Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Wyrzut sumienia? A może odwrotnie, drogowskaz typu: „pamiętaj, że umrzesz”, przypominający, że przy całej naszej gamoniowatości wciąż mamy sporego farta? Sam nie wiem, jak właściwie traktować Szachtar Donieck, to do czego doszedł przez lata gry w Europie, ale też to, co się z nim działo w ostatnich kilku sezonach, gdy Donbas stał się areną działań wojennych. 

Dziś o 21.00 w Kijowie Szachtar zagra z Lyonem o drugi z rzędu awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Kawał trasy od zniszczonego domu, kawał trasy od Charkowa, gdzie gra obecnie domowe mecze ligi ukraińskiej, kawał trasy od Lwowa, gdzie też już bywał. Bez masowego wsparcia własnych kibiców, z których wielu ma problemy z opuszczeniem Donbasu, za to – jak przekonują ukraińskie media – z sympatią wielu neutralnych Ukraińców, którzy trzymają kciuki za ostatniego reprezentanta tej części Europy z szansami na wiosenną przygodę z Champions League.

Zazdrość. Trudno wyzbyć się tego uczucia obserwując, jak kijowską arenę odwiedza kilkadziesiąt tysięcy widzów zgromadzonych, by obejrzeć na żywo takich zawodników jak Marlos czy Maycon. Jak piłkarze zarabiający na normalnym, europejskim poziomie grają jak równy z równym z największymi na kontynencie (* nie dotyczy Manchesteru City). Jak poukładany klub ściąga do siebie nie brazylijskich sprzedawców parawanów, ale wschodzące brazylijskie gwiazdy. Jak sprzedaje swoich najlepszych zawodników nie do średniaków Serie A, ale choćby do Manchesteru United czy Bayernu Monachium.

Trudno odepchnąć natrętne myśli: „dlaczego nie my?”, gdy ogląda się efekty pracy klubu Rinata Achmetowa. Gdy nawet w obliczu wojny ten ukraiński biznesmen łoży kolejne miliony na drużynę, na przystosowanie do wysokich potrzeb zawodników Szachtara kolejnych aren i ośrodków treningowych. Jak Szachtar, mimo wszystkich własnych problemów, wspiera tych, którzy pozostali w Donbasie, w niewielkiej odległości od linii frontu wciąż trwającej, choć przecież formalnie niewypowiedzianej wojny. Powierzchowne spojrzenie nie pozostawia złudzeń – zostaje żal i ból, że to przecież mógłby być nasz Górnik Zabrze, albo nasze Zagłębie Lubin. W starciu z Szachtarem giną nasze wszystkie typowe wymówki. Przecież tam zima jest taka sama, albo i ostrzejsza. Kibice odpalają tyle samo rac, przyśpiewki mają tyle samo wulgaryzmów, a w lasach toczy się tyle samo ustawianych chuligańskich walk. Trawa rośnie tak samo źle, smog jest równie duży, może jedynie dzieci mają odrobinę gorsze konsole, ale i to nie do końca prawda – Donieck przecież był nie tylko gospodarzem Euro 2012 i świadkiem wielu wspaniałych meczów Szachtara, ale też bogatym miastem z w miarę bogatymi mieszkańcami.

Szachtar mierzył się z tymi wszystkimi naturalnymi trudnościami, które w naszych warunkach wywołują wzruszenie ramion – nie da się. Ba, nie tylko przełamał bariery, które dotyczą całego naszego regionu, ale koniec końców musiał się też zmierzyć z żywiołem wojny. Oczywiście, to nie tak, że po stadionie Szachtara nadal przemykają uzbrojeni po zęby najemnicy, ale mimo wszystko w mieście obowiązuje godzina policyjna, a dojazd donieckiego kibica do Charkowa to przebijanie się przez nieskończone blokady. Przy możliwościach finansowych Achmetowa ominięcie wojennej zawieruchy nie było trudne, Szachtar mógłby sobie pozwolić na wynajęcie dowolnej liczby boisk i stadionów w całej Ukrainie, ale nie wierzę, że da się kompletnie odciąć od wydarzeń politycznych. Pomijam legendy pokroju Srny, który osobiście dowoził laptopy i owoce do ogarniętego walkami Donbasu – w jego przypadku świadomość sytuacji regionu, w którym zarabiał na życie to coś naturalnego. Nie wykluczam nawet pozytywnego wpływu tego wygnania na piłkarzy, którzy tym mocniej poczuli ciężar reprezentowania dotkniętych konfliktem mieszkańców Doniecka.

Ale już piłkarze z Brazylii czy ci, którzy przyjeżdżali do ligi ukraińskiej już ze świadomością problemów tego państwa? Domyślam się tylko jak wiele zakulisowych działań (i jak wiele zielonych banknotów) kosztowało sprowadzenie piłkarzy, którzy ukraiński konflikt znali wyłącznie z mediów.

Kurczę, no te liczby działają na wyobraźnię. Fred ściągnięty za 15 milionów, sprzedany za blisko 60. Fernandinho kupiony za 8 melonów, do Manchesteru trafił za 40. Niby sąsiednie państwo, niby liga, z której zdarza nam się brać piłkarzy, niby podobne charaktery, możliwości, ceny, a jednak – totalnie inny świat piłkarski.

I tu właśnie jest ta druga strona medalu. Ilekroć myślę o sukcesach Szachtara, ilekroć widzę uśmiechniętego Rinata Achmetowa, który wychodzi cało z kolejnego zakrętu, zastanawiam się – czy na pewno piłka nożna jest najważniejsza? Na ostatnim okrągłym stole dotyczącym sytuacji w polskim futbolu jeden z ekonomistów rzucił bardzo interesującą tezę, którą właściwie ciężko podważyć. Otóż polski futbol wygląda tak jak wygląda, bo nie zagościła u nas nawet na moment oligarchia. Nie mamy swoich Achmetowów, nie mamy Rybołowlewów i Abramowiczów, co fatalnie odbija się na kondycji piłkarskiej, ale… czy na pewno jest czego zazdrościć?

Czy chcielibyśmy tych Fredów za cenę ukraińskiego rozwarstwienia społecznego? Czy naprawdę życzylibyśmy sobie, by sukcesy naszych klubów były budowane w taki sposób, jak rosyjskie czy ukraińskie potęgi? Czy chcielibyśmy, by – na przykład – KGHM ściągał Brazylijczyków za 40 milionów złotych do Lubina?

Jak zawsze mam kibicowski dylemat z tymi kopciuszkami – kiedyś miałem z AS Monaco Rybołowlewa, które wprawdzie wyglądało w Ligue 1 trochę jak romantyczny biedaczyna walczący z katarską nawałnicą pieniędzy, ale przecież zbudowane było na tych samych dyskusyjnych fundamentach. Na tej samej podstawie, którą tworzą fortuny oligarchów. Doskonale znam działalność Achmetowa, wiem, ile robi dla ukraińskich dzieciaków, zdaję sobie sprawę z wszystkich społecznych i charytatywnych akcji Szachtara. Wiem, że nikt nigdy w przekonujący sposób nie podważył legalności jego biznesów, wiem, że trudno udowodnić, że początek drogi do fortuny to przyjaźń z odpowiednim ludźmi w odpowiednich instytucjach. Jednak nawet zakładając, że Achmetow po prostu fedrował najlepiej na tych żyznych w węgiel terenach Ukrainy, że miał naturalny talent do biznesu – to czy na pewno możemy go traktować tak, jak choćby Józefa Wojciechowskiego czy Janusza Filipiaka?

Szachtar w wielu kwestiach może być dla nas wzorem, ideałem, do którego powinniśmy dążyć. Ale to tylko piłka. Jeśli ceną dołączenia do europejskich gigantów jest posiadanie własnych oligarchów, albo fortuny katarsko-saudyjskiej, to może i lepiej nam będzie w tej Drugiej Lidze Europy. Nawet jeśli zdarzy się tam nam przegrać z kazachskimi klubami. Prowadzonymi przez kazachskich oligarchów.

Fot.FotoPyK