My się zimy nie boimy. Lyon wywozi awans z mroźnego Kijowa
Weszło

My się zimy nie boimy. Lyon wywozi awans z mroźnego Kijowa

Dwa zespoły napalone na awans jak licealista na happy end po studniówce. W grupie, w której 10 na 10 poprzednich meczów kończyło się przynajmniej trzema bramkami. Szachtar – Lyon? To się nie mogło nie udać. To nie miał prawa być paździerz. I choć pogoda zrobiła wszystko, by utrudnić robotę piłkarzom, ci dali kolejne już w tej grupie show. Show, po którym po 1:1 z awansu do 1/8 finału Ligi Mistrzów uradowali się piłkarze Lyonu.

Jak na panujące warunki – śnieżyca, zmrożone boisko, co było widać po paru pierwszych zagraniach, które dostawały niekontrolowanego poślizgu – było po prostu wybornie. Pewnie w ciepły, lipcowy wieczór spodziewalibyśmy się w paru sytuacjach więcej dokładności, ale jakiekolwiek wynikające z aury pomyłki jesteśmy w stanie wybaczyć.

Bo obie ekipy stoczyły po prostu pasjonującą batalię o drugie miejsce w grupie F. Szachtar nawet gdy przez kilkadziesiąt minut miał wynik dający awans grał bez kalkulowania, z wysoko ustawionymi bocznymi obrońcami – w szczególności zasuwającym po lewej stronie Ismailym. Trudno zliczyć, ile razy stoperzy Krywcow i Choczoława zostawali dwa na dwa z Depayem i Traore, czasami wręcz dwa na trzy, gdy w momencie przejęcia piłki przez Francuzów wciąż blisko swoich napastników był Nabil Fekir. Jasne, po strzeleniu bramki na 1:0 przez Juniora Moraesa, po świetnym podaniu rzeczonego Ismaily’ego z lewego skrzydła, było to podejście dość naiwne. Ale zachęcało, by kibicować tej bandzie świrów, atakującej również wtedy 7-8 zawodnikami.

Tylko że i na awans Lyonu nie możemy psioczyć, bo Olympique nieszczególnie odstawał. Tylko że był mniej naiwny. Nawet, gdy już gonił wynik, to nie zapominał o defensywie. Denayer, choć miał momenty niezdarności – obsłużył choćby we własnym polu karnym Moraesa – wiele razy wygarniał piłkę, blokował. Choćby we wspomnianej sytuacji, gdy błyskawicznie naprawił swój błąd stając na drodze strzału Brazylijczyka. Marcelo był nienaganny, Marcal – choć szybko przytulił żółtko – do końca meczu się nie mylił. A i w sytuacji, gdy zapracował sobie na upomnienie, zatrzymał Juniora Moraesa mogącego popędzić od 30.-35. metra na bramkę Lopesa w zasadzie będąc nieniepokojonym.

Lyon dużo częściej wjeżdżał w defensywę Szachtara jak w masło. I choć doceniamy ofensywną grę Ukraińców, to trzeba też w tym miejscu uczciwie przyznać: gdyby było 1:3, protestów być by nie mogło. Przy 1:4 i wyżej – też. Bertrand Traore i Memphis Depay nie mieli jednak dobrego dnia, jeśli chodzi o celność – napastnik z Burkina Faso miał ze dwie sytuacje, kiedy fatalnie przestrzelił mimo dogodnej pozycji do uderzenia, Holendrowi zabrakło niewiele, gdy uderzył zza zasłony.

Depaya broni jednak w pełni to, co zrobił przy golu na 1:1, dającym awans i status jedynej niepokonanej ekipy w grupie z Manchesterem City. Tak jak pod koniec pierwszej połowy świetnie obsłużył zagraniem z linii końcowej Ferlanda Mendy’ego, który jednak przestrzelił, tak w drugiej części meczu powtórzył schemat, tym razem zagrywając do Nabila Fekira. Przyjęcie kierunkowe, Maycon oszukany, Marlos spóźniony, strzał-perełka. Idealnie w okienko, bez cienia szans dla Piatowa.

Jeśli czymkolwiek w tym meczu można było być zawiedzionym, to próbami Szachtara już po stracie bramki. Te były po prostu bezzębne. Najlepszą okazję miał Ismaily, ale gdy stanął oko w oko z Lopesem, to raz że bramkarz Lyonu doskonale skrócił kąt, a dwa, że on sam nie miał idealnej pozycji do oddania strzału. Oprócz tego? Nadzieją na wiosnę w Europie miał być wprowadzony w końcówce Olarenwaju Kayode, ale gdybyśmy mieli go oceniać na podstawie tych kilkunastu minut, wystawilibyśmy cenzurkę: „Nigeryjski Denis Thomalla”. Oczywiście w wersji poznańskiej.

Szachtar – Lyon 1:1
J. Moraes 22’ – Fekir 65’

***

Co poza tym działo się dziś w Lidze Mistrzów?

– O niesamowitym Ajax – Bayern pisaliśmy już TUTAJ.

– Tak jak za wygraną w swojej grupie Holendrzy i Niemcy dziś byli w stanie dać się pokroić, tak do wygrania grupy H raczej nikt się szczególnie nie palił. Manchester United raz jeszcze – który to już – zawiódł w tym sezonie swoich kibiców, którzy mogli oczekiwać, że skoro Juventus zbiera w Szwajcarii, to ich ulubieńcy dadzą sobie szansę na wyłapanie nieco (albo nieco bardziej niż nieco) łatwiejszego przeciwnika w 1/8 finału. Jak to określił Miguel Delaney z „Independenta”: „zmienia się jedenastka, zmienia się przeciwnik, zmienia się kontekst, ale nie zmienia się nic, co dotyczy nędznego Manchesteru United.

– Odbył się mecz Benfiki z AEK-iem, ale poza kibicami tych klubów raczej nikogo on nie obchodził. Portugalczycy mieli pewne 3. miejsce, Grecy – 4. i grali o choćby jeden punkt w fazie grupowej. Nie udało się.

– Wobec remisu Szachtara z Lyonem kompletnie nieistotny dla końcowego układu tabeli okazał się też mecz Manchesteru City z Hoffenheim. „Wieśniacy” mogliby zagrać wiosną w Lidze Europy, gdyby ograli The Citizens, a Lyon zgarnął pełną pulę w Doniecku. Nie wydarzyło się ani jedno, ani drugie. Ale zgromadzeni w Manchesterze kibice przynajmniej zobaczyli przepiękną bramkę z rzutu wolnego Leroya Sane.

Young Boys – Juventus 2:1
Hoarau 30’ (k.), 68’ – Dybala 80’

Valencia – Manchester United 2:1
Soler 17’, Jones 47’ (sam.) – Rashford 87’

Manchester City – Hoffenheim 2:1
Sane 45’+1’, 61’ – Kramarić 16’ (k.)

Benfica – AEK 1:0
Grimaldo 88’

fot. NewsPix.pl