Śląsk, który opuszczałem, był dobrze działającą maszyną. Dziś te kluby łączy tylko herb
Weszło

Śląsk, który opuszczałem, był dobrze działającą maszyną. Dziś te kluby łączy tylko herb

– Jedyne, co łączy ten Śląsk z tamtym, to herb, nazwa i obecna siedziba spółki. W środku nie potrafię znaleźć jednoznacznych podobieństw, raczej same różnice. W każdej przestrzeni. Ja miałem taką filozofię, że klub sportowy jest czymś tak specyficznym, co powinno nas zbliżać. Powinniśmy żyć jak rodzina, która prowadzi wspólne przedsiębiorstwo. Według mnie, w przeroście administracyjnym czasami zapomina się o celach do osiągnięcia. Wszyscy coś robią, ale zapominają, po co to robią. Teraz tego mi najbardziej brakuje. Jestem w stanie dowiedzieć się od każdego, co robi, ale niekoniecznie po co to robi – mówi Piotr Waśniewski nowy-stary prezes Śląska. Rozmawiamy o powodach odsunięcia trenera Pawłowskiego od pierwszego zespołu, o ewentualnych poszukiwaniach nowego szkoleniowca, przyszłości i przeszłości Śląska, bo Waśniewski prowadził już klub w latach 2008-13. Jak pamiętamy, z sukcesami, z mistrzostwem kraju włącznie. Czy jego powrót zwiastuje więc też powrót lepszych czasów? 

Mocno pan zaznaczył swój powrót do prezesowania w Śląsku, od razu odsuwając trenera Pawłowskiego od pierwszej drużyny.

Wydaje mi się, że to jest decyzja, której można było się spodziewać. Jeżeli chcemy ratować punkty, które są do zdobycia w tym roku, musimy coś zmienić. Nieważne, jak ktoś ocenia pracę trenera Pawłowskiego – lepiej lub gorzej – to jednak tych punktów zaczyna nam brakować.

Czyli to wskazuje, że trener Pawłowski był głównym problemem?

Gdyby osoba Tadeusza Pawłowskiego go stanowiła, nie współpracowalibyśmy na polu akademii. Trener podjął się tej misji jako dotychczasowy dyrektor akademii, ale wyniki, które drużyna osiągała, były w moim subiektywnym odczuciu nieodpowiadające potencjałowi. Uznaliśmy, że warto postarać się o impuls, który sprawi, że zespół może te punkty zdobywać. Jeśli żylibyśmy w przeświadczeniu, że to, co się dzieje teraz, ma tak dalej wyglądać, że mamy istnieć w stagnacji i nie punktować, to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem.

Kiedy najpóźniej chce pan ogłosić nowego trenera?

W chwili obecnej jest nim Paweł Barylski. Życzę mu, żeby zdobył sześć punktów. By jego drużyna wybiegała w odpowiednim nastawieniu i zrobiła nam zamieszanie w głowie. Bardzo bym tego chciał jako jego stary znajomy, bo współpracowaliśmy wcześniej.

Wierzy pan w Barylskiego, ale inne rozmowy są prowadzone.

Trudno sobie wyobrazić, że jeśli występuje jakiś znak zapytania, klub miałby się nie rozglądać za innymi opcjami. Dla mnie jedno drugiego nie wyklucza. Skoro mamy trenera pełniącego obowiązki pierwszego szkoleniowca, popełniłbym grzech zaniechania, gdybym nie rozeznawał się na rynku.

Może pan potwierdzić, że blisko klubu był trener Moniz?

Blisko Śląska Wrocław było wielu trenerów, wśród których była prowadzona selekcja. Wśród nich była, a nawet jest rozpatrywana kandydatura trenera Moniza. Natomiast nie chciałbym składać jednoznacznych deklaracji. Wiem, że to jest fajna pożywka medialna: ktoś z kimś nie może się dogadać. Natomiast prawdą jest, że sytuacja, która się wydarzyła, nie dotyczyła relacji klubu z trenerem, tylko delikatnie mówiąc, warunków finansowych. Albo ogólnie pojętej uczciwości finansowej.

To inaczej: jaki jest profil trenera, którego by pan widział w Śląsku?

Od nowego trenera oczekuję impulsu, bo Śląsk Wrocław potrzebuje zmiany. Dlatego przy Pawle Barylskim zależało nam – o to prosił też trener Pawłowski – by zawodnicy nie traktowali go jako byłego asystenta byłego trenera, tylko jako pierwszego szkoleniowca. Wszystko ma dziać się po jego myśli. Druga kwestia to funkcjonowanie w systemie. Przez trenera Pawłowskiego było to realizowane, korzystaliśmy z młodszych zawodników, w tym z tych z akademii. Budowano drużynę w sposób przemyślany i rozważny. Jednak kłopotem każdej organizacji jest stagnacja. Mnie zależy na stabilizacji, ale nie na stagnacji.

No właśnie: brakuje w Śląsku tej stabilizacji, też na fotelu prezesa.

A można powiedzieć: przede wszystkim. Ja zawsze zajmowałem się sportem, ale od strony organizacyjnej i nigdy nie mówię o sobie jako o działaczu sportowym, tylko jako o managerze. Nie warto zmieniać koncepcji, która idzie we właściwym kierunku. Uważam, że przedsiębiorstwo, które opuszczałem, było dobrze pracującą maszyną, która szła w tym kierunku. Niezależnie od tego, jaki pomysł może mieć nowy właściciel, to w dalszym ciągu nie ma sensu zaburzania całego systemu tylko dlatego, że zmienia się kwestia finansowa. A w Śląsku doszło do kompletnego zaburzenia. Zarówno koncepcji sportowej, ale i organizacyjnej. To nie pomaga w tworzeniu ciągłości w przedsiębiorstwie.

Sądzi pan, że gdyby został w Śląsku, ten byłby w lepszej kondycji niż teraz?

Mam takie przekonanie.

Czym więc różnią się oba te „Śląski”?

To są dwa zupełnie różne kluby. Jedyne, co łączy ten klub z tamtym, to herb, nazwa i obecna siedziba spółki. W środku nie potrafię znaleźć jednoznacznych podobieństw, raczej same różnice. W każdej przestrzeni. W organizacji pracy, budowaniu budżetu, budowaniu relacji, w funkcjonowaniu poszczególnych osób w zespołach, w liczbie osób w spółce. Ja miałem taką filozofię, że klub sportowy jest czymś tak specyficznym, co powinno nas zbliżać. Powinniśmy żyć jak rodzina, która prowadzi wspólne przedsiębiorstwo. Jest przecież tyle rzeczy, które dzieją się w ciągu każdego tygodnia. Często mówiłem w formie żartu, że nigdy nie potrafiłem wychodzić w poniedziałek do pracy, będąc przekonanym, że mam kalendarz i mieć pewność co do jego rozpiski. Tak wiele rzeczy dzieje się w klubie sportowym, że przypomina to raczej zarządzanie chaosem. Dlatego według mnie, w przeroście administracyjnym czasami zapomina się o celach do osiągnięcia. Wszyscy coś robią, ale zapominają, po co to robią. Teraz tego mi najbardziej brakuje. Jestem w stanie dowiedzieć się od każdego, co robi, ale niekoniecznie po co to robi. Wtedy nie miałem wątpliwości, teraz mam. Oczywiście, może to wynikać z takich powodów, że jestem tutaj krótko. Jednak nie oszukujmy się, że jest świetnie, skoro na przykład frekwencja na meczach jest, jaka jest.

Czyli rozumiem, że po większym rozeznaniu przyjdzie czas zmian kadrowych?

Bardziej będzie to forma rozliczenia efektywności działań. Jak mówiłem: nieważne jest to, co kto robi, ale dlaczego.

20181207_LUC5180 kopia

Co jeszcze decydowało o sukcesach tamtego Śląska?

Patrzenie przez pryzmat chęci zaistnienia w Polsce i w Europie. Nie zapomnę spotkania, kiedy powiedzieliśmy sobie z właścicielami, że chcemy nawiązać do wielkiej trójki, która rządziła wtedy w ekstraklasie. Chcieliśmy doskoczyć i stworzyć czwartą siłę. Natomiast jeśli chodzi o organizację, kluczem była bardzo dobra współpraca z prywatnym właścicielem, którym był Polsat. On też potęgował rozpoznawalność i dotarcie do klientów. Poza tym to był czas przed Euro, z boomem na piłkę nożną. Trudno powiedzieć, że ten boom miał przełożenie na wynik sportowy, ale dodawał skrzydeł i to nas też poniosło. Zaliczaliśmy również regularny progres – awans, Puchar Ekstraklasy, wicemistrzostwo, mistrzostwo. No i potrzebne było też oczywiście szczęście, bo patrząc wtedy na sam potencjał, można było uznać, że co roku wygrywałaby Legia.

Teraz też doszło do spotkania z tak odważnymi słowami?

Teraz jest trochę inna sytuacja. Rozmowa przebiegła raczej na poziomie ogólności. Nie mieliśmy jeszcze okazji rozmawiać o bezwzględnych celach. Natomiast uważam, że tego miasta, stadionu i klubu nie stać – w cudzysłowie – na to, żeby zamykał tabelę. Uważam, że klub w tym mieście powinien grać o puchary. Różnica między nami a czołową trójką jest za duża, ale europejskie puchary są jak najbardziej możliwe.

Nie żyjemy w PRL-u, ale ma pan jakiś plan – załóżmy – trzyletni, który wyprowadzi Śląsk na prostą?

Wierzę, że jeszcze ten sezon nie jest stracony i uda się wycisnąć z niego 150% normy, jeśli pozostajemy w PRL-owskiej nomenklaturze. Natomiast co do zasady zdaję sobie sprawę, że nie gram w Football Managera i nie mogę zmienić wszystkiego paroma kliknięciami. Zmiany zajmą od półtora roku do trzech i pół. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że nasze decyzje przynoszą efekty. Nie mówię tego, by odwlekać ocenę mojej pracy – bo ona będzie oceniana na bieżąco – ale mówię obiektywnie, jaki czas potrzebny jest w biznesie zwanym piłką nożną.

Zastanawiam, się czy w tym wszystkim podmiotowość miejska klubu nie jest problemem?

Nie sądzę. Dla mnie posiadanie takiego właściciela jak gmina Wrocław jest największą zaletą, jakiej można się spodziewać, prowadząc profesjonalną drużynę piłkarską. To zresztą nie wyklucza komercyjnego rozwoju przedsiębiorstwa, a daje dużą stabilność finansową. Natomiast zgodzę się, że wpływ – w cudzysłowie – polityki, przekłada się na spółkę i to już może odbijać się negatywnie.

Śląsk będzie rozglądał się za ewentualnym inwestorem?

To pytanie raczej do właściciela niż zarządu klubu, ale generalnie uważam, że tak. Moim zdaniem funkcjonowanie klubu sportowego, przy jednoczesnym inwestowaniu ze strony gminy i prywatnego podmiotu, jest najlepszym rozwiązaniem. Zresztą wiem, że tak się dzieje w wielu krajach Europy Zachodniej. A też Śląsk jest dobrym przykładem. We Wrocławiu istnieje bardzo duży i bardzo drogi stadion. Dlatego, jeśli pojawi się nowy inwestor, trudno sobie wyobrazić sytuację, że on miałby odkupić od gminy ten obiekt, podobnie trudno wierzyć, by gmina miała na to chęć. To najprostsza kwestia na pokazanie tego, że taka symbioza jest potrzebna. I nie widzę powodów, dla których gmina Wrocław miałaby nie mieć chęci do rozmów z prywatnym inwestorem.

Patrząc jednak z jego perspektywy, w Śląsk dziś trudno zainwestować.

Zgadzam się. Klub jest produktem i jeśli ktoś ma go kupić, nie zrobi tego, jeśli ma wątpliwości co do jego jakości. Można korzystać z dyskontów, ale nie w takiej dziedzinie, jaką jest sport i rozrywka. Śląskowi w tej chwili potrzeba wzrostu wiarygodności, zarówno na arenie sportowej, jak i finansowej. To na pewno są kwestie, które poprawią wzrost zainteresowania klubem. Kolejnym elementem jest wzrost frekwencji. Jeszcze kolejnym kwestia szkolenia, bo inwestor też chce mieć zaplecze swojego produktu. Każdy z potencjalnych inwestorów będzie patrzył w tej kolejności.

Potrafiłby pan jednym słowem określić sytuację finansową klub?

Nie potrafię, ponieważ jestem osobą odpowiedzialną i nie zdążyłem się jeszcze na tyle dokładnie przyjrzeć wszystkim kwestiom finansowym. Od momentu rozpoczęcia pracy zajmowałem się głównie sprawami sportowymi, a w środę byłem w Serocku na spotkaniu klubów Ekstraklasy. W związku z tym ta moja wiedza jest zbyt pobieżna, by odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Pytam, bo pewnie interesuje kibiców, czego mogą spodziewać się zimą, patrząc na transfery.

Mogą spodziewać się korekt. Nie będzie rewolucyjnej zmiany, bo właściciele, ale też my jako zarząd, nie będziemy zainteresowani rewolucją. Zważywszy jeszcze na fakt, że słowo rewolucja przy takiej konstrukcji kontraktów bez słowa wydatki jest trudna albo niemożliwa.

20181207_5007356 kopia

Mówi się, że Śląsk ma rozglądać się za piłkarzami zagranicznymi.

Wkraczamy trochę na pole dyrektora sportowego. Jednak czego jestem pewny to tego, że konieczny jest w drużynie balans. Pomiędzy młodymi zawodnikami a doświadczonymi, chłopakami z regionu i poza niego. Klub sportowy powinien dostarczać kibicom rozrywkę. A ona musi być wiarygodna i rozpoznawalna. Trudno wyobrazić mi sobie sytuację, żebyśmy rotowali zawodnikami co rok, a kibic, który przychodzi na stadion, nie rozpoznał połowy drużyny. Najfajniej, gdyby oglądał „swojaków”, bo to się dobrze sprzedaje i ludzie identyfikują się z takimi postaciami.

To ładnie brzmi, ale rzadko idą za tym czyny.

Tak. Jednak nie dlatego, że ktoś by tego nie chciał, tylko dlatego, że jest to trudne. Potrzeba cierpliwości, by tym młodym zawierzyć, by w nich zainwestować. A jednocześnie nie pozwolić, by dany zawodnik odszedł gdzieś zbyt wcześnie. Choć on może mieć swoje plany, jego rodzice też, mamy wolny rynek. Natomiast wracając do rozpoznawalności: nie jest tak, że zawodnik z innego miasta czy kraju musi być traktowany jak najemnik. Nad taką postacią trzeba pracować. Nad jego wiarygodnością. Najlepsze przykłady, jakie mi się nasuwają, to Marian Kelemen i Sebastian Mila. Kogo by pan nie zapytał we Wrocławiu, to usłyszy: to są nasze chłopaki. A przecież jeden nie jest z Polski, a drugi z Wrocławia. Tymczasem Sebastian określany jest nawet mianem legendy klubu. To jest klucz – drużyna musi być wiarygodna i zbalansowana.

Czyli uściślając: zimą dwa-trzy transfery.

Zgadza się, natomiast nie chcę powiedzieć, że te dwa-trzy transfery na pewno będą.

Istniał temat, by dyrektor Sztylka odszedł wraz z pojawieniem się pana?

To medialna plotka. Choć może i to słowo jest za słabe. To była próba przedstawienia mnie w konstrukcji z Krzysztofem Paluszkiem, z którym współpracowałem wcześniej. Jego oczywiście bardzo cenię i życzyłbym sobie, żeby w perspektywie czasu, jeśli będzie taka możliwość, on współpracował z nami. Ale to nie stoi w sprzeczności z Darkiem jako dyrektorem sportowym i Tadeuszem jako dyrektorem akademii. Wiedzy nigdy za wiele. Darek od niedawna pełni tę rolę, nie zdążył nabyć jeszcze wieloletniego doświadczenia w tym obszarze i pomoc na pewno mu się przyda. Jego funkcja jest jedną z najbardziej odpowiedzialnych w klubie. Dyrektor sportowy decyduje o czymś, co przyniesie efekty dopiero za jakiś czas.

A pan nie boi się sytuacji, w której znowu ktoś panu rozwali budowlę, tak jak było to ostatnim razem?

Chciałbym mieć taki problem, bo to oznaczałoby, że w Śląsku osiągnęliśmy takie rezultaty jak wtedy, gdy poprzednio pełniłem funkcję prezesa. Życzyłbym sobie tego i to włącznie z frustracją z okresu, gdy musiałem odejść.

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

Fot. Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl