Szkolenie przez zagłaskanie? O przepisie młodzieżowca w Ekstraklasie
Weszło

Szkolenie przez zagłaskanie? O przepisie młodzieżowca w Ekstraklasie

Nie lubię się powtarzać, ale widać muszę, skoro za chwilę ma zostać wprowadzony durnowaty przepis o konieczności gry młodzieżowcem w Ekstraklasie. Jest to przepis, moim zdaniem, mający więcej z populizmu niż pracy u podstaw.

Przepis który pochwali każdy tzw. Janusz, kwitując to znad bigosu: „I dobrze, nic nie grają te ciamajdy, niech spróbują młode”.

Ale kto nie interesuje się futbolem wyłącznie od mundialu do mundialu, ten wie, że młodzi mają tak cieplarniane warunki, że niektórym już się dupka grzeje. I zamiast lodu właśnie przyniesiono im leżaki.

Czy polska liga jest mierna? Pewnie, że jest. Czy większa liczba młodzieżowców zaszkodzi poziomowi?

Przepraszam, czemu ma zaszkodzić?

Nie w tym jednak rzecz, że to psucie ligi, ustanawianie sztucznych ram rywalizacji. Kto chce w to brnąć – może się wikłać, ale narazi się na as serwisowy w postaci argumentu „ta liga jest tak słaba, że nic jej nie zaszkodzi”.

Moim zdaniem rzecz jednak w tym, że to psucie szkolenia, czyli w teorii tego, co reforma miała wspomóc.

Młodzi piłkarze nigdy w historii piłki nożnej nie mieli lepiej. Masz właściwy PESEL, trzy razy prosto kopniesz piłkę – winda w górę. Witaj topowa ligo, witajcie setki tysięcy euro na stole, a wszystko choćbyś grał w tak dziadowskiej lidze jak nasza. Matchfixing? Jak tak dalej pójdzie ustawianie meczów będzie przeżytkiem, lepiej będzie ustawić kilka meczów pod to, żeby siedemnastoletni skrzydłowy w meczu o nic zrobił pięć efektownych rajdów.

Nastolatek może biegać krzywo, może potykać się o własne nogi, może przyjść prosto z baru – i tak ma większy potencjał transferowy niż stary. Kiedyś szło się na Zachód za umiejętności, wyjeżdżały nawet stare konie – dzisiaj liczy się materiał, nie finalny produkt. Dajcie nam chłopaka z papierami, my już go sobie oszlifujemy – tak myślą stojący wyżej od nas w piłkarskim łańcuchu pokarmowym.

Z tego powodu na młodego chucha się i dmucha. Młody ma bliżej do składu, bo młody jak zagra pięć dobrych meczów, już może być wart tyle, że podwoi przyszłoroczny budżet. To zachwianie wszelkich proporcji szatni, gdzie starszyzna wprowadzała młodzież. Bo dzisiaj starszyzna to mogą być klubowe legendy, mogą być ludzie dziesięć razy mądrzejsi, a boiskowo dwa razy lepsi, ale i tak to w młodym leży finansowa przyszłość klubu, ergo: może być nieporównywalnie słabszy, a mimo to nieporównywalnie ważniejszy.

Klub musi też wyłożyć swoje finansowo nawet na niedojrzałe dziecko. Podpytajcie w akademiach, nawet o chłopaków z podstawówki toczą się zażarte boje, najzdolniejsi dzięki globalizacji mają w zasięgu ręki zagraniczne akademie. No to czym skusisz do pozostania w kraju? Frytkami?

Czy muszę mówić, jakie to ryzyko sody, tej największej pułapki na młodych piłkarzy? Jeszcze nic nie osiągnął, tak naprawdę grać porządnie nie umie, a już się do niego wszyscy łaszą – to może zniszczyć nawet zupełnie porządnych chłopaków.

Dopiero co w październiku Patryk Klimala, dwudziestolatek z Jagiellonii, kupił sobie pierwszego Mercedesa. Prywatna sprawa, jego wola, ale za coś Ireneusz Mamrot się wkurwił, mówiąc o podchodzeniu do kariery nie od tej strony co trzeba. Klimala – chłopak zdolny, ale w dorosłej piłce jedna porządna runda w I lidze. W Jadze seniorskiej – tyle co nic. Z takim dorobkiem parę lat temu mógłby, owszem, poprowadzić Mercedesa, ale najwyżej w Gran Turismo. Ale za chwilę jemu podobni będą mogli sobie robić na podwórku mini komis – każdy, kto chociaż nie będzie przeszkadzał, na rynku transferowym będzie przeceniany po wielokroć, choć gdyby postawić go w rywalizacji ze starszymi nawet nie byłby brany pod uwagę.

Czy młodzieżowiec siłą przymusu wysłany na boisko naprawdę się uczy, dostaje motywacyjnego kopa? Czy to takie inspirujące, gdy trener mówi:

– Słuchaj Romek, grasz bo musisz, grasz, bo jest taki przepis. Stefan jest od ciebie pięć razy lepszy, nie powąchałbyś nawet murawy, ale musisz grać. I nawet jak, za przeproszeniem, zajebiesz, i tak będziesz grał, bo regulamin cię kryje.

Jak wyszarpie, uszanuje, wzmocni swój charakter. A jak ma podawany pierwszy skład na złotym talerzyku, jeszcze mu podpinają śliniaczek i dają talerz ze styropianu, żeby się nie męczył zmywaniem – kolejna demoralizacja. Żadna praca nad charakterem, tego charakteru zabijanie. Już się mówi, że nasi piłkarze często gdy wyjeżdżają nie są gotowi na rywalizację – autostrada na boisku wyłącznie za PESEL ma im w tym pomóc?

I kosztem kogo? Kosztem na przykład chłopaka, który jest o dwa miesiące starszy, bo już ma 22 lata? Jaka sztuczność, jaka nienaturalność, a przecież takie sytuacje będą się zdarzać. Dwóch takich samych grajków, na identycznym poziomie, wiek w praktyce ten sam, a jednego wygryźć się nie da, drugi na liście transferowej – sytuacja, za chwilę, prawdopodobna.

Panowie, teraz przyszło wam do głowy tak drastycznymi sposobami zachęcać do stawiania na młodzież? Taka sztuczna pompka może by miała jakąkolwiek, choćby minimalną rację bytu dwadzieścia lat temu.  Ale teraz, gdy wszyscy już idą w szkolenie? Gdy skończyły się czasy, że trzeba grać w topowym polskim klubie by wyjechać, a na Zachód jesteś w stanie wyjechać ze średniaka, ze spadkowicza, z ósmego miejsca na liście strzelców, nawet z Klubu Kokosa?

Gdzie każdy ligowy klub uświadomił sobie, że postawienie na akademie to potencjalna żyła złota? Gdzie wszyscy inwestują, snują plany, zazdroszczą Lechowi astronomicznych kwot za sprzedanych juniorów? Jeździliśmy dopiero co całą jesień z cyklem „Liga od kuźni” – tu jest lepiej, tam jest gorzej, ale wszyscy chcą. Nawet najbardziej oporni widzą ile to może być warte forsy, lepszego sposobu na przekonanie do szkolenia nie ma. Objąłby dziś gabinet prezesowski w Ekstraklasie największy beton, żywcem wyrwany z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, a tak samo powiedziałby:

– Panowie, nie interesuje mnie gdzie będzie polska piłka ani ten klub, ale interesuje mnie zasobność mojego i waszego portfela. Tym samym stawiamy na młodzież. Intensywnie. To jedyny sposób by na tym biznesie zarobić.

I nawet ten potencjalny beton właśnie by się wściekł, bo przed chwilą się kręciło, a teraz popsuto mu biznes. Skaut patrzy: no tak, chłopak gra, ale nie dlatego, że wygrał skład, tylko dlatego, że musi. Weźmy jego minuty w nawias.

Ta zachęta do stawiania na młodzież to jakby Minister Zdrowia ogłosił przymus picia wody przy czterdziestostopniowym upale. Korzystne? Bez wnikania – tak. Po wnikaniu – kto nie jest samobójcą, i tak to robi. A egzekwujące przymus Wodne Szwadrony, siłą i pod groźbą rozstrzelania zmuszające do picia, nieświadomie osładzające samobójczą perspektywę.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (26)