Chcę przeżyć życie ciekawie, na wszelki wypadek, gdyby drugiego nie było
Weszło Extra

Chcę przeżyć życie ciekawie, na wszelki wypadek, gdyby drugiego nie było

Podstawówka z Tomaszem Frankowskim. Liceum z Markiem Citką. Chowanie się przed wojem w domu Daniela Bogusza. Pierwsze praktyki dziennikarskie w pokoju z praktykantką Katarzyną Bondą. Pokój w akademiku z Marcinem Wójcikiem z „Ani Mru Mru”. Franz Smuda prawie został chrzestnym jego syna. Mariusza Piekarskiego, kumpla z osiedla, odwiedził we Flamengo w 1997.

Piotr Wołosik, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i współprowadzący audycję „Szamowołka” w Weszlo.FM, był skazany na zostanie człowiekiem tysiąca kontaktów i anegdot.

Zapraszamy.

***

Piłka to poważna sprawa?

Pewnie tak.

Ale dla ciebie?

Na tyle poważna, że zarabiam dzięki niej na chleb. Ale to nie jest tak, że jak leci Liga Mistrzów, nie ma dla mnie świata. Bywa, że w tym czasie skaczę po kanałach, ostatecznie decydując się na obejrzenie ulubionego odcinka „07 zgłoś się”.

Polską ligę oglądam sumiennie, nie z obowiązku, tylko ze słabości do naszego piłkarskiego potworka, ale nigdy bym nie powiedział, że piłka jest moim życiem. Nie ma opcji. To by wręcz smutne było. Świat jest zbyt ciekawy, żeby ograniczać go tylko do futbolu. Jestem ciekawy świata i ta ciekawość mnie na napędza, chętniej człowiek wstaje rano. Ostatnio dużo czytuję np. Paula Therouxa. Znakomity. Niby książki podróżnicze, ale to są genialne obserwacje życiowe. W filmie nadrabiam francuskie kino lat sześćdziesiątych; polecam obraz „Dziura”, kapitalny, na faktach, o jednej z najbardziej nieprawdopodobnych ucieczek z więzienia w historii.

Bardzo lubię iść też spotkać się z kimś niezwiązanym z branżą. Czasem wychodzisz na spotkanie, siłą rzeczy rozmowa schodzi na piłkę – znowu to samo! A jak pójdę z kimś z zewnątrz, to mogę się dowiedzieć czegoś nowego. Jak spotkałem się z Adamem Woronowiczem po premierze sztuki „Między nami dobrze jest”, on podpytywał o kulisy piłki, a ja o kulisy teatru. Wymiana światów. Tak dowiedziałem się, że Danuta Szaflarska, dobiegająca wtedy do stu lat, zawsze pierwsza miała wyuczony tekst.

Chciałeś być piłkarzem?

Pewnie. Po tym, jak pokazałem się w turnieju dzikich drużyn, zaliczyłem nawet kilka treningów w Jadze u trenera Karalusa. To był rocznik 1974, z Citką, Boguszem, Frankiem. Później jeszcze chwilę zaczepiłem się we Włókniarzu i koniec.

Karalus cię pogonił?

Nawet nie, to było naturalne sito. Nie miałem aż tak wielkiej pasji do gry. Lubiłem piłkę, ale bardziej towarzystwo – do dziś mi to zostało, że mecze lubię, ale wolę otoczkę. Wtedy, zwyczajnie, nie byłem na poziomie grupy Karalusa, takich jak ja odsiewano wielu. Pamiętam dwóch chłopaków, pokazali się, po treningu podchodzą do Ryszarda.

– I co panie trenerze?
– Przyjdźcie jak będzie cieplej.

Tego dnia trening odbył się przy trzydziestu stopniach.

Ktoś kiedyś powiedział: chcę przeżyć życie ciekawie, na wszelki wypadek, gdyby drugiego nie było. Podpisuję się pod tym. Ale też trzeba mieć szczęście, żeby się spełniło, a ja to szczęście miałem. Skoro z Tomkiem Frankowskim wychowuję się na jednym podwórku, ja w klasie A, on w klasie B, gramy razem na tornistry. Skoro idę do ogólniaka, gdzie spotykam Bogusza, Citkę, Chańkę. Notabene Marek Citko miał niebywały zmysł do handlu, nie wiem czy jego przodkiem nie był kupiec turecki. Jak jechali na Białoruś, Franek z przestrachem brał kilka par spodni, a Marek sto. W ogóle się nie ceregielił. Kiedyś i w torbie trenera Karalusa znaleziono kilkadziesiąt spódniczek. Dziwnie patrzył się celnik. Ale takie były czasy: innym razem wracała drużyna, a na środku autokaru stały dwa motory na handel.

W ławce siedziałem ze wspomnianym Adamem Woronowiczem, dziś świetnym aktorem, z którym trzymamy serdeczny kontakt, często przysyła zaproszenia do teatru. Pierwsze praktyki w gazecie, naprzeciwko praktykantka Katarzyna Bonda. Idę na studia do Białej Podlaskiej, jestem w pokoju z Marcinem Wójcikiem z „Ani Mru Mru”. Pierwszy wyjazd zagraniczny, Wembley 1996, na promie z Dover do Calais spotykam Roberta Zielińskiego, późniejszego szefa sportu w „Polska the Times”. Jak się z takimi ludźmi spotykasz, masz łatwiejszy start. Franek czy Piekario – Mariusz też jest z mojej dzielnicy, choć trochę dalej, osiedle Piast 2 – zawsze ode mnie odbiorą telefon.

Jak wyglądało dzieciństwo u was, w Białymstoku?

Dużo rzeczy się robiło. Próbowaliśmy palenia papierosów. Tomek Frankowski zapalił Zefira – takie mentolowe – i na wymioty go zebrało. Jak mówi: wtedy rzucił. Z Tomkiem piszemy książkę już dwunastu rok. Nie możemy skończyć, ciągle coś dochodzi.

Serio dwanaście lat?

Żeby nie było, ona jest prawie gotowa, trzeba tylko przeczytać, uaktualnić. To jest tak: siadamy, dzisiaj robimy rozdział USA. Rozmawiamy. Za chwilę dochodzą żony i też rozmawiają. I poszło. Już imprezka drobna, dobre jedzenie jak to u nich, winko. Swego czasu byłem u Tomka w Elche, łącznie dwa razy po trzy tygodnie. Basen przy domu, wakacje, nie chce się spisywać. Do Alicante jeździliśmy, wieczorem jakieś winko. Nie było mowy żeby się zmobilizować. Dyktafon? Baterii raz nie musiałem wymieniać.

Z tą książką jest niezła historia. Zgłosiła się do mnie firma w 2005, Zysk Tadeusz. Zaproponowali, żebym napisał książkę z Tomkiem – był na fali, walił gola za golem w reprezentacji. Mieliśmy oddać ją tuż przed mistrzostwami świata. Siedzę w Mariottcie, patrzę, Janas Franka nie powołał. Zaraz dzwonią z wydawnictwa.

– Piotrek, za tydzień książka!

Bez jaj panowie. Tomek podminowany, wiadomo, że książka nie była dla niego w tym momencie najważniejsza. Powiedział mi: wiesz, ja nie jestem Maradona, nie będę miał pięciu książek, chcę jedną, ale dobrą. Co my w tydzień zrobimy? Ale wydawnictwo też rozumiem: otwarcie, 5-10 stron na Janasa, potem reszta i by poszło.

A jak się mieszkało z Marcinem Wójcikiem na studiach?

Marcin miał dar do robienia kawałów. Gęba mu się nie zamykała, tak jak mnie. Całą noc mogliśmy przegadać, prześmiać. Któregoś razu siedział z nami Andrzej Oziębło. Szykowaliśmy się do zaliczenia z czegoś tam. Postanowiliśmy tę naukę przesunąć, a rozpocząć od butelki. Godzina, buteleczka, potem już na pewno nauka! Ale po tej butelce poszukaliśmy drugiej. I już poszło. O 7 rano mieliśmy basen, na który szło się z akademika korytarzem. Andrzej pierwszy zasnął, my jeszcze siedzieliśmy. Przestawiliśmy budziki, Marcin budzi go o 3:30:

– Andrzej, wstawaj, basen!
– Kurwa mać, człowiek ledwo oko zmruży, jak ta noc zlatuje.

Slipy założył, okularki, czepek i idzie. Portier go z daleka zobaczył: gościa powaliło. O trzeciej na basen przychodzi.

Na tych studiach przy AWF było koło tańców ludowych. Starszy rocznik nam wkręcił, że kto się na to zapisze, ten ma później łatwiej w egzaminach. To były takie tańce, że facet z facetem tańczy, jeszcze w baletkach i koszulce na ramiączkach. Zapisało się nas pięćdziesięciu licząc, że będzie korzyść – w tym oczywiście ja. Chodziliśmy regularnie. Przychodzi pierwsza sesja, pytamy o te ułatwienia, a gość, który nas prowadził, patrzy jak na idiotów. Pół roku studiów w Białej Podlaskiej, skąd, co tu kryć, wyleciałem z hukiem. Wino, kobiety, śpiew. Człowiek puszczony z domu w samopas, nauka w kąt, życie. Dopiero parę lat później, gdy poszedłem na politologię, potraktowałem studiowanie poważnie.

Po pół roku wróciłem do domu. Poszedłem do pracy na budowę. Kapitalne doświadczenie życiowe. Szósta rano, zima, naciąganie zmarzniętej kufajki i do roboty, wiadro z betonem na czwarte piętro nosić i inne podobne fuchy. Mówili mi starsi robotnicy:

– Piotruś, tu jest tak, że po robocie jak staniesz na baczność, po kolanach się podrapiesz.

Ręce powyciąganie. Nie było lekko. Jak mi się dzisiaj czegokolwiek nie chce, przypominam sobie tamtą zimną kufajkę. Od razu znajduję motywację.

Kilka miesięcy czekałem, żeby się zaczepić na studia, ale po drodze wojsko zaczęło się mną interesować. Przed wakacjami się nie zapiszesz, więc uznałem, że trzeba się ewakuować. Pojechałem do Łodzi do Daniela Bogusza, którego poznałem w ogólniaku i tak się zaprzyjaźniliśmy, że byłem u niego świadkiem na ślubie. Zresztą, mały świat. U Czarka Kowalskiego też byłem świadkiem, a jego Ania była chrzestną mojego Kajetana. Kandydatem na chrzestnego był też Franciszek Smuda, jeszcze chciał, żebym syna Franciszek nazwał.

W Łodzi mieliśmy wesołe mieszkanie na Gorkiego w wieżowcach. Przyjechał siedemnastoletni Mirek Szymkowiak, był Zbyszek Wyciszkiewicz, Wojtek Małocha, wpadał Andrzej Michalczuk. Franza poznałem w nieprzyjemnych okolicznościach. Oglądaliśmy Polska – Słowacja 5:0, pod które piliśmy wódkę. Godzina siedemnasta, jak to młode chłopaki, cicho nie było. Po meczu decyzja: dobra, to jedziemy na miasto. Wychodzimy, a koleś z pierwszego piętra wyskakuje:

– Dziecko nie może przez was zasnąć! Pozabijam was!

On miał jakieś sprawy psychiczne, później się dowiedzieliśmy, ale wtedy to zlekceważyliśmy. Tymczasem Wojtek Małocha… dostał siekierką w bok. Jakoś tak się uchylił, że nic wielkiego mu się nie stało. Facet jeszcze doniósł do nas do klubu. Smuda zabrał im premie za dwa wygrane mecze. Mnie uznał za jednego z prowodyrów.

Tak łatwo udało się oszukać wojsko?

Tak, od września poszedłem na studium turystyki dwuletnie, a łączyłem to już normalnie z pracą w „Kurierze”. Siedziałem w Łodzi, zadzwonił ojciec:

– Synu, w „Kurierze” jest nabór do działu sportowego. Może spróbujesz sił?

Piłkę miałem w małym palcu, polski lubiłem zawsze, wychodziło się daleko poza lektury, czytało Hłaskę, cuda różne. Dlaczego nie spróbować? Na studium turystyki człowiek pojawiał się raz w miesiącu, tylko po to, żeby woja uniknąć. Poza tym codziennie do pracy, w weekendy mecze. Dzwoniłeś do pani Helenki z OZPN Suwałki i pytałeś jak tam juniorzy Rominty Gołdap. Jaga? Jeździła po wioskach. Byłem na barażu o wejście do III ligi w Szepietowie. Trybun żadnych, ludzie stali wokół boiska, krowa w tle łazi, zero biletów. Ale pierwszy wywiad w życiu zrobiłem z Markiem Citko, tytuł: „Piłka moim życiem, Bóg moją miłością”. Tam pierwszy raz powiedział, że się nawrócił.

W 1996 dostałem telefon z „Kuriera Porannego”. Zaproponowali mi pół etatu. Przyjąłem warunki. Minęły trzy dni i wysłali mnie na mecz Legia – Widzew o mistrzostwo Polski, ten pierwszy, 1:2. I ja znowu fory, grali w Widzewie Bogusz i Citko, wiedziałem wszystko co się dzieje, miałem ustawione wywiady, nawet Franz traktował mnie już wówczas jako osobę naturalnie kręcącą się przy Widzewie.

Jak zyskałeś przychylność Franza?

Siedząc u Daniela Bogusza chodziłem na wszystkie treningi, bo co miałem sam w domu siedzieć? Smuda z czasem słabość do mnie poczuł. Pamiętam, brał Widzew kilka razy, później także w zapaści. Jedna z ostatnich kolejek, mieszkał w hotelu Ibis. Ten hotel nie był płacony, bo Widzew już za nic nie płacił. Franz zorganizował mega imprezę. Napitki, najdroższe dania, kelnerzy nie nadążali przynosić. Przychodzi do płacenia, kelner przynosi rachunek, a Franz, który przesadnie rozrzutny nie jest, bo to skąpiradło wstrętne, bierze i pisze: + 49 12… numer Andrzeja Grajewskiego.

– Ten pan zapłaci, dziękuję.

Grajek nie płacił im już wtedy nic, swoista zemsta. Jak Widzew spadał, nawet papieru toaletowego nie mieli. Franz siedział na kiblu.

– Tadek! Kurwa!
– Co jest? Zawał masz?!
– Papieru nie ma, przynieś!

I Tadeusz Gapiński szedł i papier kombinował.

W nieco lepszych czasach Franz zadzwonił do mnie, że pojedziemy do zaprzyjaźnionego księdza na nabożeństwo majowe. Parafia podłódzka. Pojechaliśmy ja, Tadziu, Włodek Małowiejski, Franz. Na dole w podziemiach kościoła spotkanie z wiernymi. Pytania Franzowi zadawali, tymczasem proboszcz już szykował na plebanii biesiadę. To co się tam wyprawiało – Smarzowski drugą część „Kleru” by nagrał. Stół się wyginał jak łuk Robin Hooda. Świniaki z jabłkiem, do 7 rano impreza. Mało tego. Zadzwonił po dziewczyny ten proboszcz i przygrywały nam ludowe standardy. Żebyśmy mieli jasność: nie było żadnych spraw damsko-męskich, po prostu biesiada, że z kapci wyrywało. Potem jeszcze proboszcz zadzwonił po jakieś gospodynie, a te każdemu dały po torbie swojskich wędlin.

Bardzo się zmienił Franz jak był selekcjonerem?

Zdecydowanie. Nerwowy był bardzo. Taka sytuacja, jeździliśmy robić duże wywiady z kadrowiczami. Tour po Niemczech razem z moim dobrym przyjacielem, Łukaszem Olkowiczem. Wywiady z Sobiechem, Klichem, Matuszczykiem. Na koniec rozmowy wszyscy dostawali dwadzieścia takich samych pytań, taka strzelanka. I tam było też pytanie o ulubione powiedzenie Franza. Matuszczyk powiedział uczciwie:

„Ty chuju”.

Ja ze Smudą byłem wtedy na telefonie ciągle. Był podminowany. Kiedyś wybrałem się na trening: po mimice widzę, że kable napięte, nie ma co podchodzić. Po konferencji podchodzi do mnie i Rafała Romaniuka ówczesny dyrektor kadry, Tomasz Rząsa.

– Panowie, co wy narobiliście? Mailują mi z Polski, co Matuszczyk powiedział.
– No ale co w tym złego?
– Ja muszę to zgłosić do selekcjonera.
– A po co jak o tym nie wie? Po co go wkurwiać dodatkowo?

Ale podpierdolił. Franzowi się coś pomieszało z tego wszystkiego i zjebał Romaniuka. Dzwoni do mnie:

– Ty kurwa powiedz temu Romaniukowi, że mu jajca urwę! To my tu zapierdalamy, a on chuj atmosferę psuje!
– Słuchaj, ale to nie on, ja ten wywiad robiłem!
– A tam pierdolisz, na siebie winę bierzesz!

Spytałem Adasia Matuszczyka jak to się rozeszło. Powiedział:

– Najpierw przyszedł, zjebał, a potem się pośmiał: „No przecież tak mówię!”.

Gdyby Franz pozostał sobą, dalibyśmy radę coś pokazać na Euro?

Podpisuję się pod tym, co powiedział Tomek Łapiński. Smuda oddał władzę ludziom od przygotowania fizycznego, jakimś facetom od futbolu amerykańskiego, zagranicznym magikom. Zadzwonił Lato i powiedział:

– Weź ich, bo mi media pierdolą, że my nie postępowi.

I wziął. A według Łapy jakby Smuda przygotował ich na swój nos, byłoby w sam raz, zagraliby na większej świeżości.

Swoją drogą, skoro wspomnieliśmy Adama Matuszczyka. To prawdziwy Polak, gadanie o lisach w jego przypadku bardzo nie trafione.

Kto robił z Matuszczyka lisa, robił mu krzywdę. To prawdziwy Polak, stuprocentowy. Niemcy dokuczali mu w klasie. Docinki „uważajcie na rzeczy, bo ukradnie”, takie rzeczy. Kiedyś ojciec Adasia pokazał mu artykuł, ze w Zgorzelcu złapano Niemców na kradzieży samochodu. Matuszczyk poszedł z tym do szkoły:

– Wy nawet samochodu nie umiecie ukraść.

Perquis, Boenisch – tak, nie on. Tak samo Poldi to Polak, bronił Adama w Koln. Jak jakiś Marokańczyk któregoś razu wszedł w Matuszczyka ostrzej, a potem go popchnął, Poldi drachnął tamtego po gębie. Marokańczyk nie ważył się oddać, Poldi był za mocny w Kolonii. On i Klose dwa przeciwieństwa. Klose niechętny, raczej się odcina, Poldi? Myślę, że siedziało mu w sercu, że nie było zainteresowania nim z Polski, szczególnie, że przecież wtedy byli Polacy w klubie, mogli ułatwić start, zainteresować ludzi z PZPN. Ale wtedy w PZPN-ie był bałagan, w dupie mieli. A jak się do kogoś już wybrali, to zostawiali breloczek lub otwieracz do piwa z logiem PZPN i tyle.

Wracając do Franza. Ty chyba nie jesteś w stanie zrobić czegoś, co by mogło go wkurzyć.

Nigdy go w konia nie zrobiłem. Ja ogółem ludzi w konia nie robię. Nie znam sportowca, który się na mnie obraził. Raz Mariusz Piekarski, bo na jego ślub z Agnieszką nie przyjechałem. Byłem na Euro w Austrii i głupio było wyjeżdżać stamtąd, gdy Polska grała. Deklarowałem się, że przylecę, ale nie przyleciałem. Chwilowo się obraził. Powody miał, ale jest człowiekiem z dystansem, pogodziliśmy się.

Dobrze się znacie z Mariuszem Piekarskim?

Bardzo dobrze.

W Brazylii u niego byłeś?

Oczywiście, w 1997 roku. Wojtek Potocki z Kuriera Porannego tak właśnie we mnie inwestował – może nie pensją, bo to było pół etatu, ale poprawiał teksty i wysyłał w rożne miejsca. To Legia – Widzew, to Anglia – Polska na Wembley, gdzie exclusive z Citką miał tylko Kurier, to Brazylia.

Poleciałem. Mario mieszkał w fajnej willi, sam nie siedział, koledzy go odwiedzali. Savio, który potem w Realu grał, kanapki mi robił na śniadanie. Któregoś razu pojechaliśmy na Copacabanę, Piekarz patrzy na zegarek:

– Kurwa, za dziesięć piąta, musimy wracać!
– Ale co się stało?
– Telenowela się zaczyna!

Katował te telenowele, znał wszystkie, taka tam jest kultura. Poszedłem na Flamengo – Portuguesa, pięćdziesiąt tysięcy ludzi robiło wrażenie. Piekarz mówił:

– Człowieku, to jest nic. Za tydzień gramy z Vasco. U nich Edmundo i Juninho Pernambucano.

Dwa tygodnie prasa pompowała ten mecz, po kilkanaście stron na numer. Lance, Globo, ESPN America, kamery u Piekarza w domu, jakaś telewizja. Zorganizowali w TV takie coś, że Juninho serwował dania w brazylijskiej restauracji, które wpierdzielał Piekarz. Później Juninho został zaproszony do maleńkiej polskiej knajpki z pierogami, a Piekarz podawał. Wszystko fajnie, tylko korki w Rio takie, że to trwało ładnych kilka godzin. Wkurzony dzwonił, że już trener na niego siada, bo to za długo trwa.

Faktycznie był tak popularny?

Oczywiście. Gringo. Fascynowało ich, że gracz z Europy występuje na dziesiątce i ma taką technikę. Mam zdjęcie w domu, jak go jeszcze w Paranaense helikopter zabiera ze środka boiska. Leciał na zgrupowanie młodzieżówki, mecz z Mołdawią, a że się spieszył, to tak to zorganizowano, żeby od razu po gwizdku mógł ruszyć na samolot. Ja już czekałem na niego w Katowicach z Grzesiem Kaliciakiem.

To najlepszy wyjazd, jaki miałeś?

W Korei było też fajnie. Jeszcze bez przeklętego internetu, który jest jak lufa przy skroni. Z Czarkiem Kowalskim mieliśmy wspólny pokój, dostaliśmy łoże małżeńskie. Normalnie we dwóch spaliśmy, jak mówiłem: jestem jego świadkiem, jego żona jest chrzestną. Kolega Radek dzwoni, że przylatuje, bo ma bilet na mecz i czy nie pomógłbym z noclegiem. Nie ma problemu. Możesz spać na podłodze, damy ci kołdrę. Zgoda. Zawsze jak wstawał, to składał mandżur, żeby nikt z obsługi podczas sprzątania się nie zorientował. Któregoś razu zapomniał. Siedzimy, wchodzi Koreańczyk. Siada do tego legowiska. Maca. No widać, że ktoś tu spał.

Wychodzi, my się zastanawiamy: to pomieszkane. Na policję zadzwoni? Czy tylko nas wyrzucą? A Koreańczyk wraca z materacem, żeby Radkowi było wygodniej i pyta, czy jest OK. Gdzie jeszcze na świecie by tak zrobili? Ta gościnność z tamtych stron nie jest ani trochę wyolbrzymiona.

Do Korei już nie jechałeś jako korespondent „Kuriera Porannego”.

W 1996, jak mówiłem, poznałem Roberta Zielińskiego. W 1998 jedziemy razem autokarem z Warszawy do Paryża na mistrzostwa świata. Na miejscu poznaję Maćka Webera, później, ale nie na MŚ, Czarka Kowalskiego. Dostrzegli moje atuty, nie tylko towarzyskie, choć takie też uważam, że mam, nie będę kokietował. Ale nie gorzej radziłem sobie przy pisaniu i rok później zadzwonił Czarek:

– Dobra Wołos, starczy siedzenia w Białym. Czas na wyzwania.

Pół roku robiliśmy gazetę na ścianę. Nie znaliśmy jeszcze nawet tytułu „Fakt”. Zdecydowałem się, choć rodzice byli przeciwni – bo masz pozycję, to pilnuj, a byłem już szefem sportu – i żona też.

A czemu żona nie chciała?

No a jak miało jej się uśmiechać, że nie ma mnie od poniedziałku do piątku, bo siedzę w Warszawie? Przekonał ją ostatecznie Mati Borek. Dowiedział się co i jak, wsiedliśmy i posunęliśmy do Białego. Edzia zrobiła kolację, pośmialiśmy się, a potem Mati przemówienie wygłosił. Nie to, że kłamał, po prostu używał rzeczowych argumentów. Dała się namówić.

Wiadomo, że tego czasu wspólnego się traciło, ale nadrabiałeś wakacjami, dużo rodzice moi pomagali, teściowie. Jakoś się w połowie drogi zawsze spotykaliśmy z żoną. Po dziesięciu latach powiedziałem: dobra, dzieci rosną, czas wracać. I mieszkanie w Warszawie wciąż mam, ale aktualnie kursuję z Białegostoku.

Czułeś, że ten czas z dziećmi byłby już nie do nadrobienia?

Tak. Nikt mi nie powie, że jak się dzieciaki pojawiają, to świat nie wywraca się do góry nogami. Na lepsze.

Jak się poznaliście z żoną?

Miesięcznik „Press”, tam artykuł o najpiękniejszym radiu w Polsce, w środku zdjęcia reporterek radia Białystok, w tym jej. Jakaś impreza integracyjna różnych redakcji i tak to się zaczęło.

A kłopoty były przez te rozjazdy?

Słowo honoru, że nie. Mam bardzo wyrozumiałą żonę. Tylko ją denerwowało w pewnym momencie, jak ciągle mnie Wojtek Łazarek gdzieś wyciągał. I udało się znaleźć kompromisowe rozwiązanie: spotykaliśmy się wszyscy razem, my i Łazarki. Poznała wielu ludzi ze środowiska, nie będę ukrywał, na urodzinach Michała Probierza też bywaliśmy razem. Też jest takie gadanie osób, że dziennikarz powinien trzymać dystans. Ale jesteśmy ludźmi, jak się dobrze czujesz w czyimś towarzystwie to dlaczego masz się odcinać?

Każdy dziennikarz to też kibic, można walczyć o obiektywność, ale  z tego wyrasta pasja. A później są ludzie, których poznajesz i lubisz.

Z Frankami co chwila się spotykamy, swego czasu dwa piętra nad nami Dawid Plizga z żoną mieszkał, święta razem spędzaliśmy. O piłce gadaliśmy tyle co nic: więcej o Śląsku opowiadał, ciekawe historie. Piłka potrafi na niektórych płaszczyznach połączyć.

Ireneusz Mamrot powiedział, że w środowisku jest mało zaufania. Zgadzasz się?

Musisz być lojalny. Ktoś ci coś powie w zaufaniu, ty to wystrzelasz, zrobisz z tego okładkę. I będziesz gość przez jeden dzień. A potem spalone mosty. A jedno nie wyklucza drugiego. Można się czegoś fajnego dowiedzieć, nie nadszarpując zaufania.

Kibice to podnosili po mundialu, że dziennikarze coś wiedzieli, a nie powiedzieli.

No dobra, ale co?

Rzekome imprezy z alkoholem.

Dowiaduję się, powiedzmy, że piłkarz pił. Przed mistrzostwami publikuję tekst. Na który nie mam dowodów. To słowo przeciwko słowu. Bo jaki dowód? Gdybym siedział z nim na biesiadzie, OK. A tak? Ryzykuję proces. Piłkarz powie, że przeze mnie stracił kontrakty reklamowe warte półtora miliona złotych. Łatwo powiedzieć „dziennikarze, kurwy, wiedzieli i nie powiedzieli”. A postaw się w sytuacji. Co mój pracodawca powiedziałby, jakby przyszło wezwanie do sądu i półtora miliona odszkodowania do zapłacenia? Powiedzieć wszystko można łatwo, trzeba pamiętać o konsekwencjach.

Mocno się zmieniło dziennikarstwo od twoich początków?

Przede wszystkim ta przeklęta technika poszła do przodu. Pamiętam romantyczne czasy, gdy wysyłało się tekst i koniec. Nie było tak, że ktoś zadzwoni:

– Ty, Lewy ma naciągnięty mięsień. Napisz to. I jeszcze napisz kto za niego. I jeszcze zbierz opinie ekspertów.

Teraz to jest fabryka, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wtedy internet raczkował. Mój pierwszy wyjazd dziennikarski: Wembley, 1996 rok, Citko z bramką. Szło się do budki, nadawało tekst, ktoś po drugiej stronie spisywał i koniec. Albo jechałeś na tour do Niemiec, objeżdżając polskich piłkarzy. Zapraszali do domu. Jadło się, rozmawiało, wypiło wódeczkę. Dzisiaj pojedziesz, chłopak spotka się z tobą w obecności rzecznika prasowego, ma piętnaście minut, które jeszcze przytną ci w autoryzacji. Kiedyś? Euro w Portugalii, mieszkamy u Andrzeja Juskowiaka w domu, po sąsiedzku mieszku Scolari. Czarek Kowalski, „Cezary z pazurem”, poleciał do Liverpoolu do Dudka. Jurek go zaprosił do domu. Bez nazwy ulic zdjęcia, żeby paparazzi nie dotarli. Zrobił Jurkowi zdjęcie na wielkim łożu z baldachimem, dzisiaj niemożliwe. Dzisiaj kluby chciałyby być korporacjami. Komunikaty wysyłać. Ja jeszcze mam to szczęście, że zajmuję się Jagiellonią, która nie robi żadnych zasieków.

Rozmawiałem o tym ostatnio z Przemkiem Rudzkim. Chętnych tak naprawdę nie ma do dziennikarstwa. A jak są, to nie mają podstaw. To się tak wydaje nastolatkom: będę oglądał sobie mecze, coś tam machnę na Twitterze i dostanę siódemkę na rękę. Ja nigdy od kogoś, kto chciał się rekrutować, nie dostałem na maila wywiadu z mega ciekawym gościem, nie wiem, 76-letnim piłkarzem z wybrzeża. Jak coś przyjdzie, to „Ronaldo czy Messi?”, „Griezmann czy Chuizmann?”. Słowo honoru, wolałbym poczytać o kłopotach trenera z trzeciej ligi, że mu krowa nasrała na środku boiska, a nie znowu to. jest wiele zdecydowanie bardziej pasjonujących historii w terenie. Rusz się. Odkryj kogoś. Co powiesz na Józefa Zapędzkiego, złotego medalistę igrzysk w Monachium, czyli w kraju, w którym jego ojca zamęczyli Niemcy w obozie koncentracyjnym? To jak opowiadał o swoich przeżyciach – ciary.

Jest przester w kierunku zagranicznej piłki.

Jest. Ale ja jestem w tej naszej lidze nieszczęsnej… może zakochany to za duże słowo…

To małżeństwo.

Specyficzne.

Trochę ta żona bije.

Ale kochasz. Jak kiedyś mówiły kobiety o mężach: żeby pił, żeby bił, żeby był. To my w drugą stronę, ale o Ekstraklasie. Pijana przychodzi, bije, ale mamy do niej wielką słabość.

Mam też czasami satysfakcję, że złapię z młodszymi – nieraz dwa razy – dobry kontakt. Z Karolem Świderskim zawsze możemy pogadać, Kamil Grabara ma swoje opinie, wielu to przeszkadza, ale ja mam to gdzieś. U nas nie dogodzisz. Jak chłopak wyjdzie, powie: pierwsza bramka ustawiła mecz, to nudziarz, nie ma co z nim rozmawiać. A wyszedł Arvydas, powiedział, że każdy chce zagrać w Legii, bo to większy klub – sodziarz.

Mi w tym wywiadzie z Novikovasem akurat nie przeszkadzało zdanie o Legii, tylko inne, z których wynikało, że jest burakiem.

Arvi?

Tak. Jedzie po Agnieszce Syczewskiej, w wywiadzie przyznaje dopiero, że nie podobało mu się jak zacytowała jego tweet – a co w tym złego? Poza tym mówi, że narzekał na treningi i objeżdżał kolegów.

No dobrze, możemy się tutaj nie zgadzać, ale który wywiad przeczytasz z większym zaciekawieniem? Arviego czy kogoś, kto powie „jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”?

Ja nie przeczę, że to był dobry wywiad. Ale jeśli byłbym skautem, po takich wypowiedziach postawiłbym koło nazwiska Novikovasa kilka znaków zapytania.

Ale wychodzi po tym wywiadzie na boisko i strzela gole. Mamrot do Novikovasa nie miał żadnych pretensji. „Arvi nie powiedział, że ziemia kręci się w drugą stronę”. Kilka oczywistości, może coś powinien przemilczeć, ale jednak Mamrot też mi zaimponował, że nie wlepił żadnych kar, żadnego dywanika. Novikovas ma się na boisku pokazać. Gdyby na boisku był wałkoniem, coś by nie grało po takim wywiadzie. Ale on w dniu publikacji wywiadu gra świetnie i strzela. Mamrot przyznał, że rozlicza go z boiska nie z wywiadów i tyle.

Ty na Twitterze lubisz prowokować.

Lubię. Spotkałem ostatnio Kamila Kosowskiego w „Galerii Katowickiej”. Pośmiał się:

– O, król Twittera!

Jestem daleki od poprawności politycznej, ale staram się ludzi nie obrażać. Czasami walnę głupotę, nie mówię, że nie. Ostatnio o kibicach Wisły, którzy powitali drużynę w środku nocy. Napisałem szyderczo po kolejnej porażce, że pewnie znowu będzie gorące powitanie. To było głupie, fani okazali wsparcie drużynie, wielu by się nie chciało wstawać o trzeciej. Szacunek dla nich. Przeprosiłem, wpłaciłem nawet symboliczne pieniądze na socios Wisły. Nie wiem czy przyjęli to jako formę zadośćuczynienia, ale uznałem, że zachowałem się nie fair i czułem potrzebę coś zrobić.

Szkoła Pawła Zarzecznego, czasem lubisz włożyć kij w mrowisko?

Żeby coś się działo. W ogóle to można powiedzieć, że Paweł, który sam nie miał Twittera, wciągnął mnie na niego. Po pogrzebie poszliśmy na kielicha. Usiedliśmy i wspominamy Pawła. Powiedziałem:

– Zobaczcie, jeszcze Pawełek po śmierci zakpił z Ekstraklasy, zebrał więcej ludzi na swoim pogrzebie niż przychodzi na mecze.

Łuko powiedział: kurde, coś takiego byś puścił na Twitterze, poszłoby. Michał Pol już wcześniej mnie namawiał, że mam anegdoty idealne pod TT. Na pewno nie lubię jak ktoś mi ograniczenia narzuca. Nie pisz o polityce! Dlaczego? Politologię kończyłem. Poza tym to moja prywatna sprawa, prywatne konto. Denerwuje mnie, jak ktoś mówi, że dziennikarzowi nie wypada. Co nie wypada? Przekląć nie wypada? Nagle sami święci – nikt nic nie wypije, nikt nie przeklina. Ja w życiu prywatnym przeklinam, to co, mam udawać? Jestem jaki jestem. Nie zakładam w sieci maski. I nie wchodzę w szermierki słowne na tematy, na które nie mam pojęcia. Na przykład szkolenie młodzieży. Nie znam się na tym. Łuko się dokształca, czyta książki, ale ja w tym ekspertem nie jestem. Interesują mnie inne rzeczy.

Pamiętam aferę o ruską czapkę na Twitterze. Lecieliśmy do Kazania na mecz Polaków. Na lotnisku w Soczi, w autobusie, który podwoził z terminala, jechała grupa Kolumbijczyków. Zaczęliśmy rozmawiać, oni mieli uniformy radzieckie, całe mundury, czapki. Wpadłem na pomysł, że zrobię sobie zdjęcie, takie same zrobili sobie Sebastian Staszewski i Marcin Cholewiński z PAP-u. Rzuciłem Tweeta „Na Kazań!” w tej czapce i wsiadłem do samolotu. Lot trzy godziny, ląduję, a tu dwa tysiące powiadomień – tysiąc polubień i drugi tysiąc komentarzy „ty skurwysynu, zdejmuj czapkę, oni ludzi mordowali”. Byłem przerażony. Myślę: o co tu chodzi? Sebastian i Marcin skasowali zdjęcia, ja zostawiłem. A co, z jakiego powodu? To czapka. Czy napisałem, żeby bić Polaków? Nawoływałem do czegoś? Do dzisiaj jak jest jakiś argument, ktoś rzuca: a bo ty w ruskiej czapce chodziłeś. Niech sobie każdy ocenia jak chce. Niektórzy błyskawicznie oceniają. Wydawanie sądów w trybie błyskawicznym. Jak kiedyś Łazarek powiedział: ludzie szybko biegną z gratulacjami, ale jeszcze szybciej ciągną na szafot.

Wracając do dziennikarstwa. Jak ważna jest walka z rutyną?

Bardzo ważna, dlatego my z Łukaszem Olkowiczem w „Ofensywnych” w pewnym momencie odczepiliśmy się od piłki, zaczęliśmy się bawić w inne sporty. Agnieszka Bibrzycka, Renata Mauer, Marian Kasprzyk, świętej pamięci Małgorzata Dydek. Wspaniałe historie, coś innego. Wchodzenie w nowe obszary. Albo spotkanie z Janem Nowickiem, gdzie połowa wywiadu jest o sztuce, filmie, teatrze. To jest odtrutka.

Co chciałbyś jeszcze zrealizować?

Książki. Na pewno Franka, a druga taki „Stan Wołosa”, trochę w stylu cyklu „Piłką pod W(o)łos”, który wymyślił Przemek Rudzki. Zebrać te wszystkie anegdoty. No może nie wszystkie, by byłoby za grubo pod względem objętości, ale też za grubo pod względem samych anegdot. Ale pamięć mam bardzo dobrą. Ostatnio Wichniarowi przypomniałem nie tylko sytuację, ale nawet pamiętałem o czym rozmawialiśmy.

Robiliśmy wtedy z Czarkiem Kowalskim objazd po Niemczech. Środek Małyszomanii, walka Adama ze Schmittem czy Hannavaldem, zwykle dla Małysza. Wichniar oglądał skoki zawsze. A potem, po wygranej Małysza, wchodził do szatni i pytał:

– Jak Małysz bo nie oglądałem…

Niemcom kable wyłaziły na wierzch.

O kim byłoby najwięcej?

O Franzu. Pamiętam jak siedzieliśmy w Krakowie, ja robiłem już w „Fakcie”.

– Co tam, masz w tych swoich Faktach jakieś newsy?
– Nie mam.
– To masz tu siatkę, sobie wybierz.

Patrzę, a tam pięćdziesiąt płytek z piłkarzami z Ameryki Południowej. Gienek Kamiński, menadżer, podrzucił. Smuda mówi:

– Spisz trzech, może trafisz.

Nie trafiłem. Ale mogłem. Wśród nich był chociażby Rengifo.

Poza Smudą na pewno Łazarek, Probierz, Tomek Frankowski, Mariusz Piekarski i do jednego wora anegdoty dziennikarskie.

Co z Łazarkiem?

Dzwonimy do Łazarka z „Faktu”. Łazarek zapytał:

– Chłopaki, co potrzebujecie? Tematu? Najlepiej sensacyjnego? To napiszcie, że się z Ilonką staramy o dziecko!

Oczywiście byli już wtedy po siedemdziesiątce.

A z Probierzem?

Ja się z nim nie znosiłem podczas jego pierwszej kadencji w Jadze. Pies do jeża. Spytałem kiedyś na konferencji o styl, a Michał odparł:

– Jak chce pan styl, niech pan kupi „Twój Styl”.

Któregoś razu pisaliśmy okolicznościowy zeszyt o grze Widzewa w Lidze Mistrzów. Zadzwoniłem ustawić Tadzia Gapińskiego, którego znałem wiele lat. Zapytałem, czy nie pomógłby ustawić też Michała – chodziło mi o Andrzeja Michalczuka.

– Kurwa, co ty, z Michałem, nie masz kontaktu?
– Nie nie mam.

Krępująca cisza po drugiej stronie słuchawki. A potem zgoda. Przyjechaliśmy z Łuko, wchodzimy do umówionej pizzerii. Przychodzi Gapek. Mówi, że będzie Michał za kwadrans. Super, a gdzie mieszka?

– Jak to gdzie, w Białym.
– To z jakim ty mnie Michałem ustawiłeś?

I wchodzi Probierz, który był akurat w Łodzi, bo wtedy związany był z córką Tadzia. Usiedliśmy, pogadaliśmy i przełamaliśmy te relacje. Żaden nic do drugiego nie miał, zakolegowaliśmy się. Później jak usiedliśmy w Cristalu przy winku, Michał dał takiego wywiadu… Mówił, że z Niemiec uciekał przez granicę bez paszportu. Aresztowali go, trafił do celi z Turkiem i mówi:

– Przezornie spałem dupą do ściany.

Piotrek, w którą stronę pójdzie polska piłka?

Korporacji. Już teraz wywiady idą przez biura prasowe, a odsyłane są potworki, które wstyd publikować. Piękne stadiony? Janek Nowicki powiedział:

– Kurwa, jakie to stadiony, grzdyle stoją, wszystkie takie same. Przecież ten Wisły wygląda jak stocznia. Jeszcze tylko żurawie wstawić.

Jestem w nurcie against modern football. Na Zachodzie będzie to szybciej pędzić, ale i do nas dotrze.

A w jaką stronę pójdzie dziennikarstwo sportowe?

Za pan brat z tymi zmianami. To już jest szołbiznes.

A w którą stronę pójdziesz ty?

W kierunku pisania książki, żeby pokazać to od kuchni, ale zachowując granice, czyli nie rozbijając małżeństw. I bez tego można wiele historii sprzedać. Al najpierw skończyć Franka, kurde, czterdzieści lat się znamy.

Dwanaście lat pisana książka, wspólna podstawówka, to musi być hit.

Dobrą anegdotę Franek opowiadał. Do Strasbourga przyjechał Brazylijczyk taki, który podszywał się pod menadżera. Dzwonił do klubu i mówił:

– Mam świetnego Brazylijczyka z Botafogo! Może wyślę wam na testy?
– Wyślij.

Przyjechał, na chwilę został zanim się na nim poznali. Potem przepadł. Franek mówi, że jechali autokarem na mecz wyjazdowy, oglądali film porno, patrzą, a tam ten Brazylijczyk robi w branży filmowej.

Dlaczego piłkarze jadący na mecz oglądali porno?

A tego nie wiem. Zapytam Franka.

Rozmawiał Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (3)