Piłkarskie harakiri dla garstki widzów we Wrocławiu
Weszło

Piłkarskie harakiri dla garstki widzów we Wrocławiu

Czuliście kiedyś, że trafiliście w niewłaściwe miejsce? Że wyszliście z domu, ale coś poszło nie tak i obraliście niewłaściwy kurs, w ostateczności błądząc? Albo że wujek Staszek zaprosił was na imieniny – bez muzyki, alkoholu i ładnych dziewczyn – z których się nie wymiksowaliście, bo u was słowo droższe od pieniędzy, ale równocześnie byliście zmuszeni zrezygnować z hucznej imprezy u najlepszego kumpla? Jeżeli tak, to możecie przybić piątkę z kibicami Śląska Wrocław, którzy pewnie odnieśli podobne wrażenie oglądając popisy swoich piłkarzy. Oczywiście, doceniamy, że chciało im się na ten stadion w ogóle przyjść, bo bez tej garstki frekwencja na wrocławskim obiekcie z fatalnej zamieniłaby się na tragiczną, ale – delikatnie mówiąc – najlepszego futbolu w swoim życiu nie zobaczyli.

Naprawdę fajnie, że piłkarze Śląska mieli przebłyski i kilkukrotnie zdarzyło się, że obejrzeliśmy cztery czy pięć celnych podań, jeszcze lepiej, że – idąc za tym, co mówił w przerwie Łukasz Broź – wrocławianie starali się, atakowali skrzydłami i kilka razy zmusili legniczan do dalekich wybić (?), ale Himalaje piłkarskich możliwości to nie były. Jasne, Śląsk miał przewagę optyczną (hehe), ale wynikało z tego tyle co nic. Ot, dobrą szansę miał Cholewiak, ale tylko dlatego, że z piłką minął się Sapela. Demony z jego ekstraklasowego występu przeciwko Śląskowi wróciły, ale ostatecznie skończyło się na strachu.

Generalnie, kiedy Miedź zagęszczała pole, cofała się głęboko, momentami nawet w szesnastkę, to Śląsk klepał, klepał, ale na klepaniu się kończyło. Zero konkretów. Legniczanie w pierwszej połowie za to zaatakowali raz, ale konkretnie. Borja Fernandez dostał piłkę przed polem karnym, znalazł się przed Gollą i Pawelcem, ci go nie naciskali (żebyśmy byli uczciwi, pozostali gracze – na czele z Augusto – również), patrzyli, patrzyli, aż Hiszpan oddał płaski strzał i pokonał Wrąbla.

1:0 dało Miedzi spokój. Spokój, który sprawił, że legniczanie nic w swojej grze nie zmieniali. Wciąż zagęszczali, wciąż agresywnie naciskali rywali, przez co raczej odpuścili ofensywę. Wrąbel był bezrobotny, ale co z tego, skoro Śląsk po zmianie stron stworzył tak naprawdę dwie sytuacje. Najpierw Augusto dośrodkował, Pich uderzył głową, a Sapela interweniował. Później Sapela niepotrzebnie wyszedł do Robaka, który wrzucił do Picha, ale tego w ostatnim momencie uprzedził Pikk.

I tyle.

Miedź zrobiła to, co chciała. Wygrała, nie straciła bramki, zyskała pewność siebie. Szczerze mówiąc, jesteśmy bardzo ciekawi, jak do kolejnych spotkań podejdzie Dominik Nowak. Przed sezonem i w jego trakcie – pomimo niekorzystnych wyników – przekonywał, że Miedź nie odejdzie od swojej filozofii. Od kreowania gry, wymiany wielu podań, ładnej dla oka piłka. Tymczasem przełamała kryzys – najpierw w lidze, teraz w Pucharze – dzięki, było nie było, prostej grze, o którą wcześniej byśmy jej nie posądzali.

Trochę smutny wniosek, ale chyba to jest droga, żeby w ekstraklasie jako tako wyglądać.

Śląsk – Miedź 0:1 (0:1)
0:1 Borja Fernandez 43′

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (1)