Mały Pacman robi wielką różnicę
Anglia

Mały Pacman robi wielką różnicę

Osiem lat temu zagubił się w wielkim – tym bardziej z perspektywy mikrego czternastolatka – Montevideo. Dziś zagubione piłki w zdecydowanej większości znajdują się pod jego nogami. Jest w Arsenalu od mniej niż pół roku, a już zdążył sobie zapracować na garść określeń, które jasno wskazują, z jakiego kalibru rewelacją mamy do czynienia. „Nowy Roy Keane”. „Patrick Vieira 2018”. „Gość, który wreszcie zapełnił lukę po Gilberto Silvie”.

A Lucas Torreira ma być tylko lepszy.

***

– Jest wiele rzeczy, w których mogę się poprawić. To przyjdzie z czasem.
Lucas Torreira

***

Mówi to gość, który jest jedną z największych różnic w lidze. Szczególnie w amerykańskich ligach sportowych bardzo popularny jest współczynnik + – zawodnika, czyli bilans goli/punktów zdobytych i straconych, gdy ten jest na boisku. Jak to wygląda w przypadku filigranowego, mierzącego zaledwie 168 centymetrów Urugwajczyka, ochrzczonego swego czasu jako „Mały Pacman”?

Arsenal z Torreirą na boisku: 965 minut, 28 bramek strzelonych, 11 straconych, bilans: +17
Arsenal bez Torreiry na placu gry: 295 minut, 4 bramki strzelone, 7 straconych, bilans: -3

Wymowne? Mało tego. Torreira już teraz wciąga kolegów nosem w wielu kluczowych dla pomocnika statystykach.

47571456_735197843519051_3358420475624554496_n

Zaskoczenie? Jeśli ktoś pobieżnie przejrzał liczby z Serie A z poprzednich sezonów – żadne. Torreira już tam był dominatorem w statystykach defensywnych. „Odbiory, przejęcia – to jego chleb codzienny” – można by rzec parafrazując filmowego klasyka.

4

W ostatnim meczu z Tottenhamem, w swoich pierwszych derbach północnego Londynu, został graczem meczu. Strzelił swojego pierwszego gola w barwach Kanonierów. Błyszczał w środku pola, niesamowicie zagęszczonym przecież przez Mauricio Pochettino, który zdecydował się zagrać czwórką Sissoko, Alli, Eriksen i Dier. No i strzelił bramkę odbierającą ostatecznie szanse Kogutów na jakkolwiek korzystny wynik, korzystając z naprawdę specyficznego podejścia do krycia Erika Diera. I robiąc przy okazji użytek z umiejętności snajperskich, bo do siedemnastego roku życia grał przecież jako napastnik. Póki Massimo Oddo w Pescarze nie powiedział mu, że na tej pozycji jego maksimum to Serie C. I przekwalifikował na defensywnego pomocnika.

Trudno w tym miejscu nie wspomnieć, jak ważne to było dla Arsenalu zwycięstwo. Każdy trener chcąc budować coś wielkiego w swoim nowym miejscu pracy musi wylać fundamenty. Zaszczepienie zespołowi taktyki, „kupienie” szatni to jedno. Ale zwycięstwo z potężnym rywalem – nie zaszkodzi, jeśli będzie to ten odwieczny, największy – jest niezbędne, by złożyć oświadczenie, w jakim kierunku to wszystko zmierza. Takiego Kanonierom póki co brakowało. Aż do niedzieli.

To właśnie po niedzielnym spotkaniu Martin Keown stwierdził, że choć w kwestii postury różni ich wszystko, to jeśli chodzi o pasję i determinację, Lucas Torreira jest kimś takim, kim dla niepokonanego Arsenalu w sezonie 2003/2004 był Patrick Vieira. „Nieustraszony, ciągle będący pod grą, pokazujący się do podania, sprawiający wrażenie, że gdyby tylko mógł, ochoczo wykonałby nie tylko swoją pracę, ale i zrobił wiele za kolegów”. Muhammad Butt, redaktor naczelny portalu squawka.com stwierdził w podcaście „Squawka Talker”, że jemu Torreira przypomina Roya Keane’a. Z kolei Jonathan Wilson, autor między innymi „Odwróconej piramidy” na łamach „Guardiana” stwierdził, że Arsenal po wielu latach oczekiwania doczekał się człowieka, którego wreszcie można porównać z Gilberto Silvą. Ani Gilberto, ani Vieira nie zaczynali jednak od bramki strzelonej Kogutom. To udało się tylko trzem piłkarzom Arsenalu w erze Premier League. Przed Torreirą – Nicklasowi Bendtnerowi, Mickaelowi Silvestre’owi i Perowi Mertesackerowi.

Ale czy trzeba szukać przykładów w czasach minionych? Przecież dwaj ostatni mistrzowie Premier League na pozycji Torreiry – defensywnego pomocnika światowej klasy odgrywającego rolę „ekranu” pomiędzy obroną a atakującymi rywala, rozbijającego ataki nim te dotrą pod szesnastkę, zdolnego też do rozegrania, mieli przecież wszyscy kolejki mistrzowie Premier League. Wszechstronni piłkarze, których trudno zaszufladkować w podziale „rozbijacz” i „playmaker”, sytuujący się gdzieś pośrodku.  Manchester City to Fernandinho, którego wyłączenie okazało się kluczem dla Liverpoolu Kloppa, gdy wygrywał z The Citizens w lidze 4:3 – roli Roberto Firmino w tej kwestii poświęcono w brytyjskich mediach kilka odrębnych, szczegółowych analiz. Wcześniejsi czempioni, londyńska Chelsea – N’Golo Kante. Zresztą kuczowy trybik w mechanizmie mistrzów jeszcze wcześniejszych – Lisów z Leicester.

Torreira ma wszystko, by być dla Kanonierów tym, kim tamci byli we wspomnianych mistrzowskich ekipach. Nisko osadzony środek ciężkości sprawia, że piekielnie trudno mu odebrać piłkę. Doskonale przewiduje, gdzie spadną drugie piłki, gdzie w którymś momencie pojawi się bezpańska futbolówka – kto wie, czy to nie pozytywna naleciałość z czasów gry jako napastnik – a szybkość i zwinność sprawia, że zwykle jest przy niej pierwszy. W pewnym sensie można powiedzieć, że jest podrasowaną i wciąż rozwijającą się wersją Mousy Dembele. Tak jak środkowy pomocnik Tottenhamu dzięki umiejętności rozegrania potrafi kontrolować tempo gry z głębi pola, niekoniecznie będąc tym, który uderzy z dystansu czy wyjdzie do wrzutki. Choć – co widzieliśmy w starciu z Kogutami – potrafi wyczuć moment, w którym defensywa rywala jest podatna na zranienie i wykonać sprint gubiąc krycie. W przypadku wspomnianego gola Eric Dier nie postawił przed nim zadania z gwiazdką i wykrzyknikiem, sam zaliczył fatalną interwencję, dając się łatwo obiec. Ale Torreira wykorzystał to bezlitośnie.

Już wcześniej doczekał się zresztą swojej przyśpiewki („he comes from Uruguay, he’s only five foot five”), ale to, co zrobił już po zdobytej bramce – zdjęcie koszulki i napięcie mięśni w kierunku kibiców, ponoć obiecane Robertowi Piresowi – natychmiast przekonało fanów, jak wiele dla niego znaczył ten gol. A więc i jak bardzo chce, by barwy które zakłada były zwycięskie.

Zwycięstwa i trofea to też prawdopodobnie jedyny sposób, by filigranowego Urugwajczyka zatrzymać w Arsenalu na dłużej. By nie odfrunął jak Clichy, van Persie, Fabregas i tak dalej. „Kanonierom” trzeba to przyznać i pogratulować – Sven Mislintat uderzając do Torreiry już przed mundialem i dając Sampdorii 4,4 miliona funtów więcej niż klauzula odejścia Urugwajczyka, byle tylko jak najszybciej zapewnić sobie jego usługi, wykonał mistrzowski ruch. Bo też trudno wskazać zespół, o którym można by było powiedzieć: nie, tutaj Torreira nie miałby szans stać się piłkarzem pierwszego wyboru. Ale jeśli sukcesów nie będzie, nikt nie będzie się wahał, by złożyć Kanonierom ofertę wysokości tak nieprzyzwoitej, że możliwej do określenia tylko jednym terminem.

Nie do odrzucenia.

SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (1)