Niech ludzie powiedzą: to był dobry i uczciwy człowiek
Weszło Extra

Niech ludzie powiedzą: to był dobry i uczciwy człowiek

Mamy przyjemność oznajmić, że z trenerem Michałem Globiszem, jedną z najinteligentniejszych postaci polskiej piłki, porozmawialiśmy o wszystkim.

O najważniejszych wartościach w życiu. O skomplikowanych relacjach ojca z synem. O dobrych ludziach. O wadze słów „kocham cię”. O zaufaniu. O sekrecie pięćdziesięciu lat szczęśliwego życia małżeńskiego. O życiu z poważnie nadszarpniętym wzrokiem. O błędach lekarzy. O zaufaniu i odwadze.

O zmarnowanych talentach polskiej piłki, o problemach naszego szkolenia. O Cruyffie, gorzale, Janocie, operze, Łazarku, Tomaszu Mannie.

Zapraszamy.

 ***

Co jest w życiu najważniejsze?

Najważniejszą wartością jest uczciwość. Gdy nadejdzie ten dzień i dostanę powołanie, by leżeć tam, gdzie wszyscy będą leżeć, niech ludzie powiedzą: to był dobry i uczciwy człowiek. A ogółem najważniejsza jest rodzina. Widzieć szczęście swoich dzieci. Być szczęśliwym z żoną. Sprawy zawodowe nie wystarczą, muszą być skorelowane z życiem prywatnym.

Panu nie zawsze to się udawało.

Wyrzucam sobie jedną rzecz: kiedy byłem młodym trenerem, zbyt wiele czasu poświęcałem nie swoim dzieciom. Uważałem, że żona zajmie się naszymi dziećmi, a ja zarabianiem pieniędzy. To był błąd. Dziś patrzę jak zięć pięknie wychowuje wnuka, jak osobiście uczy go wielu rzeczy. Ja traktowałem swoje dzieci trochę tak, jak mnie mój ojciec.

Odwieczny temat: międzypokoleniowa sztafeta błędów.

Ojciec był wychowany w typowo pruskim „ordnungu”. Szanowałem go bardzo – uczciwy, pracowity, wspaniały człowiek. Ale nigdy nie usłyszałem: synu, kocham cię. Ja może nie byłem dokładnie taki jak mój ojciec, ale też nie było tak, jak być powinno. Tego żałuję.

A najcieplejsza chwila pomiędzy panem i pana ojcem?

Teraz. Kiedy nie żyje. Ojciec zmarł w wieku 96 lat, mama też. Chodzę na cmentarz kilka razy w miesiącu. Mam tam ławeczkę, siadam i przeprowadzam taką rozmowę, jakiej nigdy nie przeprowadziliśmy kiedy żył. To pruskie wychowanie sprawiło, że między mną i ojcem istniała bariera. Ta bariera pozostała do końca życia. Nawet jak byliśmy dorośli, istniał ten sam mur.

Oczywiście, nasze relacje były poprawne, zawsze dzień dobry, zawsze wszystkiego najlepszego, ale rozmowom brakowało głębi. Nie usiedliśmy nigdy żeby porozmawiać, na przykład, o wojnie – ojciec brał udział w kampanii wrześniowej, mógł mi wiele opowiedzieć. Wiem, że walczył pod Bzurą, w którymś momencie był zmuszony schować się pod martwym koniem, a nad nim świszczały kule – tyle. A i to opowiedział przed większym gronem, w którym akurat się znalazłem. Zawsze mi się wydawało, że to on powinien pierwszy wyciągnąć dłoń, to on powinien porozmawiać ze mną. I tak to czekanie trwało aż umarł.

O jakich sprawach powinien ojciec z synem porozmawiać?

Zależy od wieku, ale na pewno więcej poświęcać czasu, gdy syn jest kilkuletnim dzieckiem. Nigdy nie byłem z ojcem w kinie, nigdy nie byłem z ojcem na meczu, mimo, że żyłem piłką od małego, a ojciec sam kiedyś był graczem Warty Poznań. Ale kiedyś było inne podejście do dzieci, znacznie bardziej oschłe.

Czytałem w jednym z wywiadów z panem, że gdy pana tata umierał, według pielęgniarek wykrzykiwał pana imię.

To mnie najbardziej bolało. W ostatnich godzinach, minutach, krzyczał: Michał, Michał! Tego nie mogę sobie darować. Może wiedząc, że następuje jego koniec, trzeba było spędzić jedną, drugą noc przy jego łóżku i samemu wyjść z inicjatywą rozmowy. Tego nie zrobiłem. To boli. Siedzi we mnie. I będzie siedziało do końca życia. Chodząc na cmentarz staram się nadrobić w jakiś sposób.

Ludzie za mało rozmawiają ze sobą o poważnych sprawach?

Zdecydowanie. Jak przydarzyło mi się to nieszczęście z oczami uświadomiłem sobie jak rzadko mówimy do siebie słowo: kocham. Niby banalne. Ale jak przyjemnie usłyszeć: tato, kocham cię, i samemu powiedzieć dziecku czy żonie: kocham cię, tak szczerze. Doświadczyłem wielu wspaniałych odruchów, od rodziny, byłych podopiecznych, przyjaciół, kibiców, czy nawet odruch pana Stanowskiego do Bońka i PZPN o pomoc. Pomyślałem sobie ilu na świecie jest dobrych, życzliwych, bezinteresownych ludzi, którzy zorientowali się, że spotkało cię nieszczęście i nie oczekując niczego w zamian chcą pomóc. To podnosiło na duchu. Ja na początku miałem wtedy depresję, nawet myśli samobójcze. Ale po tym wszystkim pomyślałem: nie no, nie możesz tego zrobić. Jak ci ludzie by się czuli?

Dlaczego czekamy z najważniejszymi słowami dopiero do momentów krańcowych?

Wydaje mi się, że to też między innymi moja słabość. Nie miałem nigdy na tyle odwagi, żeby burzyć takie mury.

Odwagę utożsamiamy z heroicznym czynem, a czasem prawdziwa odwaga to te kilka słów.

No więc właśnie. Przez tyle lat ani ja, ani tata żeśmy jej nie mieli.

Mimo to jaka silna więź między wami, skoro dzisiaj tak to pan przeżywa.

Ja go szanowałem bardzo. Uczciwy, dobry człowiek, pracoholik. Dla niego praca była najważniejsza.

Pana tata był dyrektorem opery, a zarazem, jak sam pan wspomniał, miał epizod w Warcie Poznań. Intrygujący rozrzut zainteresowań.

Ojciec ukończył wydział ekonomiczny Uniwersytetu Poznańskiego. Został dyrektorem opery poznańskiej, później wrocławskiej, a jeszcze później Teatru Muzycznego w Gdyni. Zaznaczam, że w takich instytucjach jest dwóch dyrektorów: artystyczny i administracyjny. Ojciec, ekonomista, był tym drugim. Radził sobie świetnie, wyciągnął operę wrocławską z wielkiego kryzysu, dlatego też pojawiła się oferta z Gdyni. Oczywiście kochał operę i ja też byłem wychowany w jej duchu. Już jako mały chłopiec chodziłem na przedstawienia – na początku bo musiałem, ale z czasem i jak pokochałem muzykę operową.

Co jest wyjątkowego w operze?

Operę, przede wszystkim, trzeba oglądać na żywo. To nie jest rodzaj kultury, który przenosząc na ekran zachowuje swoją magię. Opera na żywo to coś czarodziejskiego, sam klimat, wnętrze opery, czerwone dywany, te loże. No i cudowna muzyka. Można kilkanaście razy obejrzeć operę, a za każdym razem coś nowego się w niej odkryje.

Myśli pan, że jest cecha charakteru, którą dało panu zainteresowanie operą?

Na pewno to, że mam muzyczny słuch. Głosu może nie, chociaż jak sobie nucę to nie fałszuję. Trochę szkoda, że tata nigdy nie powiedział: a może byś się nauczył grać na skrzypcach lub pianinie? Żałuję bardzo. Chętnie bym sobie pograł na fortepianie teraz. Do opery dziś już niestety nie chodzę ze względu na wzrok, ale często puszczam ją sobie z DVD, położę się – obrazy same pojawiają się w głowie.

Ciekawi mnie karta pana ojca w Warcie Poznań.

Ojciec był sportowcem przedwojennym, czyli wszechstronnym. Boksował, wiosłował, był też taternikiem – w czasie wojny, jak uciekł z niewoli, przeprowadzał uciekających przez góry. W piłkę grał w drugiej drużynie Warty. Był szybkim skrzydłowym. Raz został powołany na mecz pierwszego zespołu, ale usiadł tylko na ławce.

Pan od początku miał pasję do piłki?

Tak. Byłem typowym podwórkowym piłkarzem, grałem w szkolnych reprezentacjach. Jak przenosiliśmy się w 61 roku do Gdyni, usiadłem w ławce szkolnej i od razu ktoś mnie klepnął:

– Ty, a w piłkę grasz?
– Gram, gram.
– Bo mamy fajną paczkę w klasie.

Stworzyliśmy zespół klasowy, który pokonywał nawet starszych i wygrał mistrzostwo całej szkoły. Później zapisałem się na krótko do trampkarzy Lechii Gdańsk. Wydaje mi się, że w swojej grupie byłem jednym z najlepszych. Jak zrezygnowałem – przyczyną logistyka – z Lechii wysłali dwa listy wzywające mnie, żebym nie rezygnował. Ale ja miałem w sobie tą podwórkowość, takie granie mi wystarczało, nie ciągnęło mnie do klubów. Później chciałem iść na AWF, ale tata powiedział „Nie będziesz uczył fikołków” i poszedłem na ekonomię. Z reprezentacją uczelni też zrobiliśmy mistrza wśród szkół wyższych.

Jakim był pan piłkarzem?

Szybkim, technicznym. Lubiłem drybling, kiwkę. Ale nigdy nie myślałem o jakiejś karierze, choćby próbie zostania zawodowym piłkarzem.

Wtedy jeszcze nie było aż takich możliwości.

Może zabrakło kogoś, kto by wziął za rękę, powiedział: chodź, pójdziemy na Arkę, zapiszę cię. I zostawiłem to. Natomiast muszę zdradzić ciekawostkę, że nawet jako piętnastolatek interesowałem się trenerką. Wychodziło to naturalnie: do Gdyni przyjeżdżały dzieciaki na kolonie. Ja prowadziłem naszą drużynę w meczach z nimi, ustawiałem: ty na prawej obronie, ty na lewej. Później, kiedy po skończeniu studiów pracowałem w przedsiębiorstwie gospodarki komunalnej, podobnie wyszło w rozgrywkach międzyzakładowych. Nie myślałem wtedy wcale, że kiedyś mogę być trenerem, ale to siedziało we mnie.

W zawodzie trenera najbardziej uderza mnie, jak trudno jest zbudować autorytet. Piłkarze mają duże ego. Jak się zmówią, mogą pokrzyżować szyki szkoleniowcowi, w teorii ich szefowi.

Dam swój przykład. Po wielu latach sukcesów juniorskich w Lechii przyszedł dzień, kiedy zaproponowano mi funkcję pierwszego szkoleniowca. Odeszło wielu zawodników, drużyna była na skraju. Ja byłem człowiekiem bez nazwiska, bez doświadczenia pracy z seniorami. W szatni pozostał Zdzisław Puszkarz. Według mnie zawodnik, który w tamtych latach równie dobrze mógł grać w Realu Madryt. Zabrakło mu tylko odwagi, żeby wyruszyć z Gdańska. To był Dr Jekyll i Mr Hyde. Na boisku kawał skurwysynka, zawsze dyskutował z sędziami, opieprzał zawodników, kolegów. A po meczu cichutki, skromny. Do dzisiaj nie chce udzielać wywiadów, nie przychodzi na spotkania. Wtedy w tej Lechii – bóstwo. Mógł zwalniać trenerów, mógł decydować o wszystkim. Pierwsze co zrobiłem, to zaprosiłem go na rozmowę.

– Zdzisiek, jeżeli ty mi nie pomożesz, to jutro mogę się pakować i wracać do juniorów.
– Trenerze, może pan na mnie liczyć.

Pierwszy trening. Już wcześniej to Zdzisiek często decydował czy będą przebieżki czy nie, czy za mocne czy za słabe. A tutaj Puszkarz w pierwszej parze, zapiernicza jak koń, pilnuje chłopaków. Wiedziałem, że go kupiłem i możemy spokojnie pracować.

Czym pan kupił jego zaufanie?

Szczerą rozmową. Poza tym ja wtedy może nie byłem znanym trenerem w Ekstraklasie, ale w klubie mnie szanowano, bo wygrywaliśmy z juniorami wiele, a wielu z nich – Grembocki, Marchel, Wójtowicz, Błaszczyk, Wydrowscy – przechodzili do pierwszej drużyny. Nieskromnie mówiąc, byłem lubiany. Ja nigdy nie miałem wrogów w swoim życiu. Zawsze starałem się być wobec ludzi uprzejmy, miły.

Może to przeszkodziło w efektowniejszej karierze z seniorami.

O tak właśnie. Ja sobie z tego zdawałem sprawę. Po drugie, jestem domatorem. Pracując w PZPN-ie musiałem sporo pojeździć, ale generalnie nie wyobrażałem sobie, że nagle dostanę telefon z Siarki Tarnobrzeg czy Dębicy, i jadę na drugi koniec Polski. Już to sobie wyobrażam: hotel, cztery ściany, mały telewizor. Po treningu ktoś mnie zaprasza na gorzałkę… Nie, nie dla mnie. Z góry wiedziałem, że jeśli zajmę się seniorami, to tylko w Trójmieście. Poza tym ja czułem się świetnie pracując z młodzieżą, to mi dawało wielką satysfakcję. Nigdy przez to nie dorobiłem się pieniędzy, bo ile można było zarabiać w pacy z juniorami. Był czas, kiedy pracowałem w kilku firmach jako ekonomista. Pracowałem słabo, bo będąc w pracy, już myślałem o piłce, już w myślach ustalałem plany treningowe. Dopiero później Wojtek Łazarek mnie namówił:

– Michał, zrób papiery w końcu.

Krok po kroku, z czasem rzucić zawód ekonomisty i skupić się na piłce.

Moim zdaniem polski futbol nigdy nie wskoczy na wyższy poziom, jeśli trenerzy juniorów nie będą mogli skupić się tylko na trenerce. Objeżdżaliśmy ostatnio w cyklu „Liga od kuźni” ekstraklasowe akademie, czyli w teorii topowe, a jednak i tutaj pełny etat często jest marzeniem.

To jest tak oczywiste. Bez tego nigdy nie znajdziemy się na poziomie, o którym marzymy. Taka historia z czasów, gdy byłem młodym trenerem juniorów Lechii. Przyszedł prezes i mówi:

– Słuchajcie Globisz, wicie rozumicie, nam nie zależy na wygrywaniu, potrzebujemy zawodników do pierwszej drużyny. Ja wam, wicie rozumicie, gwarantuję, że jak wychowacie piłkarzy, to ja was wynagrodzę.

I ja wtedy po treningach wołałem najlepszych – najczęściej Wójtowicza i Grembockiego – by zostawali. Mieli robić przerzuty, raz lewą, raz prawą nogą. Jeżeli na pięćdziesiąt wykonali czterdzieści pięć prawidłowo, mieli zaliczone i mogli iść. Ale ten dodatkowy wysiłek, pomysł, wyszedł z prozaicznego powodu: miałem okazje zarobić. Samo życie.

Musi być infrastruktura, trawiaste boiska, muszą być świetni, godnie zarabiający trenerzy. Bez tego nie ma w ogóle szansy. Kolejny problem, punktomania, która zabija szkolenie. Ja w Arce nigdy nie pytam jaki był wynik, tylko kto się wyróżnił. Dziesiątki razy wygrywałem wojewódzkie ligi juniorów, trampkarzy – nic z tego się nie pamięta. Te trofea tylko się kurzą. Ale pamięta się wychowanków.

Gdzie jeszcze widzi pan problemy polskiego szkolenia?

W braku szkolenia podstawowego. Dzisiaj jest łatwość zdobywania materiałów. Wejdziesz w sieć i masz konspekty z Barcelony. Pięknie, ładnie, ale nie trenuje się tego, co jest podstawą. Ja w Arce wprowadziłem dwie rzeczy: grupę Talent, gdzie dobieramy najzdolniejszych juniorów, młodszych i starszych, którzy regularnie mają treningi indywidualne na trawiastym boisku, szlifując technikę. Ale nie sztuczki, tylko bum, bum, klepka. To co szwankuje w lidze: podanie, przyjęcie, podanie, przyjęcie.

Trener Mamrot mówił mi: to nie tak, że polski piłkarz nie chce grać w piłkę. Chce. Nie ma ochoty za nią biegać. Ale decydują braki w technice.

Proste treningi: pasy, przyjęcia. Byłem kiedyś na treningu Joachima Lowa, jeszcze gdy był trenerem jednego z landów. Ustawił cztery czapeczki i zawodnicy grali po kwadracie najprostsze co może być – przyjęcie, podanie. Ale jak to robili! Perfekcyjnie. Z ruchem, z wyjściem. Rewelacja. Potem od takich zawodników można wymagać.

Przyjęcie, podanie – to najpowszechniejsze meczowe zagranie. Każdy ma takich sytuacji wiele w meczu.

To tak jak skrzypek, który musi pięć godzin dziennie ćwiczyć, tak jak pływak, który wstaje o piątej rano potrenować nawroty. Dlaczego piłkarze tego nie robią?

W Polsce za mało się trenuje?

Może nie za mało, ale poświęca się za mało na trening indywidualny. Gerd Muller zostawał po treningu, brał sobie dwóch juniorów, którzy wrzucali mu z prawej i z lewej. 20 minut po każdych zajęciach, on tylko uderzał. Ale to przekładało się na setki razy, budowało powtarzalność, a nie ma lepszej metody niż metoda powtórzeniowa. We wszystkim! U nas się tego nie robi. Czasem tak patrzę na trening. Wrzutka. Przyjęcie. Odegranie. Strzał. A już pierwsze podanie jest spieprzone. Wróćmy do tego, co jest spieprzone najbardziej – do podstaw.

Robotę szkoleniową kiedyś za akademie odwalały podwórka, dzisiaj próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Ludzie często wracają do czasów Lubańskiego, Pola, Gadochy i mówią: wtedy nie było boisk, a jakie wyniki, jakie wyszkolenie. Ci chłopcy zapisywali się do klubu nie w wieku 6 lat, tylko 12-13. Ale poza tym rzucali tornistry w parku i grali czterech na czterech; dryblingi, kiwki, bez trenera który krzyczałby: nie wolno! A poza piłką bieganie po płotach, trzepakach, nawet bijatyki – tak wykuwała się ogólna sprawność.

Pan też się bił?

Oczywiście, że tak, jak każdy chłopak. Wtedy trzynastolatek miał naturalną koordynację ruchową, był zwinny, zręczny. W klubie potrzebował głównie nauki taktycznej. Natomiast teraz sześciolatka przywozi na trening mamusia pięknym samochodem. Dziecko ma zielone buty, piękny strój, zaczyna trenować. Janusz Kupcewicz, mój serdeczny przyjaciel, pracuje jako w-fista. Mówił mi:

– Michał, to jest tragedia. Dzisiaj więcej dzieci nie przychodzi na w-f niż przychodzi. Ja się boję, że tym dzieciom coś się stanie przy najprostszych ćwiczeniach. Przewrotu nie potrafią zrobić.

Wszystko jest skorelowane. Od czasu do czasu uda nam się zebrać kilkunastu chłopców, którzy złożą się na dobrą pierwszą reprezentację, ale nie ma u nas tej powtarzalności co u Niemców, Holendrów.

A co pan sądzi o sztucznych murawach? Dzisiaj to na nich, poprzez Orliki, masowo gra się w piłkę.

Są potrzebne, ale jako alternatywa. Oczywiście są sztuczne murawy i sztuczne murawy. Sto metrów stąd, na Narodowym Stadionie Rugby, jest najwyższej generacji sztuczna trawa. Ale na Orlikach często jest stargana, zniszczona, potem robi się prawie jak beton. Nie mam dobrej opinii. Inna przyczepność, to idzie w stawy. Chyba nie przypadek, że tyle lat pracuję z młodzieżą, a nie przypominam sobie kiedyś tylu kontuzji tego typu.

Na ścieżkę trenerską wkroczył pan przez przypadek.

Żona pracowała w Zjednoczeniu Gospodarki Komunalnej. Miała koleżankę w pokoju i plotkowały na różne tematy. Któregoś razu moja żona powiedziała, że ma zwariowanego na punkcie piłki męża. Ta druga odpowiedziała, że ma bliskiego znajomego, który jest taki sam. Tą osobą był Wojciech Łazarek, prowadzący wtedy MRKS w porcie gdańskim, wówczas III liga. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Nie minął miesiąc, a Wojtek był już w Lechii. Pamiętał mnie i moje zaangażowanie, polecił mnie do juniorów. Moja pierwsza oficjalna umowa trenerska, już za jakieś nieduże pieniążki. To Wojtek później niejednokrotnie dbał bym rozwijał się w zawodzie.

Pojawiła się osoba, która popychała w odpowiednim kierunku.

No właśnie. Do dziś jestem mu wdzięczny. Natomiast inny przypadek, który mocno wpłynął na moje losy: za Dziurowicza w PZPN-ie szefem komórki szkolenia młodzieży był Wiesław Wika z Gdańska. On namówił Dziurowicza, żeby odsunąć „warszawkę” i dać się wykazać terenowi. Rocznik 1981 objął trener Krzysztof Paluszek z Wrocławia. Rocznik 1983 Antek Szymanowski z Krakowa. Rocznik 1982 Michał Globisz z Gdańska.

Chciałem zapytać o trenera Łazarka. Wiadomo jak barwna to postać, pan go znał dobrze.

To były czasy, kiedy przed meczami spotykało się na wódeczkę. Zawsze przy Wojtku siedział ktoś z kierownictwa, kto miał spodnie z ortalionu. Wojtek nie był człowiekiem, który dużo wypijał, dlatego gdy nikt nie widział, szybko wylewał z kieliszka. Jestem w towarzystwie, nie wypada, ups!

Takie fakty: trzeba było wtedy pić. Sam pan mówi, że nie wypadało inaczej.

Trzeba było, tak. Ja jako trener pierwszej ligi pamiętam zwyczaj, zupełnie naturalny, że trenerzy spotykali się przed meczem na kielicha. Mnie ta setka nawet pomagała, trochę uspokajała nerwy. Trenerzy musieli się wyjątkowo nie lubić, żeby się tak nie spotkać.

Tego alkoholu w polskiej piłce było wówczas multum, a jednak wyniki lepsze.

Żebyśmy nie wyciągnęli z tego złego wniosku (śmiech).

Trener Globisz czystą uzdrawia polską piłkę.

Piło się tylko tą wódkę, nie było dobrego wina, whisky, tylko wódka. Ale zawodnicy byli tak wspaniale wyszkoleni, że to najwyraźniej nie przeszkadzało. No i futbol był wtedy znacznie mniej fizyczny.

I w innych krajach też bywało różnie ze współcześnie rozumianym profesjonalizmem – Cruyff palił papierosy.

Cruyff to dla mnie piłkarz numer jeden. Wszystko miał. Dosłownie. Ale podobno jako człowiek był bardzo wredny. Tak twierdził Beenhakker. Notabene z Beenhakkerem bardzo się lubiłem. Jak pojechał z nami do Kanady, na zgrupowaniu też mi powiedział:

– Michał, nie róbcie złożonych schematów, stawiaj na prostotę. Prostota jest najważniejsza w piłce. Jak chcesz wykonać trudne ćwiczenie, najpierw musisz umieć te proste. Szlifuj podstawy i grę na utrzymanie, to ci będzie potrzebne.

Panie trenerze, istnieje sekret skutecznego szkolenia młodzieży z punktu widzenia samego warsztatu trenerskiego?

Można być wspaniałym trenerem w seniorach, a kompletnie nie pasującym do młodzieży. Nie wyobrażam sobie na przykład Franka Smudy w pracy z juniorami. To zabrzmi górnolotnie, ale trzeba kochać młodzież. Być wobec niej uczciwym, sprawiedliwym, wychodzącym poza trening wychowawcą, pedagogiem. Dla niektórych trzeba być drugim ojcem. Miałem takich wychowanków – Grembocki, Wójtowicz, Mila – co do których wiem, że trochę im ojca zastępowałem. Jeżeli ci chłopcy widzą trenera, który szczerze im poświęca uwagę, troszczy się o nich, jest sprawiedliwy, to powstaje więź i można wyegzekwować ambitną postawę. Ja nigdy nie miałem ze swoimi podopiecznymi problemów wychowawczych.

A wypad chłopaków na dyskotekę podczas mistrzostw Europy U16?

Myślałem bardziej o zaangażowaniu w treningi. Wtedy podpadło dwóch. Były dziewczyny w hotelu. Żebyśmy mieli jasność: nie prostytutki, po prostu dziewczyny. Wziąłem ich na rozmowę. Powiedziałem, że jeśli następny mecz przegramy, to nigdy więcej w tej kadrze nie zagrają, tak długo jak będę ją prowadził. Obaj zagrali świetnie i już nigdy nie było z nimi problemów.

Powiedzmy, że takie wpadki były trzy. Straszliwie nieudane finały Mistrzostw Europy w Wielkopolsce. Awansowaliśmy do Kanady, ale to było rozczarowanie. Błąd że mieszkaliśmy w hotelu w centrum Poznania. Łatwy dostęp, kibice wszędzie wchodzili, przynosili gorzałę chłopakom… Chłopcy byli rozkojarzeni. Wielka porażka moja, wielka.

Nie upilnował pan.

Nie upilnowałem. Ciężko było tam upilnować. Przejście takie, ze każdy z ulicy mógł wejść na nasze piętro. Tłumy ludzi. Masakra. Że ja się na to zgodziłem! Nie miałem wyobraźni, że coś takiego może się zdarzyć. Kilku podpadło i nie wziąłem ich później.

A jak pan patrzy na późniejsze losy Dawida Janczyka?

Jest mi bardzo przykro. Nie tak dawno zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie pomógłbym znaleźć mu klubu w regionie, tak do II ligi. Chciałem pomóc, wykonałem kilka telefonów, ale nikt nie chciał zaryzykować. Przyznam szczerze, jakbym prowadził klub w pierwszej lub drugiej lidze, zaryzykowałbym. Talent niesamowity.

Jest aktualnie w Odrze Wodzisław u trenera Wieczorka.

A to nie wiedziałem. Bardzo dobrze. Dawid to skromny, sympatyczny chłopak, który się pogubił przez złych ludzi wokół niego. Włodek Lubański mi opowiadał, że jak otworzyli szafkę po Dawidzie, wysypało się tego szkła pustego po gorzale…

Jakie są największe zagrożenia czyhające na młodych piłkarzy?

Bardzo ważny jest okres przejścia z juniora do seniora. Najtrudniejszy moment. Wielka rola dwóch trenerów: tego, który żegna się z juniorem. Musi wziąć na rozmowę:

– Słuchaj chłopie, fajnie było, ale wchodzisz w inny świat. Pamiętaj o tym, że ten świat jest trudny, a na ciebie, młodego człowieka, czyha wiele niebezpieczeństw. To nowe środowisko, przypływ pieniędzy, dziewczyny. Wokół ciebie będą różni ludzie. Także ludzie źli, namawiający na różne rzeczy.

Drugi trener to ten, który go przejmuje. Tak samo musi wziąć na rozmowę i spełnić swoją rolę w budowaniu świadomości.

Kto z piłkarzy, których pan prowadził, powinien zrobić największą karierę, a jej nie zrobił?

Z rocznika 1982 spodziewałem się, że reprezentacyjną karierę zrobi Łukasz Nawotczyński. Wspaniały stoper. Był też taki piłkarz, Darek Zawadzki. Bajecznie wyszkolony technicznie środkowy pomocnik z przepięknym uderzeniem. Pamięta pan gol Kupcewicza na mistrzostwach świata? Darek go skopiował w półfinale ME U-16 z Portugalią przy stanie 1:1. Nawet z miejsca strzelał identycznego. Darek nie miał tylko jednego: szybkości. Swoistej dynamiki.

Zawodnik, który urodził się o dwadzieścia lat za późno. W dawnej piłce by się odnalazł.

Tak. Nie był na te czasy. Piękny przerzut, uderzenie z drugiej linii, piłka mu się kleiła, elegancki w grze.

Nie wierzę, że nie dało się go w naszym futbolu lepiej zagospodarować, skoro dopiero co powiedzieliśmy, że największym naszym problemem jest technika.

Namówiłem na niego Arkowców. Był w Arce, ale nie byli z niego zadowoleni. Brakowało tej dynamiki. To był duży zawód dla mnie. W roczniku 1990 najlepszy był Janota. Cudowny talent. Cudowny. I teraz znowu zaczyna pokazywać co potrafi. Ja go polecam Jerzemu Brzęczkowi do sprawdzenia. Mamy Zielińskiego, ale czy jest jakiś drugi kreatywny pomocnik na dziesiątce? Ja takiego nie widzę. Michał ma dopiero 28 lat, w świetnym wieku jest.

Jaki był Janota wtedy?

Nieprawdopodobnie uzdolniony. Jak pierwszy raz go zobaczyłem, opędzlował czterech zawodników i bramkarza. Niewysoki, lewonożny, a lewonożni często coś od Boga dodatkowo dostają. Janota strzelał wtedy w turniejach eliminacyjnych po kilka bramek, grał znakomicie.

To co się stało?

Siadła troszkę główka w Holandii. Zauważyłem, że przyjeżdżał stamtąd trochę inny. Chyba zabrakło mu kogoś, kto by wtedy powiedział:

– Chłopie, masz nieprawdopodobny talent, ale właśnie teraz, w tym momencie, musisz zacząć zapierdalać, wziąć się za solidny trening. Wtedy będziesz wielki.

A on się chyba zachłysnął tym, co jest. Luzaczek, jechał na talencie. Przez to nastąpiły lata, nazwijmy to, kryzysowe. Położono na nim krzyżyk, ale kiedy Zbyszek Smółka przyszedł, chciał Michała i spytano mnie o opinię, od razu powiedziałem: bierzcie go. W Stali Smółka go odbudował, jego dzisiejsza forma to zasługa Zbyszka. Z Janotą może być tak, że w im lepszym gra towarzystwie, tym lepiej sam wygląda. Może w kadrze, mając wokół siebie najlepszych, pokaże jeszcze inny poziom? Teraz to silny charakter, inny człowiek niż dawniej. Ożenił się, ma dziecko, ustabilizował swoje życie.

A Rafał Grzelak?

Oczywiście, Rafał grał wspaniale. Pochodził z bardzo biednej rodziny z wieloma problemami. Dużo pomógł mu Janusz Matusiak z SMS-u Łódź. Zaopiekował się nim od strony życiowej. Nie potrafię zrozumieć czego Rafałowi zabrakło do wielkiej kariery. Wydawało się, że ma wszystko.

Z Rafałem mam jedną zabawną historię. Gdzie nie jechaliśmy, zawsze starałem się chłopcom w pigułce, dziesięć minut góra, opowiedzieć o tym w jakim jesteśmy mieście, w jakim kraju, a w wolnym czasie pokazać zabytki. Na początku narzekali: gdzie on nas prowadzi, jakie zabytki! Woleliby iść do sklepu sportowego. Pamiętam jak z Rafałem byliśmy w Budapeszcie i powiedziałem, że będziemy zwiedzać. Rafał narzekał głośno, a ja się lekko wkurzyłem. Wziąłem go na rozmowę.

– Słuchaj, dostajesz zadanie i ono zdecyduje czy będziesz w składzie. Weźmiesz zeszyt, długopis i opiszesz wszystkie zabytki, które będziemy zwiedzać.

Jedziemy, chodzimy całą grupą, a Rafał z zeszytem notuje i dopytuje: „Co tam jest!”. Po latach się spotkaliśmy, grał w Arce. Pytam go:

– No i kto był pierwszym królem węgierskim?
– Stefan!

Ojcował też pan Sebastianowi Mili.

Jak go zobaczyłem, od razu pomyślałem: piłkarzyk. Wyszkolenie techniczne, zwinność, klepka, wyobraźnia. Kreator. Na meczu był jego tata, Stefan, też kiedyś świetny piłkarz. Namówiłem go, żeby puścił Sebastiana do SMS-u. Stefanowi zależało na rozwoju piłkarskim syna i zgodził się. Sebastian był bardzo wrażliwym dzieckiem, bardzo przeżywał każde niepowodzenie. Jak coś mu nie szło, potrafiła pojawić się łza. Do niego nigdy nie docierało się przez krzyk. Pamiętam taki mecz w fazie grupowej Euro U16. Graliśmy z Chorwacją i Sebastian krzyczał do kolegów jeszcze takim dziecięcym wówczas głosem:

– Chłopcy, chłopcy, chłopcy! Zróbmy wszystko, żeby utrzymać ten wyniki! Żebyśmy nie stracili!

Ostatnim sukcesem polskiej drużyny juniorskiej był awans młodzieżówki Czesława Michniewicza na Euro. Jak pan ocenia tą drużynę?

Wielki sukces z Portugalią na skutek mądrej taktyki jaką zastosował Michniewicz. Gdybyśmy chcieli grać otwartą piłkę, to jestem pewien, że byśmy przegrali. Stara prawda: polscy piłkarze, gdy muszą grać atakiem pozycyjnym, gubią się. Nie mogliśmy narzucić stylu nawet z Wyspami Owczymi. W naszych genach jest gra z kontry. Rozmawiałem z Czesiem i doradzałem mu, że na jego miejscu teraz doskonaliłbym tylko grę defensywną, od napastnika do ostatniego obrońcy. Przód zostaw, masz indywidualności, i tak będziesz starał się kontrować, a przy tym sobie poradzą.

Panie trenerze, a jak chronić chłopaków urodzonych w czwartym kwartale? Gdy sprawdzimy drużyny młodzieżowe, dominują zawodnicy ze stycznia, lutego, marca. Nie dlatego, że urodzeni w tych miesiącach grają lepiej, tylko szybciej dojrzewają fizycznie.

Niektórzy są prawie rok młodsi, w tym wieku to jest kłopot. Znowu problem punktomanii. Trener jest rozliczany za wyniki, w związku z tym, wiedząc o problemach technicznych, postawi na zawodników zdrowych, silnych, wysokich. To mu daje większe szanse. Pamiętam jak sam zaczynałem pracę w PZPN-ie. Powiedziano mi:

– Panie Michale, wyniki w piłce juniorskiej nie są ważne. Chodzi o to, żeby pan wyselekcjonował zdolnych młodych chłopców, którzy w przyszłości przebiją się do pierwszej kadry.

Wychodzę pełen entuzjazmu. To chciałem usłyszeć. A tu podchodzi do mnie cudowny człowiek, świętej pamięci Rysiu Kulesza.

– Panie trenerze, tak szczerze powiem: będą rozliczać pana za wynik. Musi pan osiągać dobre wyniki.

Sukcesy pana młodzieżówek zbiegły się z funkcjonowaniem Szkół Mistrzostwa Sportowego, których teraz już nie ma.

Ja uważam, że to był wspaniały program. Myśmy to zerżnęli z francuskiego modelu. W Gdańsku wyglądało to tak: chłopcy zakwaterowani na obiekcie AWF-u, pokoje dwuosobowe. Za murem internatu szkoła. Na obiekcie AWF-u boiska, sztuczna i naturalna nawierzchnia. Opracowany dokładny program, mocno opierający się na treningu indywidualnym i doskonaleniu techniki. Dwa treningi dziennie o różnym natężeniu, tak od poniedziałku do czwartku, w piątek szli do swoich klubów, rozegrali mecz w sobotę czy niedzielę i wracali w niedzielę wieczorem. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, dbał o to Zbyszek Jastrzębski, to ja go wprowadzałem w piłkę.

Paweł Hajduczek mówił mi ostatnio, że fizycznie czuł się znakomicie, a były to metody oparte na niemieckim systemie szkolenia.

Jak jechaliśmy na ME, Zbyszek zrobił chłopcom badania.

– Michał, porównuję z badaniami z Ekstraklasy i macie zdecydowanie lepsze wyniki wydolnościowe.

To była wspaniała robota, ale jak zwykle wylano dziecko z kąpielą. Okazało się, nie powiem gdzie, że były nieprawidłowości finansowe w SMS-ach. I za to je wszystkie ukrócono. I nie ma SMS-ów. A przecież to nie tak, że Globisz cudotwórca przyszedł i zrobił wynik. Nie, to był efekt prawidłowego, systemowego szkolenia.

Wymowne jak pana byli podopieczni sami zorganizowali się by pomóc, gdy dotknęły pana problemy ze zdrowiem.

To są prawdziwe nagrody dla trenerów. Medal medalem, wygrana wygraną, ale taki gest tylko świadczy, że warto pracować. I że się chyba dobrze pracowało, że się spełniło.

Jak dzisiaj u pana ze zdrowiem?

Status quo po powrocie z Pekinu, gdzie nastąpiło 15% polepszenie. Powiedziano mi, że na pewno nigdy nie będzie już lepiej. Polepszyło się natomiast o wiele więcej w sensie psychicznym. Człowiek po prostu się przyzwyczaił. Dziwne uczucie – kiedyś powiedziałem, że nie ma dnia odkąd to się stało, żeby w różnych sytuacjach mi się nie przypominało, że jednak prawie nie widzę. To są takie momenty, że aż mną wstrząsa. Nigdy nie będę już widział normalnie. Nigdy nie zobaczę meczu na żywo. Taka świadomość gdy poszedłem na stadion: dziesięć tysięcy ludzi, a ja prawdopodobnie jedyny, który tego meczu nie widzi. Ale z każdym dniem człowiek zaczyna się adaptować. Najlepiej czuję się w małej przestrzeni, w domu na przykład bardzo dobrze. Źle na większej przestrzeni, gdzie jest skupisko wielu ludzi. Teraz będzie opłatek, dużo osób, będę się bał: czy kogoś nie poznałem? Taki dyskomfort.

Warto powiedzieć, wszystkim tym, którzy zwlekają z pójściem do lekarza, że gdyby wykonał pan wcześniej jedno badanie krwi, dałoby się tego uniknąć.

Tak. Ale z pierwszym okiem było jeszcze gorzej. Trening Lechii, prowadzę zajęcia na hali. Wszedł kolega, obróciłem się i dostałem piłką prosto w oku. Okulary spadły, rozbiły się – no trudno, zdarza się. Ale potem zauważyłem, że dzieje się coś złego. Poszedłem do lekarza w szpitalu wojewódzkim. Najpierw faszerowali mnie sterydami, cały od nich puchłem. Mówili: niech się pan nie przejmuje, jutro będzie lepiej. A rano przychodzili, a u mnie żadnej zmiany. W końcu powiedzieli, że więcej sterydów dać mi nie mogą i musi to być inna przyczyna. Zaczęli rwać zęby, że to niby od nich. Trzy mi wyrwali. Nic, oczywiście, nie dało. Stwierdzili, że to stwardnienie rozsiane i muszę opuścić szpital, iść do akademii medycznej. Poszedłem, facet mnie zbadał:

– Nie ma pan żadnego stwardnienia. Proszę, niech pan idzie piętro wyżej do okulisty.
– Już byłem.
– Niech pan to zrobi dla mnie i idzie.

Poszedłem, młody człowiek zrobił mi panoramiczne zdjęcia dna oka. Następnego dnia powiedział, że mam pęknięte mikronaczynko, które powodowało, że cały czas sączyła się krew i likwidowała pęczek wzrokowy. Gdybym przyszedł wcześniej, przycięliby laserem i byłoby dobrze, ale jest za późno i nie będę widział.

To dość przerażające: człowiek idzie do lekarza i jest pewien, że mu pomogą. A tu tak samo jak na boisku może się trafić fuszer. Albo ktoś, kto włoży w leczenie całe serce, ale nie będzie miał dość umiejętności.

Mi zarzucano – rodzina, znajomi – że trzeba było iść do jednego, drugiego, trzeciego lekarza. Ale ja taki jestem – ufający. No co wy chcecie? Przecież byłem u lekarza.

Przejechał się pan kiedyś na zaufaniu?

Nie. Ja całe życie miałem wokół siebie życzliwych ludzi. Zero konfliktów rodzinnych, masa przyjaciół, wszystko dzięki dużej dozie zaufania.

Jak to zrobić, żeby tyle lat przeżyć w szczęśliwym związku małżeńskim? W przyszłym roku panu i pana małżonce stuknie pięćdziesiąt lat pożycia.

Trzeba się kochać. Ja w ten związek wszedłem z miłości, odwzajemnionej. Miałem 17-18 lat, gdy poznałem Marię. Mieszkała nade mną, piętro wyżej. Pięć lat chodziliśmy ze sobą, później ślub. Najważniejsza jest wzajemna uczciwość.

Ciekawe, że pana żona też ma piłkarskiego bakcyla.

Tak, na mundialu obejrzała ze mną każdy mecz. Miała nawet taki plakat, gdzie wpisywała wszystkie wyniki. Ogląda poza tym prawie wszystkie mecze Lechii i Arki. Jak teraz było losowanie grupy eliminacyjnej Polaków też oglądała. Zna się dobrze. Ma wiele pasji, codziennie czyta książki, rozwiązuje krzyżówki, razem śledzimy też kino. Mamy ogromną kolekcję filmów na DVD.

Jaki jest pana ulubiony film?

Z polskich „Ziemia obiecana”, nie mówiąc o takich perełkach jak „Rejs” czy „Ballada o ścinaniu drzewa”.

A najważniejsza książka?

„Czarodziejska Góra” Tomasza Manna. Zmusza do refleksji nad życiem i jego sensem. Ale to nie jest tak, że czytam – a raczej obecnie słucham – wyłącznie, nazwijmy to, poważną literaturę. Ostatnio przerabiam „Rodzinę Borgiów” Mario Puzo chociażby. Ludzie czasem pytają: co ty będziesz robił na emeryturze? A ja się jej nie boję. Codziennie godzinę słucham muzyki, słucham audiobooków, a jeszcze spacer, bo nie wysiedziałbym w domu cały dzień, a jeszcze wiadomości polityczne, by wiedzieć co się w Polsce dzieje.

Jakby pan mógł przeżyć jeden dzień ze swojego życia jeszcze raz, jaki by pan wybrał?

Dowolny dzień z tych, od których rozpoczęliśmy. Przyszedłbym na Górną, gdzie rodzice mieszkali i porozmawiał z ojcem. Na te wszystkie tematy, o których tutaj rozmawialiśmy.

Rozmawiał Leszek Milewski

Napisz do autora

Fot. FotoPyK