„Trzecia liga kosztuje złotówkę, druga – tysiąc”. Z wizytą w Polkowicach
Weszło

„Trzecia liga kosztuje złotówkę, druga – tysiąc”. Z wizytą w Polkowicach

W trzeciej lidze – graniczącej w większości przypadków między pełnym zawodowstwem a czystą amatorką – utrzymanie klubu, tym bardziej po reorganizacji rozgrywek, łatwe nie jest. Z jednej strony zawodowstwo jest powszechnością, a w pojedynczych klubach pięciocyfrowe sumy na kontraktach codziennością, z drugiej – spora część zespołów ledwo przędzie, w większości drużyn kasy jest tyle, żeby starczyło do pierwszego.

A przecież nierzadko musisz wynająć hotel, bo wyjazdy bliskie nie są. Utrzymanie piłkarzy i trenerów – tak czy siak, jak na panujące warunki – kosztuje sporo. Generalnie, pieniędzy musi być więcej, zresztą założenie PZPN-u – gdy zamieniano osiem grup na cztery – polegało  na tym, że od klubów będzie wymagało się większego profesjonalizmu i lepszej organizacji, również finansowej.

Wydaje się, że profesjonalizm jest, kluby na razie nie bankrutują, jakoś sobie radzą. Jedne lepiej, drugie gorzej, ale nie spełniły się czarne sny osób, które przewidywały, że część zespołów wysiądzie finansowo.

Tak jak swego czasu Górnik Polkowice. W sezonie 2013/14, jeszcze przed reorganizacją. Klub nie podołał finansowo, gdy ucięto pieniądze z gminy, która – jako właściciel – zdecydowała o wycofaniu zespołu z drugiej ligi. Wcześniej budżet zmniejszono drastycznie – z sześciu milionów do jednego, a Górnik zaczął od okręgówki. Nie musiał wspinać się od najniższego szczebla, bo – na swoje szczęście – posiadał zespół rezerw właśnie w okręgówce. Innym problemem było to, że zawodnicy mieli aktualne kontrakty, chronione przez PZPN. Z każdym graczem trzeba było przeprowadzić rozmowę, na szczęście z porozumieniem nie było problemu. Zawodnicy rozstali się w zgodzie, rozumieli, że przy takim zmniejszeniu budżetu klub nie byłby w stanie ich utrzymać.

Dziś Górnik finansowo ma się znacznie lepiej. Nie tak dobrze jak w momencie, gdy budżet wynosił 6 milionów, ale sytuacja jest stabilna. – Finanse są na dużo lepszym poziomie, mamy zabezpieczone środki w budżecie gminy. Nic tylko się rozwijać. Miasto cały czas jest właścicielem, finansuje nas w 85%. Pozostałe 15% pozyskujemy z zewnątrz – głównie z KGHM i grupy kapitałowej KGHM Polska Miedź S.A. – przyznaje prezes, Paweł Wechta.

Mimo wszystko prezes – w nawiązaniu do tego, o czym pisaliśmy na początku – nie ukrywa, że centralizacja kilka problemów stworzyła, ale plusem jest to, że wymaga zmiany podejścia i zupełnie innej organizacji. Lepszej.

– Organizacyjnie jest to wyzwanie, głównie z uwagi na dalekie trasy, jakie trzeba pokonać udając się na mecz. Czasami jest to 8-10 godzin autokarem, więc wcześniej organizujemy noclegi, żeby zawodnicy nie wychodzili na boisko po tak długiej trasie. Ale kwestia finansowa to jedno, ważne że takie wyjazdy zabierają dużo czasu. Czasu, który dla większości zawodników jest ograniczony, bo przecież mają oni obowiązki zawodowe. Zdarzały się przypadki, że – gdy mieliśmy daleki wyjazd na sobotni mecz – niektórzy gracze musieli wziąć urlop już w piątek. Generalnie, uważam, że druga liga powinna obejmować połowę Polski, tak jak było wcześniej. Z kolei nowa trzecia liga, która objęła cztery województwa, wymaga zwiększonych nakładów finansowych, ale także większego zaangażowania i czasu. Od klubów nowe rozwiązanie wymaga większego profesjonalizmu i zabezpieczenia finansowego.

W Górniku Polkowice zawodowstwa nie będzie nawet w przypadku awansu. Dość powiedzieć, że obecnie kontrakty umożliwiające skupienie się tylko i wyłącznie na piłce ma dwóch zawodników. Reszta pracuje, niektórzy w kopalniach, inni na przykład w KGHM-ie.

Wechta: – Finanse? Poziom stabilnej trzeciej ligi, górna czwórka naszej grupy. Mamy kilku graczy, którzy mają kontrakty, pozostali stypendia. Większość naszych zawodników pracuje zawodowo – głównie w kopalniach, w spółkach z Grupy Kapitałowej KGHM Polska Miedź. W przypadku awansu musimy liczyć się ze zwiększeniem budżetu. Oczywiście nie na tak wysokim poziomie jak 6 lat temu, ale pewny poziom trzeba będzie osiągnąć.

Mimo wszystko, nie wydaje się, żeby zawodnicy Górnika Polkowice mieli przejść na zawodowstwo nawet w przypadku awansu. Możliwości będą większe, ale pewnej granicy się nie przeskoczy. Trzeba będzie kombinować, wydaje się, że jednodniowe zwolnienia z pracy  będą codziennością.

4

Możliwy awans – pięć punktów przewagi nad rezerwami Zagłębia Lubin, dziewięć nad Ślęzą Wrocław – jest dobrym podsumowaniem pracy, jaką wykonano od czasu wycofania klubu z drugiej ligi. Między innymi o tej drodze, ale też – a nawet przede wszystkim – o realiach finansowych niższych lig (i nie tylko) kiedyś i dziś, podejściu zawodników, wygonionym z Polkowic graczu Arki Gdynia, który myślał tylko i wyłącznie o pieniądzach, czy piłkarzu zakochanym w Górniku Polkowice, który odrzucił ofertę z Zabrza porozmawialiśmy z Janem Wierzbickim, rzecznikiem prasowym klubu i Piotrem Wójcikiem – polkowicką legendą. Byłym piłkarzem Górnika, potem trenerem i kierownikiem zespołu.

Wójcik: Pracuję w Górniku od czerwca 1976 roku. Wychowałem kilku młodzieżowych reprezentantów Polski. Rocznik 84-85. Ziemniak, Fryzowicz, dwóch Wacławczyków, świętej pamięci Zawadzki i Nadolski. Trener Andrzej Zamilski wypatrzył ich podczas naszego sparingu z Górnikiem Zabrze, bo – szczerze mówiąc – o mieście nie wiedział za wiele. Kiedy dostali powołania, a ja pojechałem z nimi do Warszawy, pytał mnie, gdzie w ogóle leżą Polkowice. Zupełnie inne czasy, zupełnie inne podejście do piłki. Czasy łatwiejsze dla trenerów, przede wszystkim młodzieżowych, bo był wybór. Na jedną pozycję miałeś pięciu-sześciu zawodników, a teraz nierzadko tylu można znaleźć – przy sporym szczęściu – na podwórku. Dziś wyboru nie ma, młodzież jest leniwa. Nie chcę nie wiadomo jak idealizować przeszłości, ale naprawdę – jeszcze kilkanaście lat temu podejście było inne. Wracałeś ze szkoły, rzucałeś plecak i grałeś cały dzień. Młodzieży było mnóstwo, sport stał na wysokim poziomie, a dzisiaj jak wyglądają zawodnicy z Ekstraklasy i pierwszej ligi? No, nie wyglądają.

Nie wyglądają, a – paradoksalnie – pieniędzy jest znacznie, znacznie więcej. Wcześniej też nie zarabiało się groszy, ale bez przesady.

Wierzbicki: Mówimy o Ekstraklasie i pierwszej lidze, czyli wyższych poziomach. U nas, w niższych ligach takich pieniędzy nie ma.

Ale nie ma co ukrywać, że w trzeciej lidze można zarobić. W takiej Kotwicy Kołobrzeg – dziś środek tabeli trzeciej ligi – pięciocyfrowe kontrakty dla najlepszych zawodników nie stanowią problemu, a to nie jest pojedynczy przypadek.

Wójcik: U nas sytuacja nie wygląda tak absurdalnie, ale wracając do Ekstraklasy. Jeżeli zawodnik Legii Warszawa zarabia sto tysięcy złotych na miesiąc, a gra jak gra, to jest chyba trochę przesada. To też pokazuje, że gdzieś tam u góry zarobki skoczyły gwałtownie, przez co i w niższych ligach trzeba płacić więcej.

Generalnie, wydaje mi się, że zarobki w niższych ligach podnoszą się znacznie. Dziś naprawdę nietrudno sobie wyobrazić, że najlepsi zawodnicy w pojedynczych klubach w czwartej lidze – na piątym poziomie rozgrywkowym – mogą dobić do 1000-1500 złotych na rękę. Za dwa-trzy treningi i mecz w weekend.

Wierzbicki: Jest różnie, to prawda. Ale na przykład w Błękitnych Stargard, w drugiej lidze, większość zawodników pracuje.

 Wójcik: Wszystko się zmieniło. Nawet w okręgówce czy A-klasie można dostać, powiedzmy, 150 złotych miesięcznego stypendium. To zawodników zadowala, bo grają z pasji. I tak, nawet za darmo, by przychodzili.

Generalnie, dzisiaj to polega na tym, że jest jakiś sponsor – na przykład w trzeciej lidze – są miasta, które mają pieniądze i kluby dobrze funkcjonują. Burmistrz pomaga, bo wie, że klub może promować miasto. Tak jest i z Polkowicami. To nie jest tylko i wyłącznie złe. Bo ktoś kiedyś pytał, gdzie leżą Polkowice, a dziś każdy o tym mieście wie. Także podsumowując – nierzadko łapie się za głowę, gdy widzę, ile płacą w Legii, ale podobnie jest z realiami w niższych ligach, z tym że, no niestety, za promocję trzeba płacić.

Gorzej, gdy pieniędzy w mieście zabraknie. Niestety, ale takie coś nam się przytrafiło. Jest jednak pozytyw – większość zawodników znalazła pracę w Ekstraklasie czy pierwszej lidze. Piątkowski, Piotrowski, Kuświk i tak dalej. Oznacza to, że mieliśmy potencjał, ale zabrakło kasy. Po prostu. Dziś trzeba się modlić, żeby burmistrz dawał pieniądze. I nie mówię tylko o nas, takie są realia większości klubów.

Wierzbicki: Żałuję, że przestały funkcjonować dotacje. Kiedyś – jeżeli klub miał kilka grup młodzieżowych i szkolił dobrze – dostawał nagrodę od PZPN-u. Pomoc być powinna, bo nie oszukujmy się – organizacja meczów czy wyjazdy to dla mniejszych klubów duże koszty.

Wójcik: A w drugiej lidze jeszcze większe. Awansować to jedno, utrzymać się na poziomie centralnym, nie przepaść finansowo – drugie.

Wierzbicki: Trzeba mieć zbilansowany budżet, przygotowany na drugą ligę jeszcze w czasach gry niżej. A niektórzy nie kalkulują. Awansują, potem stykają się z rzeczywistością widzą, że koszty są za duże i spadają. To jest problem, ale tak wcale być nie musi. Kluczem inteligentne zarządzania. Przykład GKS-u Jastrzębie, choć akurat Jastrzębie jest bogate.

Wójcik: Duża zależy od zakresu myślenia działaczy. Jak masz pieniądze, zrobisz awans. Inne zespoły z tej ligi nie mają takiego zabezpieczenia finansowego i bazy jak my, więc nic dziwnego, że jesteśmy w czołówce. Ale nie ukrywajmy – druga liga to będą zupełnie inne realia, na pewno pojawią się problemy, bo trzecia liga kosztuje złotówkę, a druga – tysiąc złotych.

Wierzbicki: Staramy się inspirować przykładem GKS-u Jastrzębie. Dwa awanse z rzędu, teraz solidna pozycja w pierwszej lidze.

Wójcik: Ważne, żeby nie skończyć jak na przykład Ruch Radzionków, bo mówimy o Jastrzębiu, a przecież są inne, bardziej bolesne przykłady. Trenerzy Górak i Okoń chodzili po sklepach, kupowali smalec, żeby zawodnicy mieli co jeść po drodze. Bo nie mieli nic. Jeżeli mieli jechać do Stróż, wyjeżdżali o piątek, mimo że odległość jest daleka. Spadli z ligi. A tutaj nie ma na co narzekać, tym bardziej porównując z tym drastycznym przykładem.

Wierzbicki: Jesteśmy klubem prowadzonym profesjonalnie. Nierzadko dzwonię po klubach w Polsce. „Wie pan co, niech pan zadzwoni po południu, bo tutaj jest OSiR. Klub dopiero później” – tak to funkcjonuje. U nas takich sytuacji nie ma. Górnik Polkowice jest poukładany na poziomie pierwszej ligi. Co najmniej.

Wierzyliśmy w tak szybko odbudowę po wycofaniu się i po starcie w okręgówce?

Wierzbicki: Część zawodników odeszła, trzeba było budować wszystko od nowa.

Wójcik: Chyba Bóg czuwał nad naszym klubem. Całe szczęście, że mieliśmy rezerwy w okręgówce, bo musielibyśmy zaczynać od B-klasy. Kilku graczy zostało, przerastaliśmy okręgówkę. I poszło, zrobiła się fajna ekipa.

Dziś klub tworzą przede wszystkim ludzie z regionu.

Wójcik: Dla takich zawodników wszystko wydaje się bardziej namacalne.

Wierzbicki: Do tego świetna atmosfera, co na każdym kroku podkreślają nasi gracze. Część chłopaków wypożyczyliśmy z Zagłębia Lubin, to też bliziutko i to też swoją drogą korzystna współpraca – korzystamy zarówno my, jak i oni. Była taka sytuacja, że gdy graliśmy w okręgówce, kilku zawodnikom lubinian skończył się wiek juniora. Wzięliśmy ich do siebie, a dziś część z tych graczy stanowi trzon naszego zespołu,. Znamienne, że stoimy lepiej niż rezerwy Zagłębia. Ale nie rywalizujemy, to współpraca.

Dochodzi do tego, że zawodnicy Zagłębia, którzy przychodzą do nas i którzy wiedzą, że po powrocie mogą mieć problem z przebiciem się w Lubinie – gdzie przecież nie gra regularnie zbyt wielu wychowanków – nie chcą wracać. Podkreślają rodziną atmosferę, ale to jedno. Druga sprawa – z Polkowic do Lubina jest blisko, liga jest całkiem wysoka. Gdzie im będzie lepiej? Jeżeli ktoś się uczy, a chciałby wyjechać z Lubina w Polskę, to musiałby zrezygnować ze szkoły. Polkowice są najlepszym rozwiązaniem, tym bardziej że szukamy zawodników z regionu, ograniczamy się do Zagłębia Miedziowego.

Jeżeli młody chłopak pojedzie do trzeciej ligi do innego miasta, mało prawdopodobne, żeby trener pierwszej drużyny regularnie śledził jego postępy. A do nas z Lubina jest rzut beretem, niejednokrotnie przyjeżdżali tu Hapal czy Stokowiec. To też większa kontrola nad zawodnikami, bo wiadomo, jak to jest, gdy młody zawodnik wyjeżdża dalej. Może przepaść.

Generalnie, moim marzeniem jest, żeby nasz region był jeszcze silniejszy dzięki nam. Nie chcemy być tylko i wyłącznie zapleczem Zagłębia, ale nastawiamy się na współpracę.

Wójcik: Dobrze mówisz. Każdy pracuje na swój rachunek i to w tym przypadku nie jest takie złe. Zawodnicy wychodzą na boisko i chcą pokazać, co potrafią. Pokazać oczywiście trenerowi Zagłębia. To jedyna rzecz, która tych chłopaków trzyma tutaj przy życiu, choć wiadomo – jak ktoś widzi, że nie ma szans przebić się tam, to zżywa się z nami. To naturalne.

Na początku mówiliśmy, że zawodnicy zarabiają dużo. My nie przepłacamy, ale – wydaje mi się – że nasi zawodnicy nie są przesadnie roszczeniowi, nie żądają nieadekwatnych do umiejętności kokosów. A kiedyś takie sytuacje były. Pamiętam, jak awansowaliśmy do pierwszej ligi z trenerem Dominikiem Nowakiem. Przyjechał gość, który gra dziś w Arce Gdynia, nie chcę wymieniać nazwiska. Miałem zapytać, jakie są jego oczekiwania, ale nawet nie zdążyłem zadać pytania. Wyręczył mnie. „Ile tutaj zarobię?” – padło. „Nic nie zarobisz, koniec, możesz wracać do domu” – odpowiedziałem. Straszne podejście, ale chyba się ogarnął, bo gra w Ekstraklasie.

Skoro wspomniałem o przykładzie negatywnym, muszę również powiedzieć o zawodniku, z którego jestem dumny. Zupełnie inna sytuacja, bo mówimy o wychowanku, ale za to niesamowicie oddanym i zżytym z klubem. Maciej Bancewicz. Bardzo dobry zawodnik, który nie powinien grać na poziomie trzeciej ligi. Powinien być co najmniej w pierwszej lidze, tylko że nie chce odchodzić.

Wierzbicki: Jest emocjonalnie związany z Polkowicami.

Wójcik: Miałem telefon z Zabrza, od trenera Brosza. Chciał, żebym go przywiózł, ale Maciek pokazał mi barwy i mówi, że nie ma opcji. Przekonywałem go, ale pozostał nieugięty.

4 5

No dobra, a jak wygląda sytuacja infrastrukturalna Górnika? Wechta: – W ciągu ostatnich dwóch lat odbyłem w Warszawie kilka spotkań licencyjnych z uwagi na możliwość awansu. Muszę przyznać, że na tle pozostałych drużyn, które aspirują do II ligi, jesteśmy w czołówce pod względem infrastrukturalnym. W naszym przypadku wystarczą niewielkie inwestycje by pozytywnie przejść przez proces licencyjny. Największą bolączką jest brak sztucznej płyty. Jestem jednak po spotkaniu z Burmistrzem Polkowic, który zadeklarował pomoc, wierzymy we wsparcie przy inwestycji od naszych partnerów sponsoringowych z Grupy Kapitałowej KGHM Polska Miedź. Istnieje również możliwość pozyskania dotacji z Ministerstwa Sportu, co oznacza, że jest duża szansa by inwestycja ruszyła już w przyszłym roku, wówczas będziemy dysponowali sztuczną płytą pod balonem. Obecnie korzystamy z infrastruktury Lubina czy Głogowa, gdzie jeździmy na treningi, niestety drużyny młodzieżowe nie mają już takiej możliwości.

– Mamy 11 grup młodzieżowych, począwszy od pięciolatków. Po rundzie jesiennej trampkarze awansowali do rozgrywek centralnych, co traktujemy jako wielki sukces. Jeśli chodzi o budżet to największy ma piłka nożna ze względu na liczbę zawodników i szkoleniowców. Futbol ma największe tradycje i wierzymy, że piłka w Polkowicach odbuduje swoją pozycję na arenie ogólnopolskiej. Jesteśmy na bardzo dobrej drodze, by ten cel osiągnąć. Jestem przekonany, że przy przychylności Burmistrza Polkowic – naszego właściciela – będziemy mogli dalej się rozwijać, bowiem nie ma możliwości grania na poziomie III lub tym bardziej II ligi bez stabilnego finansowania.

4 5 8

6 7 9

Jakkolwiek spojrzeć, Górnik wydaje się zespołem na drugą ligę przygotowanym, stadionu – jak przyznaje rzecznik – nie powstydziłaby się część zespołów pierwszoligowych. W klubie czuć historię, bo zadbano, żeby ściany były wręcz wysypane wspomnieniami. Czy to koszulkami byłych zawodników, czy historycznymi datami. Niby drobiazg, ale drobiazg dodający klimatu.

Wechta: Co cieszy mnie najbardziej? Ciągły, zauważalny progres naszej piłki. Widzę, ile trudu wkładają trenerzy i zawodnicy w codzienne przygotowanie do rozgrywek. Cieszę się z tego, że w większości gramy wychowankami i chłopakami z regionu. Połowa graczy pochodzi z naszego miasta- patriotyzm lokalny, ważna rzecz, bo – mimo wszystko – w niższych ligach nie jest to coś, co jest codziennością. Tym bardziej cieszy nasza pozycja w tabeli.

– Nie wiem, jaka będzie przyszłość, ale przykład GKS-u Jastrzębie działa na wyobraźnię.

Norbert Skórzewski

KOMENTARZE (4)