Wojna światów. Fury znów wszystkich zaskoczy?
Inne sporty

Wojna światów. Fury znów wszystkich zaskoczy?

W nocy z soboty na niedzielę w Los Angeles powinno dojść do kolejnego w tym roku bokserskiego trzęsienia ziemi. Do ringu wyjdzie dwóch niepokonanych mistrzów świata, między którymi od dawna nie brakuje złej krwi. Deontay Wilder (40-0, 39 KO) zamierza przedłużyć serię nokautów, a Tyson Fury (27-0, 19 KO) znów będzie chciał wyprowadzić z błędu cały świat. Obaj przekonują, że nie mają nic do stracenia, ale zdecydowanie większe ryzyko podejmuje Brytyjczyk.

Wiele aspektów związanych z tą walką sprawia wrażenie niedorzecznych. W końcu Fury dopiero co wrócił po trwającym ponad dwa lata rozbracie z boksem. „Veni, vidi, vici” – mógł powiedzieć w listopadzie 2015 roku, kiedy to w Dusseldorfie zdetronizował wielkiego Władimira Kliczkę (64-5, 53 KO). Mistrz siedział na tronie od ponad dekady i zbliżał się do historycznego rekordu udanych obron tytułu, który od dekad należy do Joego Louisa. Wydawało się, że Ukrainiec abdykuje na własnych warunkach. Fury miał jednak na ten temat inne zdanie.

Sama walka może i była nieco wyprana z emocji, ale pretendent zwyczajnie zrobił wystarczająco dużo, by wygrać większość rund. Po prostu „trafiał i nie dawał się trafić” – dokładnie tak, jak mówi jedna z głównych pięściarskich instrukcji. Fury frustrował rywala zmianami pozycji i prowokującym opuszczaniem rąk, ale Kliczko w żadnym momencie walki nie był w stanie zaprezentować czegoś więcej w ofensywie. Po wszystkim nowy czempion zadedykował żonie „I Don’t Wanna Miss A Thing” grupy Aerosmith i… ruszył w miasto. Impreza nie zakończyła się następnego dnia rano – trwała właściwie kilka miesięcy bez przerwy.

Brytyjczyk w czołówce współczesnej wagi ciężkiej nie wziął się znikąd. Był bliski wyjazdu na igrzyska olimpijskie w 2008, ale szansę dostał wtedy jego wielki rywal z ringów amatorskich – David Price (22-6, 18 KO). Po latach Fury nazwał go „sztywnym hydraulikiem z Liverpoolu”, ale na zawodowstwie ich ścieżki nigdy się nie zetknęły, bo za sprawą kolejnych porażek Price wypadł z szerokiej czołówki. Talent Tysona dość szybko docenił za to słynny amerykański trener Emanuel Steward – ten sam, który zaprogramował Kliczkę do roli bezdusznego robota. „To on będzie kolejnym wielkim dominatorem wagi ciężkiej i godnym następcą Władimira” – miał powiedzieć po pierwszym dłuższym kontakcie z boksem Fury’ego.

Życie Brytyjczyka polega na przełamywaniu stereotypów. Na świat przyszedł jako wcześniak, któremu lekarze nie dawali wielkich szans na przeżycie. John Fury – jego ojciec – sam miał doświadczenie w walce. Kochał boks, ale całe życie bliżej było mu do tej odmiany na gołe pięści. Syn naprawdę od pierwszych dni został zmuszony do walki, więc naturalnie otrzymał imię Tyson – oczywiście w uznaniu zasług i umiejętności Mike’a Tysona, którego John wprost ubóstwiał.

Batman goni Alego i… znika

Aby w pełni zrozumieć fenomen Fury’ego, trzeba poświęcić nieco więcej miejsca analizie jego działań w ringu. Rusza się z niezwykłą gracją jak na kolosa mierzącego 206 cm i ważącego ponad 115 kilogramów. Potrafi z luzu bić ciosy proste przednią ręką – i to z obu pozycji, także jako mańkut. Jego defensywa opiera się głównie na kapitalnym refleksie. Gdy ma swój dzień i jest w formie, to potrafi być koszmarem dla każdego ciężkiego. Solidnego przecież Derecka Chisorę (29-8, 21 KO) dwa razy ogrywał prawie do jednej bramki.

„Musisz chyba brać narkotyki, bo nie widzę innego wytłumaczenia tego, że zgodziłeś się drugi raz wyjść ze mną do ringu” – prowokował przed rewanżem. W nim wygrał każdą rundę i po prostu odebrał rodakowi smak życia, zmuszając narożnik do poddania pięściarza. Chisora po tamtej walce wydawał się skończony w poważnym boksie, ale zdołał się pozbierać i wciąż jest w czołówkach rankingów. To tylko po części pokazuje wyjątkowość pięściarza, który przedstawia się jako „The Gypsy King”.

Oczywiście na tym wizerunku przez lata zdążyły się pojawić drobne rysy. Neven Pajkic (16-0, 5 KO) i Steve Cunningham (25-5, 12 KO) potrafili powalić Fury’ego na deski, a John McDermott (25-5, 16 KO) w pierwszej walce sprawił mu dużo więcej problemów niż chyba powinien. W przypadku Tysona jest jednak tak, że wygląda lepiej, gdy poprzeczka idzie do góry.

O wiele trudniej nadążyć za nim poza ringiem. Przed walką z Kliczką przebrał się za… Batmana. W połowie konferencji zaczął nagle gonić po całej sali kolegę przebranego za Jokera. Gierki psychologiczne to konik Fury’ego, który doskonale zdawał sobie sprawę, że Ukrainiec ma bzika na punkcie porządku i jeszcze przed walką potrafił namieszać mu w głowie.

„Różni nas to, że wszystko co on robi jest zaprojektowane. Ja jestem naturalny – nikt nie mówi mi, co mam robić. Za wszystko odpowiadam sam. Po prostu wstaję rano i o sobie decyduję. Gdy dojdzie do walki, to świat zobaczy najbardziej kolorowego i kontrowersyjnego mistrza od czasów Muhammada Alego. Jeśli ja nie dam radę wejść w te buty, to na kolejną taką postać będziecie musieli czekać naprawdę długo” – przekonywał pewny siebie Fury przed mistrzowską szansą. Po wszystkim przyznał, że mimo zwycięstwa nie pokazał nawet 65 procent swojego potencjału.

Nie przeszkodziło mu to w godnym świętowaniu. Hektolitry piwa, dużo niezdrowego jedzenia i narkotyki – to był naprawdę jeden wielki autodestrukcyjny ciąg. W teorii nie powinno do tego dojść, bo na horyzoncie niemal od razu pojawiło się kolejne wielkie wyzwanie. Kliczko miał w kontrakcie zagwarantowane prawo do rewanżu i zamierzał z tego skorzystać. Walka miała odbyć się w Anglii, ale dwukrotnie przekładano ją z powodu kontuzji nowego mistrza. W te urazy trochę trudno dziś uwierzyć, bo za trzecim razem pojedynek ostatecznie odwołano. Powód? Fury został przyłapany na zażywaniu kokainy.

Pięściarz w oficjalnym komunikacie poinformował, że zmaga się z depresją i potem momentalnie zapadł się pod ziemię. Wtedy po raz drugi w odstępie kilku miesięcy wywrócił do góry nogami porządek w królewskiej kategorii. Na powstałym zamieszaniu skorzystał między innymi Anthony Joshua (22-0, 21 KO), który dzięki temu dostał mistrzowską szansę w trybie mocno przyspieszonym. Fury od tamtej pory nie ukrywa niechęci do rodaka i odgraża się, że któregoś dnia odbierze „swoje” pasy „temu kulturyście”. Oczywiście jeśli Eddie Hearn – promotor Joshuy – przystanie na ofertę podziału puli 60/40 na korzyść „Króla Cyganów”, bo w jego świecie inna opcja nie wchodzi w grę.

Wyzwanie czy skok na kasę?

Co sensacyjny pogromca Kliczki robił, gdy go nie było? Tego do końca nie wiadomo. Sam zainteresowany przekonuje, że imprezowanie sprawiło, że oddalił się od rodziny i miał myśli samobójcze. Przybrał na wadze ponad 40 kilogramów i zaczął wyglądać na parodię dawnego mistrza. Co jakiś czas zapowiadał, że wróci i zrobi porządek, ale z czasem ludzie przestali mu chyba wierzyć. W listopadzie 2017 roku pojawił się na gali w Monte Carlo i raczej nie wyglądał wtedy na kogoś, kto za rok o tej porze będzie w stanie rywalizować z jednym z najmocniej bijących pięściarzy świata.

Nową motywację odkrył za sprawą Bena Davisona. Młody trener ostateczną akceptację podopiecznego zyskał podobno po tym, jak na imprezie udało mu się zdobyć namiary od dwóch dziewczyn, które wpadły w oko pięściarzowi. Sprzeczne komunikaty to w przypadku Fury’ego specjalność zakładu. Z jednej strony wypuszcza historie o takich przygodach, z drugiej zdążył stać się ambasadorem osób, które zmagają się z depresją i zaburzeniami psychicznymi. Sam twierdzi, że wyszedł na prostą dzięki drobnym krokom. Kluczowy w jego przypadku okazał się sport, który pozwolił stworzyć długoterminowy plan. Brytyjczyk podkreśla, że trenować zamierza do końca życia.

Droga do walki z Wilderem wiodła na skróty. Wrócił w czerwcu 2018 roku walką z Seferem Seferim (23-1) – „albańskim numerem dwa w kategorii junior ciężkiej”, jak podkreślali złośliwi. Rywal miał dość już po czterech rundach, a sam pojedynek chwilami przypominał wymuszone show gwiazd wrestlingu. Dwa miesiące później Fury zmierzył się z Francesco Pianetą (35-4) – byłym pretendentem do mistrzowskiego tytułu, którego wiele lat wcześniej z łatwością znokautował Władimir Kliczko. Porozbijany Włoch przeboksował jednak pełne 10 rund i ani przez moment nie był zagrożony przegraną przed czasem.

W zgodnej opinii ekspertów Fury potrzebował jeszcze 2-3 walk, by wskoczyć na najwyższe obroty. O takim planie mówił zresztą od samego początku sam pięściarz i jego promotor Frank Warren. Dlaczego zdecydowali się pominąć te kroki i przyspieszyć walkę o pas? Sam zainteresowany przekonuje, że zrobił to, bo jest pewny siebie i chce ratować honor Wielkiej Brytanii po tym, jak Wilder nie dogadał się z Joshuą. O wiele bardziej prawdopodobna wydaje się opcja, że przemówiły po prostu pieniądze – według nieoficjalnych informacji Tyson może zejść z ringu bogatszy nawet o 10 milionów dolarów. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, to dostanie wtedy więcej niż za Kliczkę.

Dużo w tej kwestii zależy od wyników sprzedaży pakietów Pay-Per-View. Znaków zapytania jest sporo, bo Wilder dopiero w tej formule zadebiutuje i nie ma w ojczyźnie wyrobionego nazwiska. Dla porównania – Joshua był w ten sposób pokazywany w Wielkiej Brytanii jeszcze zanim zdobył tytuł. Słaba rozpoznawalność Amerykanina wśród swoich to stały punkt szyderstw. Fury postanowił zbadać tę sytuację. Chodził po ulicach Los Angeles kwadrans, wypytując o Wildera przypadkowo napotkane osoby. Nazwisko pierwszego amerykańskiego mistrza świata od 2007 roku kojarzyły tylko dwie osoby. Ponad dwadzieścia zrobiło tylko wielkie oczy. To wszystko w mieście, w którym za parę dni ma się odbyć największa w tym roku walka w wadze ciężkiej. „Sami widzicie jak to wygląda! Mnie w Anglii znają wszyscy” – przekonywał Fury z szelmowskim błyskiem w oku, chociaż oczywiście przesadzał.

Mimo wszystko Wilder też może być zadowolony, bo zarobi zdecydowanie najwięcej w karierze i będzie wyraźnym faworytem. Brytyjczyk w formie z walki z Kliczką byłby dla mistrza WBC prawdziwym koszmarem pod względem stylistycznym, ale mało kto wierzy, że po przybraniu 40 kilogramów i zrzuceniu ich zdoła nawiązać do tamtej dyspozycji. Amerykanin lubi się jednak długo rozkręcać i choć dysponuje świetnymi warunkami fizycznymi, to przegrał kilka rund z Luisem Ortizem (29-1, 25 KO) i Arturem Szpilką (22-3, 15 KO) – pięściarzami bazującymi na ruchliwości i refleksie, którzy byli od niego dużo mniejsi. Fury pod względem fizycznym nie będzie mu ustępował, a jeśli będzie w formie, to może okazać się jeszcze trudniejszy do trafienia.

Wilder znaczy siła

Na to zestawienie trzeba też spojrzeć z drugiej strony. Amerykanin w wadze ciężkiej jest prawdziwym królem nokautu – kończył przed czasem każdego napotkanego przeciwnika. Żaden inny pięściarz w tej kategorii wagowej nie ma tak potężnego pojedynczego ciosu. Brytyjczyk dwukrotnie lądował na deskach – w walkach z Pajkiciem i Cunninghamem działo się to właśnie po przyjęciu mocnych prawych prostych. A tak się składa, że ten cios w wydaniu Wildera to naprawdę broń masowego rażenia.

Mistrz WBC faktycznie czasami porusza się w ringu jak mumia, ale swoje specyficzne rzemiosło doprowadził do perfekcji. Idealnie używa lewej ręki do tego, by „rozepchać” gardę przeciwnika i zrobić sobie miejsce do natychmiastowego wyprowadzenia ciosu prawą. A gdy trafia, to zazwyczaj nie ma już czego zbierać. Boleśnie przekonał się o tym zwłaszcza Ortiz. Znakomicie wyszkolony technicznie pięściarz z Kuby wygrał większość rund, ale on również wpadł w zasadzkę Wildera. I to nie raz. Pewnie też z tego względu w kierunku Amerykanina skłaniają się bukmacherzy i eksperci.

„Dla mnie też faworytem będzie Wilder. Fury na dwa lata wypadł z poważnego boksu, a w tym czasie wiele się wydarzyło. Miał swoje problemy, ale z tego co widzę, to chyba udało mu się to wszystko ogarnąć. W ostatnich miesiącach ciężko trenował, ale nie wiem, czy te dwa lata przerwy nie odezwą się w którymś momencie walki. Jeśli nie, to Fury jest na pewno dużo lepszym bokserem od Wildera. Lepiej się rusza, trudniej go trafić, potrafi zmieniać pozycję… Siła Wildera powinna jednak zrobić różnicę i spodziewam się jego wygranej przed czasem, ale po ciekawej walce” – zdradził w rozmowie z Weszło Adam Kownacki, najwyżej notowany Polak w królewskiej kategorii.

Ten scenariusz rzeczywiście wydaje się najbardziej prawdopodobny i chyba najczęściej pojawia się w typach ludzi z bokserskiej branży. Na korzyść Wildera najbardziej działa to, że jego główny atut może mu zapewnić zwycięstwo praktycznie w każdej sekundzie pojedynku – nawet po przegraniu kilku pierwszych rund. W drugą stronę to tak nie działa – Fury będzie musiał zachować czujność przez dwanaście rund, by w ogóle móc myśleć o zwycięstwie. Ważne będzie też to, co wydarzy się w klinczach – tam dodatkowe kilogramy Brytyjczyka (w ringu będzie 20 kg cięższy) mogą mieć szczególne znaczenie. Historia mistrzowskich walk czempiona WBC pokazuje, że często miał szczęście do osób punktujących jego walki i nie musiał robić dużo, by wygrywać w ich oczach rundy – to również może mieć w sobotę znaczenie.

Pod względem pięściarskiej drogi obaj nie mogliby się chyba bardziej różnić. Brytyjczyk walczy od dziecka, z kolei jego rywal po raz pierwszy założył rękawice w wieku 19 lat. W pewnym sensie zmusiło go do tego życie – ten zdolny atleta dowiedział się, że zostanie ojcem i uznał boks za najszybszą drogę do wielkich pieniędzy. Od początku trafił pod opiekę Marka Brelanda, złotego medalisty olimpijskiego z 1984 roku, który poznał sport mając 8 lat. „Deontay dzisiaj jest na tym poziomie, na którym ja byłem mając 11 lat. No dobra, może 12. Ale musicie pamiętać, że on jest pięściarzem wagi ciężkiej w dzisiejszych czasach. Widzieliście już, że potrafi uderzyć. Jeśli masz taki cios, to dasz sobie radę” – tłumaczył Breland pół żartem, pół serio portalowi „The Undefeated”.

Z historycznego punktu widzenia w kontekście sobotniej walki jedno skojarzenie nasuwa się wyjątkowo wyraźnie. W 1974 roku George Foreman (40-0, 37 KO) miał identyczny bilans jak Wilder i też był niepokonanym królem nokautu. Do ringu z nim wyszedł Muhammad Ali (44-2, 31 KO) – były mistrz o nieszablonowym stylu. Niemal wszyscy spodziewali się kolejnej wygranej przed czasem niepokonanego mistrza, ale w ringu okazało się, że sprytny bokser potrafił okiełznać potężnego punchera.

Fury sam często porównywał się do Alego. W podobnych okolicznościach sięgali zresztą po mistrzowski tytuł – obaj przed wyjściem do ringu do pierwszej mistrzowskiej walki byli skazywani przez ekspertów na pożarcie w starciu z uznanymi czempionami. Panel fachowców „Sky Sports” przed starciem z Kliczką nie miał wątpliwości, kto wygra – kwestią sporną pozostawało tylko to, czy Ukrainiec wygra zdecydowanie na punkty, czy może jednak przed czasem.

Sobotni pojedynek (transmisja w Canal+ Sport – pięściarze nie pojawią się w ringu przed 5:30 polskiego czasu) ma także duże znaczenie dla uporządkowania skomplikowanej układanki w wadze ciężkiej. Obecnie aż trzech pięściarzy może sobie rościć prawa do tytułu tego najlepszego. Anthony Joshua (22-0, 21 KO) konsekwentnie zbiera mistrzowskie tytuły i posiada pasy trzech z czterech najważniejszych federacji – IBF, WBA i WBO. Przewodzi też w rankingu statystycznego portalu Boxrec oraz w notowaniu magazynu „The Ring”. Wilder od 2015 roku jest posiadaczem pasa organizacji WBC. Fury z kolei od listopada 2015 roku jest „linearnym mistrzem”. To „czempion, który pobił czempiona” – w ten sposób można poprowadzić linię aż do początków zawodowego boksu. Ten tytuł jest wyjątkowy, bo w odróżnieniu do pasów federacji można go stracić tylko w ringu.

Bez względu na wynik walki, grono kandydatów do liderowania kategorii ciężkiej powinno się zmniejszyć. Na placu boju pozostanie tylko dwóch, co powinno otworzyć drzwi do wielkiej walki o tytuł niekwestionowanego mistrza w 2019 roku. Joshua czeka i zaciera ręce, choć w Los Angeles się nie pojawi. Na 13 kwietnia ma już zarezerwowany stadion Wembley, który z tej okazji miałby pomieścić aż 95 tysięcy widzów, bijąc tym samym brytyjski rekord. Taki scenariusz będzie jednak możliwy tylko jeśli wygra Wilder – w przypadku kolejnego sensacyjnego zwycięstwa Fury’ego raczej czeka nas rewanż, który został wpisany w kontrakt. O ile oczywiście niesforny Brytyjczyk z dnia na dzień znów nie wywinie jakiegoś numeru…

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)