Tarcza, piwo, śpiewy i spora kasa do wygrania. Trwają mistrzostwa świata w darcie
Inne sporty

Tarcza, piwo, śpiewy i spora kasa do wygrania. Trwają mistrzostwa świata w darcie

Pewnie każdy choć raz w swym życiu miał okazję spróbować swoich sił w darcie. Nawet jeśli nie znał tego słowa, a grał w „rzutki” lub „lotki”, rzucając do elektronicznej – a więc innej niż w zawodowych rozgrywkach – tarczy. W Polsce to zwykle co najwyżej zabawa. Na świecie – poważny sport. Pokazują to trwające właśnie mistrzostwa świata.

Dość napisać, że impreza ta odbywa się od 2008 roku w Alexandra Palace. Londyński obiekt pomieścić może – a piszemy tu o największej z jego sal, bo ma ich kilka – 8500 tysiąca osób. Zawodnicy zajmują zwykle co prawda inną (West Hall), gdzie wejść może „tylko” 2500 widzów, ale główna również jest wykorzystywana. Zwykle na potrzeby „wioski fanów”, w której można kupić jedzenie, picie (tak, alkohol też), ale i samemu spróbować swoich sił w rzucaniu do tarczy.

Atmosfera

Obecność tej „wioski” dziwić nie może, bo dart to wciąż przede wszystkim czysta rozrywka. Nie stracił zbyt wiele ze swej barowej atmosfery, nawet jeśli rozgrywa się go w wielkich salach i z transmisją telewizyjną do kilkudziesięciu krajów na całym świecie. Podchmieleni ludzie, wznoszący chóralne okrzyki, to dla tego sportu norma. Atmosfera, jaką generują oni na trybunach, to połączenie masowości najwyższych piłkarskich lig (zresztą bardzo łatwo to skojarzyć, przyśpiewki Anglików są niepodrabialne, a wiele z nich pojawia się też na stadionach) ze swojskością piątej czy szóstej klasy rozgrywkowej.

– Atmosfera na dartach nie jest podobna do tej na snookerze. To jedna wielka impreza, krzyki, tańce, śpiewy i dlatego wielu zawodników gra z zatyczkami w uszach. Wyjmują je dopiero po meczu, gdy trzeba udzielić wywiadu – mówił w rozmowie z TVP Sport Krzysztof Ratajski, najlepszy polski darcista.

Słowa o snookerze nie są tu zresztą przypadkowe. Dwa lata temu na mistrzostwa przeszedł się Ronnie O’Sullivan, być może największy snookerzysta w historii. I był zachwycony. – Zawodnicy darta to nowe gwiazdy rocka. Swoją drogą, kto chciałby zobaczyć mecz snookera z atmosferą z darta? – napisał na Twitterze, dodając później, że byłby po prostu zachwycony, mogąc grać przy takich okrzykach.

Profeska

O ile kibice się bawią, o tyle zawodnicy ciężko harują. Kiedyś na portalu dartbrokers.com swój trening rzutowy opisał Ray Carver, jeden z lepszych amerykańskich zawodników, choć w skali świata wciąż stojący raczej drugim lub nawet trzecim szeregu. Dlatego możecie śmiało założyć, że ci najlepsi trenują jeszcze lepiej i jeszcze więcej. A u Raya wyglądało to tak:

  1. Pół godziny rzutów w „20”, aż będzie się czuł komfortowo i będzie rozgrzany.
  2. Sto lotek w bull’s-eye [środek tarczy], zliczając każdy trafiony, zarówno pojedynczy, jak i podwójny. 128/200 możliwych „punktów” to zadowalający wynik.
  3. Gra w „121”. Ma dziewięć lotek na skończenie rozgrywki od tego stanu punktowego. Zakończyć trzeba trafieniem w podwójną (np. 10 punktów do końca, więc trzeba rzucić podwójną piątkę, jak w trakcie normalnego meczu). Jeśli się uda, przechodzi się do „122” i tak dalej, aż do porażki, po której startuje się od „121”. I tak 2-3 razy.
  4. Trafianie podwójnych, zaczynając od jedynki, przez wszystkie liczby, aż do podwójnego środka. Dobry wynik to zużycie na to trzydziestu lotek.
  5. Normalny mecz darta.

Trochę tego jest, co? A przed większymi turniejami, czy ważnymi meczami, powtarza to po raz kolejny, jeśli nie jest zadowolony z rezultatów. Dołóżcie do tego wizyty na siłowni, które dla gracza darta są obowiązkowe oraz trening mentalny, równie ważny. Żeby nie trzęsła się ręka, gdy trzeba trafić podwójną „20” w kluczowym dla losów meczu momencie. Jedynym Polakiem, któremu udało się dojść na odpowiedni poziom, jest wspomniany już wcześniej Krzysztof Ratajski. W tym roku – po raz drugi – znalazł się w Alexandra Palace. I, niestety, po raz drugi pożegnał się z nim już w pierwszej rundzie.

Polak był, Polaka nie ma

Przed nim tylko jeden reprezentant naszego kraju miał szansę dostać się do mistrzostw. W 2010 roku Krzysztof Kciuk nie przebrnął jednak kwalifikacji. Jego imiennik nie musiał tego robić – do pierwszej rundy dostał się dzięki bardzo dobrym występom w innych turniejach. Dalej już jednak nie przeszedł. Mimo tego zapisał się w historii tej dyscypliny w naszym kraju.

W tym roku wydawało się, że Polak ma sporą szansę na większe osiągnięcie. W lutym tego roku został pierwszym reprezentantem Polski, który wygrał turniej organizowany przez PDC [Professional Darts Corporation, największą federację darta na świecie – przyp. red.]. W październiku dołożył do tego drugi, a dzień później trzeci – wchodziły one w cykl „Players Championship”. Nie były to zawody telewizyjne, ale bardzo ważne dla rankingu i pozycji w świecie światowego darta. Tę „Polski Orzeł” (taki przydomek nosi) mocno sobie podbił. I to mimo tego, że nie miał „PDC Tour Card” – przepustki do gry we wszystkich turniejach organizowanych przez tę federację – a musiał liczyć na to, że zawodnicy ją posiadający, wycofają się z udziału w danej imprezie. Przede wszystkim jednak takie wyniki zapewniły mu ponowny udział w mistrzostwach świata.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że występ tam nieco spieprzył. Jasne, pierwsza runda to i tak spore osiągnięcie, bo wielu zawodników może o tym tylko pomarzyć. Sęk w tym, że jego rywalem był w niej Japończyk Seigo Asada, najbardziej znany z tego, że trzy lata temu rozegrał mecz, w którym… najprawdopodobniej był pod wpływem. Od tamtego czasu nosi zresztą przydomek „lekko pijanego”. Faworytem był tu Polak, który prowadził zresztą 2-0 w setach (w meczu do trzech wygranych), żeby ostatecznie cały pojedynek przegrać. Wiadomo, że taki wynik to bardzo niebezpieczna sprawa, ale, cholera, liczyliśmy, że tym razem Czesław Michniewicz nie będzie miał racji.

W przypadku Ratajskiego pozostaje więc jedno: czekać na kolejny występ, który – taką mamy nadzieję – już za rok. Mistrzostwa jednak jeszcze trwają. Skończą się zresztą dopiero w 2019 roku, a ci najlepsi dopiero wejdą do gry. Zresztą bardzo opłacalnej.

Gdzie nasze miejsce?

Pula nagród tej imprezy to 2,5 miliona funtów. Zwycięzca zgarnia z tej sumy 500 tysięcy. Przegrany z pierwszej rundy – 7,5 tysiąca. Tyle właśnie dostanie Krzysztof Ratajski, a gdyby awansował dalej, to swój łup powiększyłby dwukrotnie. Nie będziemy ukrywać, że zastrzyk takiej gotówki to naprawdę fajna sprawa i chętnie byśmy go przyjęli. Szybko rzuciliśmy więc okiem na to, jak to wygląda w Polsce. I wnioski są jasne: jeśli ktoś chciałby z tego się utrzymywać, to albo musiałby dojść na poziom Ratajskiego, albo liczyć się z tym, że jeśli zarobi, to co najwyżej grosze. Podkreślamy tu szczególnie słowo „jeśli”.

Bo tak naprawdę nagrody w naszym kraju to kwestia frekwencji. Im więcej przyjedzie zawodników, tym więcej kasy zarobią najlepsi, bo niemal wszystko bierze się z wpisowego. Sponsorzy? Są, ale nieliczni i niewielcy, bo dart to u nas wciąż sport, który tkwi w powijakach. Mimo że jego popularność da się zauważyć, choćby teraz – w trakcie mistrzostw – gdy często pojawia się w mediach i dyskutuje się o nim m.in. na Twitterze. Jednak, jak mówił Łukasz Kamiński, prezes Małopolskiej Organizacji Darta, w wywiadzie dla TVP Sport:

– Patrząc ogólnikowo, to powiedzmy, że od trzech-czterech lat nic się [w kwestii rozwoju darta] nie zmienia. Jeżeli zagłębisz się, to według mnie od pewnego czasu, małymi krokami, ale idziemy do przodu. Mamy bardzo duże zaległości, jeśli chodzi o PR. Nie posiadamy baz ze zdjęciami, ofert sponsoringu. Teraz każdy się budzi, że trzeba o to walczyć. Ja zawsze proszę o głupie „lajki” na Facebooku. Umówmy się, że teraz media społecznościowe mają ogromną siłę przebicia. Kolega ze stowarzyszenia pojechał do potencjalnego sponsora, a on mu powiedział: „pokażcie mi zasięgi na Facebooku i Twitterze”. To w tej chwili potęga. Dla nas każde polubienie zdjęcia i wydarzenia to wielka pomoc. 

Ile trzeba by tych lajków? Pewnie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy. A na razie nawet Ratajski ma ich na swoim koncie… 1400. Mimo że jego nazwisko staje się powoli znane nie tylko w Polsce. Wspomniana Małopolska Organizacja Darta, jedna z najprężniej działających w naszym kraju, ponad trzy razy mniej. To pokazuje, gdzie na mapie światowego darta znajduje się Polska. Albo inaczej: dlaczego jej na niej nie ma. Bo jeden Ratajski to za mało.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (28)