Umarł „Rocky”, niech żyje „Creed”?
Inne sporty

Umarł „Rocky”, niech żyje „Creed”?

Boks inspiruje twórców właściwie odkąd powstało kino. Filmy o tej tematyce są jednak dość specyficzne, a najlepiej pokazuje to seria, której bohaterem jest Rocky Balboa. W ostatnich latach główna postać stopniowo zaczęła się jednak odsuwać na dalszy plan. „Creed II” potwierdza, że ten pomysł w dłuższej perspektywie okazał się strzałem w dziesiątkę.

Kolejna część cyklu zadebiutowała w polskich kinach 23 listopada. Choć tytuł jest inny, to nikt nie powinien mieć wątpliwości – to następny odcinek kultowej sagi, którą na początku lat siedemdziesiątych stworzył Sylvester Stallone. Pierwszy „Rocky” został zainspirowany przez życie. Aktora i początkującego scenarzystę zafascynowała historia Chucka Wepnera – mocno przeciętnego pięściarza, którego historią przez moment żył cały sportowy świat. W marcu 1975 roku zawodnik z mało imponującym bilansem 31 zwycięstw i dziewięciu porażek dostał szansę od samego Muhammada Alego, który po pamiętnej wojnie z George’em Foremanem potrzebował nieco łatwiejszego wyzwania w pierwszej obronie tytułu.

Faworyt był tylko jeden i oczywiście nie był nim łysiejący pretendent, który na pierwszy rzut oka w ogóle średnio wyglądał na pięściarza. Ali przez zdecydowaną większość czasu znakomicie bawił się w ringu, ale w dziewiątej rundzie stało się coś, czego nie przewidział nikt. Wepner wyprowadził cios, ale dodatkowo pomógł sobie… stając na stopie rywala. Mistrz wylądował na deskach, a sędzia zdecydował się na kontrowersyjne liczenie. Niestety, ta potencjalnie filmowa historia skończyła się dość prozaicznie – wkurzony Ali bił rywala mocno i długo, doprowadzając do przerwania walki w ostatnich sekundach piętnastej rundy.

Wepner za wyjście do ringu zarobił 100 tysięcy dolarów – 15 razy mniej od utytułowanego przeciwnika. Choć takiego zakończenia spodziewali się wszyscy, to Stallone w całej historii zobaczył więcej. Pierwszą wersję scenariusza ukończył w niecałe cztery dni po walce. Pomysł zyskał nawet uznanie w dużej wytwórni United Artists. Szefowie oczami wyobraźni widzieli w roli głównej którąś z wielkich gwiazd Hollywood – najlepiej samego Roberta Redforda. Na to jednak konsekwentnie nie zgadzał się sam autor.

Stallone stworzył główną postać z myślą o sobie. W tamtym momencie był aspirującym aktorem, który ciągle czekał na wielką rolę. Jeszcze 5 lat wcześniej musiał ratować się graniem w filmie, który zahaczał o soft porno. „Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Straciłem pracę, dom i w środku zimy musiałem nocować na dworcu. Byłem praktycznie bezdomny. Gdybym nie zrobiłbym tego filmu, to musiałbym kogoś okraść” – tłumaczył się po latach z udziału w „Przyjęciu u Kitty i Studa”. Gdy za sprawą „Rocky’ego” w końcu stał się sławny, to tajemniczy panowie proponowali mu nawet odkupienie pełnych praw do kompromitującego filmu za 100 tysięcy dolarów, ale aktor uznał, że nie zamierza niczego ukrywać.

„Rocky” wchodzi na salony

W 1975 roku Stallone znalazł się jednak w nietypowej sytuacji. Stworzona przez niego historia podobała się wszystkim, ale nikt nie chciał obsadzić w głównej roli kompletnego anonima. Aktor otrzymał ofertę, która gwarantowała mu 350 tysięcy dolarów za prawa do scenariusza, ale konsekwentnie odmawiał. Nawet pomimo tego, że znalazł się na kolejnym życiowym zakręcie. Na koncie miał zaledwie 106 dolarów, a swojego ukochanego psa musiał sprzedać, bo… nie było go stać na jedzenie. Tuż po podpisaniu umowy odkupił pupila, który w pierwszej części wystąpił zresztą jako Butkus – pies głównego bohatera.

Po drodze wydarzył się cud. Producenci Irwin Winkler i Robert Chartoff w końcu uwierzyli w ten projekt i postanowili zaufać anonimowemu aktorowi. Przekonali firmę United Artists do inwestycji, ale w obliczu braku wielkiej gwiazdy nieprzekraczalny budżet określono na milion dolarów. Ostatecznie film sfinansowano za… 100 tysięcy dolarów więcej. Winkler i Chartoff na tym etapie do tego stopnia wierzyli już w powodzenie „Rocky’ego”, że sami dopłacili brakującą kwotę po zastawieniu swoich domów.

Dalej było już z górki, bo film okazał się hitem i zarobił miliony. Pierwotna wersja scenariusza została jednak mocno zmodyfikowana. U Stallone’a jego trener miał okazać się rasistą, a ostatnia walka miała zakończyć się rezygnacją z walki rozczarowanego brudnymi realiami boksu głównego bohatera. Prostolinijny Rocky podbił serca widzów między innymi linijkami takimi jak: „Yo, Adrian, we did it!”. Popkulturowego znaczenia dzieła nie sposób przecenić – to w końcu pierwszy obraz poświęcony sportowi, który zdobył Oscara w kategorii „Najlepszy Film”.

Dziś trochę trudno w to uwierzyć, ale siłą „Rocky’ego” naprawdę miał być realizm. Stallone długo poznawał tajniki pięściarskiego rzemiosła i przygotowując się do roli obejrzał między innymi wszystkie dostępne walki Rocky’ego Marciano. Próba odwzorowania bokserskich zwyczajów może budzić jednak co najwyżej politowanie. Aktor w swoich staraniach szedł jednak daleko – nie korzystał z dublerów i za każdym razem starał się samemu przyjąć mocny cios, tworząc z tego zwyczaju swoistą tradycję.

Pierwszy film przy budżecie wynoszącym nieco ponad milion dolarów zarobił… ponad 225 razy tyle. Twórcom zapewnił nie tylko Oscary – Stallone’owi w praktyce otworzył drzwi do wielkiej kariery. Dał też podwaliny pod całą serię. Żadna inna produkcja, która wygrała Oscara w kategorii „Najlepszy Film”, nie doczekała się potem tylu kolejnych części. Z poziomem artystycznym tych produkcji bywało już różnie. Stallone w sześciu odsłonach sięgnął po chyba wszystkie możliwe klisze. Był wielki rewanż, było pomszczenie przyjaciela, była lekcja udzielona krnąbrnemu młokosowi, były nawiązania do „zimnej wojny” – dla każdego coś miłego. „Rocky” zdążył stać się marką i zaczął żyć własnym życiem, w którym nie musiał przejmować się szyderą krytyków.

Napisana na kolanie piąta część, która miała premierę w 1990 roku, miała być już tą ostatnią. Balboa wcielił się w niej w rolę trenera, który miał okiełznać krnąbrnego, ale piekielnie utalentowanego Tommy’ego Gunna. Film kończył się sceną ulicznej walki między bohaterami, w której Stallone bohatersko skonać na rękach ukochanej Adrian. Zmienił zamiar… już w trakcie zdjęć. „Rocky V” został zjechany przez wszystkich i nie był nikomu potrzebny, ale… i tak przyniósł blisko 120 milionów dolarów zysku.

Na kolejne podejście trzeba było poczekać aż 16 lat – tak długiej przerwy między częściami jeszcze w całym cyklu nie było. Sam scenariusz był coraz bardziej bajkowy (tym razem Rocky już po 50. urodzinach wyszedł walczyć z aktualnym mistrzem świata – wiadomo, normalka), ale można było odnieść wrażenie, że cykl zamknął się w sposób naturalny. Główny bohater pochował żonę i definitywnie skończył z boksem. Wydawało się, że z tej historii nie da się już wykrzesać nic ciekawego.

Creed wchodzi na scenę

Po kilku latach Stallone’a zaczął jednak nagabywać Ryan Coogler. Zdolny twórca w 2013 roku przebił się pełnometrażowym „Fruitvale”. Film powstał za niecały milion dolarów, a odbił się szerokim echem – trochę jak pierwszy „Rocky”, choć oczywiście nie w takiej skali. Młody reżyser w swoim debiucie przedstawił ostatnie godziny życia tragicznie zmarłego Oscara Granta, który zginął ostatniego dnia grudnia 2008 roku. Skuty Grant został zastrzelony na stacji kolejowej przez policjanta, a filmik z zajścia stał się jednym z pierwszych tego typu virali.

Film Cooglera zachwycił krytykę, ale także… Irwina Winklera. Producent wszystkich filmów o przygodach Rocky’ego początkowo był na „nie” w temacie wskrzeszania serii, ale zmienił zdanie po rozmowie z reżyserem. To samo zrobił Stallone, choć z pewnością nie była to dla niego łatwa decyzja. Pomysłodawca cyklu po raz pierwszy nie brał udziału w tworzeniu scenariusza ani nie stanął za kamerą. Postanowił oddać swoje dziecko obcemu i odsunął się na dalszy plan – dosłownie i w przenośni.

Film po raz pierwszy nie miał w tytule nic nawiązującego do głównego bohatera serii. „Creed” przybliżał historię Adonisa – nieślubnego syna Apolla Creeda, rywala i przyjaciela Rocky’ego, który zginął podczas pamiętnej walki z Ivanem Drago. Coogler wykorzystał historię i świat stworzony przez Stallone’a do pokazania czegoś nowego. Jednym z największych atutów jego filmu jest autentyczność. Boks faktycznie wygląda w nim na brudny biznes, a walki mają zdecydowanie więcej wspólnego z prawdziwym sportem niż w poprzednich częściach. Największa w tym zasługa Michaela B. Jordana. Odtwórca głównej roli poważnie podszedł do zadania – przez rok intensywnie trenował i pozostał wierny filmowej tradycji przyjmowania ciosów na twarz.

Sam Rocky znów pojawił się w roli mentora, ale wyglądał w niej zupełnie inaczej niż choćby w piątej części cyklu. Stallone wyszedł na plan mocno doświadczony przez życie – kilka miesięcy przed pierwszym klapsem zmarł jego syn Sage, który zresztą miał na koncie występy w roli syna Rocky’ego. Wydarzyła się rzecz trochę niespodziewana – w grze aktorskiej niezbyt słynącego z ekspresji i wiarygodności aktora pojawiło się coś do bólu prawdziwego. Z pewnością swoje zrobił też czas – rozpoczynając zdjęcia Stallone miał 69 lat. Tyle samo podczas kręcenia pierwszej części miał grający jego trenera Burgess Meredith, który wydawał się wtedy starszym panem.

Komercyjny sukces był pewny, ale film spotkał się także z wyjątkowo ciepłym przyjęciem krytyki. Nominację do Oscara dostał nawet sam Stallone, ale choć był wyraźnym faworytem bukmacherów do zwycięstwa, to ostatecznie musiał obejść się smakiem. I tak dokonał rzeczy bez precedensu – został dopiero trzecim aktorem, który za odtworzenie roli tej samej postaci został nominowany w kategorii najlepszego aktora pierwszo- i drugoplanowego, wpadając do jednej szuflady z samym Alem Pacino.

Jeszcze więcej zyskał Ryan Coogler. Projekt miał dla niego wymiar osobisty – poświęcił go ojcu, który przez długie miesiące umierał na tajemniczą chorobę. „Spojrzałem na siebie i zacząłem zadawać sobie mnóstwo pytań. Co by się stało, gdybym nigdy nie miał ojca? Gdyby cały czas był mitem, który musiałbym ścigać – kim byłbym wtedy? Te wszystkie rozważania doprowadziły do tego, że w mojej głowie zrodził się pomysł na film” – tłumaczył reżyser i scenarzysta. Po sukcesie „Creeda” awansował do ekstraklasy amerykańskich filmowców. W ostatnich miesiącach odpowiadał za „Czarną Panterę” – superprodukcję, która przyniosła ponad miliard dolarów zysku i pobiła po drodze wiele rekordów.

Zaangażowanie w tak duży projekt sprawiło, że rozchwytywany autor musiał wypisać się z drugiej części „Creeda”. Nowym reżyserem został Steven Caple jr – kolega Cooglera ze szkoły filmowej. Scenariuszem znów zajął się Stallone, który zrobił to, co umie najlepiej i nawiązał do bogatej historii całego cyklu. „Creed II” powraca do tematu rywalizacji Ameryka kontra Rosja – po ponad trzydziestu latach znów spotykamy się z Ivanem Drago. Przed laty świąteczna porażka z Balboą na stadionie w Moskwie złamała mu karierę. Z bohatera narodowego stał się pośmiewiskiem i już nigdy się nie pozbierał. Opuściła go nawet żona – został mu tylko syn, Viktor. I to właśnie na potomka Drago przelał wszystkie swoje frustracje i marzenia.

Oczywiście jak to u Stallone’a – nie wszystko w scenariuszu ma sens. „Creed I” kończył się porażką Adonisa w walce o tytuł mistrza świata w wadze półciężkiej. W drugiej części młody pięściarz – jak gdyby nigdy nic – walczy już w kategorii ciężkiej. Wszystkie drobne niedoróbki rekompensuje jednak sama historia. Tytułowy bohater i jego partnerka Bianca to po prostu żywe postacie, z którymi łatwo się identyfikować. Wspólnie pokonują drogę na szczyt, która wiąże się nie tylko z boksem, ale z wieloma życiowymi wyrzeczeniami. Choć mogłoby się wydawać, że w dotychczasowych częściach przerobiliśmy już każde możliwe rozstrzygnięcie walki, to „Creed II” zaskakuje również i w tym względzie. Przez cały film głównym tematem są relacje na linii ojciec-syn i żaden z tych wątków nie jest sztuczny.

Znowu błyszczy w tym wszystkim Michael B. Jordan, choć weterani też trzymają się nieźle. Minimalistyczna gra Stallone’a cały czas ma swój urok – nawet jeśli nie wnosi wiele do postaci wykreowanej w pierwszej części „Creeda”. Nadspodziewanie dobrze radzi sobie także Dolph Lundgren. W czwartej części Rocky’ego był przerysowanym do granic możliwości stereotypowym sterydziarzem. Nagle okazuje się, że w prosty sposób można tej postaci dodać głębi, a gwiazdor kina akcji zaskakująco fajnie potrafi się odnaleźć się w roli wyplutego przez życie symbolu narodowego sprzed lat. Mocną stroną filmu jest także po raz kolejny ścieżka dźwiękowa, która sprawnie miesza klasyczne motywy ze współczesnym rapem.

Co dalej? Na razie brak konkretów, ale 50 milionów dolarów zysku w weekend otwarcia pozwoli pewnie przełknąć nawet nieco mniej entuzjastyczne (choć i tak głównie pozytywne) recenzje. Trzecia część „Creeda” wydaje się całkiem prawdopodobna, choć sam Stallone na razie zdaje się wzbraniać przed tym pomysłem. Może być jednak jak w boksie – pieniądze stojące za kolejnym wyzwaniem okażą się zbyt duże, by wszyscy zainteresowani mogli przejść obok nich obojętnie.  Chęć kolejnego występu wyraził już nawet Dolph Lundgren, ale ma jeden warunek. „Błagam, nie każcie mi tyle mówić po rosyjsku! Uczenie się na pamięć dwóch stron dialogów w tym języku było koszmarem… Halo, ja jestem Szwedem! Poza tym jestem otwarty. Stallone to mój mentor, przyjaciel i geniusz – zrobienie razem kolejnego filmu byłoby niezłą zabawą” – przyznał aktor.

Choć losy Adonisa Creeda to już nowa opowieść, to w jego losach widać wyraźne nawiązania do losów „Rocky’ego”. Balboa w pierwszej części przebijał się na bokserski szczyt, ale kończył niespełniony. Marzenia udało mu się spełnić w drugiej odsłonie, jednak to dopiero w trzeciej mógł zacząć pracować na swoje nazwisko na własnych warunkach. Może tym razem będzie podobnie? Jeśli historia pozostanie w rękach tak kompetentnych i dobrze czujących współczesne realia ludzi jak do tej pory, to trudno sobie wyobrazić, by coś mogło tu pójść nie tak.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (7)