Autokrata. Tyran. Dyktator. Mistrz Polski?
Weszło Extra

Autokrata. Tyran. Dyktator. Mistrz Polski?

Nie ma wątpliwości, że liczby i osiągnięcia bronią Piotra Stokowca. Nie wyszło mu tylko w Jagiellonii, jednak jeśli chodzi o resztę klubów, można mu zapisywać już tylko większe bądź mniejsze sukcesy. Z biedniejszą od myszy kościelnej Polonią zajął 6. miejsce w lidze, z Zagłębiem najpierw spadł, ale zaraz wrócił do ekstraklasy i dał awans do pucharów, gdzie też Miedziowi wstydu nie przynieśli, wyrzucając za burtę Partizan. Natomiast okres w Gdańsku to skuteczna walka o utrzymanie, a dziś już z kolei bitwa o mistrza, kiedy chyba żaden realista się tego nie spodziewał. Jak tego wszystkiego Stokowiec dokonuje? Na pewno nie uśmiechem, na pewno nie prowadzając się z mediami. Bardzo blisko mu do dyktatora, który jednak najwyraźniej obrał słuszną ścieżkę.

– Pogadałbym z wami, ale kurwa, nie o Stokowcu – stwierdza krótko Ebi Smolarek. Były reprezentant Polski jest jednym z jeńców, których Stokowiec na swoim trenerskim szlaku nie brał. Gdy objął stery w Polonii jeszcze tylko na chwilkę, mimo to od razu postanowił odstrzelić Smolarka i nie zastanawiał się, czy tak z gwiazdorem postępować wypada. – Może Stokowiec zakładał na treningi inne okulary? Nie wiem. Ja zawsze trenuję tak samo. Widocznie miał ze mną jakiś problem. Szkoda tylko, że mi tego nie powiedział. Nie dał mi szansy, od razu mnie skreślił – mówił Smolarek po przywróceniu do zespołu, gdy ten prowadził już Jacek Zieliński. Po czasie losem Ebiego przejął się też Roman Kołtoń w programie Cafe Futbol, kiedy dopytywał Stokowca o powody tamtej decyzji. Trener zripostował go krótko, zastanawiając się, czy Kołtoń jest spokrewniony ze Smolarkiem. – Jest jedna zasada: nieważne, kim byłeś, ważne, kim jesteś – dodał i zamknął temat.

A gdy trafił do Jagielonii… chwilę później odszedł z niej Smolarek. Zresztą z Białymstokiem też wiążą się historie dobrze obrazujące charakter, a może bardziej styl pracy Stokowca. Jaga to klub, który świetnie współpracuje z mediami i nie robi z siebie wielkiej korporacji, która każde pierdnięcie musi autoryzować (a są w ekstraklasie i takie przypadki). Stokowiec od tej zasady odszedł, chciał, by każdy wywiad udzielany przez zawodnika był sprawdzany. Zamykał treningi. Zaczął organizować konferencji w czwartki – a czego może się dowiedzieć dziennikarz w czwartek, gdy mecz jest w poniedziałek? Niczego. Zresztą po czasie Stokowiec przestał się na nich pojawiać i wysyłał na te spotkania swojego asystenta, Łukasza Smolarowa. Kiedyś dwóch dziennikarzy przeprowadziło z nim wywiad rzekę, kiedy Stokowiec przez trzy godziny gadki się otworzył, opowiadając, że jako rudowłosy piłkarz czuł się w ekstraklasie właściwie jak murzyn. Dziennikarze jednak długo nie nacieszyli się swoim materiałem, bo Stokowiec po czasie chciał autoryzacji i wykastrował materiał, zostawiając w gruncie rzeczy tylko swój podpis.

– Nie będę rozmawiał o tym panu – tym razem to Wojciech Szymanek odmawia dłuższego komentarza na temat Stokowca, bo też ma z trenerem na pieńku. To ciekawa historia, gdyż panowie znali się jeszcze z boiska, spotykali na polu prywatnym. No, ale gdy Stokowiec objął Polonię już na dobre – gdy ta była niszczona przez Króla – sentymenty nie miały znaczenia, ponieważ Szymanek udzielił wywiadu. – W Polonii zostaliśmy jak bezdomni. Nikt się nami nie interesuje, nikt z nami nie rozmawia. Wy sobie grajcie, nas to nie obchodzi. Żadnych informacji – stwierdził obrońca i tak właściwie nie powiedział nic odkrywczego, ot, stwierdził fakt. Jednak szkoleniowiec wyciągnął konsekwencje i odsunął Szymanka od zespołu. – Potrzebuję pełnego zaangażowania i szacunku dla drużyny, pracowników i stuletniej historii klubu. Gra w Polonii to nie tylko pobieranie pensji, lecz także oddanie, zaangażowanie i pasja. Dziwię się Wojtkowi i jego postawie, bo przecież jest wychowankiem Polonii, wzorem dla najmłodszych adeptów naszej akademii. Takich zachowań jako trener stanowczo nie będę tolerował. (…) Niedopuszczalny jest fakt krytykowania klubu na łamach prasy pomimo dwumiesięcznych zaległości w wynagrodzeniu. Są w drużynie zawodnicy, którzy mają większe opóźnienia w wypłatach. Szymanek niewiele dawał drużynie sportowo, stracił moje zaufanie – uzasadniał swoją decyzję Stokowiec.

Szymanek mu odpowiedział, że jego zaległości w pensjach są dużo wyższe, że patrząc na wyniki to z jego udziałem Polonia dawała radę i będzie miał ją zawsze w sercu. Jednak do drużyny nie wrócił i do dzisiaj ze Stokowcem nie rozmawia, mimo wcześniejszej zażyłości. Mając 31 lat zakręcił się jeszcze na chwilę w Podbeskidziu i dał sobie z piłką spokój. Tak bolała go cała sytuacja.

Co ważne, Stokowiec wówczas mówił o pasji, a zapomniał wół, jak cielęciem był. W barwach KSZO Stokowiec nie myślał o zaangażowaniu, gdy klub z Ostrowca nie płacił. Wówczas obecny szkoleniowiec Lechii brał udział w buncie, który doprowadził do spadku KSZO, bo zawodnicy nie chcieli grać. – Nie powiedziałbym, że Piotrek był liderem grupy, natomiast na pewno był jedną z wiodących postaci w buncie. Był jednym z najstarszych zawodników, niezależnym finansowo, bo akurat wrócił z zagranicznego kontraktu. Cóż, postanowiliśmy nie grać w rundzie wiosennej – opowiadał na łamach Weszło były zawodnik KSZO.

Inny przykład trudnych decyzji Stokowca to Zagłębie Lubin i Djorde Cotra, którego trener pozbawił opaski kapitana. – Szkoleniowca wspominam bardzo dobrze, jednak skoro nawet najbardziej udane małżeństwo ma swoje gorsze chwile, to mieliśmy takie i my. Na przykład wtedy, gdy trener zabrał mi opaskę kapitana. Miałem gorsze chwile i na boisku, i w życiu, więc trener argumentował to tak, że chciał ściągnąć ze mnie dodatkowy ciężar. Nie miałem o to pretensji. Później, gdy pojawił się temat mojego powrotu do funkcji kapitana, już odmówiłem – wspomina Cotra.

Inne głosy z szatni Zagłębia: – Po meczu z Wisłą Kraków – w którym otrzymałem czerwoną kartkę – na stałe posadził mnie na ławce. Jeżeli mam do kogoś żal, to tylko i wyłącznie do siebie, bo zrobiłem głupotę. Trener zdecydował tak a nie inaczej i tyle, takie decyzje trzeba szanować. Ale nie rozmawialiśmy o tym, jaka będzie moja sytuacja, gdy skończy mi się zawieszenie. Jakoś tak wyszło, po prostu dostałem informację przed meczem, że siadam na ławkę i tyle, pozostało walczyć o swoje – opowiada Konrad Forenc. Natomiast Adrian Rakowski mówi: – Był dobrym trenerem, nawet bardzo dobrym, ale faktem jest, że nie lubił sprzeciwu. To szkoleniowiec bardzo przekonany do swojej racji, choć słuchał się współpracowników, liczył się z ich zdaniem. Czerpał z nich. A jeżeli chodzi o zawodników, cóż, trudno było przekonać go do czegokolwiek, ale trener nie jest od słuchania się swoich graczy, więc może to i dobrze, że jest taki stanowczy?

Nie pieści się więc Stokowiec ze swoimi piłkarzami i potrafi podejmować trudne decyzje. Czasem słuszne, czasem budzące wątpliwość, bo sprawa Szymanka pachnie brzydko, skoro panowie znali się długo, jeszcze po odsunięciu z zespołu podali sobie ręce, a dopiero później Szymanek z mediów dowiedział się wielu ciekawych rzeczy o sobie. Zresztą, stanowczy charakter Stokowca poznali też piłkarze Lechii. Marco Paixao, najlepszy strzelec drużyny w trudnym sezonie 17/18 dostał kopa w dupę, kiedy miał symulować kontuzję i pojechać do Portugalii na krótkie wakacje.

– Musiałem odejść, choć nie chciałem. Rozmawialiśmy o nowej umowie. Do końca tych rozmów trochę brakowało, bo negocjacje szły wolno, ale byśmy się dogadali. Gdyby nie Stokowiec pewnie wciąż byłbym w Lechii. W sumie dalej nie wiem, co tak naprawdę się wydarzyło. Stokowiec podjął decyzję, że ma mnie w Lechii nie być. Myślę, że nie lubił mnie od początku i szukał powodu, aby odsunąć mnie od zespołu. Ludzie w Gdańsku chcieli, abym został, ale Stokowiec był przeciwko mnie. Mógł być albo on, albo ja. Wyjechałem, bo miałem trzy dni wolnego. Tak jak wszyscy piłkarze. Nie było mowy o żadnej rehabilitacji! Byłem na Komisji Ligi i wygrałem rozprawę. Lechia dała mi wysoką karę finansową, ale Komisja kazała ją anulować i oświadczyła, że to był prywatny czas. Na moje oko było tak, że trener szukał powodu, aby się mnie pozbyć, szukał na mnie haka. No i znalazł. Widziałem, że od jakiegoś czasu dzieją się wokół mnie złe rzeczy, ale nie sądziłem, że powód do pożegnania kluczowego piłkarza może być tak błahy. To był brudny sposób. – To zły człowiek. Od razu patrzył na mnie krzywo. W końcu w Gdańsku doszło do spotkania. Byłem tam ja, Stokowiec, prezes Adam Mandziara i dyrektor Janusz Melaniuk. I zanim padło pierwsze słowo, Stokowiec powiedział „nie chcę ciebie, znajdź inny klub, daj nam spokój”. A to i tak pół biedy. Jeszcze gorsze rzeczy Stokowiec mówił mi w szatni. W Polsce szanowałem każdego człowieka. Nigdy nie tworzyłem konfliktów, nie było ze mną kłopotów dyscyplinarnych. A później przychodzi jakiś facet i nagle Paixao robi się wielkim problemem. To najbardziej szokująca sytuacja w moim życiu. Byłem gwiazdą Lechii, jej najlepszym strzelcem. Ludzie mnie lubili, ja lubiłem ludzi, miałem dobry kontakt z prezesem Mandziarą. A po przyjściu Stokowca wszystko się popsuło. To czyja to wina? Moja czy jego? Moim zdaniem jedynym problemem był trener – wylewał żale Paixao na łamach sport.pl.

– Osobiście nic do Marco nie mam, to jest bardzo dobry zawodnik, natomiast reguły są dla wszystkich takie same. Szkoda Marco, ale muszę być konsekwentny. Tego ode mnie wymaga drużyna, kibice i ja sam od siebie. Pierwsze czego brakuje Lechii to dyscyplina. I na boisku i poza nim. Nawet jeśli bym chciał to nie cofnę się – wyjaśnił go krótko trener. Oczywiście dopiął swego, Marco w klubie już nie ma.

4

Zbierając to wszystko do kupy jawi się wręcz obraz Stokowca-dyktatora, ale czy to w sumie taki wielki problem? Może jeśli ktoś chce dostać wesołego i medialnego trenera, powinien wziąć Jana Urbana, ale jednocześnie nie powinien liczyć na wyniki? Może Stokowiec mimo stanowczego charakteru wyniki gwarantuje? Przeszłość i teraźniejszość to potwierdzają.

Przecież z Polonii Warszawa wycisnął maksa, tym bardziej biorąc pod uwagę sytuację, w której znalazł się klub. – Nie mogę uwierzyć w to, co się tutaj dzieje – wypalił w pewnym momencie na łamach „Faktu” i trudno mu się w jakikolwiek sposób dziwić. W Polonii nie było niczego oprócz wyników i atmosfery, a architektem problemów okazał się niewypłacalny i niewiarygodny właściciel, Ireneusz Król. Piłkarze scementowali się pomimo niego, co – w ostatecznym rozrachunku – przekuli w przyzwoity wynik, w końcu w pewnym momencie ocierali się o europejskie puchary.

Atmosfera w klubie, który nie ma pieniędzy, często robi się sama, bo piłkarze wspierają się jak mogą. I tak w Polonii zawodnicy organizowali imprezy na miesięcznice ostatniej pensji. Każdy brał to, co miał w domu do jedzenia i picia, przynosił w wyznaczone miejsce i jakiś katering się uzbierał. Ale atmosfera to jedno, bo umniejszanie zasług trenera byłoby w tej sytuacji tak drastycznym pójściem na skróty jak leczenie wybitego palca amputacją całej ręki. Z jednej strony można usłyszeć głosy, że Stokowiec dbał o to, by piłkarze byli w dobrych humorach, czego przykładem gra w poprzeczki. – Stawką nie mogły być pieniądze, więc zakładaliśmy się o to, kto zrobi herbatę i będzie ją podawał niczym kelner. Pytając: „ile łyżeczek cukru, czy życzy pan sobie cytrynkę?”. Trener raz taki zakład przegrał i nie miał problemu z przyjęciem „kary” – mówi Daniel Gołębiewski. Z drugiej – widać było, jak bardzo jest w codzienne życie klubu zaangażowany. Przykład? Jego nerwowość i poirytowanie tym, co wówczas działo się wokół zespołu. A powody do nerwów miał. Król nie odbierał telefonów, Król rozstawał się z kolejnymi zawodnikami, Król sprawiał, że Polonia przeżywała koszmar. Zdarzało się, że nie wytrzymywał i na przykład wykłócał się z sędziami, co sprawiało, że zaczęto mówić, iż w pewnym momencie się po prostu pogubił.

– Ja się nie zmieniłem. Mówienie o tym, że nerwy mi puszczają i coś się ze mną dzieje, to kompletna bzdura. Jest nerwowo, bo zależy mi na zwycięstwach. Gdy się przegrywa, szczególnie tracąc bramkę w samej końcówce, to normalne, że są emocje – tłumaczył się Stokowiec w „Przeglądzie Sportowym”.

Więc z jednej strony trenerowi zdarzało się wybuchać, ale z drugiej – trudno przejść obojętnie obok tego, co osiągnął z zawodnikami, u których pod przykrywką dobrych humorów krył się finansowy dramat. Polonia potrafiła wygrać cztery mecze z rzędu, na półmetku sezonu zajmowała czwarte miejsce, tracąc tylko oczko do drugiego Lecha. Sprawy, siłą rzeczy, posypały się zimą. Cierpliwość się kończyła, zawodnicy nie byli w stanie wygrać ośmiu spotkań z rzędu, ale tak czy siak trzymali się w pierwszej części tabeli. Wraz z trenerem odchodzili z poczuciem dobrze wykonanego zadania.

Znamienne, że pamiętający tamte czasy Miłosz Przybecki wspomina Stokowca w samych superlatywach. – Trener ma bogaty warsztat. Umie wycisnąć z każdego zawodnika maksa, też dlatego, bo w okresie przygotowawczym bardzo dobrze wpływa na zespół. Potrafi również zadbać o sferę mentalną zawodników, w czym pomaga mu psycholog Paweł Habrat – mówi.

I o ile dyplomacja dyplomacją, o tyle umówmy się – żaden zawodnik nie chwaliłby szkoleniowca, gdyby współpraca z nim układała mu się fatalnie. A najlepszym tego przykładem wspomniany wcześniej Wojciech Szymanek.

4

Dobrze wykonana robota w Polonii sprawiła, że trener długo na kolejną ofertę pracy czekać nie musiał. Jagiellonia było naturalnym krokiem, który pokazał mu, że droga, którą obrał była słuszna.

Słuszna, acz kręta, bo Stokowiec na początku nie miał łatwo, a droga do miejsca, w którym jest obecnie, kosztowała go wiele wyrzeczeń. Nie jest przypadkiem, że dzisiejsza Lechia jest tak dobrze zdyscyplinowana, ona po prostu odzwierciedla to, jakie podejście do obowiązków wykazuje jej trener.

– Wydaje mi się, że jego drużyny odzwierciedlają to, jaki był na boisku i poza nim. Przede wszystkim dyscyplina i organizacja na wysokim poziomie. Do tego zawodnicy, którzy sobie pomagają. W piłce nożnej trzeba współpracować, śmiali się z nas na studiach, że sami trenerzy, a zero współpracy, bo jeden mądrzejszy od drugiego. To był błąd, po czasie – co naturalne – wyciąga się wnioski. Ważna jest hierarchia i plan. Tak w trenerce, jak i w życiu. Pamiętamy jego Polonię – 1-4-4-2, dyscyplina i szybkie, konkretne działania. Jeżeli masz cel i chcesz go uchwycić, to nie idziesz okrężną drogą, tylko starasz się ją skrócić. Bo nie wiesz, czy następna szansa się pojawi. To widać u Piotrka. Jest skupiony na tym, co robi, by wykonywać pracę jak najlepiej – wspomina Leszek Ojrzyński, który wraz ze Stokowcem studiował, a nawet więcej – mieszkał z nim w akademiku, lecz za dużo razem nie poimprezowali, bo obecny trener Lechii – jakby na potwierdzenie słów Ojrzyńskiego o tym, że Stokowiec zawsze miał cel i nie szukał okrężnych dróg – po prostu był zajęty, a akurat obowiązków miał co niemiara.

– Jako jeden z nielicznych – a nie wykluczam, że jako jedyny – studiując stacjonarnie, trenował profesjonalnie. Większość z nas grała w AZS-ie, trzecia liga, półzawodowy poziom. A on występował poziom wyżej, w FC Piaseczno. Pokazywał charakter, bo nietrudno sobie wyobrazić, jak wielkich wyrzeczeń i dobrej organizacji czasu wymagało pogodzenie wszystkiego ze sobą. Nauka, treningi i dojazdy hartowały go od początku, generalnie z czasów studiów pamiętam, że zapowiadał się na kawał trenera. Nigdy nie narzekał, zdawał sobie sprawę, że trzeba pracować, być odpowiedzialnym i dążyć do tego, żeby było lepiej. Mieszkaliśmy na jednym piętrze. Wiadomo, jak wygląda studenckie życie, ale mimo wszystko zbyt wielu razem nie imprezowaliśmy. Piotrek był profesjonalistą, miał też inną sytuację. W pierwszym roku grał w AZS-ie, potem przeniósł się do Piaseczna. U nas, wiadomo, po meczu można było się zabawić, a jego w tym czasie nie było. Wyjazdy, zgrupowania przedmeczowe, przygotowania. Był odpowiedzialny. Wiedział, kiedy trzeba trenować, a kiedy można odpoczywać. Rozwaga brała górę, co przecież w wieku młodzieńczym takie oczywiste nie jest. A jednak. Zdawał sobie sprawę, że nie był piłkarskim wirtuozem, więc musiał dokładać do pieca ciężką pracą. Biorąc pod uwagę jego potencjał, profesjonalne podejście zaprowadziło go wysoko, do ekstraklasy – opowiada Ojrzyński.

4

Generalnie jednak Stokowiec, choć z kariery wycisnął całkiem sporo, to piłkarzem był raczej przeciętnym, jednak już wtedy kładł podwaliny pod swoją przyszłość, którą wiązał z trenerką.

Od zawsze dążył do tego, żeby pracować na własny rachunek. Przez trzy lata był asystentem w Widzewie, przez rok w Polonii. Później, gdy Leszek Ojrzyński – z którym się zaprzyjaźnił, a ich zażyłość trwa do dziś – obejmował Koronę Kielce, zaproponował mu rolę drugiego trenera. Wydawałoby się – praca idealna. Bo w Kielcach, czyli jego rodzinnym mieście, bo wciąż w Ekstraklasie. A jednak odmówił.

Opłaciło się, bo rok później prowadził Polonię, która w ostatecznym rozrachunku wywindowała go do Jagiellonii.

Jagiellonii, czyli jedynego klubu, w której mu tak naprawdę nie wyszło. Nie pasował tam. Nie znalazł chemii z drużyną, bo przesadzał w perfekcjonizmie, ocierał się o upierdliwość. Po 6:0 z Ruchem Chorzów zarządził odprawę – zawodnicy spodziewali się 15-20 minut krótkiej gadki, bo jakie błędy można wyciągnąć z prawie perfekcyjnego meczu. Guzik – Stokowiec przetrzymał ich dwie i pół godziny. A gdy wynik był w drugą stronę, 1:6 z Lechem, trener dziękował piłkarzom za zaangażowanie. Działało to wszystko trochę na opak.

Warto też wiedzieć, że Stokowiec nie był człowiekiem Kuleszy. Prezes Jagi uparł się na poprzednika Stokowca, Tomasz Hajtę, którego poznał na weselu Kamila Grosickiego. Przekonał do tej decyzji zarząd, ale jak pamiętamy, Hajto nie dał sobie rady. Po zwolnieniu Gianniego zarząd stwierdził, że skoro wtedy Kulesza wybrał sam trenera, to teraz kolej na ich decyzję. Też spudłowali, więc przy zwalnianiu Stokowca obie strony były już jednogłośne. Trudno było zamknąć oczy na wyniki, na transfery Rajalakso i Perovuo, czyli dwóch szrociarzy z Finlandii, których trener bardzo chciał w swoim zespole.

Mimo wszystko, prezes Kulesza bierze Stokowca trochę w obronę: – Wcale nie musi być tak, że to Piotrowi Stokowcowi w Jagiellonii nie wyszło. Może piłkarze byli tacy a nie inni, przez co nie wygrywaliśmy spotkań, które wygrywać powinniśmy. Tak to wyglądało, mówię o jakości piłkarzy. Może nie mieliśmy zawodników, którzy gwarantowaliby nam określony wynik sportowy, a oczekiwania w stosunku do trenera mimo wszystko stawialiśmy wysokie. Inną sprawą jest to, że – tak jak mówił Jose Mourinho – w piłce trzeba mieć szczęście, a Piotrkowi tego szczęścia nierzadko brakowało. Szkoda, bo – jako człowieka – wspominam go tylko i wyłącznie pozytywnie, nie mieliśmy żadnych konfliktów, a na brak wyników, jak mówiłem, nałożyło się kilka czynników. Generalnie, jest dobrym trenerem. Czego jeszcze mu zabrakło? Nie powiedziałbym, że doświadczenia. Wydaje mi się, że byliśmy zbyt nadgorliwi, możliwe, że potrzebował więcej czasu, by odpowiednio przygotować drużynę, a my mu go nie daliśmy. Po Lechii widzimy, że potrafi coś zmienić dzięki dobrym metodom, bo przecież przejmował drużynę rozbitą i zaczął źle. Nie miał łatwo, ale dostał kredyt zaufania. W naszym przypadku wiadomo, dzisiaj możemy gdybać, czy postąpiliśmy zbyt pochopnie czy nie. Żałować na pewno nie możemy, bo mamy trenera Mamrota, który osiąga bardzo dobre wyniki.

Kończąc ten rozdział, przytoczmy autentyczną scenkę: gdy Stokowiec wychodził z kartonem swoich rzeczy z klubu, minął się z Michałem Probierzem, do którego jeden z pracowników klubu – nie widząc Stokowca – krzyknął: – Michał, nareszcie!

4 5

Stokowiec tych kartonów pewnie jeszcze w domu nie rozpakował, a już za chwilę przyszło mu przenieść się do nowego miasta. Do Lubina. Przejął Zagłębie, do którego przychodził, gdy wszystko było już tak naprawdę pozamiatane. Końcówka sezonu 13/14. Cztery kolejki do końca, lubinianie z siedmioma punktami straty do bezpiecznej pozycji. Spadek był w jego zatrudnienie wkalkulowany, ale działacze Miedziowych liczyli na pierwszoligowe katharsis, które koniec końców stało się faktem.

– W ogóle nie bolała go praca w pierwszej lidze, z tą samą pasją podchodził do zajęć. Moim zdaniem w pierwszej lidze pracowaliśmy mocniej i lepiej niż większość zespołów w ekstraklasie. Stokowiec lubi pracować systematycznie, nie bazuje na przypadkach. Lubi poznać swoich piłkarzy, chce wiedzieć, jaką osobą jest dany piłkarz, by rozumieć, jak z nim rozmawiać – komplementuje Stokowca Djorde Cotra.

Był szybki awans bez szrotu – z którego Zagłębie słynęło – ale z nowym pomysłem, po chwili europejskie puchary. Policzyliśmy wówczas, że od 24 lat nie mieliśmy w lidze tak efektywnie grającego beniaminka. Z bilansem siedemnastu zwycięstw, dziewięciu remisów i jedenastu porażek Miedziowi okazali się lepsi zarówno od Odry Wodzisław z sezonu 96/97, jak i Piasta Gliwice z sezonu 12/13. Skuteczniejszy był dopiero Widzew, ale i tu różnica nie była jakaś kolosalna. Łodzianie nie wygrali większej liczby meczów, ale ich przewaga opierała się na tym, że ówczesny sezon miał o trzy kolejki mniej.

Skalę sukcesu Zagłębia uzmysławiał fakt, że żaden z ówczesnych piłkarzy tego klubu nie miał prawa pamiętać tamtego Widzewa. Wówczas najstarszy z Polaków w drużynie, Łukasz Piątek miał wtedy sześć lat. Z kolei lider zespołu, Filip Starzyński dopiero się urodził, natomiast Krzysztof Piątek czy Jarosław Kubicki przyszli na świat cztery lata później. Dla piłkarzy z Lubina sytuacja, w której sami się znaleźli, była zupełnie niespotykana. Dla nich tak dobrze grający beniaminek to coś zupełnie nowego. Pierwsze tego typu doświadczenie w życiu.

Wiadomo, Zagłębie tylko przez rok grało na niższym szczeblu, ale to w niczym nie umniejsza tego sukcesu, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, jak wadliwej jakości szrot spadł z hukiem dwa lata wcześniej.

Co naturalne, Stokowiec stał się najdłużej pracującym trenerem Zagłębia Lubin w XXI wieku, ale przy okazji stał się też zakładnikiem własnych wyników. Bo później nie było już tak kolorowo. Zagłębie najpierw nie awansowało do ósemki, w kolejnym sezonie znów grało przeciętnie, co skończyło się tym, że Stokowiec musiał się z robotą pożegnać.

– W pewnym momencie stał się zakładnikiem dobrych wyników w Zagłębiu, gdzie zasmakowano europejskich pucharów i myślano, że tak będzie rok w rok – przyznaje Ojrzyński, ale już ówczesny prezes Zagłębia, Robert Sadowski, który Stokowca zwalniał, widzi całą sprawę inaczej.

– Czy trener w pewnym momencie osiągnął wyniki ponad stan? Nie lubię tak mówić. Kto określa to, jaki jest stan? Trener budował zespół od nowa, wrócił z nim do Ekstraklasy. Względem pierwszej ligi nie zmieniliśmy za wiele, kilku młodszych zawodników bardzo dobrze się w ekstraklasowe realia wkomponowało. Podobny skład personalny, do tego wykorzystaliśmy słabość rywali. Skorzystaliśmy z tego, że w rundzie finałowej wygraliśmy pięć meczów z rzędu, wskoczyliśmy na trzecie miejsce. Trudno powiedzieć, czy osiągnęliśmy wynik ponad stan. Byliśmy beniaminkiem, więc do końca nie znaliśmy naszych możliwości. Jak się okazało, były całkiem wysokie. Kolejny sezon zaczęliśmy dobrze, ale dopadł nas zastój pomiędzy wrześniem a listopadem. Ostatecznie nie weszliśmy do grupy mistrzowskiej, do tego w dramatycznych okolicznościach, bo o wszystkim decydowała 30. kolejka. Drużyna zareagowała dobrze, Piotr Stokowiec wyzwolił w niej piłkarską złość, ale kolejny sezon – w którym ściągnęliśmy kilku zawodników z pierwszej ligi – nie był już tak udany, znowu mimo pozytywnego początku. Nie chciałem ryzykować i czekać na to, co się wydarzy. Wiedziałem, że nadszedł czas, by reagować, bo uznałem, że dolna ósemka to wynik poniżej możliwości naszego zespołu. Stąd pożegnanie z trenerem. Zresztą, presja z zewnątrz w kontekście jego odejścia pojawiła się już wcześniej, kiedy nie weszliśmy do górnej ósemki. To był sygnał ostrzegawczy, ale wytrzymaliśmy, dopiero kilka miesięcy później zdecydowaliśmy, że trzeba coś zmienić – przyznaje były prezes Miedziowych i kontynuuje: – W sprawie zwolnienia Piotra Stokowca najbardziej negatywne było to, że najpierw dowiedział się o wszystkim z mediów a nie z klubu. Informacja powinna wyjść ode mnie, ale zostałem wyprzedzony, swoją drogą przez was, przez weszlo.com. Sytuacja nie na miejscu, bo w normalnych okolicznościach wszystko powinno zostać rozegrane inaczej.

Zaczęło się dobrze, a skończyło z niesmakiem, jednak piłkarze, którzy ze Stokowcem wówczas pracowali nie ukrywają, że – co jak co – ale profesjonalizmu odmówić mu nie można.

Djorde Cotra: – Ma swój kierunek, którego się trzyma. Nie jest trenerem, który co chwila zmienia swoją filozofię pracy czy tego, jak ma grać jego zespół. Jest konsekwentny. Ciągle się rozwija, żyje piłkę nożną.

Adrian Rakowski: – Trener postawił na dyscyplinę i profesjonalizm, jakiego wcześniej w tym klubie nie było. Scalił drużynę. Naprawdę, atmosfera była świetna, chyba najlepsza, jaką przeżyłem. Zaczęliśmy trenować ciężej i – mam wrażenie – efektywniej. Do tego praca pozaboiskowa – psycholog, dietetyk. Do Ekstraklasy weszliśmy z marszu, szkoda, że później wszystko się poplątało. Może trener delikatnie się pogubił. Gdybym wiedział, co się stało, byłbym najmądrzejszy na świecie, mogę tylko się zastanawiać. Możliwe, że za bardzo zaczął kombinować, albo uwierzył, że jesteśmy niepokonani.

Konrad Forenc: – Po spadku zaczynaliśmy od zera, a wraz z trenerem Stokowcem zrobiliśmy bardzo dobry wynik. Najpierw awans, potem europejskie puchary. Duża rzecz. Dla ludzi, którzy byli w Zagłębiu to wspomnienia na całe życie. Fajne w pracy trenera Stokowca było to, że jego charakter odzwierciedlał styl gry drużyny. Stawiał na dyscyplinę w szatni i tak samo, przede wszystkim w pierwszym sezonie, wyglądaliśmy na boisku. Potrafił zadbać o wszystko, perfekcjonista. Pełny profesjonalizm. Do tego miał sztab, który mu pomagał, który był bardzo dobrze przygotowany. Wszystko się zazębiło, wypaliło. Nie mam zastrzeżeń do pracy, jaką wykonywał.

4

Kolejnym, trwającym do dziś rozdziałem Piotra Stokowca jest praca w Lechii, z którą lideruje w Ekstraklasie. Gdy przejmował zespół w marcu, piętrzył się przed nim problem za problemem. Gdańszczanie byli rozbici chwilę po eksperymencie z powierzeniem drużyny trenerowi od przygotowania fizycznego, zespół potrzebował wstrząsu (wyrzucenie do rezerw Marco Paixao), więc nic dziwnego, że zaczęło się od kilku porażek. – Zaczął słabiej, ale objął nieprzygotowaną drużynę w trakcie sezonu. Lechia mobilizowała się na mecze derbowe, a potem było jak było. Było wiele rzeczy do poprawy, drużynę trzeba było poznać. Dziś mówimy o bardzo mocnej personalnie drużynie. Doświadczeni, kilku młodych, wchodzących. Generalnie, jestem zaskoczony pierwszym miejsce w tabeli, nie myślałem, że będzie aż tak dobrze. Ale fajnie, przynajmniej liga będzie ciekawa – ocenia Ojrzyński.

No bo czym dziś charakteryzuje się Lechia? Po pierwsze żelazna defensywa, dalej – świetnie ustawiona taktycznie, zdyscyplinowana bardzo dużo biegająca drużyna, która z największego rozczarowania poprzedniego sezonu stała się drużyną, która w obecnych rozgrywkach zaskoczyła, mimo że akurat teraz nie oczekiwaliśmy od niej zbyt wiele. Generalnie, Stokowiec i jego sztab – bo o wkładzie sztabu zapominać nie można – odwalają kawał dobrej roboty. A rolę sztabu, który już jakiś czas temu dobrał sobie trener Lechii, podkreśla Ojrzyński: – Bako, Smolarow, psycholog, trener przygotowania motorycznego. To ludzie, którzy pracują razem kilka lat, znają się doskonale. Nierzadko wraz z trenerem podejmują trudne decyzje. Przypadek Marco Paixao czy Sławomira Peszki. Jest taka niepisana zasada: lepiej pozbyć się problemu rok za wcześnie niż dzień za późno. Nierzadko zdarza się, że jak przeciągniesz daną sprawę, to później będziesz tego żałował. A Piotrek stawia na swoim jest konkretny. Ważną rolę odgrywa doświadczenie, bo wiadomo – w niejednym klubie był, swoje widział. Zdaje sobie sprawę, że nie ma miejsca na indywidualności, drużyna jest na pierwszym miejscu i to ona indywidualności wykreuje. Taka jest jego droga.

Droga, która okazała się słuszna i droga, która sprawiła, że dziś wiele osób przeciera oczy ze zdumienia widząc, jaką drużyną stała się Lechia.

Sadowski: – Końcówka pracy w Zagłębiu w jego wykonaniu nie była najlepsza, ale nie dziwię się, że dziś osiąga z Lechią tak dobre wyniki. Bo ma charakter, bo wie, czego chce. Nierzadko pracował po kilkanaście godzin dziennie. Nie jest osobą, która po treningu odcina się i jedzie do domu. Wręcz przeciwnie, może aż za mocno żyje pracą. Cieszę się, że Lechia zdecydowała się na takiego trenera. Bo zawsze miała dobry zespół, przykro było patrzeć na to, jak ten klub gra poniżej możliwości. Teraz zawodnicy zostali poustawiani, wszystko wygląda dobrze. Piłkarze idą w górę, rozwijają się. A Lechia jeszcze ma rezerwy, wystarczy spojrzeć na ławkę i zawodników, którzy walczą o miejsce w składzie.

Rakowski: – Oglądam mecze Lechii i widzę rękę trenera. Wiedziałem, że ogarnie sytuacje w klubie, ale nie spodziewałem się, że pójdzie mu aż tak dobrze. Jestem ciekawy, jak gdańszczanie będą wyglądali wiosną. Piotr Stokowiec na pewno zafunduje im wymagający okres przygotowawczy, z tego słynie. W ogóle, nierzadko zdarza się, że u niego treningi pomiędzy meczami ligowymi są tak samo wymagające jak podczas obozów. Potrafi dać w kość zawodnikom.

Jakkolwiek spojrzeć, Piotr Stokowiec potwierdza, że w Gdańsku największą bolączką był brak trenera. Po prostu.

Bo co do jego umiejętności trenerskich nikt zastrzeżeń mieć nie może. Co innego, gdy na tapet wychodzi osobowość, ale – jak widać po przykładzie prowadzonych przez niego drużyn, a przecież nie wyszło mu tylko w Jagiellonii – obrał słuszną drogę. Dziś, w przypadku zwycięstwa, Lechia może odskoczył Legii i Jagiellonii na osiem punktów, co będzie przewagą bardzo, ale to bardzo znaczącą. Bez odpowiedniej osoby na ławce trenerskiej raczej nie byłoby to możliwe.

Paweł Paczul

Norbert Skórzewski

Fot. FotoPyk/Newspix.pl