Obcokrajowcy spoza UE w Ekstraklasie. TOP 10 obecnie i TOP 10 w ogóle
Weszło

Obcokrajowcy spoza UE w Ekstraklasie. TOP 10 obecnie i TOP 10 w ogóle

Obowiązek wystawiania jednego młodzieżowa wzbudza ożywioną dyskusję i ma wielu przeciwników. Panuje natomiast zgoda co do tego, że zniesienie limitu obcokrajowców spoza Unii Europejskiej to ruch w dobrą stronę. Praktyka pokazała, że w Ekstraklasie zmieniły się tylko kierunki dostaw (np. coraz więcej Hiszpanów), a ogólne proporcje nie uległy poprawie lub nawet przybyszów z zagranicy było jeszcze więcej niż wcześniej. Teraz wracamy do sytuacji sprzed limitu, gdy o tym, czy wziąć Nigeryjczyka, czy Portugalczyka kluby decydowały wyłącznie w oparciu o aspekty sportowo-ekonomiczne, a nie o to, kto ma jaki paszport. 

To dobra wiadomość, bo nawet przy dotychczasowych ograniczeniach widzimy, że polskie kluby tracą nie mogąc mocniej eksplorować na przykład rynku serbskiego, gruzińskiego czy ukraińskiego. Postanowiliśmy wytypować najlepszą dziesiątkę piłkarzy spoza UE, którzy aktualnie grają w Ekstraklasie. Nie wszyscy z nich to gwiazdy, ale na pewno każdy potrafi się wyróżniać w polskiej lidze i nie mamy nic przeciwko, by takich stranierich mogło być u nas więcej. A poza tą dyszką jeszcze kilka nazwisk by się znalazło, chociażby odstawiony aktualnie na bocznicę w Wiśle Płock Semir Stilić czy Marko Vesović, próbujący stać się czołową postacią Legii.

Całkiem zacne to grono poniżej, mimo że na przykład Merebaszwili aktualnie znajduje się w gorszej formie niż w poprzednim sezonie.

1. Ricardinho (Wisła Płock)
2. Filip Mladenović (Lechia Gdańsk)
3. Luka Zarandia (Arka Gdynia)
4. Lasza Dwali (Pogoń Szczecin)
5. Aleksandar Sedlar (Piast Gliwice)
6. Marko Poletanović (Jagiellonia Białystok)
7. Wołodymyr Kostewycz (Lech Poznań)
8. Adnan Kovacević (Korona Kielce)
9. Giorgi Merebaszwili (Wisła Płock)
10. Elhadji Pape Diaw (Korona Kielce)

***

A jak wyglądałoby TOP 10 piłkarzy spoza UE w opublikowanym przez nas TUTAJ kilka tygodni temu rankingu 100 najlepszych obcokrajowców w historii Ekstraklasy? Sprawdziliśmy. Kto wie, czy przy takich ograniczeniach jak teraz zostaliby sprowadzeni do Polski. Wiele byśmy stracili, bo zdecydowana większość nazwisk z czołówki zestawienia to właśnie zawodnicy, których dziś dotyczyłby limit.

Bierzemy pod uwagę status piłkarza w momencie transferu. Jeśli potem otrzymał polskie obywatelstwo (jak Radović), nie miało to znaczenia.

10. Gija Guruli. Jeśli nie wiecie o kogo chodzi, to pewne jest jedno: nie jesteście kibicami GKS-u Katowice.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. Motor Lublin potrafił sprowadzić Rosjanina, płacąc pakietem kaset porno. Transfery zagraniczne w ekstraklasie jeśli opierały się chociaż na nagraniach VHS, to już uchodziły za przeprowadzone po profesjonalnym skautingu.

Guruli przyjeżdżał jako król strzelców gruzińskiej ekstraklasy, ale też kot w worku, a konkretnie piłkarz z kontuzją, którą musiał leczyć kilka miesięcy. Wydawało się, że GKS został zrobiony w konia.

Wkrótce okazało się, że jedynymi zrobionymi w konia będą obrońcy rywali katowiczan. Guruli był piłkarskim czarodziejem, zawodnikiem wybitnym technicznie, a można zaryzykować, że najlepszym zagranicznym dryblerem w historii ligi. Takich obcokrajowców chciałoby się jak najwięcej: nie wyrobników, ale prawdziwe gwiazdy, dla których chodzi się na stadion. Po dwóch latach trafił do Le Havre, a pamiętajmy, że czasy nie były tak łatwe, jeśli chodzi o zagraniczne transfery, limity obcokrajowców były więcej niż ścisłe.

9. Aleksandar Vuković. W trenerce na razie bez szału, ale jeszcze dużo za wcześnie, by skreślać go na tym polu. Za to kariera piłkarska udana. Chyba też lepsza niż się spodziewał, bo gdy kiedyś gadaliśmy z nim o piłkarskich marzeniach, nie opowiadał o wielkich z punktu widzenia piłkarza sprawach jak duże turnieje czy puchary. Chciał zagrać dla Partizana. Marzył, by strzelić gola w derbach Belgradu, to się akurat nie udało, ale wspominał, że odbił sobie to niepowodzenie w czasie derbów Warszawy. Zależało mu, by wspiąć się na płot i w takim meczu cieszyć się z kibicami.

Walczak, charakterniak, fani uwielbiają takich graczy. Niepotrzebnie wyjeżdżał w 2004 roku do Ergotelisu, ale szybko wrócił i jeszcze wygrał to i owo. By grać w piłkę na poważniejszym poziomie, chyba trochę brakowało mu szybkości, ale na polską ligę był, jak znalazł, podniósł poziom w bardzo dobrej drużynie.

8. Maor Melikson. Czy byli w polskiej lidze zawodnicy efektywniejsi? Pewnie. Ale ilu było efektowniejszych? Można policzyć na palcach jednej ręki.

Melikson to symbol – nie bójmy się tego słowa – ostatniej naprawdę mocnej Wisły Kraków, już i tak schyłkowej w swej sile, ale wciąż mistrzowskiej, wciąż potrafiącej osiągnąć godny wynik w pucharach. Melikson był ofensywnym silnikiem tamtej drużyny.

Szanujemy wyrobników, tych, którzy pracują tyleż nogami, co łokciami, nigdy nie schodząc poniżej pewnego poziomu. Ale zawsze jeszcze większy szacunek ma się dla tych, którzy w polskich pszenno-buraczanych realiach potrafią dać odrobinę magii. Melikson ją dawał. Dryblingi, hurtowe zakładanie siatek, znakomite dogranie, technika, błyskotliwość. Takiego gracza się nie zapomina. O jego klasie swoje mówi fakt, że w pewnym momencie był o pół kroku od reprezentacji Polski. Na szczęście dla wszystkich stron, w ostatnim momencie wycofał nogę. We Francji nie wyszło tak, jak się tego spodziewano, ale do dziś, mimo upływu lat, robi dobrą boiskową robotę w Izraelu.

Co najbardziej wspominał z Polski? Świętowanie razem z kibicami podczas fety na Rynku i mój pierwszy mecz w Wiśle, kiedy grał przy kilkunastostopniowym mrozie.

7. Edi Andradina. Trudno uwierzyć w to, ile meczów zdołał rozegrać w polskiej lidze Andradina – przecież ten facet meldował się tu w wieku 31 lat. Ale Edi miał zwyczajnie tak wysokie umiejętności piłkarskie, że dawał wiele drużynie nawet koło czterdziestki, nie przeszkadzał mu w tym nawet wyraźny brzuszek. A przecież Edi swego czasu wyprzedził Svitlicę i był najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Ekstraklasy.

Ale czy może być inaczej, skoro mówimy o zawodniku z przeszłością w Santosie? Gdzie grał, a nie rzucał ręczniki? Zawodniku, który jak pierwszy raz zameldował się w Europie, poskładał drugą ligę rosyjską zostając królem strzelców? Wybrał później kierunek niecodzienny, bo japoński, ale J-League końca lat dziewięćdziesiątych miała duży rozpęd, duże pieniądze, a w Brazylijczykach była zakochana. Został tutaj na długo i w nietechnicznej lidze się wyróżniał. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to gdzieś w którymś momencie popełnił błąd w karierze, bo nigdy nie trafił do naprawdę silnej ligi, choć słabszymi zamiatał dość regularnie.

6. Andrij Michalczuk. Czy to się komuś podoba czy nie, Widzew lat 95/96 i 96/97 to jedna z najlepszych drużyn ekstraklasy ostatniego ćwierćwiecza. Pierwsze mistrzostwo zdobyte bez choćby jednej porażki w sezonie. Drugie mistrzostwo po jednym z najsłynniejszych meczów w historii polskiej ligi, Legia – Widzew 2:3, gdzie Michalczuk przypieczętował rezultat. Wisienką na torcie Liga Mistrzów, gdzie RTS po pierwszym meczu z BVB został przez „Kicker” nazwany czarnym koniem turnieju i choć z arcymocnej grupy nie wyszedł, to prezentował otwarty futbol bez kompleksów.

Michalczuk był nieodzowną postacią tamtego Widzewa. Po Champions League interesowało się nim Dynamo Kijów, to Dynamo z Rebrowem i Szewczenką. Były również głosy, by Michalczuka naturalizować i z miejsca wziąć do kadry Polski. Łącznie temu wszechstronnemu zawodnikowi uzbierały się w barwach RTS-u 223 mecze, niemal zawsze na topowym ligowym poziomie. Do tego dorzucił pokaźny wianuszek bramek, a strzelał także w pucharach: z Parmą samemu Buffonowi.

5. Marcelo. Już sam fakt, że trafił do Wisły Kraków był czymś znaczącym. Z legendarnego Santosu, w którym nie tylko jadł obiady i trenował. W teorii za darmo i można udawać, że tak było, ale kwota za podpis i prowizja to na pewno nie były grosze. Jednak na pewno się opłacało, pomógł Wiśle nie tylko w obronie, ale też swoimi golami. W końcówce pierwszego sezonu strzelał z Arką Gdynia i Legią Warszawa – w obu meczach było po 1-0, bez niego mistrzostwo byłoby chyba nierealne. W drugim roku trafił aż siedem razy.

Wisła była dla niego trampoliną, za co do dziś jest wdzięczny i stara się pomagać klubowi. Ale tak samo było z innymi zespołami, w których grał – z PSV przeniósł się do grającego z Bundeslidze Hannoveru, później do wielkiego tureckiego Besiktasu, a następnie do Lyonu. Piękna kariera. Wszędzie zyskiwał spore uznanie i – choć ma już 31 lat – być może jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

4. Semir Stilić. Tak jak Marcelo po wyjeździe z Polski był tylko lepszy, tak o Stiliciu tego powiedzieć nie można. Próbował w Karpatach Lwów, Gaziantesporze i APOEL-u, ale pokazywał tylko cząstkę talentu, który prezentował u nas. Wracał i znów wymiatał. Wiele jest teorii dotyczących tego, dlaczego tak było. Od psychiki, gdyż tylko u nas mógł być traktowany jak gwiazda, po motorykę, która była w sam raz na ekstraklasę, ale niekoniecznie w miejsca, gdzie gra się trochę szybciej.

Choć w Wiśle Kraków też brylował, najlepszy naszym zdaniem był w Lechu, w którym współpracował z Lewandowskim, Rengifo, Peszką, Murawskim, Injacem i kilkoma innymi graczami. 15 goli i 14 asyst w pierwszym sezonie, w tym szalenie ważne zagrania w pucharowej szarży, która skończyła się dopiero wiosną na Udinese. W sezonie 2011/12 również pokazał się w Europie. Świetne stałe fragmenty. Nie rozumiemy jego obecnej sytuacji w Wiśle Płock, ale mamy nadzieję, że jeszcze coś pokaże.

3. Manuel Arboleda. Budził skrajne emocje. Miłość i nienawiść. Weźmy na przykład styl. Mógł imponować tym, że był twardy i nieustępliwy, do dziś twierdzi, że to przy nim wyrobił się Robert Lewandowski. Z drugiej strony trudno o większego płaczka, gdy to przeciwnik dostosowywał się do niełatwych warunków. Sama gra – bardzo efektowna jak na środkowego obrońcę, kilka jego rajdów pamiętamy do dziś, teraz w lidze trochę nam tego brakuje wśród stoperów. Ale nie można też zapominać o tym, że jego drużynom czasami przychodziło płacić za to rachunek. Kwestia gry dla naszej kadry – kolejna, którą dzielił Polaków. Od brawurowego wykonania hymnu, po szeroko zakrojony spisek przeciwko niemu. O którym chętnie opowiadał, od którego podobno zaczęły się jego problemy, którego przejawem był między innymi palec w dupie. Postawiono dla niego w Lechu komin płacowy i chyba popełniono błąd, bo jakoś trudniej przychodziło mu udowodnianie, że był wart takich pieniędzy.

Dwa mistrzostwa, Puchar Polski, dwa Superpuchary, fajne przygody w pucharach, gole z Udinese, City, Dnipro czy Salzburgiem. Kozacki obrońca. Człowiek? To już musicie ocenić sami.

2. Miroslav Radović. Radović, partner Ljubo w nocnych eskapadach, może nigdy nie poderwał tłumu aż tak jak Danijel czy Vadis, ale ze względu na spędzony w Warszawie czas, to co wygrał i również w styl, w którym to osiągnął, powinien zająć miejsce w galerii sław. W Warszawie zameldował się przed sezonem 2006/07 i jest w stolicy do dziś. Oczywiście po drodze był wyjazd do Chin, runda w słoweńskiej Olimpiji i krótki okres gry dla Partizana, ale nawet to, jak wyglądał po powrocie, gdy wydawało się, że jest już po drugiej stronie rzeki, gdzie karmią głównie burgerami, mówi dużo o jego klasie na polskich boiskach. Łącznie z Legią zgarnął aż 11 trofeów! Jak już wspominaliśmy, z 68 bramkami jest najskuteczniejszym zagranicznym strzelcem w historii ligi. W całej historii klub z Łazienkowskiej więcej razy trafiało tylko trzech graczy.

Zasłynął też z symulowania i to ciągnie się za nim do dziś i już nie przestanie. W Pomidorze zapewniał, że jest za surowym karaniem takich oszustów, po czym chwilę później próbował bezczelnie wymusić czerwoną kartkę i wolnego w meczu z Wisłą Kraków. Niezły agent. Miał swój charakterystyczny zwód, na który nabierało się 90% ligi, ale w Europie też czasami nie wiedzieli, jak sobie z nim poradzić. Coś może powiedzieć o tym nawet Danilo po meczu na Santiago Bernabeu. Gdy trzeba było, walnął z dużego palca i też wchodziło. Wielka postać. Nie wiemy, czy trafi się ktoś z zagranicy, kto osiągnie więcej, bo do tego potrzeba jednak pozostania w jednym klubie na dłużej, o co w przypadku dobrych zawodników trudno. W najbliższej przyszłości raczej się tego nie spodziewamy.

1. Kalu Uche. Będziemy szczerzy – na początku postawiliśmy na Rado. Nie przepadaliśmy za tym wyborem, ale jego osiągnięcia są niepodważalne. Dopiero przy konsultacjach pojawiła się opcja z Uche. Zrobiliśmy wewnętrzne głosowanie, które wygrał Nigeryjczyk.

Czym ujął ludzi? Raczej nie samymi statykami, bo 16 goli i 17 asyst w 65 meczach to nie jest wynik, który rzuca na kolana i przytrzymuje w tej niewygodnej pozycji. Nawet jeśli liczby wypracowane z Schalke, Lazio czy Panathinaikosem mnożylibyśmy przez dwa. Chodziło raczej o szeroko rozumianą magię, niezwykłą sprawność, zachwycali się nim przecież wszyscy – fani, koledzy z drużyny i rywale, eksperci, zagraniczne media.

Przychodził z Espanyolu i na początku raczej niewiele wskazywało na to, że zostanie tak zapamiętamy. Był częścią arcymocnej ekipy, w której brylowali Polacy, ale nie jej gwiazdą. Ten status osiągnął dopiero później, ostatecznie z Wisłą pokazał się w pucharach, wygrał trzy mistrzostwa (choć w ostatnie wkład miał minimalny), zdobył dwa Puchary Polski, zadebiutował w kadrze.

Oczywiście nie zawsze było pięknie, kolorowo. Pamiętamy wielką drakę po opluciu Marka Zieńczuka. Pamiętamy to, jak obraził się na Wisłę i nie chciał grać z Omonią (bo nie puszczono go do Ajaksu), zawieszenie i szopki z jego odejściem. Ale nawet takie sprawy nie przysłoniły tego, jakim kozakiem był. Później udowadniał to na boiskach hiszpańskich czy w Turcji, gdy w trakcie jednego sezonu potrafił walnąć 19 bramek i zaliczyć 8 asyst. Niecałe dwa lata temu mówiło się, że może wrócić do Krakowa, ale tak jak w przypadku Olisadebe pojawiły się wątpliwości co do jego prawdziwego wieku. Ostatecznie wylądował w Indiach.

Fot. Wojciech Figurski/400mm.pl

KOMENTARZE (14)