Ekstraklasa jest tylko celem, marzeniami sięgam znacznie dalej
Weszło

Ekstraklasa jest tylko celem, marzeniami sięgam znacznie dalej

Raków Częstochowa zdeklasował konkurencję w rundzie jesiennej I ligi. Znaczący udział miał w tym kapitan Andrzej Niewulis. 29-letni stoper od 3. kolejki nie opuścił ani minuty i wielka jego zasługa, że drużyna Marka Papszuna straciła najmniej goli w całej stawce. Z wychowankiem Wigier Suwałki rozmawiamy nie tylko o ostatnich miesiącach. Niewulis ma już za sobą nieudany epizod w Jagiellonii, zapewnia jednak, że dziś znajduje się na zupełnie innym poziomie i jeszcze wiele dobrego spodziewa się po swojej karierze.

Nawet jeśli wolelibyście tego nie słyszeć, jesteście głównym faworytem do awansu do Ekstraklasy.

Nie uciekniemy od tego. Za nami kapitalna runda, nie jest to wynik przypadkowy. Cały zespół i cały sztab wykonał dobrą robotę. Mieliśmy kapitalne warunki do pracy. Jesteśmy faworytem, trudno mówić inaczej, ale tak naprawdę niczego jeszcze nie wygraliśmy. Jeszcze dość długa droga przed nami, ale wierzymy w siebie i liczymy, że wygramy tę ligę.

Teraz już bardziej musicie niż możecie. A jakie były założenia na starcie?

Na pewno nie było żadnego „musimy”. Mamy swoje cele, jesteśmy ambitni. Chcieliśmy i chcemy ten cel zrealizować, ale trenerzy i my sami wiemy, że najlepszą metodą na osiągnięcie sukcesu jest skupienie się na pracy w danym dniu czy tygodniu, patrzenie na najbliższy mecz. Jak widać, daje to efekty. Podejścia nie zmienimy.

Czyli mamy ten małyszowy najbliższy skok.

Wiem, że z boku może to razić banałem, ale, kurczę, to jest najlepsze podejście, to naprawdę działa. Ta liga bardzo szybko potrafi cię zweryfikować. Wygrasz jakiś mecz, spojrzysz w tabelę, powiesz sobie „jest fajnie”, a za chwilę ktoś cię złapie, wpadniesz w dołek i później trudno się pozbierać. Lepiej więc patrzeć krótkoterminowo.

No właśnie, waszą siłą było to, że jesienią uniknęliście momentu kryzysowego. O zadyszce musiano pisać, gdy zremisowaliście z Garbarnią i Stalą czy później po trzech remisach z rzędu.

To nie były żadne kryzysy. Indywidualnie zawodnik może mieć jakiś kłopot czy słabszy moment, ale jako zespół nie mieliśmy trudniejszego okresu. Po jednym czy drugim remisie i tak wiedzieliśmy, że zaraz wejdziemy na wyższy poziom. Nie przegrywaliśmy, co było bardzo istotne, wysokie morale się utrzymywało. Pokonała nas tylko Chojniczanka w 3. kolejce, ale nawet wtedy nie czuliśmy się gorszym zespołem.

Przełom października i listopada wydawał się kluczowy. Po trzech kolejnych remisach pokonaliście Sandecję w meczu na szczycie, a kilka dni później wyrzuciliście Lecha Poznań z Pucharu Polski.

Wiadomo, że wyniki też napędzają i wtedy pokazaliśmy swoją siłę. Po Lechu wygraliśmy kolejnych pięć meczów w lidze i to nam dało taką przewagę nad resztą. W tym momencie jako drużyna nie mamy słabych punktów. Każdy w szatni i na boisku zmierza w jednym kierunku. Najpierw patrzenie zespołowe, dopiero potem indywidualne.

Pokonanie Lecha w dobrym stylu wzniosło Raków poziom wyżej jeśli chodzi o mentalność, pewność siebie, przekonanie o własnej wartości?

Wspomniał pan, że w lidze już bardziej musimy. W Pucharze Polski za to głównie możemy. Tak samo będzie wiosną przeciwko Legii, to ona będzie pod presją, żeby się wykazać. Nie powiem, że chcemy się wtedy dowartościować, ale na pewno przekonać się, w jakim miejscu będziemy się znajdowali względem najlepszych w polskiej piłce. Zagramy z podniesioną głową, pewni siebie. Mamy taki styl, że gramy odważnie, agresywnie i wysoko, kto by to nie był. Obiecuję, że z Legią też tak będzie.

Chcieliście najtrudniejszego rywala już teraz?

Każdy chce grać z najlepszymi, jednak nie ukrywajmy: na tym etapie patrzy się już przez pryzmat celu, jaki można osiągnąć, czyli finału na Stadionie Narodowym. Wolałbym zmierzyć się z Legią dopiero wtedy, ale skoro mamy ją wcześniej i po cichu liczymy na finał, to trzeba spróbować wyeliminować ją już w ćwierćfinale.

Raków to w zasadzie jedyny przykład w polskiej piłce, że ustawienie z trójką stoperów może świetnie funkcjonować. Dlaczego wam się udaje, a innym nie?

Największa w tym zasługa trenera Marka Papszuna i jego sztabu. Odpowiednio dobiera zawodników i przede wszystkim przykłada olbrzymią wagę do każdego elementu – czy to w atakowaniu, czy to w bronieniu.

Długo się pan uczył tego systemu?

Na początku występowałem jako pół-boczny stoper, teraz gram jako ten centralny. To zupełnie inne granie. Rola pół-bocznego wymaga większych umiejętności w rozgrywaniu piłki, centralnego z kolei większych umiejętności w zarządzaniu drużyną na boisku. Myślę, że na tę pozycję świetnie pasuję i szybko łapałem, o co chodzi. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu na przystosowanie się.

Efekt jest taki, że macie pełen balans w drużynie. I najlepszy atak w lidze, i najlepsza obrona.

Mógłbym tu po kolei każdego pochwalić indywidualnie i podkreślić jego zasługi. Statystyki potwierdzają, że w naszym zespole wszystko się zgadza.

Za panem runda życia?

Nie pomylił się pan, ale sądzę, że teraz każda kolejna runda będzie moją najlepszą. Czuję się wyśmienicie i chcę to utrzymać.

Jesienią był pan pewniakiem do składu, to do pana dobierano pozostałych stoperów.

Można tak powiedzieć, ale nie miałem abonamentu. W każdym tygodniu musiałem udowadniać, że znów zasługuję na grę. Udawało się.

Na czym polega fenomen Marka Papszuna? Raków z roku na rok jest coraz lepszy pod jego wodzą.

Trener jest bardzo pracowity. Chce, żeby wszystko było po jego myśli. Każdy szczegół ma się zgadzać – nie tylko na treningu czy meczu, ale również w klubie. Wszystko go interesuje, wszystkiego chce dotknąć. Do tego to po prostu dobry człowiek,  a to zawsze istotne.

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

Ekstraklasa jest dla pana wyśnionym miejscem? Liznął jej pan w Jagiellonii, a potem zniknął na długie lata.

Ekstraklasa nie jest moim marzeniem, jest moim celem. Marzeniami sięgam znacznie dalej. Mimo że jestem już dojrzałym wiekowo piłkarzem i w przyszłym roku skończę 30 lat, marzę o grze w reprezentacji Polski.

Czyli do metryki panu nie zaglądać?

Zdecydowanie nie. Późno dojrzałem jako człowiek, ale dzięki temu powinienem móc grać w piłkę jeszcze przez długi czas. Wyniki wszystkich badań potwierdzają, że fizycznie wyglądam bardzo dobrze.

Dojrzał pan późno w sensie cielesnym?

Tak. Mając 17 czy 18 lat widziałem, że koledzy są już wyrośnięci, dojrzali fizycznie, a ja dopiero w wieku 22 lat zacząłem nabierać masy. Trudno dokładnie określić, ale optimum osiągnąłem tu 3-4 lata później niż większość zawodników.

Czyli dla 20-letniego Niewulisa trafiającego do Jagiellonii Ekstraklasa to były jeszcze za wysokie progi?

Miałem trudnych rywali do gry w osobach Andriusa Skerli i Thiago Cionka. Musiałem czekać. Teoretycznie po czasie łatwiej powinno mi się odnieść do tego okresu. Powiedzmy, że byłem tak samo ambitny jak teraz, ale chyba faktycznie wtedy regularne występy w „Jadze” były zbyt dużym wyzwaniem.

Ale Puchar Polski w CV już pan ma.

No tak, w papierach pozostanie. Rozegrałem 45 minut w pierwszym meczu ćwierćfinałowym z Koroną Kielce. Liczę, że tym razem uda się powtórzyć ten sukces przy znacznie większym udziale własnym. Puchar Polski z Rakowem to też jedno z marzeń.

Po odejściu z Białegostoku co chwila zmieniał pan kluby, aż trafił do Znicza Pruszków, gdzie spędził 3,5 roku. Zasiedział się pan?

To był dla mnie trudny okres. Miałem przejścia zdrowotne, runda w Dolcanie choćby bez minuty na boisku. Znalazłem się na bezrobociu. Do drugoligowego Pruszkowa musiałem najpierw jechać na testy i wywalczyć sobie angaż. Ale jak już tam trafiłem, okrzepłem i krok po kroku szedłem do przodu. To może być przykład dla młodszych chłopaków, którzy często idą do Ekstraklasy z niższych lig, momentalnie robią przeskok o kilka poziomów. Często okazuje się, że to najgorsze, co można zrobić. Też jestem tego przykładem, do Jagiellonii szedłem z drugoligowych Wigier Suwałki. Warto, żeby zawodnik liznął każdej ligi szczebel po szczeblu. Wtedy jest zdecydowanie łatwiej. W Zniczu najpierw grałem w II lidze, a po dwóch latach awansowaliśmy. Dziś można powiedzieć, że chyba już się zasiedziałem w I lidze i liczę, że wkrótce stanę do rywalizacji w Ekstraklasie.

Czyli gdyby z Wigier poszedł pan najpierw do I ligi, to gotowy na Ekstraklasę byłby znacznie szybciej?

Jestem tego pewien. Powinna być chłodna głowa. Ale wiadomo jak to jest, dostajesz jako drugoligowiec ofertę z Ekstraklasy, to ją przyjmujesz. Każdy jest ambitny i chciałby osiągnąć pewne rzeczy jak najszybciej.

A w tych latach przed Pruszkowem można było inaczej pokierować swoją karierą?

Można było, ale jak mówiłem, miałem trochę kontuzji. Niejako poprzez to poznałem moją żonę, także na pewno nic bym nie zmienił. Jestem szczęśliwy z tego co jest, a dzięki wcześniejszym przejściom bardziej doceniam życie, choć zakładam, że wszystko co najlepsze w karierze dopiero przede mną.

Powiedział pan kiedyś, że między I a II ligą jest przepaść.

Raków może nie jest tu najlepszym przykładem, ale mówiłem to w oparciu o swoje doświadczenia ze Znicza. Po awansie do I ligi zupełnie sobie nie radziliśmy, mimo że skład mieliśmy praktycznie ten sam co wcześniej.

Wracając jeszcze do Rakowa: robicie swoje na boisku, lecz ciągle nie ma dobrych wieści odnośnie stadionu.

Zaczynamy okres urlopowy, człowiek będzie mógł śledzić sprawę z większą uwagą, ale w tym temacie nic od nas nie zależy. Mamy zapewnienie od klubu, że wszystko będzie dobrze i będziemy gotowi infrastrukturalnie, tylko trzeba zrealizować zadania na boisku. My mamy tam swoją robotę, szefowie klubu swoją na górze.

Czuliście się jesienią trochę niedowartościowani jeśli chodzi o liczbę transmisji telewizyjnych? Zdarzało się, że Polsat Sport nie puszczał meczu na szczycie z waszym udziałem – jak z Sandecją – a zamiast tego leciało spotkanie z dołu tabeli GKS Katowice – Garbarnia.

Fajnie, gdy nasze mecze są transmitowane. Jestem z Suwałk, rodzina jest daleko. Wielu chłopaków ma podobnie. W telewizji każdy mógłby nas oglądać, ale nie mamy na to wpływu. Jeśli uda się awansować, ten problem odpadnie, bo wtedy już puszczane jest wszystko.

rozmawiał Przemysław Michalak

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (2)