Chińskie więzienie? Nic z tego, korzystamy z życia
Weszło Extra

Chińskie więzienie? Nic z tego, korzystamy z życia

Adrian Mierzejewski prowadzi obecnie najciekawszą karierę spośród polskich piłkarzy. I wbrew pozorom to nie jest kariera nastawiona na pieniądze – stoją one w drugim szeregu za szeroko pojętym fajnym życiem, spełnianiem marzeń i komfortem rodziny. To dlatego Mierzej jest w stanie odrzucić ofertę pięć razy większych zarobków, bo w mieście, w którym miałby grać, nie ma amerykańskiej szkoły. Gdy Sydney FC nie zaproponowało mu przejście na kontrakt gwiazdorski, stać go na to by unieść się honorem i odejść z klubu (nawet, jeśli Sydney wydzwania, że możliwość kontraktu gwiazdorskiego jednak się znajdzie). Jest w takiej sytuacji, że w ofertach może sobie przebierać. 

Jak w tej szalonej podróży odnajduje się rodzina Adriana? Jak się gra w taktyce „podaj do Mierzeja, niech on się martwi”? Czy chiński kult pracy to mit? Jak to jest grać u trenera, który wmawia ci, że wygrasz 6:0 i wygrywasz 6:0? Czy Mierzejewski liczy jeszcze na reprezentację i dlaczego nie bał się uznać Nawałkę i Brzęczka za rozczarowania roku? Mierzej opowiada nam o ostatnich dwóch latach, czyli o Chinach i Australii. Nasz pierwszy wywiad o Turcji, Arabii Saudyjskiej i Dubaju możecie przeczytać TUTAJ.

Ciebie coś w ogóle potrafi jeszcze zdziwić?

Gdybym pojechał do jakiegoś nowego kraju, na pewno coś by się znalazło. Fajne jest takie życie. Jedziesz do nowego kraju, poznajesz nowych ludzi, mentalność, podejście do życia, wszystko. Może to mnie umacnia jako człowieka? Doświadczenia życiowe się kumulują. Dzięki temu radzę sobie wszędzie, gdzie jestem. Nikt nigdy mnie nie wyrzucał z klubu, wszędzie byli zadowoleni, na social media kibice przesyłają do dziś serduszka i piszą „wróć do Turcji” albo „wróć do Arabii”.

Widziałem zawodników, którzy przyjeżdżali do Arabii czy Chin z Brazylii bez żadnego doświadczenia i języka. To był dla nich szok. Zapominali, jak się gra w piłkę i po pół roku wracali do siebie – i to do dobrych klubów jak Corinthians czy Palmeiras, gdzie grają pierwsze skrzypce. Grać w piłkę potrafią, a nie poradzili sobie w lidze arabskiej i chińskiej – to o czymś świadczy. Dlatego cieszę się, że mam taką rodzinę z takim podejściem do życia. Nie narzekamy na rzeczy, których nie można zmienić. Dajemy radę.

Jak dzieciaki się odnajdują w tym szalonym trybie?

Nadia się urodziła w Turcji, mały w Arabii Saudyjskiej, uczą się teraz powoli chińskiego. Chodzą do amerykańskiej szkoły, poznają świat. Teraz przyjechali na dwa miesiące do Polski i pierwszy raz w życiu poszli do polskiej szkoły. Pierwsze święta w Polsce, mały ma cztery lata i pierwszy raz w życiu zobaczy śnieg. Takie rzeczy też potrafią cieszyć. Piłka nie jest najważniejsza w życiu, ważniejsze są rodzina i zdrowie. Strzeliłem bramkę, a tydzień temu widziałem syna na jasełkach i to mnie bardziej ucieszyło niż zwycięstwo mojej drużyny.

Na razie nam idzie. Szacunek dla żony, bo nie narzeka, wszędzie była ze mną. Czasami tylko pierwszy miesiąc spędzałem w nowym kraju sam, organizowałem sprawy, załatwiałem szkoły. Żona nie siedzi nade mną i nie mówi, że chce wracać do Polski. Gdybym był sam – a widziałem zawodników, którzy byli sami – byłoby zdecydowanie ciężej.

Posiadanie rodziny otwartej na zmianę miejsca okazało się wręcz twoim atutem przy rozmowach z Sydney FC.

Często się zdarza w Australii, że trener dzwoni przed transferem do zawodnika i wypytuje o wiele rzeczy i przy okazji sprawdza, czy można się z nim komunikować po angielsku. Graham Arnold, który przejął niedawno reprezentację Australii, powiedział, że to co powiedziałem o rodzinie było moim atutem. Chociaż początkowo po rozmowie był na nie, ale przez telefon ciężko poznać człowieka. Wpisywałem się w jego scenariusz budowania drużyny.

Nie boisz się, że dzieciaki tak się zakręcą, że po kilku latach nie będą same wiedziały, kim są?

Raczej nie, o to jestem spokojny. Nabierają doświadczenia i to tylko może im pomóc w życiu. Później będą miały łatwiej. Polski to nasz język, w domu mówimy po polsku, czasami tylko po angielsku, żeby mały więcej złapał. Córka liznęła arabskiego, po chińsku liczy, umie złożyć życzenia, angielski perfekt i to z australijskim akcentem, nie tak jak ja, gdy uczyłem się w szkole na zasadzie „pies – dog”. Wszystko łapie ze słuchu. Szkoda byłoby mi wracać do Polski, by tego nie stracić, by ciągle mówiła po angielsku, słuchała, by to był jej pierwszy język. Pochodzi teraz do szkoły przez dwa miesiące i zobaczy prawdziwe życie, a nie amerykański sen.

Dlaczego uważasz, że twoja kariera jest idealnie poprowadzona?

Bo jestem szczęśliwy, jak wygląda moje życie, gdzie byłem, co zobaczyłem, w którym miejscu jestem. Nigdy nie myślę, co by było gdyby, bo wydaje mi się, że tak myślą ludzie, którym nie wyszło i szukają usprawiedliwień. „A gdybym skręcił w lewo, to mogłoby być lepiej”. Zadowolony człowiek nie zastanawia się, co by było, a ja jestem szczęśliwy w stu procentach. Dla mnie moja kariera jest idealna, bo w tym momencie niczego bym nie zmienił. Nie jest ważne, co ludzie mówią, za stary już na to jestem. Czy gram w lidze chińskiej, polskiej czy niemieckiej – kto to będzie pamiętał za dziesięć lat? Sam pamiętam, jak w ostatnim moim meczu w lidze polskiej Wisła Kraków wygrywała ligę, klaskaliśmy, zrobiliśmy szpaler, a dziś nie jestem w stanie nawet wymienić tych zawodników. Pamiętam Wisłę, która grała jak równy z równym z Barceloną, ale to tylko krótkie chwile. Najważniejsza jest rodzina, to czy jesteśmy zdrowi, zadowoleni z siebie. Żyję, korzystam i tyle.

Jakie mieliście plany odnośnie do tego sezonu w Changchun Yatai? Spadliście, ale podobno chętka była nie tylko na spokojne utrzymanie, ale i coś więcej.

O coś więcej bez szans, celem numer jeden było utrzymanie. Sami byli zaskoczeni, że rok temu udało się zająć aż siódme miejsce. Trzy czy cztery lata temu utrzymywali się po ostatniej kolejce, więc cel znów był taki sami. Osiągnęliśmy go przedwcześnie w 22. kolejce i to nas zabiło. Myśleliśmy, że już jest po wszystkim i nic się nie stanie. Jeden mecz, stracona bramka w 97. minucie, potem w 95. Dobrze, nic się nie stało, za tydzień odbijemy. Tak naprawdę spadliśmy przez takie podejście. Teraz w klubie też nie wiem, jakie są plany, czy będą chcieli wracać od razu, czy zrobić przeczekane, sprzedać kilku zawodników i odbić się finansowo. Duża zagadka, sam czekam na informację. Pewne jest tylko tyle, że któryś obcokrajowiec odejdzie. W Ekstraklasie może być zatrudnionych czterech zagranicznych i grać trzech, w drugiej lidze trzech na kontrakcie i dwóch w meczu. Jeśli będzie musiało być dwóch graczy, najlepiej by był to napastnik i ktoś.

Liczysz, że padnie na ciebie?

Z jednej strony mógłbym powiedzieć, że w moim wieku to dla mnie żadna różnica czy gram w Jiangsu Suning w pierwszej czy Meizhou Kejia w drugiej lidze. Wiadomo, chciałoby się zagrać z najlepszymi, powalczyć, pokazać się. Lepsze stadiony, więcej kibiców. Może komuś się w tych meczach spodobałem i jeszcze mnie zabierze do chińskiej ekstraklasy. Ale marudził nie będę. Jeśli będą chcieli, wrócę i pomogę zrobić awans. Jeśli mnie będą chcieli odpalić, też nie będę miał żalu i problemów w znalezieniu nowego klubu, bo już dochodzą do mnie sygnały z Turcji i Australii, że czekają na mnie. To też pokazuje, że innych rejonach odbierają moje ligi odbierają inaczej niż w Polsce. W Turcji nie ma mnie już sześć lat i nikt nie patrzy na to, że przez ten czas grałem w ligach – w pojęciu polskiego kibica – egzotycznych.

Jak się czułeś w taktyce podaj piłkę Mierzejowi, niech on się martwi?

Dobrze, akurat taktyka pode mnie! Podobnie było w Emiratach czy Arabii, tylko że tam miałem lepszych piłkarzy wokół siebie. Każdy trener oczekiwał jednego: odbierz, podaj do Adriana, coś się rozkręci. Przyzwyczajony jestem. Sam proszę o piłkę. Na pierwszych treningach próbowałem załapać chińskie piłkarskie słówka, ale oni szybciej się nauczyli angielskiego niż ja chińskiego. Wydaje mi się, że wyglądało to nie najgorzej. Ktoś może powiedzieć, że spadliśmy, ale w klubie wszyscy byli zadowoleni, jak drużyna grała w piłkę.

Na jakim poziomie są twoi chińscy koledzy z zespołu? Jest przepaść?

Przepaść to duże słowo, ale raczej nie są to bardzo dobrzy piłkarze. Na pewno nie są technicznie przygotowani jak my wszyscy. Po to klub ściąga obcokrajowców, by wygrywali mecze i świecili przykładem. Jestem do tego przyzwyczajony. W każdym klubie wygląda to tak samo, obcokrajowiec musi być lepszy.

W Chinach dysproporcja jest największa, ale też dlatego, jacy piłkarze tam przychodzą. Wiadomo – Oscar, Paulinho, Hulk, Talisca, cały zaciąg piłkarzy z topowych lig. Dalian Yifang wzięło Carrasco i Gaitana z Atletico, robią róznicę, widać po nich, gdzie grali i co w życiu zobaczyli. Gdy graliśmy z Sydney FC w Lidze Mistrzów z Shanghai Shenua, naszym pierwszym zadaniem było zablokowanie Moreno, środkowego pomocnika z reprezentacji Kolumbii. Chińczyk może prowadzić piłkę, byle tylko nie podał jej do obcokrajowca. Trzeba nauczyć się grać w tej lidze. Pierwsze 5-6 spotkań było mi łatwiej. Był mecz, w którym zaliczyłem ponad 100 kontaktów z piłką, wygraliśmy 3:0, a ja miałem gola i asystę. Od następnego spotkania się skończyło, ktoś mnie krył na plastra, by mnie wyblokować. Nasze akcje wyglądały tak – podają do mnie, a ja szukam Ighalo, napastnika ściągniętego z Watford za 20 baniek. To było łatwe do rozszyfrowania, dlatego jest ciężej niż w Sydney zaliczać tyle asyst. Nie mówiąc już o tym, że 70% czasu gramy w defensywie.

Czyli tak: macie jeden schemat i gdy go używacie od razu jesteś potrajany.

Nie chcę się sam pompować przed wszystkimi, ale często się to zdarza. Każda akcja ma przejść przeze mnie i widziałem trenerów, którzy z boku krzyczą tylko:

– Jedenastka! Jedenastka!

Ciężko było dotknąć piłkę. Ale to oczywiście nie jest żadna wymówka i powód, dla którego spadliśmy. Powinienem sobie był z tym poradzić. Jak patrzę na Oscara czy Hulka, im jest łatwiej o dobre liczby, bo słabsze kluby cofają się do 30-40 metra i czekają wyrok. Nawet bardziej niż Piast w meczu z Legią, który wczoraj oglądałem.

Stały schemat ściągania obcokrajowców to: obrońca, środkowy pomocnik, skrzydłowy, napastnik. Przepis o przymusie chińskiego bramkarza niewiele zmienił, bo i tak szkoda byłoby klubom miejsca na bramkarza zza granicy. Mocniejsze kluby jak Shanghai SIPG czy Guangzhou Evergrande zabierają od razu wyróżniających się Chińczyków. W Polsce Legii czy Lecha nie stać, by wziąć sobie czterech zawodników z dołu tabeli, a tam idą jak po swoje. Nie robi im różnicy, czy zawodnik milion czy dwadzieścia – trzeba zapłacić, to się płaci. Wprowadzono ostatnio także przepis, że za każdy transfer powyżej pięciu milionów trzeba oddać drugie tyle do federacji na szkolenie, co jest dobre, wszyscy na tym zyskają. Jak się w kimś zakochali, nie robi to naprawdę różnicy.

Czyli nie zahamowało to rynku.

Jeśli coś zahamowało, to tylko limity, bo jeśli Guangshou ma czterech mocnych Brazylijczyków – w tym Hulka i Paulinho – to ciężko im kogoś odpalić, by ściągnąć następnego Co do przepisów, robią jakieś obejścia, tak jak ściągnęli Paulinho z Barcelony – najpierw wypożyczenie, potem opcja pierwokupu… Jak to Chińczycy, drogę by obejść znajdą, ale w końcu zapłacą. Następne transfery będą raczej do słabszych zespołów, beniaminków. Najlepiej dla rynku byłoby, gdyby limit obcokrajowców został zwiększony albo w ogóle skasowany.

Która z gwiazd zrobiła na tobie największe wrażenie?

Alexandre Pato, Frank Acheampong i Ezequiel Lavezzi. Widać, że to panowie piłkarze. Chińczycy od razu oddają im piłkę i oczekują, że kiwną trzech-czterech i strzelą bramkę. I to się dzieje. Pato może nie ma wielkich liczb, ale w spotkaniu z nami założył chyba cztery siaty. Gdy Lavezzi złapał kontuzję, Hebei nie potrafiło wygrać meczu.

Ale w bezpośrednim pojedynku z Lavezzim to ty mogłeś nosić głowę wyżej.

No, starałem się (śmiech). On strzelił, ja strzeliłem, ciekawe spotkanie. Miałem nadzieję, że ktoś z Hebei mnie weźmie, ale dostałem cynę, że oni celują już w big names (śmiech). Zaskoczony byłem negatywnie, jaki wpływ na drużynę miał Mascherano – nie było widać, że ten gość grał w Barcelonie.

Powiedz szczerze – większość tych big name’ów ma wywalone? Oglądałem dwa mecze Teveza i był totalnie sfrustrowany, machał rękami, nie biegał.

To zależy od podejścia. Ja widziałem tych najlepszych – Lavezzi, Hulk, Oscar – i im naprawdę zależy. Kontrakty to jedno, są jeszcze bonusy i premie. Zdarza się , że Lavezzi pomacha rękami i jest obrażony, ale zaraz wraca, biega, na boisku nie ma wolnej amerykanki. Może Tevez pomyślał, że pójdzie z łachy, skasuje co swoje i wróci. Oscar w wywiadzie powiedział, że nie chciałby wracać do Europy, bo jest zadowolony ile zarabia i ustawia następne pokolenie. Jak już wyjechał, chce jak najdłużej siedzieć. Ale wrócić się da – pokazuje choćby Witsel. Wielu zawodników gra dobrze, bo chce przetrwać jak najdłużej.

Waszym trenerem jest Chińczyk, a więc stara, chińska szkoła?

Wskoczył jako trener tymczasowy 1,5 roku temu po Koreańczyku, za którego były ciężary, armia, bieganie, gra bez piłek. Stara szkoła. Nowy trener odmienił zespół. Wszyscy byli szczęśliwi, bo u Koreańczyka tydzień spędzało się na zgrupowaniu w hotelu, a teraz można jechać do domu. Małe pokoje, piętrowe łóżka, a w nich piłkarze, którzy zarabiają po osiem milionów euro. Absurd. Ktoś mocniejszy z większą pewnością siebie się wzburzył, ale trener odpuścił tylko obcokrajowcom. Teraz też mieliśmy sytuację, gdy dwie kolejki przed końcem trener chciał skoszarować ekipę na cztery dni. Powiedzieliśmy, że mamy rodziny i zgodził się, byśmy do nich jechali, ale Chińczycy musieli zostać. Na mecz jedziemy generalnie dwa dni przed spotkaniem, a nie cztery. Przed meczem mamy zgrupowanie w hotelu sponsora, specjalnie dla nas przez cały rok zarezerwowany są dwa piętra, więc możemy zostawić tam wszystkie rzeczy. Ciężkie będą tylko obozy, po trzy tygodnie. Ludzie z klubu powtarzają, że chińscy piłkarze tego potrzebują – rutyna, brak komfortu, prawdziwa, chińska szkoła. Atmosfera była bardzo dobra, trener dużo nie zmieniał. Wzięli trenera od przygotowania fizycznego z Sevilli, dwóch fizjoterapeutów i dietetyków z Brazylii. Nie miałem przyjemności zobaczenia tej prawdziwej, chińskiej szkoły.

Zdziwiło mnie, że masz ich bardziej za leniuchów, a przecież Chiny to kult niewolniczej wręcz pracy.

Dla mnie to był szok. Byłem pewien, że to będą małe żołnierzyki, które mają do wykonania swoją robotę, ale jak grałem w Azjatyckiej LM, zobaczyłem to tylko u Japoczyków i Koreańczyków. Trener tylko spojrzy z boku i już wracają na pozycję. Chińczycy niekoniecznie, nie wiem, czy tak się świat zmienia, ale Chińczycy zobaczyli już trochę europejskiej piłki. Guangzhou czy Szanghaj to już nie typowo chińskie miasta, a metropolie na skalę międzynarodową. No nie przepracowują się, ale dzięki temu ja uchodzę za stuprocentowego profesjonalistę, wchodzę do klubu pierwszy i wychodzę ostatni.

To dla nich ważne, by dawać taki przykład?

Moim zdaniem tak. Wszyscy obcokrajowcy mówią, że to ważne by nie machać rękami, nie pokazywać, że jest się gwiazdą. Masz robotę do wykonania i dajesz z siebie coś dodatkowego, by się czegoś nauczyli. Zwracają uwagę na młodych, widać, że tym celem 2030 żyje każdy. Zdarzało się, że miałem zostać po treningu i młody zawodnik podpatrywał, jak zrobić rozbieg, jak uderzyć piłkę, po gierce rozmawiałem, w jakich strefach się poruszać. Ktoś powie, że jestem tylko 32-letnim Polakiem, który nie grał na poważnym poziomie i ma tylko pięć meczów w LM, ale oni się tego uczą i widzą. Koniec treningu, idę się porozciągać, o czym oni wcześniej nie wiedzieli i szli do domu. Teraz podglądają i niektórzy zawodnicy przyłączają się do mnie. Doszły mnie słuchy, że jest to dobrze odbierane i ważne dla nich.

Przykładam się na sto procent, bo dużo grania mi nie zostało. Pewnie będę miał wolne za 3-4 lata, więc chcę to przedłużyć jak najbardziej.

Z jakich powodów Chiny nie są w stanie osiągnąć sukcesu w żadnym sporcie zespołowym? Obserwujesz to od środka.

Ciężko mi powiedzieć, też się nad tym zastanawiałem. Nie da się w sportach zespołowych wszystkiego wytrenować, trzeba mieć jakiś dodatkowy gen, którego nie mają. Nie mówię, że w piłkę nie potrafią grać, bo jest kilku dobrych chłopaków, ale ogólnie nie są przygotowani technicznie. Jak powiedział Cruyff – technika to nie jest to, że ktoś podbije piłkę tysiąc razy, a w odpowiednim momencie z odpowiednią siłą zagra na odpowiednią nogę. Łatwiej iść na gimnastykę, gdzie od rana do wieczora można wszystko wytrenować i wiedzieć, co się wydarzy. Reguła jest prosta – kto będzie więcej trenował, będzie lepszy. W piłce tak to nie wygląda i są czynniki niezależne od trenera i zawodnika.

Co było największym szokiem jeśli chodzi o samo życie?

To, że ludzie mają kompletnie wywalone na język angielski. To niemożliwe, że nie rozumieją „hello, good morning”. Mówię tylko o swoim mieście.

No tak, Changchun to zaledwie ośmiomilionowa wioska.

W Pekinie czy Szanghaju też zdarzyło się, że ktoś nie rozmawiał po angielsku, ale tam jest inna bajka. Bank, hotel, recepcja – nic. Czytałem w książce, że nas, obcokrajowców, jest za mało, by dla nas uczyć się obcego języka. Wcześniej w Arabii czy Emiratach można było z każdym porozmawiać.

W klubie mamy dwóch tłumaczy. Jeden lata za trenerem, drugi jest od spraw organizacyjnych i pomocy. Wszędzie język chiński, chińskie literki, nawet jak się kupuje duńskie masło, to naklejka jest chińska i wszystko przetłumaczone na chiński. Latamy z Google Translate i tłumaczymy na bieżąco. Chcemy jabłko, mówimy do telefonu „jabłko” i pokazujemy. Oni często nie wymawiają „r”. Wsiadam do samochodu i chcę jechać do sklepu „metro” i gość nie wie, o co chodzi. Oni się w ogóle nie domyślają. Powiem „metlo” zrozumie, powiem „metro” nic. Pokażę, że jest mi zimno, nie zrozumie, że trzeba włączyć ogrzewanie. Inny język ciała. Liczbę sześć pokazują na palcach jakoś inaczej, osiem to pistolet, dziesięć to krzyżyk.

Piłkarze zaskoczyli cię jakimiś swoimi zwyczajami?

Tym, jak się odżywiają. Zupełnie inna bajka. Moja żona stara się zwracać na to uwagę, ciemne pieczywo, kasze, napoje gazowane to nawet nie wiem, jak smakują. Oni jedzą swoje – świniaki, kurze łapki, nudle na przyprawach, chleb tostowy z cukrem, nie znają w ogóle innej kuchni. Gdy poprosiłem o rybę z grilla, nie wiedzieli, co to jest. W mieście są dwie restauracje z zagraniczną kuchnią – takie udawane, ale trzeba się cieszyć z tego, co jest.

Pies już zjedzony?

Byłem w restauracji, gdzie w menu był piesek, ale nic mi się jeszcze nie trafiło. To, czego nie możemy kupić w sklepach, zamawiamy z innego miasta przez internet – wołowinę z Australii albo chleby z Rosji. Wiemy przynajmniej, co jest w środku, bo dla Chińczyków to co w środku nie ma najmniejszego znaczenia.

Istnieje możliwość, by chiński piłkarz się sprzeciwił?

Chyba nie. Są już tak nauczeni, że nie, szczególnie ci młodsi zawodnicy. Ostatnio młodzieżówka pojechała na zgrupowanie, które wyglądało jak obóz wojskowy. Reżim, ścięte włosy, brak telefonów. Chcą ich zamknąć ze światem i wychować, by nie dyskutowali. Ci, którzy pojechali już na reprezentację czy byli w innym kraju, są już luźniejsi. Gdyby młody coś jednak odpowiedział, dostałby karę i nie chodzi o finanse. Wysłaliby go na Syberię albo w góry, by popracował.

Aż tak?

Myślę, że tak, ale u mnie nigdy się nie zdarzyło, by ktoś odpyskował.

A jak już była kara to jaka?

Finansowa. Jeden młody zawodnik umówił się z fizjoterapeutą i napisał mu, że jednak nie przyjdzie. Przyszedł dyrektor generalny – nazywamy go „Policeman” – i powiedział, że przez trzy tygodnie nie dostanie pensji. A on zarabia może dwa tysiące złotych na nasze. Mały się popłakał w grupie. Głowa w dół i tyle, jedziemy dalej.

Zapytam o oczywistość – plan mistrzostwa świata w 2030 to marzenie ściętej głowy czy Chiny mogą powalczyć?

Mission impossible. Za wcześnie. Trzeba zmiany pokoleniowej – więcej trenerów, więcej pokazywania piłki, przemiany mentalnej, zaufania obcokrajowcom. Często się zdarza, nawet u nas w klubie, że kłócimy się o takie rzeczy jak godziny posiłków. Oni mówią, że trzeba jeść 2,5 godziny przed meczem, a ja że nie, bo nigdy tak nie jadłem, zawsze 4 godziny. Ale nie ma problemu, room service przyniesie mi takie jedzenie, jakie chcę. To jest duża blokada, jak rozmawialiśmy z obcokrajowcami, to tak jest w każdym klubie. Podejście na zasadzie „jest nas najwięcej na świecie, jesteśmy wielkim krajem, będzie po naszemu”.

Spotkałeś się gdziekolwiek z takim profesjonalizmem jak w Australii? Podobno prześwietlali nawet twoje mecze z Turcji czy reprezentacji.

Nie. Byłem w szoku. W każdym wywiadzie będę podkreślał, że to najbardziej profesjonalny klub, w jakim grałem. Trener rozmawiając ze mną przed transferem odnosił się do konkretnego meczu w Turcji. Jezu, przecież to było sześć lat temu! Innym razem dzwonił do mnie trener Wellington, klubu Kopczyńskiego i przed transferem wypytywał o niego i Filipa Kurto. Napisał mi pewnego razu na WhatsApp, że ogląda sparing Legii Warszawa z Radomiakem. Jak to możliwe, dziesięć godzin różnicy a gość ogląda jakiś sparing? To więc nie tylko w moim klubie, a w całej Australii. Na każdym treningu mieliśmy paski i sczytywanie – jeden zrobił tyle sprintów łącznie, a drugi o osiem mniej, więc dobrze gdyby następnym razem przycisnął. Nie trafiają się przypadkowe transfery. Teraz do Sydney FC dołączył de Jong z Ajaksu. Po transferze prezes powiedział, że oglądali 300 zawodników dzień po dniu pod kątem przydatności. Transfery są zatem głównie udane. Od lipca gra też Honda, bardzo dobrze sobie radzi.

Liga mogłaby być lepsza, gdyby nie salary cap. I właśnie to, że pieniądze wydaje się bardzo rozsądnie, to jeden z niewielu plusów. Salary cap wymusza rozsądek, bo zabraknie środków na następnego zawodnika, a nie da się zesłać kogoś do rezerw i wziąć kolejnego. Za mało klasowych piłkarzy trafia. Kluby są przygotowane, jest wielu inwestorów, także Chińczyków, którzy chcieliby sobie kupić zabawkę. Pomaga to mniejszym klubom, bo wszyscy zaczynają od tego samego poziomu. Przez to klubom ciężko powalczyć o Ligę Mistrzów. Dwóch-trzech zawodników boryka się z kontuzjami, a następców nie ma i poziom spada. W Sydney mają do wydania 500 tysięcy i wolą wziąć dobrego piłkarza za 350 i słabego za 150 licząc, że dobry będzie cały czas grał. Słabsze kluby biorą za 250 i 250. My bardziej postawiliśmy na jakość, ale to ryzyko – kontuzja i jakość spada diametralnie. Tylko 5 osób siedzi na ławce, zawodnicy z miejsc 20-21 są w kadrze tylko po to, by można zrobić gierkę.

Odetchnąłeś z ulgą, że trafiłeś w końcu do krajów, w którym nie ma takiego szału na ciebie jak w Turcji czy Arabii?

Trochę tego brakuje, co tu ukrywać. Fajnie jak ktoś podbuduje ego, możesz wyjść i zjeść za darmo, nigdy na to nie narzekałem, to zawsze było przyjemne. Jestem neutralny – jak jest tak, to tak, a jak inaczej, to inaczej. Mogłoby mi tego brakować, ale po miesiącu się przyzwyczaiłem i trzeba cieszyć się, że jest więcej w spokoju. Pierwsze dwa miesiące w chinach byłem totalnym no namem, nikt mnie nie poznawał. Czasami kibice robią sobie fotkę i próbują nawet wymówić moje nazwisko. Żona śmieje się, że skoro zaczynają mnie rozpoznawać, muszą być ze mnie zadowoleni. Buduję powoli swoją pozycję, więc mam nadzieję, że w Chinach będzie tego jak najwięcej, ale Arabii czy Turcji nigdy nie będzie to przypominało.

Jak się odnajdywałeś w nieustannej pompce? W klubie kładziono wam do głów, że jesteście najlepsi, w każdym meczu musicie wygrywać. Płaciliście kary za używanie słów „mam nadzieję” i „chciałbym”. Trener raz powiedział przed meczem, że ma być 6:0 i… wygraliście 6:0.

Fajnie, można było poczuć, że naprawdę jesteśmy najlepsi i wygrywamy ze wszystkimi. Człowiek nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Z tym 6:0 to w ogóle hit. Mówił przez cały tydzień, że wygramy 6:0, podobno mu się to nawet śniło. Do przerwy 1:0, idzie średnio, co on wygadywał przez cały tydzień? Nagle dwa, trzy, cztery, pięć i… sześć! Dostał po wszystkim nawet upomnienie z federacji, że nie można takich rzeczy mówić, to może być bukmacherka. Od tamtej pory trochę się uspokoił. Fajne podejście i teraz widzę, że na konferencjach prasowych przed meczami reprezentacji robi dokładnie to samo. Jak jest przełożenie, fajnie się to odbiera, bo to nie pompowanie kitu, nie mówi najsłabszej drużynie, że jesteśmy kozakami, ale nie wygrywamy przez pecha. Jak idzie, to mówi jak Janusz Wójcik, że jedziemy z frajerami. Nie mówił tak od pierwszego treningu, budował powoli. Jak już złapał zespół, który może wygrywać, pociągnął to.

Nie zgubiło to was? Sezon zasadniczy wygraliście na luzie, ale w fazie play off nie weszliście do finału.

Wygraliśmy sezon zasadniczy, 27 kolejek, i to z ogromną przewagą. Gdyby był tradycyjny system, mistrzostwo mielibyśmy już w marcu. W półfinale przegraliśmy Melbourne, z którym w sezonie zasadniczym wygraliśmy trzy razy. O mistrzostwie decyduje dyspozycja dnia, a nie całego sezonu. Ale jakbym miał wybrać czy wolałbym wygrać sezon zasadniczy czy mistrzostwo grand final, wolałbym wygranie sezonu zasadniczego, mimo że każdy piłkarz mówi, że sezon zasadniczy się nie liczy.

Ile wrzuciłeś do skarbonki za wpadki w wywiadach?

Ja szybko się nauczyłem, czego nie mówić, ale potem rozmawialiśmy z trenerami, że my, obcokrajowcy, których angielski nie jest perfekt, powinni mieć taryfę ulgową. Wybaczał nam. Gdy raz zjebał nas w szatni, powiedziałem, że na wywiady nie muszę chodzić, skoro mam mieć przez nie kary. Dostawaliśmy całe instrukcje. Rzecznik prasowy mówił, jakie dostanę pytanie i dawał na nie od razu odpowiedź, jeśli tylko nie chciałoby mi się wymyślać swojej. Przygotowana regułka. W Australii nie jest jak w Polsce, że co chwile ukazują się wywiady z piłkarzami i trenerami, wszystko było przygotowywane dłużej.

Czego nie mogłeś mówić?

Na początku roku trener musiał ogłosić listę piłkarzy zgłoszonych do Ligi Mistrzów. Obcokrajowców było czterech, mogło być trzech, więc ktoś musiał zostać odpalony. Mieliśmy nie poruszać w ogóle tego tematu. Druga rzecz to kontuzje, naderwałem dwójkę w drugiej kolejce, czuję, że mocno, 2-3 tygodnie pauzy. Trener idzie na konferencję i mówi, że Adrian zagra w następnym meczu. Rzecznik mówi, że mam powiedzieć, że pewnie będę gotowy od następnej kolejki. Nie będziesz? To nic, za tydzień powiesz to samo. Każdy wywiad monitorowany i sprawdzony. Zapraszali do telewizji, trener mówił, że lepiej jakbym poszedł za trzy tygodnie, bo jedziemy zaraz na mecz Ligi Mistrzów i to nie jest dobry moment. Gdy Arni, czyli trener, udzielał wywiadu, śmialiśmy się, że już doskonale wiemy, co powie. Mówił nam zawsze, że nikt nas nie lubi, wszyscy nienawidzą. „Myślicie, że po ostatnim mistrzostwie sezonu zasadniczego jakikolwiek trener zadzwonił z gratulacjami? Nikt! Nienawidzą nas, bo jesteśmy najlepsi”. Po każdej konferencji to samo „ojebiemy ich, jesteśmy lepsi”. Było czuć zazdrość reszty, bo gość mówi, że wygramy i… wygrywamy. On miał wywalone, pewność na siebie 10/10, klata do przodu.

W Polsce taki trener mógłby zostać uznany za buca.

I w Australii też, tylko że Arni ma wywalone. Mówił, że robi to dla nas i jak ktoś zagrał piach brał wszystko dla siebie. Stwierdzał, że to jego wina, bo źle zmotywował zespół. W końcu przegraliśmy 0:1 u siebie i powiedział w szatni, że to jego dramat, zła praca sztabu szkoleniowego, jego wina, złe przygotowanie mentalne, zlekceważyli analizę rywala. Zaczął krzyczeć na swój sztab, a nie na nas.  „Co to ma być, że nie strzeliliśmy z rożnego? Tak nie może być!”. Wymagał dużo od innych, ale najwięcej od siebie. Fajnie było się zmęczyć na treningu, bo widać było, że mu zależy.

Sezon w Australii był najlepszym w twojej karierze?

Zdecydowanie. W Polsce też mnie ktoś wybrał piłkarzem ligi, ale asyst i bramek było mniej. Byłem zagadką. Przyjechał Polak na salary cap, nie podpisał kontraktu gwiazdorskiego i ma zastąpić Słowaka Holosko. Skoro nie dali mu kontraktu gwiazdorskiego – pewnie nie jest taki dobry. Szybko się wszystko jednak dobrze połapało. Miałem napastnika Bobo, który zawsze, ale to zawsze szedł na prostopadłą piłkę. Były głosy, że mogliśmy być nawet najlepszym zespołem w historii całej ligi. Zabrakło nam tylko kropki nad i, żeby zagrać w grand final i go wygrać. Pobiliśmy wszystkie rekordy – liczba punktów, liczba strzelonych bramek. Dla mnie jako pomocnika triple double – ponad dziesięć bramek, asyst i kluczowych podań we wszystkich rozgrywkach łącznie – to znakomity wynik.

Jeślibyś przeszedł na ten gwiazdorski kontrakt, zostałbyś pewnie w Sydney. Byłeś w szoku, że po takim sezonie ci go nie zaproponowano?

Zaproponowali mi, ale nie wtedy, gdy chciałem. Było mi obiecane, że jak zasłużę na gwiazdorski kontrakt, to go dostane. Usiedliśmy do rozmów, ale chcieli zaproponować mi jeszcze rok na salary cap, by utrzymać tę trójkę – Bobo, król strzelców, Ninković, który został najlepszym piłkarzem rok wcześniej i ja. Zaproponowali, bym został jeszcze rok na salary cap, a przez następne lata miało mi się to wyrównać. Finansowo na pewno bym na tym nie stracił, tylko że uniosłem się honorem i powiedziałem, że tak nie może być. To ja dostałem wszystkie nagrody, więc zasugerowałem, że ktoś inny powinien wskoczyć na moje miejsce. Niestety, byłem najmłodszy. W międzyczasie dostali ofertę za Bobo i przyszli do mnie mówiąc, że dostanę na kontrakcie gwiazdorskim jeszcze więcej, niż wcześniej rozmawialiśmy. Obrażony uniosłem się honorem i powiedziałem, że nawet gdyby zaproponowali dziesięć razy więcej, to i tak nie podpiszę.

Mogłem przełknąć w sumie tę pigułkę. Gdybym nie miał oferty z Chin, to pewnie bym wrócił i podpisał ten kontrakt. Dobrze, że skończyło się, jak się skończyło. Dzwonią do mnie wciąż i chcą, żebym wrócił. Nie chcę mówić, że to niefajne zachowanie – trochę ich rozumiem, padło na mnie, bo jestem najmłodszy i mógłbym dostać gwiazdorski kontrakt później.

Finalnie na tym nie straciłeś.

Raczej nie (śmiech).

Miałem takie wrażenie, że w tym sezonie nasza drużyna osiągnęła maksa, a gdybym został znowu byłaby presja, by znów wygrać wszystko, co było do wygrania. Odszedł Bobo i obrońca, trener trafił do reprezentacji, stadion zamknięty, bo przez trzy lata będzie w przebudowie. Czułem, że się to rozmywa. Mogłem odejść do innego klubu w Australii, ale chyba osiągnąłem tam swój sufit.

Zawsze podkreślasz, że w swojej karierze kierujesz się rodziną. W Changchun czujesz się jak na zsyłce?

Raczej nie. Zawsze się kierowałem tym, by było fajne miasto do życia i dało się z tego życia skorzystać. Wybór był przemyślany. Analizowałem, sprawdzałem w internecie, dzwoniłem do zawodników, którzy tam kiedyś grali, wypytywałem trenerów o ligę chińską. Gdybyśmy nie znaleźli amerykańskiej szkoły, nigdy bym tam nie podpisał kontraktu. Ludzie mogą wierzyć, nie wierzyć, ale tak było. Na początku odrzucałem te oferty i czekałem na coś innego. Będąc w Sydney dostawałem oferty pięć razy większe z Turcji, ale z takich miast, że nie dało się żyć. Changchun? Miasto numer pięć w Chinach. Żyjemy w hotelu, wcześniej poleciałem sam i oglądałem domy. Przygotowywałem się do tego transferu. Byłem na nie. Uznałem z żoną jednak, że na pewno tam sobie poradzimy. Mam w miarę komfortową sytuację, że nie poszedłbym na to, by jechać tam samemu i zostawić rodzinę w Polsce. To nie jest nam potrzebne i dalibyśmy sobie radę w życiu bez tego kontraktu.

Jestem z tych nienarzekających, ale przygotowaliśmy się na to, że będzie zdecydowanie gorzej. Myśleliśmy, że dzieciaki będą tylko chodziły do szkoły i później wszyscy będziemy przesiadywać w domu przy książkach i playstation. Takie chińskie więzienie, obóz przetrwania. Ale nie, spokojnie. Korzystamy z życia, wycieczki, parki, zoo, później pojedziemy na mur, do Disneylandu. Jesteśmy zadowoleni. Gdybym dostał propozycję przedłużenia kontraktu, spokojnie mógłbym zostać tam pięć lat i bym nie narzekał.

Zostały ci 3-4 lata grania. Myślisz już teraz bardziej o tym, by się dorobić czy by przedłużyć przygodę ile się da?

Gdybym chciał więcej zarabiać, nie pojechałbym do Australii. Po pół roku nic się nie zmieniło. Chciałbym gdzieś pograć na wysokim poziomie, bo uważam, że to wysoki poziom. Oczywiście to nie Liga Mistrzów, ale jednak grasz z piłkarzami, którzy byli na mistrzostwach świata i coś w życiu wygrali. Wszystko zależy, jakie będą tematy i zapytania. Nawet teraz jakbym rozwiązał kontrakt i dostał ofertę z Turcji, wolałbym wrócić do Australii za dziesięć razy mniej. Finanse są ważne, ale nie w moim przypadku. W miejscu, w jakim jestem, na pewno nie najważniejsze. chociaż nie ukrywam, że poszedłem do Chin, bo przekonała mnie oferta. Mam taki komfort, że mogę sobie odrzucić oferty i nie patrzeć na finanse. Oczywiście, może ktoś może zaproponuje mi takie warunki, że będę płakał odrzucając albo zbiorę rodzinę i stwierdzimy, że musimy się przemęczyć, bo robimy ostatni taki strzał w życiu. Nigdzie się jednak nie męczyłem.

Chciałbym pomieszkać jeszcze trochę w Dubaju i odpocząć. Jakbym skończył kontrakt w Chinach, mógłbym spokojnie iść do drugiej ligi emirackiej, zagrać za free, bylebym dostał pozwolenie pobytu dla całej rodziny. To scenariusz, który mi się marzy. Wolałbym to niż kontrakt z Zagłębiem Sosnowiec, z całym szacunkiem dla Zagłębia. Różne są scenariusze, ja teraz tak mówię, a może za pół roku nie będę miał ofert, usiądę, ktoś mi namąci w głowie i pomyślę, że może fajnie byłoby wrócić do polskiej ligi i się przypomnieć. Pewność siebie cały czas mam i wydaje mi się, że jakbym wrócił do ligi mógłbym zostać najlepszym zawodnikiem. Ale plan jest taki, by nie wracać. Nie wydaje mi się, by powrót był mi to potrzebny.

Zdecydowałeś już, co po karierze?

Cały czas coś się dzieje. Menedżerka nie musi być pracą, na której musiałbym być skoncentrowany w stu procentach, czasami wystarczy WhatsApp. O trenerce myślałem, ale Robert Podoliński odradzał mi to ostatnio bardzo mocno. Mam wrażenie, że to jak powrót do polskiej ligi – niekoniecznie może to być potrzebne do życia i wizerunkowo.

Myślisz, że Mariusz Lewandowski jest szczęśliwy, że został trenerem?

Muszę porozmawiać z Lewym, bo jestem z nim w kontakcie. Jeśli miałbym zostać trenerem, marzy mi się taki scenariusz, że robię wszystkie papiery i dostaję szansę, jaką dostał Lewy, Hajtowy czy Świru. Nie po to jeżdżę teraz po świecie i zarabiam dobre pieniądze, by zaczynać pracę od asystenta w drugiej lidze.

Tak chyba trzeba, bo inaczej zawodu się nie nauczysz. Cała trójką, jaką wymieniłeś, w trenerce osiągnęła niewiele.

Chodzi mi tylko o szansę, jaką dostali. Czy ją wykorzystali – zupełnie co innego. Nie chciałbym brać rodziny i jechać do – powiedzmy – Niecieczy, żeby po siedmiu miesiącach mi podziękowano. Chciałbym, żeby było po mojemu, żebym dostał wolną rękę jak teraz trener Probierz.

To chyba musisz szukać poza Polską.

Tak byłoby lepiej. Gdybym miał wybór, wolałbym Arabię, Chiny czy każdy inny kraj, w którym grałem. To nie jest dla mnie ostatnia deska ratunku na zasadzie: muszę trenować albo muszę napisać książkę, bo potrzebne mi są pieniądze. Uczyłem się od innych trenerów, gdy trener przemawia zastanawiam się, czy ja bym tak samo zrobił i jakbym ustawił zespół. Jest też telewizja. Przyjemna robota. Oglądam mecz i mówię to, na czym się znam. Fajnie, że odbiór mistrzostw jeśli chodzi o moją osobę był pozytywny. Tutaj bym się widział, ale to też nie jest praca od rana do wieczora, więc można robić kilka rzeczy na raz.

Teraz sam dla siebie jesteś menedżerem?

W tym momencie tak. Działałem wcześniej z Bartkiem Bolkiem, ale ostatnie kontrakty sam sobie załatwiałem. W tych wszystkich krajach wszyscy mają mój numer, wiedzą, gdzie można się zgłosić. Nie potrzebuję wysyłać CV do Tajlandii czy Korei, swoją postawą pokazuję, że warto mi zaufać. W tych klubach zawsze było trochę przypadku i szczęścia. Trabzonspor? Turcy zaczęli oglądać Sławka Peszkę, ale zagrałem super w meczu przeciwko niemu i przeskoczyli na tego z dziesiątką. Później strzeliłem bramkę Koronie, wzięli mnie. Po dwóch miesiącach w Arabii szejk mnie zapytał:

– Wiesz, dlaczego ja cię w ogóle ściągnąłem?

– No nie wiem, jestem Polakiem, więc mnie na bank nie znałeś.

Siedział z ekipą i oglądał Ligę Europy. Mógł włączyć Salzburg – Bazylea, a włączył Trabzonspor – Lazio. Zremisowaliśmy 3:3, strzeliłem bramkę i asystę. Szejk powiedział wszystkim: – Bierzemy tę dziesiątkę!

No i temat był taki, że wziąć musieli.

Później grałem w azjatyckiej Lidze Mistrzów przeciwko Shanghaj Shenua i również na tej podstawie dostałem telefon od mojego obecnego klubu, że się spodobałem i proponują mi kontrakt. To też pokazuje, że moje decyzje były dobre. Wiedziałem, że idąc do Australii otworzę się na nowe rynki.

Na koniec, bo nie chcę po raz tysięczny wałkować tematu reprezentacji, zapytam krótko – ucieszyłeś się, że Jerzy Brzęczek od razu powiedział, że cię nie powoła? Nawałka udawał, że cię obserwuje, mimo że żadnych obserwacji nie było, teraz masz jasność – nie ma na co liczyć.

Tak, chociaż trener powiedział też, że Cionek to nie jego bajka, a Cionek teraz gra w pierwszym składzie (śmiech). Przestawiłem swoje myślenie, już mi nie zależy. Jestem kibicem reprezentacji i wiem, że jestem już skazany na banicję, bo egzotyka. Miałem życiowy moment w Australii i jeśli wtedy nie dostałem powołania, to już nie dostanę. Na Euro 2020 będę miał 34 lata. Czasami ciężko mi się wypowiadać na temat reprezentacji jako ekspert. Gdybym ich skrytykował, ludzie by mówili, że jestem zawistny czy sfrustrowany. Poza tym grają tam moi koledzy, więc robię w tych wypowiedziach politykę, chociaż mówię szczerze. Gdy zostałem zapytany o rozczarowanie roku, wybrałem trenerów Brzęczka i Nawałkę. Może mógłbym tego nie robić i czekać na powołanie, ale w mediach wypowiadam się już teraz tylko jako kibic.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 

KOMENTARZE (15)