O piłce nie myślę tylko wtedy, gdy śpię
Weszło Extra

O piłce nie myślę tylko wtedy, gdy śpię

Trener bramkarzy płacący bramkarzowi, by ten w ogóle zjawił się na treningu. Oferta z wyższej ligi, którą szkoleniowiec – z przywiązania do Stali Mielec – odrzucił, by po chwili zostać z klubu wyrzuconym. Moment bezradności po zwolnieniu z Siarki Tarnobrzeg, gdzie przekonał się, że w polskiej piłce nie warto robić wyników ponad stan, a zamiast zapowiadanych medali była szybka dymisja. Wynagrodzenia trenerów pracujących z młodzieżą, które są katastrofą.

Codzienne dojeżdżanie do pracy ponad sto kilometrów w jedną stronę, specyfika zawodu, w którym trzeba być cały czas pod prądem. Obowiązek gry młodzieżowca, który może tylko naszej piłce pomóc. O tym wszystkim opowiada Tomasz Tułacz, trener Puszczy Niepołomice, jednej z największych niespodzianek obecnego sezonu pierwszej ligi.

Zapraszamy.

*

Pan tak codziennie dojeżdża z Mielca do Niepołomic?

Zależy. Czasami zostaję w Niepołomicach wraz ze sztabem, który – co nie jest tajemnicą – również pochodzi z Mielca. Tam mamy dobre warunki, ale jak nie ma potrzeby, żeby zostawać, to wracamy. Niby ponad sto kilometrów w jedną stronę, ale traktujemy jazdę jako element pracy. Rozmawiamy, planujemy, analizujemy.

Kwestia przywiązania do miasta? Wyobrażam sobie, że mógłby pan mieszkać w Niepołomicach, czy nawet w Krakowie.

Nie ukrywam, że rozważałem tę opcję, ale spójrzmy – gdybym pracował w Warszawie czy Krakowie i jechał z jednego końca miasta na drugi, to pewnie i tak spędzałbym w aucie sporo czasu. Godzinkę spokojnie. Oczywiście, może być tak, że w końcu przeprowadzę się, by mieć bliżej do klubu, ale w tym momencie dobrze mi tu, gdzie jestem. Mieszkam w rodzinnym mieście, a podróż wykorzystuję, by pracować. Jedzie cały sztab, w przeciwnym razie faktycznie mówilibyśmy o utrudnieniach, ale w tym przypadku nie widzę żadnego problemu.

Cały czas rozmawiacie, co pokazuje, że trener musi być bez przerwy pod prądem. Taki zawód.

Jako piłkarz, który zdobywał wykształcenie trenerskie, nie zdawałem sobie sprawy, że praca szkoleniowca jest tak wymagająca. Przede wszystkim czasowo. Kiedy grasz w piłkę, nie prowadzisz tak intensywnego życia na walizkach, jedynie wychodzisz i realizujesz plan. A trener musi zorganizować wszystko to, co masz na boisku zrobić. To nie jest kwestia dwóch czy trzech godzin, naprawdę.

Jestem taki, że o piłce nie myślę tylko wtedy, gdy śpię.

Ale nie powiem, że piłkarze mają łatwiej. Chcę wierzyć, że przeżywają, analizują.

Alan Czerwiński mówił mi, że traktuje oglądanie meczów i analizowanie ich jako swoją pracę.

To dobra rzecz. Wielu piłkarzy posiada InStat, zawodnicy mają indywidualne analizy, które przygotowują trenerzy. Dziś łatwiej pracować lepiej, możliwości są większe. Ale pamiętajmy, że nie można popaść w skrajność. To nie jest dobre, nigdy. Reset w pracy piłkarza jest bardzo ważny, pomaga, gdyż nierzadko warto odłączyć się od tego, co dzieje się w pracy dla własnego dobra.

InStat w pana pracy jest ważny?

Jest ważny, ale do wszystkiego trzeba mieć dystans. Trenerom pomaga, zawodnicy widzą, w jakim kierunku muszą robić postępy.

Pytam, bo Airam Cabrera przyznał ostatnio u nas, że InStat niszczy go jako piłkarza. – Kiedyś zagrałem dobry mecz i z ciekawości zajrzałem, a oni wystawili mi jedną z niższych ocen. A ja myślałem, że zagrałem dobrze – mówił.

Powiem inaczej. Uważam, że wiadomości z InStata warto posiadać, ale nie mogą sprawiać one, że w jakikolwiek sposób się ograniczamy, blokujemy. To ważne informacje, które pokazują nasze mocne i słabe strony, ale właśnie – ważne, żeby w meczu potrafić się wyłączyć.

Wracając do pana podejścia. Jak pan stwierdził – „nie myślę o piłce tylko wtedy, gdy śpię”.

Człowiek, nawet nieświadomie, analizuje i zastanawia się, jak mógł się w danych sytuacjach zachować. Wydaje mi się, że takie myślenie towarzyszy wszystkim trenerom. Taki zawód. O odskocznie trudno. Nie da się nie przenosić takiej pracy do domu. To trudne, co może potwierdzić moja rodzina.

Nie jest jednak tak, że żona ma do mnie pretensje. Wychodziła za mąż za piłkarza, zdawała sobie sprawę, jak wszystko będzie wyglądało. Oczywiście, staramy się spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Latem wyjeżdżamy na wakacje, by odpocząć. Wspólnie. W tym roku byliśmy w Maladze. Korzystamy, tak samo jak w okresie świątecznym.

Zdarzają się momenty, że jest pan tą intensywną pracą zmęczony i tylko czeka na przerwę w rozgrywkach?

Nie chcę zabrzmieć banalnie, ale traktuję piłkę nożna i trenerkę jako realizację pasji. Gdy coś kochasz, łatwiej znosisz obciążenia, choć muszę przyznać, że po obecnym, bardzo udanym dla nas sezonie, czuję się najbardziej zmęczony w mojej trenerskiej karierze. Było ciężko – dużo wydarzeń, mnóstwo spotkań. W końcówce – cztery mecze w jedenaście dni, podróże – dostaliśmy w kość. Cały czas pod prądem, jednak też nie przesadzajmy. Są zawody – mnóstwo zawodów – gdzie jest znacznie, znacznie trudniej. Trenerka to niewdzięczna praca, gdzie media i kibice oceniają cię co tydzień, ale nie narzekajmy, bo mogliśmy trafić znacznie gorzej, na przykład w miejsce, które przyjemności by nam nie sprawiało.

Życzę wszystkim ludziom – zwracam się przede wszystkim do piłkarzy i młodych osób – żeby robili w życiu to, co robić kochają. A jak to przynosi efekty i daje finansową satysfakcję, to w ogóle bajka.

Pamiętajmy, że wiele osób nie robi tego, co kocha. Pracują, bo muszą. Dlatego nie narzekajmy, doceniajmy to, co mamy. Poświęcajmy się.

Z poświęceniem chyba nie można jednak przesadzać. Zbigniew Smółka, pracując w niższych ligach, tak poświęcał się pracy, że nie zważał na poważne choroby. – Miałem jedno, drugie przeziębienie, zlekceważyłem anginę i wdał mi się paciorkowiec w gardle. To była bardzo skomplikowana choroba, którą – wraz z rodziną – bardzo ciężko zniosłem – opowiadał mi.

Pamiętajmy, że skrajność nie jest dobra w żadnym przypadku. W żadnej dziedzinie życia. Trzeba zachowywać zdrowy rozsądek, ale łatwo mówić. W naszym zawodzie o to trudno. Najważniejsze jednak, by nie mieć problemu z oddzieleniem życia zawodowego od rodzinnego. Ja nie mam, mimo wszystko. Posiadam wspaniałą rodzinę. Syna, córkę, żonę, a przez to, że dzieci stały się dorosłe, mogę skupić się na piłce w większym stopniu.

4

Jaki jest przepis na sukces w niższych ligach, gdzie – nie oszukujmy się – o wielu sprawach decyduje przypadek, szczęście?

Jestem trenerem, który dotknął każdej dziedziny pracy trenerskiej. Trampkarze, juniorzy, seniorzy. W dorosłej piłce wspinałem się od trzeciej ligi do pierwszej i myślę, że by osiągnąć sukces, trzeba pewne zasady ustalić, a później je przestrzegać. Nie można zmieniać założeń, bo szatnia szybko wyczuje, kiedy trener nie jest pewny tego, co robi. Piłkarze potrafią wyłapać fałsz. Trener, który nie jest sobą, nie ma szans osiągnąć sukcesu.

Nie wprowadzisz taktyki, jeżeli nie masz wsparcia zespołu. Kiedy byłem zawodnikiem i wprowadzano grę w linii, zespół nie do końca rozumiał, o co chodzi. I pojawiał się opór, szczególnie doświadczonych zawodników. Co za tym idzie – wyniki nie były najlepsze. Więc jak widać, szatnia może wiele. Pomysłu trzeba się trzymać, ale równie ważne jest, by pokazać zawodnikom, dlaczego chce się iść w tym a nie w innym kierunku. Dziś jestem pod wrażeniem piłkarzy. Wiele osób ich krytykuje za rzeczy, w których nie są najmocniejsi – mówię o sytuacjach pozasportowych – ale widzę ogromną różnicę w podejściu graczy w porównaniu do dawnych lat. Zwiększyła się świadomość funkcjonowania i odżywiania. Dziś nierzadko zawodnicy przypominają kulturystów. Problemy pozostają w sferze mentalnej i charakterologicznej.

A jaki jest przepis na sukces? Na pewno nie jest tak, że najważniejsze jest szczęście. To składowa naszej gry, racja, ale tylko składowa. Liczy się doświadczenie, wiedza i charyzma. Szczęście rozumiem inaczej. Jako zdrowie zawodników, splot wydarzeń, które nie powodują utraty szansy na osiągnięcie pewnych celów.

To może banalne, ale im więcej pracy, tym więcej szczęścia.

Kiedyś obliczono, że trener ma wpływ na zespół pomiędzy 5 a 25 procent. Czuje się pan nierzadko bezradny?

Nie wydaje mi się, żeby wpływ trenera na zespół był tak mały. Nie zgadzam się. Wpływasz na sposób gry, rozwój zawodników, wygląd motoryczny i fizyczny drużyny. Choć fakt, wpływ podczas meczu jest znikomy. Ot, przerwa i trzy zmiany. Tyle. Poza tym można gadać, gadać, ale żeby coś zmienić? Trudna sprawa. Z doświadczenia piłkarskiego wiem, że nierzadko chcesz coś zrobić, ale nie wychodzi i już. I nic nie zmienisz. Wtedy trzeba mieć dystans, trzeba zdawać sobie sprawę, że zawodnicy chcą, ale po prostu nie wychodzi. Irytowanie się byłoby bez sensu, zbędne nerwy. Tym bardziej w niższych ligach, gdzie – co nie jest tajemnicą – często oczekiwania jedno, a rzeczywistość drugie. Trudno cokolwiek przewidzieć.

Trochę pan w niższych ligach popracował. Zdarzało się, że pana ambicje nijak miały się do zastanej rzeczywistości?

Najniżej pracowałem ze Stalą Mielec, w trzeciej lidze, ale fakt – ograniczenia mieliśmy ogromne. Przede wszystkim infrastrukturalne i finansowe. Budżet? 180 tysięcy dla całej sekcji – włącznie z młodzieżą – na cały rok. Sami młodzi, 90 procent wychowanków. Ratowaliśmy się przed spadkiem, co łatwe nie było, ale zadaniu sprostaliśmy.

Trzeba było zakłamywać rzeczywistość. Nie chcę narzekać, ale jeżeli trener bramkarzy musiał płacić bramkarzowi, żeby ten w ogóle trenował, no to mówimy o sytuacji bardzo trudnej.

A płacić musiał, bo nie mielibyśmy nikogo na bramkę! Do tego chcieliśmy mieć w młodym, składającym się głównie z wychowanków zespole choć jednego doświadczonego zawodnika. Reszta grała z pasji. Widziała warunki, ale szukała pozytywnej motywacji. Udało się, dzięki czemu mam osobistą satysfakcję. Gdybyśmy się wówczas nie uratowali, nie wydaje mi się, by Stal znajdowała się w miejscu, w którym jest obecnie. Walka o Ekstraklasę? Pewnie mówilibyśmy o czwartej lidze czy o okręgówce. O otchłani.

Mieliśmy pulę finansową na zespół. Jeden zawodnik z drugim rezygnowali z części apanaży, żeby wszyscy w drużynie zostali. Tak byliśmy zgrani! Szkoda, że później zdarzył się moment, gdy czułem się zupełnie bezradny i nie wiedziałem, o co w całym zamieszaniu chodzi. Utrzymałem zespół, dalej budowałem drużynę z problemami finansowymi opartą o wychowanków. Pojechałem na obóz, wróciliśmy 15 czy 16 lutego. Prezesi zapewniali, że idziemy dalej. Że walczymy.

Tak wyglądały oficjalne rozmowy.

W praktyce znacznie wcześniej podjęto decyzję, że nie będę już ze Stalą pracował. Z drużyną, którą w całości zbudowałem. Cios, tym bardziej że uwierzyłem w to, co jeszcze kilka dni wcześniej mówili włodarze i odrzuciłem bardzo konkretną propozycję z wyższej ligi. Uznałem, że lojalność jest najważniejsza. I przywiązanie do klubu, bo jestem rodowitym mielczaninem. Jestem stąd. Czułem się odpowiedzialny za zespół, a tu taka niespodzianka.

Zna pan powody zwolnienia?

Podobno zmiana koncepcji, czego kompletnie nie potrafiłem zrozumieć. I nie rozumiem do dzisiaj.

Powiedzieć, że – wraz z zawodnikami, z którymi byłem zżyty – przeżyliśmy rozczarowanie, to jak nic nie powiedzieć. Nie przesadzę, gdy powiem, że zawodnicy – zresztą, tak jak ja – byli załamani. Ale spotkałem się z nimi i powiedziałem, że sobie poradzę, a najważniejsze jest to, żeby Stal się utrzymała. Zmobilizowali się, wygrali sześć czy siedem meczów z rzędu.

Pół roku później objąłem Resovię Rzeszów. Zajęliśmy czwarte miejsce w drugiej lidze, ale spadliśmy z powodu problemów licencyjnych. Przeszedłem do Siarki Tarnobrzeg, ten sam poziom rozgrywkowy.

I, niestety, to samo rozczarowanie co w Stali.

W moim pierwszym sezonie mieliśmy walczyć o utrzymanie – specyficzny sezon, reorganizacja, spadała połowa drużyn – a zajęliśmy trzecie miejsce, choć przed rozgrywkami jeden z działaczy powiedział, że jeśli się utrzymamy, to będziemy sobie wręczać medale. Bo takie były nastroje, nikt nie spodziewał się, że możemy zaskoczyć. A zaskoczyliśmy tak, że długo zajmowaliśmy pierwsze czy drugie miejsce. Awans był o krok, jednak w końcówce zostaliśmy wyprzedzeni przez Pogoń Siedlce i Wigry Suwałki. Zabrakło punktu, ale patrząc na problemy, z którymi się borykaliśmy, i tak osiągnęliśmy zupełnie nieoczekiwany wynik. W końcówce rozgrywek Konrad Stępień, podstawowy młodzieżowiec, doznał kontuzji kolana. Jak wielki to problem, tłumaczyć nie muszę. Wartościowego zastępcy zabrakło, na ostatniej prostej przegoniły nas Wigry.

Wydaje się jednak, że – mimo wszystko – rozczarowanie spowodowane brakiem awansu było w klubie tak duże, że w następnym sezonie po sześciu kolejkach – jedenaście punktów, trzecie miejsce – oznajmiono mi, że się z tą drużyną żegnam. „Wyniki nie są zadowalające” – padło, mimo że mówimy o sezonie po reorganizacji, gdzie poziom był wyższy.

Po tym jak zostałem zwolniony życie pokazało, że miałem rację. Zespół skończył w dolnej połowie tabeli. Dziś życzę Siarce, żeby trzecie miejsce zajęła. No, zobaczymy.

56

Pan się do trenerki nie zraził?

Raczej nie. Generalnie czas, kiedy człowiek nie pracuje, jest bardzo ważny. I trudny. Ale wykorzystałem go na staże, pojechałem na jeden, drugi, a także ukończyłem kurs UEFA Pro. Wzbogacałem swój warsztat, co czuję dziś, gdy pracuję w Puszczy. To był ważny moment, ale warto było.

Najważniejsze, żeby trener po zwolnieniu nie stanął w miejscu. Żeby jeździł na kursy, dokształcał się, bo to zawód, który wymaga rozwoju. Cały czas.

W Puszczy pracuje pan trzeci sezon. Jak na polskie warunki, dość długo.

Na początku powiedzieliśmy sobie z działaczami, że nie zakładamy długofalowych celów. „Chciałbym, żeby działacze chcieli podpisać ze mną następny kontrakt” – z takiego założenia wychodziłem popisując pierwszą, roczną umowę. Przejąłem Puszczę w sierpniu, po dwóch nieudanych meczach. Zespół udało się pozbierać szybko, skończyliśmy w środku tabeli i wszyscy byli zadowoleni, bo o to walczyliśmy.

Od tego momentu drużyna cały czas się rozwija. Z każdym kolejnym miesiącem, z każdym kolejnym sezonem, co widać po wynikach. Większej satysfakcji z wykonanej pracy trener mieć nie może.

Teraz mamy pierwszą ligę, idzie nam dobrze. Jesteśmy w ćwierćfinale Pucharu Polski, tak jak dwa lata temu. Piłkarze robią postępy, choć – oczywiście – nie wszyscy, gdyż zdarza się, że ktoś narzeka. Jak wszędzie, normalna sprawa. Nierzadko jest tak, że zawodnicy mają pretensje do trenerów, że nie grają, ale wtedy sięgam po piłkarskie doświadczenie. Wiem, że czasami jest tak, że komuś w danym zespole nie idzie. Po prostu, i tyle. I choćby chciał, to nie będzie w takiej drużynie dobrze funkcjonował.

Takie przypadki się zdarzały, choć nie było ich zbyt wiele. W większości przypadków zawodnicy notowali rozwój i pracowali na swoje sukcesy. Awans do pierwszej ligi, Puchar Polski i tak dalej.

Gdy pana zawodnicy osiągają sukces, pan chyba nie lubi być na świeczniku. Sytuacja z sezonu, w którym wywalczyliście awans do pierwszej ligi. Mecz z Gryfem Wejherowo, zwycięstwo. Piłkarze świętują na boisku, pan ucieka do szatni.

To był ich moment, na który bardzo ciężko pracowali. Zawodnicy kreują trenera, a nie trener zawodników.

Widziałem, że wcześniej zżerał ich stres. W końcówce sezonu przegraliśmy z Wartą Poznań, zrobiło się nerwowo. Widziałem z boku, że piłkarze ciężko radzą sobie z postawieniem ostatniego kroku. Wcześniej odrobiliśmy sporą stratę do Radomiaka, ale brakowało wyrachowania w końcówce, dlatego mecz z Gryfem był tak ważny.

Z jakimi problemami boryka się dziś Puszcza?

Nie mamy większych problemów, jedynym może okazać się brak podgrzewanej murawy, która wkrótce do uzyskania licencji będzie potrzeba, ale burmistrz staje na wysokości zadania. Podobnie prezesi. Obiektywnie trzeba ocenić, że dzięki tym ludziom Puszcza zrobiła duży postęp organizacyjny. Dziś gramy przy światłach, mamy boisko treningowe. Oczywiście, chcielibyśmy wejść na wyższy poziom organizacyjny, ale do tego potrzeba czasu.

A co jest największym problemem, z którym muszą mierzyć się trenerzy w niższych ligach?

Standardy funkcjonowania w niższych ligach są takie, że trenerzy nierzadko muszą iść na kompromis. A później ten kompromis jest coraz bardziej naciągany. Nasza polska przypadłość. Chodzi przede wszystkim o niedociągnięcia organizacyjne. Co innego planujesz, a co innego jest od ciebie wymagane. Trenerzy muszą naginać się do pewnych sytuacji, co nie pozwala rozwinąć skrzydeł i przekroczyć pewnej bariery. Nie mówię o Puszczy, ale ogólnie. O niższych ligach. Zdarza się, że prezesi – może przez swoje niedoświadczenie – wymagają zbyt wiele, nie zdając sobie prawy, jak wygląda rzeczywistość na niższych poziomach rozgrywkowych.

Zauważyłem, że łatwiej jest zespołom, które były wyżej, spadają i chcą się odbudować. Wtedy działacze czy trenerzy wiedzą, do czego powinni dążyć. A dla tych, którzy wspinają się szczebel po szczebelku wszystko jest nowe. A jak coś jest nowe, to człowiek często popełnia błędy. Bo nie wie, jak zachowywać się we wszystkich sytuacjach. Ci, którzy spadają, takich błędów raczej nie popełniają. Zamiast tracić na to czas, wiedzą, co robić.

Zawodnicy w niższych ligach zarabiają za dużo?

Niektórzy zarabiają więcej, niektórzy mniej. Nie wiem, jak na wszystkich wpływają wypłaty, ale według mnie problem leży gdzie indziej.

W wynagrodzeniu trenerów pracujących z młodzieżą. To katastrofa.

Nie wiem, czy kibice mają świadomość, że trener młodzieży – nawet w Ekstraklasie – nie może skupić się na jednej robocie. A co dopiero w przypadku trenerów na poziomie czwartej ligi czy okręgówki? Kiedy byłem na stażu w RB Salzburg, to przecierałem oczy ze zdumienia. Naprawdę. Inny poziom pracy z młodzieżą, inny poziom finansowy. Trenerzy zajmują się tylko i wyłącznie trenowaniem. Nie ma żadnego przypadku w tym, że Austriacy zarabiają na zawodnikach tak dużo. Widać skupienie na pracy, widać ciągłość, chociażby we wprowadzanej filozofii. Od juniorów do seniorów.

Jak pan – jako praktyk – podchodzi do obowiązku gry młodzieżowca?

Pomysł jest dobry. Wiem, że pojawia się bardzo dużo negatywnych opinii, ale naprawdę – według mnie pomysł jest dobry. Z jednej strony nie jest korzystnie, gdy zapisy regulaminowe ograniczają trenerów przy wyborze jedenastki, z drugiej – doszliśmy do takiego momentu, że mamy w lidze wielu obcokrajowców, a spora część z nich nie gwarantuje jakości, więc trzeba coś zmienić.

Pamiętam o swoich doświadczeniach zawodniczych. Byłem w szerokiej – a bardzo długo w ścisłej – kadrze olimpijskiej trenera Wójcika. Pomagało nam to, że w lidze występowało wielu młodych zawodników. 18-, 19-latków. W Hutniku Kraków grali Mirek Waligóra, Marek Koźmiński i Krzysiek Bukalski. Cała trójka występowała w pierwszym składzie w najwyżej lidze i w reprezentacji olimpijskiej. O koroną króla strzelców walczyli Andrzej Juskowiak z Mirkiem Waligórą, do tego dołączali Tomek Jaworek czy później Wojtek Kowalczyk. Mieliśmy ogrom młodych zawodników, co przekładało się na jakość i doświadczenie. Wiadomo, żadnego przepisu nie było, ale było w lidze znacznie mniej obcokrajowców, którzy dziś zajmują sporo miejsca.

Co to pokazuje? Gdybyśmy wówczas mieli wielu obcokrajowców, trenerzy sięgaliby po gotowych zawodników. A tak musieli tych zawodników stworzyć. I sięgali po młodzież.

Wydaje mi się, że dobrym odniesieniem jest to, co dzieje się w żużlu, gdzie jakiś czas temu wprowadzono wymóg dwóch juniorów, którzy muszą startować w zawodach w naszej lidze. Oswajają się z presją, zbierają doświadczenie, dzięki czemu mamy żużel na bardzo wysokim poziomie. Według mnie, to nie przypadek.

Wydaje mi się, że młodzieżowcy sporo dostaną za darmo. Dziś w lidze w miarę regularnie gra dziewięciu zawodników, którzy w przyszłym sezonie będą młodzieżowcami. Innych trzeba będzie znaleźć, siłą rzeczy nie każdy będzie jeszcze poziomem do Ekstraklasy przystawał.

To trochę czarowanie rzeczywistości.

Nie no, tak będzie.

Ale spójrzmy – który z zawodników Legii czy Pogoni gra za darmo? Mówię o młodzieżowcach.

Żaden, ale oni są w dziewiątce, o której wspomniałem. Problem jest z innymi.

W innych klubach młodzieżowców nie ma, bo się po nich nie sięga. Trenerzy podejmują inne wybory. Zresztą, rozumiem ich, gdyż podejmują wybory, które stanowią większą pewność jakości. Inna sprawa, że często w osiąganiu wyniku na tu i teraz, bo takie są oczekiwania, zapominamy, że młodzi zawodnicy mają nieokreślony potencjał. Trzeba mieć wyczucie, ale nierzadko warto postawić na młodzieżowca, żeby czerpać jak na przykład Pogoń z Walukiewicza.

Prezes Wisły Płock, Jacek Kruszewski, narzekał, że dopiero jakiś czas temu ruszyli z akademią, więc siłą rzeczy nie da ona plonów na tu i teraz. A przy wprowadzeniu obowiązkowej gry młodzieżowca takie plony byłyby wskazane. Zawodników trzeba będzie ściągać, więc młodzieżowcy będą kosztowali znacznie więcej niż w normalnych okolicznościach.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Możliwe, że dziś obowiązek gry młodzieżowca to handicap dla drużyn z rozwiniętymi szkółkami, ale nie ma na co narzekać. Trzeba robić swoje. Spróbować funkcjonować w świecie z zasadami, które zostały narzucone. A zastanawianie się już dziś, czy przepis coś da? Sprawdźmy, nie wróżmy z fusów.

Zrobiono krok ku temu, żeby grało więcej młodych zawodników. A nuż przyniesie to oczekiwany efekt. Spróbujmy, w pierwszej lidze sobie radzimy.

Żeby nie wychodziły takie kwiatki, że na poziomie centralnym zamiast doskonalić, to douczamy. Nie ma w tym przypadku. Kiedyś takie sytuacje nie miały miejsca, lub miały miejsce bardzo rzadko.

Kiedyś, czyli w czasach, w których pan zaczynał? Urodził się pan w Mielcu, w mocnym piłkarsko czasie dla tego regionu. Stal w ciągu kilku lat sięgnęła po dwa mistrzostwa.

Myślę, że tak. Byłem skazany na piłkę. Mieszkałem na ulicy Spółdzielczej, bardzo blisko stadionu. Z podwórka oglądaliśmy treningi jednych z najlepszych zawodników na świcie. W Stali grali wówczas Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Włodzimierz Gąsior, Andrzej Szarmach czy Witold Karaś. To byli moi idole. Wybór był łatwy, tym bardziej że Mielec miał ogromny zakład, w którym pracowali wszyscy. Każdy musiał wykupić legitymacje członkowskie. Zielona upoważniała do wejścia na wszystkie spotkania. W soboty chodziłem na mecze z tatą, który zaszczepił we mnie pasję do piłki, bo pracownik mógł wchodzić z dzieckiem za darmo na mecze siatkówki kobiet, siatkówki mężczyzn i piłki nożnej. I to wszystko była Ekstraklasa! Mielec żył sportem, szkoda, że dziś nie wszystko wygląda tak, jak wcześniej. A wcześniej mieliśmy nawet mecz z Realem Madryt. Pamiętam doskonale. Pełen stadion, wielkie emocje. Do tego Polska-Albania, kiedy – jako młody chłopiec – podawałem piłki.

Przy takim zapleczu musiałem grać w piłkę, nie było innej opcji. Dzięki Stali zobaczyłem kawał świata, a to był schyłkowy czas PRL-u, gdzie mało kto mógł wyjeżdżać. Dziś trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś nie miał paszportu w domu, żeby ktoś po powrocie musiał oddawać paszport na lotnisku. Inny świat, zupełnie.

Generalnie, w karierze miałem trochę pecha, ale jak mam pretensje, to tylko do siebie. Przed eliminacjami doznałem kontuzji, w innym wypadku niewykluczone, że pojechałbym na „srebrne” Igrzyska Olimpijskie do Hiszpanii. Z drugiej strony – gdy byłem młody, grałem w większości spotkań Ekstraklasy. Po kontuzji było trudniej, ale ze Stalą Stalowa Wola awansowałem do Ekstraklasy, potem wróciłem do Mielca.

Kariera bardziej na plus, mimo wszystko. Zresztą, robiłem to, co lubiłem. Teraz też robię to, co lubię. Jeżeli chodzi o życie zawodowe, trudno trafić lepiej. Wiadomo, najważniejsze jest życie rodzinne, ale życie zawodowe odgrywa bardzo ważną rolę. To niekoniecznie musi być sport, ale ważne, żeby dążyć do tego, by nasz zawód sprawiał nam satysfakcję.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. FotoPyk/400mm