprawę, że ciężko będzie może przez tydzień, potem lajt. Zresztą, na Gibraltarze jest duża różnorodność językowa. Są Meksykanie, Kolumbijczycy, Urugwajczycy, Argentyńczycy, Hiszpanie, Francuzi, był nawet jeden Amerykanin, który później wrócił do siebie. Z krajów naszych sąsiadów nie było nikogo, byłem i nadal jestem jedyny. To powodowało, że na początku na odprawach dostawałem informacje jako ostatni. Trener mówił coś do Francuza, który rozumiał hiszpański, ten przekazywał informację komuś, kto mówił po angielsku i dopiero dochodziło do mnie. Trochę to trwało.

Swoją drogą, w klubie przyznali, że jak agent mnie polecił, to później oglądali moje filmiki na YouTube, ale i na boisku udowodniłem, że coś tam potrafię. Po dwóch-trzech treningach podpisałem kontrakt i mogłem zamieszkać na Gibraltarze.

W mieszkaniu wynajętym przez klub.

Widzę, że w klubie się przelewa!

Zauważyłem, że bardziej chodzi o to, jak wygląda życie na Gibraltarze. A wygląda bardzo godnie. Jeżeli pracujesz w normalnej pracy, to zarabiasz przyzwoite pieniądze, gdyż każdy ma dobry samochód, skuter czy ubrania. Dlatego nie dziwię się, że dla większości zawodników gra w piłkę jest odskocznią, zwykłym hobby, dzięki któremu dorabiają z 300-400 euro, ale właśnie – nie traktują piłki w pełni profesjonalnie, skupiają się na pracy. Mówię o miejscowych, inaczej jest z zawodnikami zagranicznymi. Ze mną, Kolumbijczykiem, Argentyńczykiem, Francuzem. Zarabiamy więcej, dostajemy mieszkania, ale na terenie Hiszpanii, gdzie domy są dwukrotnie tańsze. 50-metrowe mieszkanie na trzech osób kosztuje 400-500 euro, a na Gibraltarze 1000. Spore przebicie. Inna sprawa, że na stadion mamy 20 minut pieszo, więc tragedii nie ma.

Treningi wyglądają profesjonalnie, ale są luźniejsze niż w Polsce. Sztuczki, piętki nie piętki. Mamy sporo Hiszpanów, więc zajęcia opierają się na technice. W drużynie jest wychowanek Malagi, który grał w rezerwach, ale potem pochłonęła go Marbella, powiedzmy, że w tamtych rejonach odpowiednik Sopotu. Ale widać, że technika została. Myślę, że poradziły sobie u nas w pierwszej lidze, ale trochę głowa nie dojechała.

Generalnie, luz luzem, ale też nie jest tak, że ktoś wygłupia się czy nie jest zaangażowany.

No dobra, raz tak było.

Opowiadaj!

Jeden z zawodników trochę na treningu świrował. Wygłupiał się, nie do końca słuchał poleceń. W końcu – po moim podaniu – nie trafił z metra do pustej bramki. Większość graczy złapałaby się za głowę, a on zaczął się śmiać, coś jeszcze niepotrzebnie powiedział. Trener – swoją drogą, były bokser – nie wytrzymał, była spina, i to był jego ostatni trening.

Ale mówimy o pojedynczym incydencie. Poza tym jest luz, ale nikt nie wydziwia. Profesjonalizmu nie brakuje, a ja szanuję Gibraltarczyków za to, że po pracy przychodzą na treningi i angażują się naprawdę mocno. Podobnie było w Koszalinie, gdy grałem w Gwardii, gdzie część zawodników normalnie pracowała i nikt nie odstawał.

Wyjeżdżając, nie miałeś żadnych obaw? Jednak pierwszy zagraniczny wyjazd, wywrócenie swojego życia do góry nogami.

Miałem obawy, jasne, ale to miała być przygoda i spełnienie marzeń, również piłkarskich. Lubię przeglądać 90minut.pl, sprawdzać informacje o golach polskich zawodników z egzotycznych krajów. Z Islandii, z Wysp Owczych. Dawniej nawet z ciekawości pisałem do takich piłkarzy, pytałem o życie. Bo wydaje mi się, że jak nie łapiesz się do pierwszej ligi, to powinieneś postarać się wyciągnąć coś z piłki w inny sposób. Właśnie wyjazdy, podróże, nowe kultury, o których możesz poopowiadać.

Wywiady!

No pewnie, że tak. Podejrzewam, że musiałbym zrobić coś absurdalnego, żeby ktokolwiek o mnie napisał, a tak to przyjeżdżasz do mnie do Katowic i rozmawiamy!

Teraz inni zawodnicy piszą do mnie. Nawet mama jednego z nich.

– Wiesz, w Polsce są układy, widzę, że synowi bardzo trudno się przebić. Myślisz, że taki wyjazd byłby dobry?

– Wie pani co? Przez to, że – będąc w jego wieku – również mówiłem, że w Polsce są układy, jestem w miejscu, w którym jestem. Też sobie tak tłumaczyłem, dlaczego nie gram.

Powiedziałem, że na razie lepiej skupić się na walce w Polsce. A Gibraltar? Jasne, ale jak masz 23-24 lata i widzisz, że kariera nie idzie w zamierzonym kierunku. A to był 19-latek, niech rozwija się normalnie.

Widziałem na Twitterze, że jarałeś się za każdym razem, gdy na 90minut.pl była o tobie wzmianka.

Na początku byłem pochłonięty. Kompletnie. Kiedyś miałem jeden-dwa lajki, a raz napisałem tweeta, który zgarnął 150 polubień. Patrzę, „serduszko” od Sebastiana Mili. No to piszę dalej! W pewnym momencie dziewczyna zwróciła mi uwagę, że cały czas siedzę w telefonie, trzeba było przystopować, też nie chcę robić z siebie nie wiadomo kogo. Po prostu pisałem, gdy zdarzyło się coś ciekawego.

Spotkałeś jakichś Polaków? Podobno na Gibraltarze mieszka ich około stu.

Jasne. Większość turystów, ale Polaków spotykałem często. Podczas finału mistrzostw świata poszedłem z Francuzem z pokoju do kawiarenki. Było głośno, ale słyszałem, że ktoś obok mówi po polsku. To była rodzina, która teraz mieszka w Krakowie. Zaprzyjaźniliśmy się, dużo mi pomagali, gdy czegoś potrzebowałem.

Generalnie, Gibraltar to wiadomo – małpy i stadion przy skale. Z małpami dobrych wspomnieć nie mam. Jedna ugryzła moją dziewczynę w ramie, musieliśmy wzywać pomoc, na szczęście każda jest szczepiona, więc większego problemu nie było. Ale co najedliśmy się strachu, to nasze. Lepiej za blisko nie podchodzić. A obiekt, na pierwszy rzut oka, prezentuje się super. Robi wrażenie.

4

5

Jaki jest poziom gibraltarskiej piłki?

Nie ma wielkiego dramatu, to na pewno. Reprezentacja od czasu do czasu punktuje, ostatnio był wielki szał po zwycięstwie. Jak na 30 tysięcy mieszkańców mecze nie wyglądają najgorzej. Wiadomo, trudno teraz coś poprawić, bo zaczyna brakować materiału. Nie ma z czego szyć, ale widać, że chcą. Że są ambitni. Co najważniejsze – już nie grają w Portugalii, mogą występować u siebie. Może za kilka lat staną się solidną drużyną, kto wie.

Gdy Gibraltar wygrał z Armenią, akurat byłem w Polsce, bo szybko doznałem kontuzji. Swoją drogą, sfaulował mnie bramkarz, który potem wyszedł w pierwszym składzie kadry, a wcześniej wybronił moją stuprocentową sytuację. Przez niego upadłem na rękę, ale potem jeszcze ją dobiłem, gdy obrońca wpakował mi się w plecy.

Ale co ja będę narzekał. Nie umiałem mu strzelić, ale Mychitarian też nie umiał. Więc spoko, dramatu nie ma.

Co daje ci pobyt za granicą?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jak trafiasz tam z miejsca, z którego ja trafiłem, to trudno żebyś widział nie wiadomo jakie minusy. Gdybym grał w pierwszej lidze albo w Ekstraklasie i nagle wylądował na Gibraltarze, to trudno byłoby pocieszać się rozwojem osobistym, ale umówmy się – trafiłem z czwartego poziomu rozgrywkowego w Polsce do gibraltarskiej ekstraklasy, więc same plusy. Przede wszystkim piłkarskie, gdzie w Polsce po bardzo dobrym sezonie w trzeciej lidze mógłbym trafić do pierwszej ligi, jak Bronisławski ze Stali Brzeg czy Rumin ze Skry Częstochowa, ale właśnie – żeby zaliczyć taki awans, trzeba się naprawdę wyróżniać. Tak bardzo, bardzo, bardzo. A i tak nie masz gwarancji, że tam zaistniejesz.

Uważasz, że robisz coś innego?

Nie wiem. Generalnie, wszystko zależy od człowieka. Od tego, co kto tak naprawdę chce.

Wiesz, na zasadzie, że łatwiej byłoby mieszkać w jakimś Koszalinie czy Brzegu zamiast podjąć taką decyzję.

Mnie po prostu gra w niższych ligach nie dawała perspektyw, choć wciąż mam aspirację, żeby dostać szansę na poziomie centralnym. Żeby w końcu podnieść głowę przy dośrodkowaniu, a nie patrzeć na piłkę i wybiec za linię. Może kiedyś się uda. Generalnie jednak, nie wyobrażam sobie, żeby w wieku 27-28 lat mówić do żony czy narzeczonej, że jest super oferta z trzeciej ligi i organizujemy przeprowadzkę. Postawiłem sobie cel. Albo będę grał w piłkę na takim poziomie, żeby móc się na piłce skupić, albo spróbuję przeżyć jakąś przygodę, zamiast wmawiać sobie, że jakoś to będzie.

Nie chcę obudzić się mając 30 lat i dojść do wniosku, że muszę zaczynać swoje życie od nowa. Już wolę zdobywać kontakty, poznawać języki, nabierać doświadczenia życiowego przy okazji robiąc to, co lubię.

Pytałeś, co daje mi Gibraltar. Właśnie to.

Bezsensu byłoby grać w drugoligowym klubie, niby profesjonalnym, która byłby niewypłacalny, bo to jak ślepy zaułek. Do pracy nie pójdziesz, bo jesteś drugoligowcem, roboty z jeżdżeniem po całej Polsce nie połączysz. Do tego jesteś młody, więc liczysz na lepszą ofertę. A pieniędzy nie ma.

Bańka, błędne koło. A taki wyjazd na Gibraltar daje mi sporo. Czuję to, jednak nie uważam, że każdy musi postępować tak samo. Różni ludzie obierają różne drogi. Ja mając 24 lata powiedziałem sobie wprost, że nie jestem na poziomie pierwszej ligi czy Ekstraklasy, więc warto byłoby wykorzystać dwa-trzy lata, żeby się rozwinąć, żeby coś poznawać, odkrywać. Stąd chęć wyjazdu.

Mam zaproszenie na wakacje do Meksyku. Nic tylko opłacić bilety i mogę mieszkać u kumpla. Trochę różnica w porównaniu do podróży z Brzegu do Koszalina, co?

Żyję sobie w pięknym miejscu i naprawdę to doceniam, bo wiem, jakie w Polsce mamy piłkarskie środowisko. Żeby nie było, mam w nim wielu znajomych, nie narzekam, ale nie ma co ukrywać – gra w niższych ligach to ciągłe zastanawianie się. Gdzie płacą, gdzie nie płacą. . Zmęczyłem się tym. Bo jak wstajesz rano, idziesz na trening, potem masz regenerację i wszystko na miejscu, to w porządku. Ale jak liczysz, jak długo ci zalegają, to się tylko męczysz. A tak nierzadko w niższych ligach jest.

Trzecioligowcy mogą ci zazdrościć?

Nie wyjeżdżałem po to, żeby ktoś mi zazdrościł, ale wydaje mi się, że dla wielu zawodników taka droga byłaby ciekawa. Odzywa się do mnie sporo graczy.

– Trudno się tam dostać? – pytają.

– Gościu, jak nawet ja tam jestem, to odpowiedz sobie sam.

Czy mogą mi zazdrościć? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Jak mówiłem – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja bym się chętnie zamienił z Rafałem Wolsztyńskim, wolałbym być na jego miejscu niż na Gibraltarze, a on pewnie niekoniecznie na moim. Z kolei nie zazdroszczę nikomu, kto gra na poziomie, powiedzmy, drugiej ligi, gdzie nie wszystko nie wszędzie jest profesjonalne. Gdyby była oferta rozważyłbym ją, ale nie jest powiedziane, że nie zostałbym przy tym, co mam.

A zostajesz na Gibraltarze?

Trudno powiedzieć. Początek miałem dobry. Bramka, trzy asysty, ale potem przytrafiła się kontuzja. Żałuję, bardzo. W rundzie masz dwanaście meczów, więc jak wypadasz na dłużej, to przepadasz. Klub jest na przedostatnim miejscu, zrobiła się nerwowa atmosfera. Nie wiem, co się wydarzy. A czy inne kluby tamtejszej ligi będą zainteresowane zawodnikiem, który coś pokazał, ale tylko na przestrzeni czterech meczów? Sam nie wiem.

Celem – jak mówiłeś – poziom centralny w Polsce.

Fajnie byłoby grać na poziomie centralnym w Polsce, ale nie wiem czy do każdego drugoligowca poszedłbym w ciemno. Pewnie nie, pewnie wolałbym zostać na Gibraltarze.

Na poziomie centralnym już byłem. W GKS-ie Katowice, w Polonii Bytom. W Bytomiu drużyna rozpadła się po czterech-pięciu miesiącach, odebrali nam około 20 punktów. Trzeba było na szybko szukać klubu, a miałem dwuletni kontrakt, coś sobie planowałem. Dziś wolę stabilizację, choć jej w piłce nie ma, ale chciałbym pójść do klubu, w którym faktycznie będę mógł skoncentrować się na piłce, zamiast myśleć o zaległych wypłatach czy innych problemach organizacyjnych.

Sam mówiłeś przed wywiadem, że w Polsce tak jest pomieszane, że zawodnicy wolą grać w trzeciej lidze niż w pierwszej.

Może nie aż tak, ale w niektórych trzecioligowych klubach można zarobić bardzo ładnie.

Wiadomo, że jeżeli ktoś myśli o karierze, to woli grać w pierwszej lidze, ale często słyszy się, że dobrzy zawodnicy lądują w trzeciej lidze, choć mogliby spróbować wyżej.

Piotr Kieruzel z Chojniczanki w Kotwicy Kołobrzeg na przykład. Nie znam jego motywacji, ale tam pięciocyfrowe sumy na kontraktach dla najlepszych zawodników problemem nie są, a to środek tabeli trzeciej ligi.

A Grzegorz Bonin gra w Motorze Lublin. Może ma blisko, nie oceniam, nie znam sytuacji, ale sam fakt, że taki klub jest w stanie mu pewnie solidnie zapłacić, o czymś świadczy. Rafał Kosznik gra w Raduni Stężycy, a pewnie na spokojnie mógłby zaczepić się w drugiej lidze.

Tobą przed wyjazdem się polskie kluby interesowały?

Liczyłem na wyjazd zagraniczny, ale była jedna propozycja, ale nie do końca konkretna. Miałem przyjechać i pokazać się w Górniku Polkowice, trzecia liga, dziś lider tabeli. Zadzwonił dyrektor klubu w momencie, gdy wsiadałem do samolotu do Malagi. Powiedziałem, że lecę tam, że może za cztery dni wrócę i się na pewno odezwę, bo Górnik wydawał mi się ciekawą opcją.

Ale na Gibraltarze zostałem i temat upadł.

Powiedziałeś, że w niższych ligach na Śląsku jesteś spalony.

Coś tam powiedziałem, ale na wyrost. Większość nie wie, kim w ogóle jestem.

A jak ktoś cię kojarzy, to jak cię odbiera?

Każdy trener na pewno powie, że jestem sympatyczny! (śmiech) Po GKS-ie Katowice był temat, żeby pojechać pokazać się w Górniku Łęczna. A że grałem z Przemkiem Pitrym w GieKSie, to asystent z Łęcznej zapytał go o opinię. „Co powiesz o Januszkiewiczu”. Jak usłyszałem, że się go pytał, to wiedziałem, że już tam nie pojadę. Powiedział, że jestem sympatyczny. Nie wiem, jak na to zareagowali, ale się już później nie odzywali.

Mam inny problem. Generalnie nie trzeba dużo, by utrzymać się na wysokim poziomie w Polsce, ale i tak dobrze, żeby skrzydłowy czasami podnosił głowę przed dośrodkowaniem. Mój mankament. Jak byłem młodszy, to po każdym treningu puszczałem sobie filmiki Garetha Bale’a i myślałem, że tak to będzie wyglądało. Że puszczę piłkę, a rywale się będą odsuwać. Jak nietrudno się domyślić, rzeczywistość okazała się inna. W pewnym momencie za bardzo uwierzyłem w swoją dynamikę. Później przylepiono mi łatkę, którą – jak wiadomo – odkleić trudno.

Efekt wieku juniorskiego, gdzie dzięki szybkości wychodziło dużo. W piłce seniorskiej tak nie jest, następuje zderzenie oczekiwań z rzeczywistością.

Odnoszę wrażenie, że żałujesz wielu momentów ze swojej kariery. Ale nie tylko piłkarskich.

Bardziej przygody! Ale tak, żałuję. Mam wrażenie, że moja przygoda z piłką potoczyłaby się lepiej, gdybym przykładał większą wagę do małych rzeczy. Przepadłem, bo za bardzo podobało mi się życie piłkarza. Zachowywałem się gość, który nie wiadomo jak wiele osiągnął. Kawki, pokazywanie się w galerii, restauracje. Chociaż nie robiłem tego w złej wierze, żeby komuś zaimponować, ale myślałem, że tak po prostu wygląda życie piłkarza. Jesteś agentem ubezpieczeniowym, to spotykasz się z ludźmi. Jesteś piłkarzem, to idziesz na trening, a potem do galerii.

Normalne. Tak myślałem.

Dużo czasu spędzałem z Piotrkiem Petaszem. Jak poznawałem zawodników, zawsze dopytywałem o wspomnienia, przeżycia. „Peti” był dobrym wujkiem.

– Chodź, młody, na kawkę, poopowiadam ci, jak wygląda życie.

No i siedziałem, wiadomo czasami gadaliśmy o pierdołach ale też przed wieloma rzeczami mnie przestrzegał. Opowiadał o Pogoni, o Zawiszy, a Alan Czerwiński w tym czasie na rzeźni z Leszkiem Dyją wyciskał 150 na klatę, robił przysiady i martwe ciągi.

Wolałem słuchać, gdy inni robili robotę.

Potem razem z Alanem u pana Leszka trenowałem, ale zamiast skupić się na mozolnej pracy, oczekiwałem szybkich rezultatów. Brakowało właściwego podejścia.

Alan wspominał, że trener Leszek Dyja irytował się, gdy ktoś zamiast mozolnie pracować, chciał mieć wszystko na już.

Alan nie bardzo lubił brać kogoś ze sobą, bo wiedział, że jak ktoś ma miękki charakter, to wymięknie, a trener będzie rozczarowany. Tak było ze mną. Jechałem poniedziałek, wtorek, środa i wymiękałem. „Odpuszczam, zajedziemy się” – mówiłem mu. A on jeździł dalej.

– Jadę jutro, na 30 minut.

– Po co?

– Pobudzenie zrobić.

Potem jest mecz, w sobotę.

– Znowu jedziesz?

– No, ale dosłownie na 15 minut. Zrobię dwa ćwiczenia i wracam.

Mnie nie chciałoby się wsiadać do samochodu. I dzięki takiemu podejściu jest w miejscu, w którym jest. Wiadomo, kontuzja go wyhamowała, ale gdyby nie ona, jestem pewny, że dostałby powołanie, tym bardziej że Bereszyński grał ostatnio na lewej obronie. Trener Brzęczek widział w nim wielki potencjał, tak samo jak w Rafale Pietrzaku.

Żałuję, że miałem takie podejście. Nawet nie oszczędzałem, mimo że kokosów nie zarabiałem. Mama przekonywała, żeby odkładać, a ja zawsze do niej, żeby dała mi pożyć.

Czego żałujesz najbardziej?

Żałuję tego, za jakiego dzbana musieli mnie mieć ludzie, skoro widzieli mnie przed treningiem o 10 w centrum handlowym, potem wracali o 17, a tam znowu ja. Czas mogłem pożytkować inaczej. Pieniądze można zarobić, sytuację życiową poprawić, ale czasu się nie cofnie.

Nie wróci szansa na dużą karierę. Boli, że nie zrobiłem wszystkiego, by rozwijać się jako piłkarz, by robić na wysokim poziomie to, co kocham od dziecka.

Szkoda, tym bardziej że widzę, iż goście którzy nie byli ode mnie lepsi zrobili karierę. Pracą i samozaparciem. Ja wolałem się obrazić, wolałem machnąć ręką. Odburknąć, że poradzę sobie w innym środowisku zamiast coś komuś udowodnić. Tak było z trenerem Brzęczkiem, czego najbardziej żałuję. W GieKSie każdy trener dał mi szansę i każdy mówił to samo. „Cholera, robi wiatr, na ostatnie minuty spoko, jak się zmieni to będzie grał od pierwszej minuty”. A Brzęczek nawet nie wziął mnie na ławkę. Obserwując jego karierę, już wiem dlaczego, a wcześniej tego nie kumałem. Wolałem pokazać, że uwagi nie do końca na mnie działają. Wiesz, nie wyjdzie tu, to pójdę w inne miejsce. Dziś wiem, że gdybym pracował, to dostałbym szansę. A ja miałem głupie podejście.

Miałem wrażenie, że jak się obrażę, to trener Brzęczek zamiast spać po nocach, będzie myślał, jak odzyskać moje zaufanie.

Kurwa, jakie to było żałosne.

„Co ja zrobię? Januszkieiwcz jest na mnie wkurwiony…” – bez jaj.

Miałeś sodówkę?

Nie wiem, jak to nazwać. Sodówka? Chyba nie. Bardziej śmieszek, dusza towarzystwa, choć miałem złe podejście. Ale o sodówce nikt nie mówił, prędzej o sympatycznym gościu, który szybko biega. (śmiech) Pociągały mnie błahostki. Gdybym był agentem piłkarskim, zwracałbym swoim zawodnikom uwagę na szczegóły, bo widzę, że takiej pomocy mi brakowało.

I poszło, jak poszło.

6

Ocierałeś się o reprezentacje młodzieżowe.

Grałem w jednej drużynie z Piotrem Zielińskim, obserwuje mnie na Instagramie, więc nie ma żartów! Nie było tak, że byłem powoływany na każde zgrupowanie, ale grałem w U-15, 16, 17. Straciłem rok przez kontuzję, ale i tak swoje pograłem. Był jeszcze Tomek Kędziora z tych, którym się udało, Arek Milik nie jeździł na zgrupowania, bo mówił, że jak ma być piłkarzem, to piłkarzem będzie, a ta kadra mu w niczym nie pomoże. Wszyscy mówili, że to sodówka, a widać, że wiedział, co robi.

Grałem przeciwko Emre Canowi. Śmiejemy się z kolegami, pytają, co tam u Emrusia. Zawszę mówię, że dzwonił, pytał, gdzie gram.

– W Stali Brzeg.

– W Salzburgu?

– Nie, w Stali Brzeg!

Ja się śmieję, ale swego czasu sprawdziłem sobie skład z meczu U-15 Polska-Niemcy. Prześwietliłem wszystkich zawodników. Ze składu Niemców większość gra co najmniej na poziomie 2. Bundesligi, kilku jest w Bundeslidze, są tacy goście jak Can. Pojedynczy gracze w trzeciej lidze, dwóm czy trzem się nie udało, grają w Regionallidze. Ale nie udało się dwóm czy trzem z całej kadry!

A u nas? Wchodzę na Facebooka jednego z nich i widzę: „brat za brata od małolata”. Drugi „pozdrowienia do więzienia”, następny „szlachta nie pracuje”.

Jak ktoś gra w kadrze Niemiec U-15 to prawdopodobnie jest piłkarsko gotowy na karierę, a u nas loteria. Bo ktoś się przebił? Piotrek Zieliński, Tomek Kędziora, Martin Kobylański, Łukasz Wroński. I chyba tyle. Niektórzy pokończyli kariery.

Nie jestem ekspertem w szkoleniu, ale chyba każdy widzi, że problem istnieje. Wiadomo, że takich zawodników jak Piotrek Zieliński trudno znaleźć, ale żeby nie mieć kilku skrzydłowych, którzy po prostu szybko biegają i mają trochę umiejętności piłkarskich. Dla mnie to skandal, żeby mieć tylko Grosickiego. Był Mazek, był Przybecki, teraz jest Konrad Michalak, ale na razie nie przekonuje.

Nie wiem, gdzie leży problem, ale na pewno dużą rolę odgrywają pieniądze. Może gdyby zawodnik dostał mniejszą sumę na początku, to zależałoby mu bardziej?

Ty zarabiałeś na początku za dużo?

Na pewno za dużo jak na to, co oferowałem na boisku, choć kokosów nie miałem. Dziś wydaje się, że problem jest większy, pensje w niższych ligach są wyższe. Od ciebie usłyszałem, że w czwartej lidze – na piątym poziomie! – można z tysiaka zarobić. Jeżeli to prawda, to nie mówimy o normalnej sytuacji.

Prawda, pojedynczy zawodnicy nawet trochę więcej.

Jestem w szoku.

W tym kontekście pisałeś tweeta, który dość mocno się odbił, gdy byłeś na Gibraltarze.

Wystarczy zobaczyć, jak dużą jakość daje gość z niemieckiej Regionalligi, który zarabia 1500 czy 2000 euro. Jak na Niemcy niedużo, a u nas można spokojnie zarobić siedem-osiem tysięcy złotych bez prezentowania wielkiego poziomu. I potem taki gość jedzie do innego kraju i mówi, że chce z miejsca 2000 euro.

– Dużo. A gdzie ty grałeś?

– W trzeciej lidze polskiej.

A oni mają, powiedzmy, reprezentanta Estonii czy Mołdawii, który zarabia podobnie. Przez to mamy błędne myślenie, bo polscy zawodnicy przyzwyczajają się do tego, że wszędzie można dobrze zarobić. Bzdura.

Ktoś powie: „Nie masz tyle, więc gadasz głupoty”. A ja radzę nie patrzeć na mnie, tylko zastanowić się, co jest powodem tego, że polska liga wygląda jak wygląda.

Jakie ambicje ma gość, który w wieku 18-19 lat zarabia 10 czy 15 tysięcy? Wiadomo, wszystko zależy od człowieka, ale odlecieć nietrudno. Nie każdy ma podejście Lewandowskiego.

Mariusz Stępiński słusznie zauważył, że w Polsce skupiamy się na wszystkim – na psychologach, odżywkach, dietach – ale zapominamy o najważniejszym. O treningu. Jest trening, coś ci nie wychodzi. Zamiast analizować, musisz lecieć wygadać się Jakubowi Czarodziejowi czy Dawidowi Piątkowskiemu, bo przecież nie będzie ci tłumaczył tego trener. Jeszcze dopraw to suplementami i zdynamizuj z trenerem przygotowania motorycznego. Proste rzeczy ubieramy we wszystko dookoła, a potem dziwimy się, że zagraniczni zawodnicy niekoniecznie trenują ciężko, lecz efektywnie. Bo wiedzą, co robić.

To również mój przykład.

Widziałem sytuację, że zawodnik odpuszczał na treningu, bo później miał zaplanowaną siłownię.

Więc o czym my mówimy?

Rozstrzygnijmy jeszcze szalenie ważną kwestię. Jakim cudem podpadłeś kibicom?

Śmieszna sprawa. Po rozpadającej się Polonii Bytom dostałem telefon z Gwarka Tarnowskie Góry. Mówili, że celują w awans do trzeciej ligi, potem nawet na poziom centralny. Powiedziałem, że spoko. Spotkajmy się. Pogadaliśmy, byłem zdecydowany, żeby zostać, ale zaznaczyłem, że jak dostanę lepszą ofertę – muszę przyznać, że powiedziałem o ofercie z pierwszej ligi, choć nie wiem po co, bo i tak wiedziałem, że to niemożliwe – to pójdę w inne miejsce. I dostałem ofertę z Gwardii Koszalin. Trzecia ligi, lider, robili awans do drugiej.

A Gwarek zdążył zatwierdzić mnie do gry, gdyż był pewny, że podpiszę kontrakt. I pojawił się konflikt, pokłóciliśmy się. Minęły prawie dwa lata, zdążyłem wrócić z Koszalina do Stali Brzeg i graliśmy z Gwarkiem.

Po meczu kolega powiedział mi, że kibice rywali wywiesili transparent. Myślałem, że żartuje. Potem patrzę na zdjęcia, a tam „Judaszkiewicz” i symbol dolara. (śmiech) Absurd. Najśmieszniejsze, że na tym meczu byli moi rodzice i siedzieli za tym transparentem.

No dobra, to zostaje to, o czym chciałeś wspomnieć. Weszło.

Czytam od 2009, praktycznie od początku! Wiadomo, jak wyglądały początki. Z tego miejsca muszę pozdrowić mojego kumpla Krzysztofa Włodarczaka, z którym zawsze miałem niesamowitą bekę z całej tej szydery. Jak Weszło po każdym jechało, liczyłem, że w końcu i mnie zjadą.

Serio marzyłem, żebyście o mnie napisali. Oprawię sobie chyba ten wywiad w ramkę!

Słucham też WeszłoFM. Raz dzwoniłem z kolegami z Brzegu, jak dzieci z gimnazjum. „Dawaj, dzwonimy, coś głupiego powiemy” – mówiłem. Zadzwoniliśmy i od razu się rozłączyliśmy jak odebrał realizator, a gdy później chcieliśmy powiedzieć coś sensownie, to się nie dodzwoniliśmy.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. galeria Aleksa Januszkiewicza

KOMENTARZE (0)