Świat według Jacquesa
Inne sporty

Świat według Jacquesa

Gdyby Robert Kubica wziął do ręki długopis i miał zrobić listę swoich największych tępicieli w świecie Formuły 1, nie mogłoby na niej zabraknąć Jacquesa Villeneuve’a. Kanadyjczyk do dziś ma nadciśnienie po tym, jak z wyścigowego siodła zrzucił go właśnie Polak. Teraz nadarzy się kolejna okazja do kąsania, bo Jacques będzie pewnie jednym z głównych recenzentów poczynań Williamsa. Ale kto mu zabroni, skoro to on jest ostatnim mistrzem świata, którego pamięta team z Grove…   

Na jednym z forów poświęconych Formule 1, ktoś rzucić hasło „Dlaczego nienawidzimy Jacquesa Villeneuve’a?”. I od razu się posypało: „bo ciągle pieprzy głupoty”, „bo od kiedy przeszedł na emeryturę, ciągle robi gównoburzę”, „bo gada bzdury, żeby tylko jego nazwisko było w gazetach”, „bo jest jak stary facet, którzy krzyczy do dzieci, żeby zeszły z trawnika”, „bo jest Kanadyjczykiem, a to chyba wystarczy”. Jeden z uczestników dyskusji wrzucił też zdjęcie gwiazdora siedzącego samotnie przy stole i opatrzył to podpisem – „Jacques ze swoimi przyjaciółmi”.

Gdyby zrobić sondaż na najbardziej nielubianych ludzi Formuły 1, byłaby to całkiem mocna kandydatura.

A przecież mówimy o byłym mistrzu świata, jednym z najlepszych kierowców drugiej połowy lat 90. O człowieku, za sprawą którego w Formule 1 zakochało się wielu kibiców. Mało tego, Jacques Villeneuve w czasie kariery był przecież uosobieniem tego, za czym tak bardzo tęsknią dziś fani królowej sportów motorowych – charyzmy. Kiedy obecni kierowcy to w zdecydowanej większości PR-owe wyroby, on był sportowcem z krwi i kości, mówił barwnie i zawsze to, co myślał.

Mimo sporej kariery, dziś wielu kibiców traktuje go jednak trochę jak frustrata, który nie może pogodzić się z tym, jak ostatecznie obszedł się z nim świat Formuły 1. Lepszy pożytek mają z niego tylko dziennikarze, bo w telewizyjnym studio jest ostry jak brzytwa. Jego opinie co chwilę podnoszą temperaturę w paddocku i doszło nawet do tego, że szefowie Williamsa w odpowiedzi na ostrą krytykę zaczęli odmawiać mu wstępu do swoich pomieszczeń podczas weekendów wyścigowych.

A bo Robert, to…

Jak wiadomo, dla kibiców w Polsce Jacques Villeneuve to przede wszystkim jeden z największych krytyków Roberta Kubicy. Naszego kierowcę zaczął podgryzać już w 2006 r., kiedy stracił miejsce w ekipie BMW Sauber. Mówi się, że to Polak wysłał go na emeryturę zamieniając go przed Grand Prix Węgier (w poprzednim wyścigu na Hockenheim Kanadyjczyk miał wypadek), ale tak naprawdę Jacques sam powoli schodził już na zieloną trawkę.

Zaliczał kolejny marny sezon, czego dowodem było 7 punków wyjeżdżonych w dwunastu wyścigach. Zupełnie nie przypominał już kierowcy, który w 1997 r. zdobył mistrzowski tytuł z Williamsem, wygrywając aż siedem Grand Prix w sezonie. Z każdym kolejnym teamem zaliczał coraz bardziej dotkliwy zjazd, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że chociażby jego ekipa British American Racing (1999-2003) słynęła z notoryczny defektów bolidu. Z tym zespołem na koniec sezonu był najwyżej na siódmym miejscu, dlatego wielu drażniło, że Kanadyjczyk kosił rocznie około 20 mln dolarów pensji (według informacji formula1.com).

Później było jeszcze gorzej. Krótki epizod w Renault nie zasługuje nawet na większą uwagę, z kolei z Sauberem, a później BMW Sauber, był kolejno 14. i 15. Tak więc Villeneuve w 2006 r. mógł wyczuwać już swój początek końca w Formule 1, chociaż raczej nie podejrzewał, że gwoździem do trumny będzie gość, który jeszcze rok wcześniej jeździł w Formule Renault 3.5. – Pieprzyć to. Czas zająć się resztą mojego życia – miał powiedzieć wtedy na odchodne. Żeby się odstresować, poszedł w muzykę i już rok później spełnił swoje marzenie nagrywając płytę „Private paradise”. Niestety, nie dostał Nagrody Grammy.

Postawienie BMW Sauber na Roberta na pewno było dla niego bolesne. Poza tym pamiętajmy, że jedynym wygranym wyścigiem Kubicy było Grand Prix Kanady, a to matecznik Villeneuve’a. Być może także stąd to jego późniejsze krytykanctwo – mówi Ryszard Turski, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu „F1 Racing”. A Jacques na swojej ziemi nie wygrał nigdy.

O kulisach współpracy Villeneuve’a z Kubicą, kiedy nasz kierowca był trzecim jeźdźcem BMW Sauber, wiadomo niewiele. Tyle, że nie byli wielkimi przyjaciółmi i raczej nie spędzali ze sobą świąt. – Nie będę płakał z powodu zajęcia miejsca Jacquesa w zespole. Czasami tak się zdarza, gdyż takie jest życie. Pracowałem z nim i dla niego. Próbowałem podczas piątkowych sesji treningowych pomóc mu jak tylko mogłem i na ile było to możliwe – mówił Kubica kanadyjskim dziennikarzom w 2007 r.

Robert starał się być jednak dyplomatą, bo kiedy w 2017 r. testował bolid Renault i coraz bardziej zbliżał się do powrotu na tor, Villeneuve przeczołgał go w rozmowie z belgijskim mediami. Mówił, że ewentualny powrót Polaka do ścigania po tak ciężkiej kontuzji to wstyd dla Formuły 1, a język rozwiązał mu się na tyle, że wrócił do wydarzeń z 2006 r. Jak mówił, kiedy Kubica był trzecim kierowcą, „nie dało się z nim wytrzymać i trudno było się z nim dogadać” i że ogólnie „były to dla niego straszne miesiące”. Jak widać, gołąbki pokoju raczej nie fruwały wtedy w paddocku BMW Sauber.

Mam mieszane uczucia, mówiąc o nim. Ciekawy człowiek, ale z kłopotami charakterologicznymi. Z jednej strony doceniam go, bo był bardzo dobrym kierowcą, ale z drugiej strony później bardzo się pogubił, bo nie potrafił pogodzić się ze swoją porażką – dodaje Turski. – Jest osobą, która bez wątpienia ma wielką wiedzę, jednak w momencie, kiedy Formuła 1 zrezygnowała z jego usług, niepotrzebnie zajął się recenzowaniem obiecującego zawodnika. Zamiast być dla Roberta mentorem, wsparciem, on go strasznie krytykował. Chociaż doceniam, że później częściowo wycofał się z tej krytyki przyznając, że się pomylił. Jako były wielki kierowca może sobie pozwolić na wiele, niemniej jednak do jego słów należy podchodzić z duża rezerwą.

Kiedy powrót Kubicy do Formuły 1 był coraz bliższy, dawny mistrz znów jednak nie przebierał w słowach. Twierdził, że Robert nie będzie potrafił w pełni obsługiwać kontuzjowaną ręką kierownicy naszpikowanej przyciskami. Że jego dobre wyniki podczas przejazdów testowych w Williamsie to tylko dowód na to, jak kiepscy są podstawowi kierowcy. Że sabotuje rozwój bolidu Williamsa. Że powinien zostać poddany dodatkowym testom fizycznym. I najpoważniejszy zarzut, który padł na łamach „Auto Bilda” – że Kubica będzie realnym zagrożeniem dla innych kierowców, za co w przypadku groźnego zdarzenia na torze odpowie Williams.

Chociaż nieco dziwnie brzmi to w ustach kierowcy, który zaliczył w swojej karierze kilka poważnych wypadków. Do historii przeszedł przede wszystkim ten z Grand Prix Australii z 2001 r. Bolid Villeneuve’a uderzył w tył auta Ralfa Schumachera, po czym rozbił się o barierę ochronną. Zabłąkane koło, które urwało się z samochodu Kanadyjczyka, śmiertelnie uderzyło jednego z pracowników służb porządkowych.

A wracając do sprawności Roberta… – On udowodnił, że może się ścigać. Poza tym nikt nie zaryzykuje i nie posadzi w bolidzie faceta, który jest potencjalnym samobójcą – mówi Ryszard Turski, chociaż nie ukrywa, że sam obawia się jednej rzeczy: – Tego, co będzie się działo po starcie do pierwszego zakrętu. Nagle mamy dwadzieścia bolidów dookoła i niech dojdzie do jakiegoś kontaktu nawet nie z winy Roberta. Od razu mogą paść komentarze, że to i tak jego wina. Chociaż wiem, że on mentalnie sobie z tym poradzi. O ocenę takich sytuacji oczywiście będzie też proszony Villeneuve, bo był kierowcą Williamsa, a losy jego i Roberta przez lata przeplatały się. Ale czy to będzie jakaś sensowna ocena, a nie krytyka pod publiczkę? Umówmy się, to co robi Villeneuve, jest też jego własnym PR-em. Wprawdzie swoje zarobił i ma dobre nazwisko, ale na pewno chciałby być cały czas blisko tego świata.

„Chcesz zrobić ze mną wywiad?”

Ale żeby nie było, że Jacques jest wyłącznie etatowym hejterem Robert Kubicy. Kanadyjczyk od lat recenzuje w zasadzie całą Formułę 1, to, w jaki sposób ona funkcjonuje.

Na przykład? W 2012 r. udzielił „Guardianowi” wywiadu, w którym nazwał współczesnych kierowców dziećmi, bo – jak to ujął – traktują Formułę 1 jak grę video. Chodziło o nadmierne ryzyko podejmowane na torze. Jak mówił, kiedy 20-30 lat temu ryzyko śmierci na torze było o wiele wyższe, kierowcy jeździli z większym respektem i szacunkiem dla rywala. Twierdził, że większe ryzyko na torze to efekt m.in. dopuszczenia do wyścigów często mało doświadczonych pay driverów, którzy dostają fotel w bolidzie płacąc za to zawartością portfela swoich sponsorów.

A propos dzieci. Kiedy w Formule 1 zadebiutował 17-letni Max Verstappen, Jacques wprost nazwał to obrazą dyscypliny. Ironicznie pytał, czy szefowie Red Bulla wiedzą, że wsadzają do bolidu dziecko, które dopiero co schowało w garażu swojego gokarta. A mówiąc już poważnie, nie negował wprawdzie szybkości młodzika, ale piętnował jego brak doświadczenia. Dlatego też później tak rozsmakował się w komentowaniu każdego incydentu, w który zamieszany był Max.

Villeneuve w ogóle mocno korzysta z prawa, jakie niesie ze sobą bycie ekspertem, dlatego w przeszłości dostawało się też innym:

Pomylił Formułę 1 z Hollywood. (…) Sposób, w jaki ukląkł przy swoim samochodzie po awarii w kwalifikacjach, wyglądał jak cierpienie Chrystusa” – to o Lewisie Hamiltonie.

Oni obaj niczego się od siebie nie nauczą, ich starty to strata czasu” – to o Siergieju Sirotkinie i Lance’u Strollu.

Ten zespół jest martwy. Najpierw trzeba spojrzeć na szczyt piramidy, bo ryba psuje się od głowy. Są zupełnie ślepi w kwestii określenia swojej sytuacji” – to naturalnie o Williamsie.

Villeneuve’a można lubić lub nie, ale trzeba przyznać, że nie wszystkie jego uwagi były pozbawione sensu. Po tragicznym wypadku Julesa Bianchiego na torze Suzuka (jego bolid uderzył w dźwig, który usuwał z toru auto Adriana Sutila) były mistrz świata apelował do włodarzy Formuły 1, że samochód bezpieczeństwa powinien pojawiać się na trasie zawsze, kiedy na poboczu znajduje się bolid wymagający interwencji służb porządkowych.

Trudno też nie zgodzić się z jego opinią, według której Formuła 1 straciła na atrakcyjności przez to, że kierowcy tak mocno dali się poddać PR-owej obróbce. Że cały ten świat jest tak do bólu uporządkowany, a przez to sztuczny. – Na wyścigach nie ma już bohaterów. Korporacje nie chcą, żeby kierowcy zrujnowali ich wizerunek, dlatego nie mogą powiedzieć, co naprawdę myślą. To smutne, że w paddocku nie widzimy kierowców jako prawdziwych ludzi – komentował Villeneuve.

On akurat wie co mówi, bo na przełomie wieków był jedną z najbardziej kolorowych osobowości Formuły 1.

8a913934da7883c40753081b8c7a6f86--villeneuve-jacques

Sesja na okładkę „Playboya”? Jasne. Strzelić sobie włosy na blond? Czemu nie. Fotoreporterzy chcą zrobić zdjęcie, na którym pozuje ze swoją dziewczyna Dannii Minogue (siostra Kylie)? Proszę bardzo.

Dziś aż trudno w to uwierzyć, ale u szczytu kariery potrafił sam zaproponować wywiad dziennikarzowi „The Independent” i specjalnie nie ukrywał, że musiał to zrobić, bo takiej aktywności oczekiwał od niego sponsor z branży tytoniowej. Marketingowa machina trochę go drażniła, dlatego często szedł pod prąd i mówił dokładnie to, co myśli. Gdyby dziś zapytać kierowcę, co sądzi o współpracy z psychologiem, włączyłby się pewnie automat z gładką wypowiedzią. A Jacques? On na takie pytanie w 1998 r. odpowiedział wprost – że jest na to zbyt dumny i na takim poziomie nie powinno być ludzi wymagających takiego wsparcia. Że trzeba być bardzo mocnym psychicznie na półtorej godziny wyścigu. Wystrzelił nawet, że gdyby któryś z kierowców pracował z psychologiem, straciłby do niego resztki szacunku.

Czasy tak wyrazistych postaci już się skończyły. Proszę jednak też zwrócić uwagę, że przybyło Grand Prix, w przyszłym roku będzie aż 21 weekendów wyścigowych, a do tego naprawdę trzeba być solidnie przygotowanym. To już nie te czasy, że kierowcy potrafili zapalić papierosa i wsiąść do bolidu – mówi Ryszard Turski z „F1 Racing”, ale wraca też do kwestii pieniędzy. – Kierowcy muszą bardziej dbać o finanse. Kiedyś nie trzeba było tylu pieniędzy, żeby móc rywalizować, gdzie teraz niewielu jest kierowców, którzy de facto nie płacą za jazdę. Może jedynie poza czołówką, bo pozostali muszą zdobywać pieniądze, żeby zaistnieć. Ostatnią generacją, która weszła do Formuły 1 z rozpędu, była właśnie ta Roberta Kubicy. On jest przykładem kierowcy, który pokonał całą ścieżkę do debiutu bez znajomości i dobrego pochodzenia.

Chociaż jeśli chodzi o pochodzenie, to mistrz z Kanady ma akurat wyborne. Ojciec Gilles, chociaż nie zdobył tytułu mistrzowskiego, był jednym z czołowych kierowców Formuły 1 przełomu lat 70. i 80 (większość kariery spędził w stajni Ferrari). Jego karierę zatrzymał tragiczny wypadek podczas Grand Prix Belgii w maju 1982 r. Kiedy zginął, Jacques miał 11 lat. Bolesna przeszłość też była powodem, dla którego dziennikarze zawsze mocno się nim interesowali.

Ale swoją charyzmę potrafił udowadniać także na torze. Już w debiutanckim sezonie w barwach Williamsa został wicemistrzem świata, a rok później był już mistrzem. Do historii przeszło przede wszystkim zamykające sezon 1997 Grand Prix Europy w Jerez. Na finiszu w klasyfikacji generalnej prowadził Michael Schumacher, który miał jedynie punkt przewagi nad Villeneuvem. W Hiszpanii Kanadyjczyk długo gnał za Niemcem, aż w końcu na 48. okrążeniu doczekał się momentu, kiedy mógł zaatakować go po wewnętrznej. Właśnie wtedy doszło do słynnej kolizji – „Schumi” chciał go z premedytacją zablokować, ale skończyło się na tym, że sam wylądował na piaszczystym poboczu, a Jacques pojechał po trzecie miejsce, które dało mu wymarzony tytuł.

To był jego największy moment chwały karierze, a dla Williamsa ostatni tytuł mistrzowski.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (0)