Marzeniem jest, by było jak kiedyś. By Hutnik grał głównie wychowankami
Weszło Extra

Marzeniem jest, by było jak kiedyś. By Hutnik grał głównie wychowankami

– Dobrze, że temat premii za awans na początku sezonu nie był podnoszony, bo zawodnicy mogliby sobie niezłe sumy wynegocjować!

Słowa trenera Hutnika Kraków Leszka Janiczaka to chyba najlepszy dowód na to, jak sensacyjnego lidera ma IV grupa III ligi. Klub z Nowej Huty to owszem, legenda, ale dziś żyjąca skromnie. Bidnie, ale solidnie, chciałoby się powiedzieć. Nawet gdy pojawiła się szansa powrotu na szczebel centralny, nikt nie chce podjąć ryzyka i przypuszczać szturmu na II ligę z klapkami na oczach.

Historia ostatnich lat Hutnika to historia pełna burz. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatniej dekady klub dwa razy stawał na krawędzi upadku. O sytuacji z 2010 wiadomo – klub przegrał baraż o II ligę, jego długi dobiły do sześciu milionów złotych. Przepłaceni piłkarze, rozrośnięta klubowa administracja, generowane potężne koszty. Brak awansu był gwoździem do trumny dokładnie w roku, gdy Hutnik świętował 60-lecie.

A przecież nie mówimy o byle klubie, tylko o drużynie z tradycjami. Swego czasu medaliście mistrzostw Polski. Swego czasu europucharowiczu. Znanym nie ze spektakularnej wpadki z pastuchami, tylko z postawienia bardzo wysokich warunków AS Monaco. Trenowanemu przez Jeana Tiganę, z Fabienem Barthezem, Emmanuelem Petitem czy Enzo Scifo w składzie. 0:1 u siebie po bramce straconej w 87. minucie, 1:3 na wyjeździe, gdzie w pewnym momencie zespół z Nowej Huty był o gola od wyeliminowania renomowanego przeciwnika. Nie było wstydu, była duma.

– Niedziela, pochmurny poranek – 22 września 1996. Organizacja typowo „hutnicza” – zbieramy się przez kilka godzin, przychodzą i dochodzą „oglądacze”. Dopiero wczesnym popołudniem zaczynamy kombinować transport. Początkowo pakują nas do dwóch VW Transporterów, okazuje się jednak, że brakuje 1 osoby, by właścicielowi firmy się to opłaciło. W końcu trzynaścioro lekko podenerwowanych kibiców zostaje wtłoczonych do Forda, który wygląda, jakby miał jechać na złomowisko, a nie do Monako. Dostajemy dwóch przygłupich kierowców, nie umiejących ani słowa w żadnym innym języku poza dialektem podkrakowskich kloszardów – tak wspominali ten wyjazd kibice Hutnika. Czy może raczej: przygodę życia.

Jakże daleko był Hutnik od gry w blasku reflektorów na Stadionie Ludwika II w 2010 roku, gdy klub stanął na krawędzi upadku i został reanimowany przez pasjonatów.

– Chwała ludziom, którzy wtedy wzięli to na swoje barki. Bez ruchu „Nowy Hutnik 2010” dziś pewnie mówilibyśmy o klubie w czasie przeszłym. Ale wtedy nie wszystko było jak w bajce – tak, był duży zapał, ale wizja, optymizm, zderzyły się z rzeczywistością. Działanie na samym entuzjazmie na dłuższą metę się nie sprawdza, potrzebne są odpowiednie fundusze, zaplecze szkoleniowe. Drużyna musi być dobrana tak, by prezentowała odpowiedni poziom. Pamiętam, że w pierwszym meczu po odbudowie od razu dostaliśmy chyba 4:0 w Sieprawiu. Wydawało się, że super, przygotowania, mecz towarzyski z Magdeburgiem z okazji 60-lecia, wszyscy pełni zapału i od razu dostaliśmy strzała. Ludzie wtedy na bieżąco uczyli się zarządzania klubem na własnych błędach, to byli po prostu kibice, którzy podjęli się odbudowy klubu. Dzięki olbrzymiemu zapałowi i determinacji doprowadzili do tego, że klub awansował do III ligi. Dziś to my kierując klubem korzystamy z ich doświadczeń zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych, tak aby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki – wspomina obecny prezes Hutnika Artur Trębacz.

Sześć lat później nad klubem znów jednak zebrały się czarne chmury. To kryzys znacznie mniej kibicom znany. A wcale niewiele mniejszy, bo raz jeszcze byt Hutnika Kraków był zagrożony.

Sezon 2015/16 był bowiem ostatnim, gdy III liga była podzielona na osiem grup. Od rozgrywek 2016/17 miała zostać zmniejszona do czterech grup, co oznaczało spadek ponad połowy ekip z każdej grupy do IV ligi. I choć po jesieni 15/16 wydawało się, że taki los Hutnika ominie – był na 3. miejscu w tabeli – spełnił się czarny scenariusz. Drużyna zakończyła rozgrywki na 10. miejscu.

– To był potężny cios. Wtedy w zasadzie dalsze istnienie klubu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Po sezonie zostało czterech zawodników, nie było żadnej wizji, co dalej. Wtedy w klubie pojawił się trener Leszek Janiczak, skrzyknęło się kilka osób i postawiło po raz kolejny klub na nogi. Sytuacja była jednak naprawdę beznadziejna. To był najtrudniejszy moment od czasu odbudowy klubu. Wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Większość kibiców nie zdaje sobie pewnie nawet sprawy, jak krytyczny to był moment, bo nie było specjalnie się czym chwalić, a do opinii publicznej docierały jedynie strzępy informacji. Tym bardziej się cieszymy, że szorując po dnie udaje nam się teraz wypływać na powierzchnię. Pacjent musiał być reanimowany, ale przeżył i ma się coraz lepiej – cieszy się Trębacz.

W tym sezonie tenże pacjent ma się na tyle dobrze, że jest w tym momencie pierwszy w tabeli IV grupy III ligi. I to był główny powód stojący za wizytą Weszło na Suchych Stawach, gdzie porozmawialiśmy z prezesem Trębaczem, a także z trenerem Leszkiem Janiczakiem, wiceprezesem Tomaszem Jobem i przedstawicielem kibiców Tomaszem Piwowarczykiem.

Sukces Hutnika był planowany? Czy raczej nieoczekiwany?

Janiczak: – Z mojego punktu widzenia najważniejsza była gra zespołu. Ona była oczekiwana. Na to, że jesteśmy liderem złożyło się wiele czynników. Przede wszystkim nasza dobra gra, ale również straty punktów mocarzy tej ligi z teoretycznie słabszymi zespołami. Nam się to nie zdarzyło, dlatego jesteśmy liderem. Widać, że z czołówką szło nam ciężko, nie ma tak, że jesteśmy niekwestionowanie najlepszym zespołem w lidze. Tylko z Motorem, w meczu, który nam świetnie wyszedł, to z czołówką były ciężkie i wyrównane spotkania.

Oczekiwana gra zespołu, to znaczy? Jaki styl ma mieć pana Hutnik docelowo i na ile ta wizja już się urealniła?

Janiczak: – Myślę, że już się dużo udało. Od kiedy tu jestem podstawowy cel dla drużyny to: grać do przodu. Żadne zwalnianie gry, atakowanie dużą liczbą zawodników. Wiąże się to oczywiście ze stratami z tyłu, ale na razie się nam to opłaca, jest to widowiskowe, podoba się kibicom. Dzięki temu są wyniki. Grając ostrożnie można przegrać 0:1, zremisować 0:0. Z czego się wtedy cieszyć? Ja nie wiem. A takie mecze jak z Motorem, czy z Wiślanami Jaśkowice. Nawet z Rzeszowem, gdzie atakowaliśmy cały czas, mieliśmy sporo sytuacji, ale skończyło się 1:1 – to się kibicom podoba. Gramy przede wszystkim dla nich. Z Motorem, ze Stalą były tłumy, ludzie dopingowali nas cały mecz – grać wtedy do tyłu, defensywnie, to po prostu nie przystoi. Myślę, że to miało też wpływ na przykład na to, że duża grupa kibiców pojechała z nami nawet do Chełma.

Nasz znak rozpoznawczy to skrzydła i ciągły atak. Wszyscy uważają, że mając taką pomoc jak Gawęcki, Kędziora, Świątek, mamy przede wszystkim mocny środek, ale potrafimy to wykorzystać. Przeciwnicy boją się tegoż środka, więc możemy atakować bokami, tak też padła większość naszych bramek. A grając skrzydłami i przy szybkiej zmianie ciężaru gry rozciągamy przeciwnika i robi się trochę więcej miejsca, a tacy zawodnicy jak Gawęcki i Światek potrafią to wykorzystać dla dobra zespołu.

Zawodnicy łączą grę w klubie z pracą?

Janiczak: – Treningi są ułożone tak, żeby nie kolidowały z pracą zawodową. Ale pracuje zaledwie czterech zawodników. W większości grają u nas młodzi chłopcy, studenci. Z tych starszych pracuje Gawęcki, Kołodziej, Bienias i Sobala.

Trębacz: – Część zawodników żyje z piłki, bo poza tym, że mają tutaj jakieś nieduże pieniążki jako zawodnicy, to zarabiają jeszcze jako trenerzy w akademii. To dodatkowo wiąże ich z klubem, taki był też cel. Niektórzy prowadzą swoją okołosportową działalność, na przykład Przemek Antoniak prowadzi treningi indywidualne, motoryczne, bo w tym się kształci. Pracuje, ale kompletnie nie koliduje to z treningami.

Temat awansu już się przewija? Jest on realny?

Janiczak: – Na pewno nie zwiększymy budżetu, bo nas na to nie stać. Nie będziemy ryzykować, spekulować że sukces sportowy może nam pomóc w pozyskaniu dodatkowych sponsorów. Przede wszystkim musimy się zamykać w budżecie, którym dysponujemy. Wielkich wzmocnień nie będzie, dojdą może dwie-trzy osoby do kadry, bo świeża krew zawsze jest potrzebna. Do tego może zwiększyć rywalizację. Ale to raczej będą młode chłopaki, których chcemy promować i ukształtować na piłkarzy. Jeżeli 9 czerwca po meczu z Sołą okaże się, że jesteśmy liderem, sportowo sobie poradzimy. Są inne kwestie – infrastruktura, licencje. Jesteśmy już po pierwszym spotkaniu licencyjnym z PZPN-em, będziemy w Warszawie na spotkaniu z drużynami, które teoretycznie mogą awansować do II ligi, żeby przygotować kluby do otrzymania licencji. Będziemy się do tego przygotowywać, mamy nadzieję, że, tak jak dotychczas, z dużą pomocą miasta. Bez niej nie jesteśmy w stanie przystosować stadionu do licencji.

Trębacz: – Wymogi licencyjne to podstawa. To nie jest tak jak kilka lat temu, że każdy się jakoś prześlizgnął. Teraz są pewne ramy, które musimy spełnić. Dla nas jako dla zarządu to będą podstawowe problemy, żeby ewentualnie w II lidze wystąpić. Ale nie dzielimy skóry na niedźwiedziu, wiosną czeka nas kilka ciężkich wyjazdowych meczów, różnice w czołówce są nieduże. Ale nie jest tak, jak słyszę w kuluarach, czytam w komentarzach kibiców, że „my nie chcemy awansować”. Że odpuścimy awans w którymś momencie. Nie. Będziemy grali do końca o pełną pulę. Jeśli awansujemy, to zrobimy wszystko, żeby w II lidze pokazać się z dobrej strony. Tak, jak pokazujemy się w III lidze. Nikt na nas tu nie stawiał, a okazało się, że bez rozdmuchanych kosztów można zbudować zespół, który rywalizuje z potęgami. Bo na III ligę taka Stal Rzeszów, Motor Lublin, to umówmy się – są potęgi. Z budżetem, który pewnie wystarczyłby i na I ligę.

Pilka nozna. III liga. Hutnik Krakow - Wislanie Jaskowice. 27.10.2018

Ile tutaj jeszcze brakuje, żeby nie obawiać się o otrzymanie licencji?

Janiczak: – Otrzymaliśmy raport z PZPN. Jest parę brakujących punktów.

Job: – Są rzeczy newralgiczne, które do tej pory nie były brane pod uwagę, a które w drugiej lidze muszą być. Pomieszczenie do pierwszej pomocy, dodatkowe ławki dla noszowych. Wydzielone sektory, więc jeśli nie robi się imprezy masowej, to kibice mogą być tylko w konkretnym miejscu. Oznakowanie. Ponumerowane siedzenia. To jest niby kosmetyka, ale patrząc na to całościowo, trochę to kosztuje.

Janiczak: – To jest wskrzeszanie starego stadionu. My wierzymy, że powstanie nowy obiekt i chyba lepiej byłoby iść w tym kierunku. Dla Hutnika perspektywy nie powinny się kończyć na II lidze, tylko wyżej. Już wtedy się nie da zreanimować. Czy jest sens nakłady ponosić, żeby zrobić tę kosmetykę, czy może lepiej byłoby zainwestować raz, a dobrze? To pewnie dłuższa dyskusja z właścicielem stadionu, czyli z miastem.

A piłkarsko? Czy – i jak wiele – brakuje wam do poziomu tej realnej dziś II ligi?

Janiczak: – Graliśmy ostatnio sparing z ekstraklasowym zespołem, nie mogę powiedzieć, którym, bo obiecaliśmy utrzymać to w tajemnicy. Ja im przed sparingiem mówiłem, że to nie jest wielka różnica w umiejętnościach piłkarskich, a w większości przygotowanie motoryczne. Że oni są sobie w stanie bez problemu poradzić w wyższych ligach. I przekonali się o tym na boisku. Widać było, że nie ustępują w grze jeden na jeden. To im bardzo pomogło i fajnie, że zagraliśmy ten sparing we wtorek, przed meczem z Motorem Lublin. Bo chłopaki wyszli później na Motor i wiedzieli, że są lepsi. Byłem w stanie ich o tym przekonać. Bo ci zawodnicy nie graliby w Motorze, tylko w ekstraklasie, gdyby byli na tyle dobrzy. A z ekstraklasą sobie radziliśmy cztery dni wcześniej. Fajnie to podziałało na psychikę moich zawodników. Wtedy uwierzyli w to, że mogą ograć każdego. W trzeciej kolejce z Wisłą Puławy tej wiary nie było, choćbym wyprawiał nie wiadomo jakie cuda, tego nie byłem w stanie zmienić. Czuć to było na boisku. Potrzebny był impuls. Przekonanie, że jeśli ktoś grał trzy miesiące wcześniej w Pcimiu, to dziś jest w stanie zagrać dobrze ze spadkowiczem z II ligi. No i nogi się powiązały. Ale teraz będzie nam już łatwiej, zimą gramy z zespołami z II ligi, z jednym I-ligowcem. To powinno im znów udowodnić, że to nie jest wielki przeskok, że gdybyśmy awansowali, to i w II lidze sobie poradzimy. Powiem tak – jest w tej drużynie kilku zawodników, którzy mają umiejętności, by poradzić sobie wyżej. I nie mam tu na myśli tylko II ligi!

Pilka nozna. III liga. Hutnik Krakow - Wislanie Jaskowice. 27.10.2018

Trudno jest funkcjonować w mieście, w którym jest tyle klubów? Wisła, Cracovia w ekstraklasie, Garbarnia w I lidze i dopiero Hutnik.

Janiczak: – Na pewno nie jest łatwo, bo miasto przeznacza pewne określone fundusze na pomoc dla klubów i mając ich tyle trudno to wszystko pogodzić. Weźmy Chełm, gdzie na Chełmiankę miasto daje 700 tysięcy rocznie, co już przekracza nasz budżet, a oni mają jeszcze przecież innych sponsorów. Wiadomo, że nam jest w tym aspekcie trudniej. Ale mamy bardzo dobre relacje z miastem, wywiązujemy się ze wszystkich zobowiązań wobec miasta. Odkąd tutaj funkcjonujemy, od dwóch lat, nie mamy żadnego zadłużenia. Przez to jesteśmy wiarygodnym partnerem. Doczekaliśmy się sporej pomocy, zwłaszcza w usprzętowieniu. Jeśli chodzi o pomoc finansową, to takowej Kraków nie daje na piłkę seniorską, tylko na szkolenie młodzieży. Ale jeśli chodzi o dosprzętowienie, możemy tylko chwalić miasto za to, jak wiele dostaliśmy.

Fani na meczach Hutnika to raczej ci, którzy pamiętają czasy świetności, czy młodzi kibice mimo bliskości dwóch ekstraklasowych klubów jednak wybierają kibicowanie klubowi z Nowej Huty?

Trębacz: – Jeśli chodzi o kibiców, sytuacja jest ciężka, zresztą nawet kluby ekstraklasowe na to narzekają. Oczywiście to inna skala i inne oczekiwania. Nie da się ukryć, że nasi kibice starzeją się razem z klubem, średnia wieku jest raczej wysoka. Dlatego duże oczekiwania mamy odnośnie naszego narybku z akademii. Tutaj jest duża grupa przyszłych kibiców do zagospodarowania. Akcje typu organizowanie sektora, gdzie kibice nakręcają z naszymi młodymi zawodnikami doping – takie rzeczy mają młodych przywiązać nie tylko do gry w piłkę, ale i do klubu jako całości. Sama gra też pomaga, bo choć jesteśmy w niskiej lidze, to nadal jesteśmy medialni, wyniki nakręcają koniunkturę. Mamy najlepszą sytuację ze wszystkich klubów, nie biorąc pod uwagę ligi – jesteśmy liderem, gdy Garbarnia jest na dole tabeli I ligi, Cracovia w dolnej połówce ekstraklasy, Wisła ma swoje problemy. Jeśli chodzi o oddźwięk sportowy, jesteśmy dobrze postrzegani. Kibice sami z siebie też organizują młodych, finansując im bilety, podróże na mecze wyjazdowe. Wszystkim nam zależy, żeby kibiców było jak najwięcej.

Piwowarczyk: – Podstawą tego, że kibicowsko Hutnik jakkolwiek istnieje jest nowohuckość. Nazywamy się Hutnik Kraków, nie odcinamy się od Krakowa, ale czuć tę odrębność. Raz nazywa się nas Hutnik Kraków, czasami niektórzy mówią Hutnik Nowa Huta. Wydaje mi się, że to też jest ewenement na skalę kraju, że funkcjonują trzy mocne kibicowsko ekipy w jednym mieście. U nas się to udaje, bo mamy w sobie specyficzny nowohucki patriotyzm. Mimo, że mieliśmy kilka upadków w ostatnim czasie, dwukrotnie wylądowaliśmy na piątym poziomie rozgrywek, to jednak ta grupa między 300 a 600 osób jest na meczach. Udaje się też organizować wyjazdy mimo rosnących odległości. I myślę, że w II lidze też byśmy sobie poradzili. Pamiętam, jak ukształtowała się lista klubów, z którymi będziemy grać w III lidze. Byliśmy świeżo po grze w IV lidze, gdzie najdalszy wyjazd to był Oświęcim. Teraz to wyjazd najbliższy. W ostatniej rundzie robiliśmy po 200-300, nawet 350 km w jedną stronę. Okazało się, że nie taki diabeł straszny, wystarczy wstać o 2 i wyjechać dużo wcześniej. W II lidze też te odległości by tak nie wzrosły. Jeśli są ciekawe kibicowsko mecze, ciekawi rywale, to nie jest to takie straszne.

Sponsorzy, jakich macie, to też firmy z Nowej Huty? Firmy – jak mówicie – lokalnych patriotów?

Trębacz: – Nasz budżet jest w dużej mierze, a można powiedzieć, że niemal wyłącznie oparty o firmy z Nowej Huty. W większości to firmy naszych kibiców, którzy mają sentyment do klubu. Plus nasz największy sponsor, firma Cognor, to też firma mająca swój oddział w Nowej Hucie. Natomiast akurat właściciel jest spod Częstochowy.

Janiczak: – Ale już mieszka w Krakowie, przeprowadził się.

Trębacz: – Jak usłyszał, że w Krakowie jest Hutnik, to się przeprowadził! (śmiech) Ale staramy się iść szerzej. Wiadomo, że wobec ewentualnego awansu musimy odpowiednio zwiększyć budżet. Prowadzimy rozmowy właściwie cały czas, teraz udało nam się podpisać umowę z rafinerią z Jedlicz. Nie chcemy się zamykać tylko w nowohuckim środowisku.

Pilka nozna. III liga. Hutnik Krakow - Wisla Pulawy. 19.08.2018

Hutnik – oprócz pamiętnego dwumeczu z Monaco – kojarzy się z tym, że przez klub przeszło kilku dobrych zawodników, którzy później grali w ekstraklasie. Czy dalej tak może być, czy przez to, że skauting juniorski w Polsce się rozwija, to Hutnik może mieć problemy i na tym polu?

Janiczak: – Kilku takich fajnych, młodych chłopaków z Krakowa wyjechało już do Lecha, do Zagłębia, nie tylko z Hutnika. Ale są też i przypadki powrotów. Przede wszystkim chcemy wrócić do tradycji, że w Hutniku się dużo wychowywało. Półtora roku temu otworzyliśmy akademię, szkolenie od podstaw. Najmłodszych mamy trzylatków w akademii przedszkolaka. Miejmy nadzieję, że ten narybek sprawi, że wielu zawodników wywodzących się z Hutnika znów będzie grało w ekstraklasie. Oby w Hutniku! Ale tego nie zatrzymamy. Jeżeli wielki klub zaproponuje zawodnikowi z mniejszego przenosiny, to on pójdzie, nie ma dyskusji. Jeżeli u nas będzie ktoś wyciągał 12-latka z naszej akademii, będzie decyzja rodziców, żeby iść, to pójdzie. Ale wierzymy, że nasze szkolenie będzie takie, że 12-, 13-latkowie nie będą uciekać. Chcemy dać młodym ludziom perspektywę gry w seniorach. Dziś w III, ale wkrótce – mamy nadzieję – II czy nawet I lidze. Marzeniem jest, żebyśmy grali w większości wychowankami, tak jak kiedyś.

Trębacz: – Nie inaczej chcielibyśmy, by było po awansie. By grać młodym zespołem, chłopakami z okolic.

Tabela Pro Junior System pokazuje, że w tym momencie nieźle to wychodzi.

Janiczak: – Pro Junior nie może być celem samym w sobie, bo liczy się wynik sportowy. Kosztem wyniku na młodych nie będziemy stawiać. Oni grają, bo są po prostu dobrzy, perspektywiczni, fajnie się rozwijają. Zagrało już u nas jedenastu młodzieżowców, najwięcej w lidze. Dwóch kolejnych już czeka w kolejce, z zespołu juniorów, który awansował do ligi makroregionalnej. Tę zdolną młodzież mamy, kilku chłopaków stamtąd ma bardzo duże szanse, by zadebiutować na wiosnę. I to, że jesteśmy i liderem, i na 3. miejscu PJS, to jest wielki sukces.

bH8pA7B

Czy ci młodzi zawodnicy są przez was jakoś uświadamiani, jaka historia stoi za Hutnikiem? Oni ekstraklasowych czasów raczej nie pamiętają.

Janiczak: – Dla nich to jest tak odległa historia, że wręcz fantastyka.

Piwowarczyk: – Coś jak dla nas „orły Górskiego” (śmiech).

Janiczak: – Albo zwycięski remis na Wembley. Oni mają nowych idoli, którzy jednocześnie są ich trenerami. Nie wydaje mi się, żeby ich to bardzo nakręcało, że Hutnik grał z Monaco. Podejrzewam, że większość nie będzie potrafiła wymienić jednego-dwóch piłkarzy z tamtej drużyny. Ale czasami w szatni przypominam, w jakim klubie chłopaki grają. Ale nie wracamy do Monaco, tylko do tradycji. Przypominamy, że to jest Hutnik, klub z tradycją, a nie Pcimianka czy Jutrzenka Giebułtów. Oczywiście nie obrażając tych klubów, po prostu historia stoi za nami. Czasami jak widzę mniejszą motywację na treningu, to się przypomina, że gra w takim klubie to zaszczyt. Ja się czuję zaszczycony, że tu jestem, jeśli ktoś w drużynie tego nie czuje, to po prostu nie będzie tu grał.

***

Trudno ze stuprocentowym przekonaniem stwierdzić, czy ostrożność w snuciu planów jest u ludzi sterujących Hutnikiem Kraków to cecha wrodzona, czy może nabyta w ostatnich latach, gdy ich entuzjazm był gaszony – niejednokrotnie wielkim kubłem wody z lodem. Mimo liderowania III lidze, co musi rodzić nadzieje na powrót na szczebel centralny, nie wyczuwa się tutaj napięcia jak przed bitwą. I prezes, i trener zgodnie zapowiadają, że nie ma co oczekiwać wielkich wzmocnień, raczej awansu do pierwszego składu paru kolejnych zawodników z klubowej szkółki. Przede wszystkim – w ramach budżetu, by wciąż pozostawać wiarygodnym partnerem, a nie kolejnym klubem uzależnionym od pomocy z zewnątrz.

Oby tak zostało jak najdłużej.

SZYMON PODSTUFKA

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (5)