George Russell – kim jest nowy partner Roberta Kubicy?
Inne sporty

George Russell – kim jest nowy partner Roberta Kubicy?

Niewykluczone, że do tej pory wasze jedyne skojarzenie na hasło „Russell” brzmiało „Crowe”. Jasne, niezapomniany „Gladiator” to świetny aktor, a w dodatku na dużych turniejach trzyma kciuki za polskich piłkarzy, co oczywiście jest spoko. Ale wiele wskazuje na to, że nadchodzi czas zupełnie innego Russella, który zamiast na ekranie zachwycać będzie nas na torze wyścigowym. Aha, w nowym sezonie Formuły 1 będzie partnerem Roberta Kubicy w zespole Williams.

Co wpisywaliście w wyszukiwarkę, kiedy chcieliście sprawdzić, czy Robert Kubica już podpisał kontrakt z Williamsem, czy też może znów coś się wykrzaczyło na ostatniej prostej? Jasne: „Kubica Williams”. Dokładnie na tej samej zasadzie wujek Google odpowiada na zapytania pod hasłem „Vettel Ferrari”, „Hamilton Mercedes”, czy też z naszego podwórka „Lewandowski Real”, albo nawet „Piątek Barcelona”.

Czemu o tym piszemy? Spieszymy wyjaśnić. Otóż kiedy fani młodego brytyjskiego kierowcy wstukali w swoje komputery jego nazwisko plus nazwę utytułowanego zespołu, wynikiem była informacja o… seryjnym zabójcy. Dodajmy od razu: informacja fascynująca, niczym z dobrego filmu. Otóż Russell Williams urodził się w Wielkiej Brytanii, ale rodzina bardzo szybko przeniosła się do Kanady. Już jako dorosły facet wstąpił do armii, w której robił spektakularną karierę. Był bardzo cenionym pilotem, latał maszynami przewożącymi najważniejsze osoby w państwie, kiedyś nawet wiózł królową Elżbietę II z małżonkiem oraz premiera Kanady. Po zakończeniu kariery pilota dostał ciepłą posadkę komendanta głównej bazy sił powietrznych Kanady, świetnie zarabiał i spełniał się zawodowo. Problem w tym, że w międzyczasie włamywał się do domów, podglądał kobiety i dziewczynki, kradł im bieliznę. Potem to przestało mu wystarczać. Zaczął atakować kobiety i je molestować seksualnie. Następny krok prowadził już w przepaść – do gwałtów i dwóch udowodnionych morderstw! W czasie procesu wyszło na jaw, że pułkownik lotnictwa miał także skłonności pedofilskie. Z hukiem wyleciał z armii, dostał podwójne dożywocie. Żona oczywiście złożyła papiery rozwodowe, a sam Williams w więzieniu bezskutecznie próbował się zabić. Smutna historia została pokazana w filmie „Oficer i morderca” oraz w serialu dokumentalnym „Fatum: pokój 216”.

Gdybyście więc po przeczytaniu tego tekstu zapragnęli poszukać więcej informacji o nowym koledze z zespołu Roberta Kubicy, to wpisujcie „Russell F1 star”, albo coś w tym stylu. Że jeszcze nie gwiazda? To tylko kwestia czasu, możecie nam wierzyć.

Oh, fucking hell!

George, czyli po naszemu Jerzy. W tym przypadku – bardziej Jurek, bo chłopak ma dopiero 20 lat. Niech młody wiek was jednak nie zmyli. Jak na swój wiek, Russel jest wyjątkowo dojrzały. Kiedy Claire Williams ogłosiła, że ma dla niego fotel wyścigowy na 2019 rok, dzieciak z King’s Lynn przyjął to wyjątkowo spokojnie, ot – kolejny dzień w robocie. Zupełnie inaczej zareagowali jego rodzice. Alison i Steve Russell prowadzili karierę syna od najmłodszych lat w sporcie motorowym. Kiedy George wreszcie postawił kropkę nad „i” i przebił się do królewskiej kategorii, nie kryli emocji.

Kiedy dostałem wiadomość od Claire Williams, szefowej zespołu Williams, że chce się ze mną spotkać po kwalifikacjach, liczyłem na najlepsze, ale niczego nie byłem pewny. Kiedy powiedziała: „chcemy cię na przyszły sezon”, od razu powiedziałem: oczywiście. Od razu poszedłem do rodziców, którzy byli ze mną w Soczi. Oni wspierają mnie od początku kariery, chciałem im powiedzieć jak najszybciej. Oboje byli absolutnie zachwyceni. Wydaje mi się, że dokładne słowa mojej matki brzmiały „oh, fucking hell”. Mój ociec miał łzy w oczach, powiedział, że czekał na ten dzień od 20 lat – opowiada pierwszy od niemal dekady Anglik w zespole Williamsa.

Wisi bratu piwko

George jednak nie wszedł by do Formuły 1 i pewnie w ogóle by się nie nie zajmował sportem motorowym, gdyby nie jego starszy o 11 lat brat.

Benjy startował w kartingu, więc ja praktycznie wychowywałem się na torze. Po raz pierwszy usiadłem w karcie, kiedy miałem 7 lat. On zrezygnował ze sportu, żeby pójść na studia. Jestem pewny, że teraz zażąda ode mnie postawienia piwa za to, że zaraził mnie wyścigami – śmieje się Russell, który będzie trzecim angielskim kierowcą w przyszłorocznej stawce. – Kiedy ja zaczynałem to była spółka „ojciec i syn”. Tata był moim mechanikiem przez pierwszych kilka lat w kartingu, pracowaliśmy razem w garażu. Ojciec popełnił wiele błędów z moim bratem. Ze wszystkim jest tak, że musisz się nauczyć, potrzebujesz doświadczenia. Ja miałem tyle szczęścia, że tata zdobył doświadczenie z Benjym, a mnie ustawił na właściwym torze w bardzo młodym wieku.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już pod koniec kariery w kartingu było jasne, że George ma nieprzeciętny talent. W 2011 roku w ME sięgnął po mistrzostwo, choć był to jego pierwszy sezon w klasie KF3. W pokonanym polu zostawił choćby Maksa Verstappena, Estebana Ocona i Lance’a Strolla, dziś świetnie znanych z Formuły 1. Niestety, potem pojawiły się problemy natury… anatomicznej. Nastoletni kierowca zaczął po prostu szybko rosnąć.

Zauważyłem coś niesprawiedliwego, że im wyższy jestem, tym gorsze czasy osiągam. Mocno urosłem pomiędzy sezonami 2011 a 2012. Pod koniec pierwszego byłem absolutnie najszybszy, gdziekolwiek pojechaliśmy. A na początku kolejnego sezonu wciąż byłem szybki, ale kiedy robiło się cieplej i na torze było więcej gumy, gokart zwalniał i nie miał mocy, by mnie wyciągnąć z zakrętów – tłumaczył. – Doświadczałem tego przez półtora roku. To było zbyt konsekwentne, żeby mógł to być zbieg okoliczności.

Miło było, ale robisz błąd

A potem zdecydował się przejść do wyścigów i kariera nabrała spektakularnego rozpędu. Nie da się ukryć, że wiele zaczęło się od… jednego maila. Russell zdobył adres Toto Wolffa, szefa zespołu Mercedes. Długo się zbierał, ale w końcu załączył swoje wyścigowe CV i kliknął „wyślij”.

Wysłałem maila około 22:30, potem wyciszyłem telefon i poszedłem spać. Prawdę mówiąc, nie oczekiwałem odpowiedzi. Tymczasem Toto odpowiedział dosłownie w ciągu kwadransa. Napisał coś w stylu: „Cześć, George, twoje CV jest bardzo imponujące. Załączyłem moją asystentkę, napisz do niej, to umówi nasze spotkanie”. Dwa tygodnie później siedziałem w jego biurze i dyskutowaliśmy o mojej karierze. Powiedziałem, że będę w przyszłym sezonie będę jeździł w F3. Miałem za sobą testy z Carlinem, który używał silników Volkswagena i z Mucke, który stosował napęd Mercedesa. Toto rekomendował mi Mucke. Jednak moje testy w Calinie poszły lepiej i ogólnie bardziej podobało mi się tamto środowisko. Zdecydowałem się związać z nimi – wspomina. – Poinformowałem o tym Toto Wolffa mailowo. Odpisał: świetnie było cię poznać, ale myślę, że popełniasz błąd.

Rozumiecie? 16-latek, który powinien skakać ze szczęścia, że szef potężnego teamu Formuły 1 w ogóle chce z nim rozmawiać, mówi mu: dzięki za radę, ale zrobię po swojemu?! Grubo. Faktem jednak jest, że Russell mógł się czuć mocny, bo zainteresowanie jego osobą wykazywało coraz więcej ekip. Kiedy otrzymał nagrodę BRDC dla najlepszego brytyjskiego kierowcy młodego pokolenia, zgłosiło się do niego BMW, proponując stanowisko kierowcy rezerwowego w serii DTM. Co więcej, propozycja zakładała, że Anglik dostanie dwa wyścigi już w najbliższym sezonie, a w kolejnym będzie już kierowcą etatowym. To oznaczało także, że po latach dokładania do interesu, Russell wreszcie będzie na ściganiu zarabiał.

Proponowali dużą pensję. W tamtym czasie Formuła 1 nawet nie była na moim radarze, żaden zespół nie był zainteresowany. Myślałem, że skorzystam z tej oferty. Miałem 17 lat i możliwość startów w dużej serii wyścigowej. Czułem, że to będzie świetna kariera i byłem w zasadzie zdecydowany – przyznaje.

Ekstremalnie trudny wybór

Rzecz w tym, że w tym samym czasie do Russella odezwał się Gwen Lagrue, nowy szef programu Mercedesa dla młodych kierowców. Obserwował karierę Anglika od czasu kartingu i chciał mu dać szansę w programie juniorskim. Zaprosił go do symulatora, żeby przekonać swoich szefów, że powinni przebić ofertę BMW.

Decyzja nie była łatwa. Mercedes proponował mi test w symulatorze, a potem mieli mi dać znać, czy włączą mnie do programu juniorskiego na kolejny rok. Musiałem brać pod uwagę, że Mercedes może się wycofać w każdej chwili. Wtedy zostałbym w F3 z nowym zespołem, nie mając pojęcia, jakie będą wyniki. Jednocześnie BMW oferowało realną karierę, która mogłaby mnie ustawić na kolejnych 20 lat. To była ekstremalnie trudna decyzja. Ale przecież jestem bardzo młody, wciąż marzyłem o Formule 1. Skorzystałem z propozycji Mercedesa i pojechałem jeździć symulatorem – przypomina.

Russell jeździł w Formule 3, ale jego rezultaty nie powalały. Jak tłumaczył, nie da się osiągać dobrych wyników w średnim zespole. Broniło go jednak podstawowe kryterium: swojego kolegę z zespołu objeżdżał bez litości (na 30 sesji kwalifikacyjnych był od niego lepszy 28 razy). To wystarczyło. Mercedes zaproponował mu umowę i ulokował go w serii GP3. – W ciągu roku moja kariera skoczyła z miejsca, gdzie nie wiedziałem, co się stanie, do kontraktu z BMW na stole, a następnie juniorskiego programu F1 Mercedesa. To była fenomenalna okazja – mówi wprost.

Rady od Hamiltona

I co tu dużo gadać – z okazji skorzystał doskonale. Wygrał serię GP3, a w kończącym się właśnie sezonie także Formułę 2. Nie da się także ukryć (sam Russell to powtarza na każdym kroku), że program Mercedesa bardzo mu się pomógł rozwinąć. – To mi pomogło w stu procentach. Byłem w bardzo uprzywilejowanej pozycji, bo mogłem z bliska obserwować Lewisa Hamiltona i Valtteriego Bottasa, patrzeć na ich interakcję z zespołem. Z Lewisem mam świetne relacje. On jest przyjacielski i rozmowny, czyli zupełnie inny niż się wydaje ludziom spoza zespołu. Byłem tym bardzo zdziwiony, kiedy go poznałem. Dał mi kilka wskazówek. Oczywiście żadnej z nich tutaj nie przytoczę, bo miałem masę szczęścia, że mogłem dostać rady od jednego z najlepszych kierowców wszech czasów – śmieje się.

Rady najwyraźniej pomogły. W przeciwieństwie do kilku innych kierowców, którzy w ostatnich latach wchodzili do F1, o Angliku nikt nie mówi, że dostał miejsce w elicie dzięki sponsorom, czy bogatym rodzicom. On je sobie wywalczył. Dokładnie tak, jak jego nowy kolega z zespołu – Robert Kubica.

Co do wspomnianych wcześniej pojedynków wewnątrz zespołów. Robert Kubica ma za sobą cztery pełne sezony w Formule 1 i sześć startów w inauguracyjnym. Podsumowanie: z Nickiem Heidfeldem wygrywał kwalifikacjach we wszystkich sezonach poza 2007. W najlepszym 2008 roku jego bilans w czasówkach wynosił 13-5. W wyścigach było nieco gorzej, Niemiec bezpośrednie pojedynki wygrywał nieco częściej, zwłaszcza w 2007 roku. Największą przewagę Kubica miał w 2010 roku, nad Witalijem Pietrowem. Rosjanina w kwalifikacjach objechał 17 razy, przegrał z nim (oba razy o jedno miejsce) tylko dwukrotnie. W wyścigach było podobnie – wygrał 16 razy, przegrał dwa – tylko wtedy gdy nie dojeżdżał do mety.

Jak będzie to wyglądało w 2019 roku? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy. Wiemy za to, że zapowiada się ciekawa walka. Obok bardzo zdolnego 20-latka ze wsparciem Mercedesa będziemy mieli 34-letniego Kubicę, autora prawdopodobnie największego powrotu w historii sportu motorowego, a przy tym absolutnego specjalistę od rozwijania bolidów. W praktyce – im więcej Kubica spędzi czasu z inżynierami na pracy nad samochodem, tym lepsze auto do jazdy będzie miał także Russell.

Zawsze staraliśmy się promować i rozwijać młode talenty w Williamsie i George wpasowuje się w ten etos idealnie. Jest już bardzo ceniony w padoku, jego karierę śledziliśmy od pewnego czasu. Po okresie, który spędziliśmy razem z nim, jesteśmy przekonani, że będzie do naszego zespołu idealnie pasował – mówi Claire Williams, szefowa zespołu, który przed laty był wielki i marzy o powrocie na szczyt. Czy z Kubicą i Russellem za kierownicą? Oby!

JAN CIOSEK

Fot.  Newspix.pl

KOMENTARZE (2)